Dla wyborcy PO to oczywiste, że reformy Balcerowicza były wspaniałe i słuszne - ale do czasu. Gdy w 2004 roku Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, narracja musiała ewoluować. Od tego dnia wszystko co było wcześniej, mimo, że jeszcze tak niedawno wychwalane i stawiane na piedestale, zmieniło się w neoliberalnych głowach w synonim najgorszego zła. Nagle z dnia na dzień, akces do Unii Europejskiej zlikwidował bezrobocie, przemoc domową, zbudował nam drogi oraz autostrady, sprawił, że państwo w ogóle mogło funkcjonować. To samo państwo, które jeszcze niedawno kwitło po balcerowiczowskich reformach. Sam akt akcesyjny zrobił z polskiego chama oświeconego Europejczyka. A przynajmniej miał zrobić, bo jak zwykle, ci niewdzięczni i ciemni Polacy wszystko zepsuli.
W międzyczasie miejsce Lecha Wałęsy na stałe już zdążył zająć Jarosław Kaczyński. Dziad z Żoliborza, bez konta w banku, samochodu, żony i dzieci, samotnie opiekujący się kotami. Pewnie kryptogej (co jest zabawne, tylko gdy sugerują to neoliberałowie, kiedy powie tak prawicowiec to już jest homofobia), w dodatku przewodzący partii starców i moherowych beretów. Nie to co elokwentny i wysportowany Donald Tusk, ciągnący za sobą rzesze uśmiechniętych i radosnych Europejczyków. Młodych, wykształconych oraz z wielkich ośrodków miejskich.
To jednak już pieśń przeszłości. Przyszedł straszliwy rok 2015 i wszystko znowu się zmieniło. Młodzi zdradzili, nie chcąc głosować na PO. Zdradzają zresztą regularnie do tej pory: co rusz słychać smutne zawodzenia zwolenników opozycji, że na manifestacjach antyrządowych ich tak bardzo brakuje. Kiedy okazało się, że na wiecach Platformy Obywatelskiej zjawiają się głównie ludzie w średnim i podeszłym wieku, narracja o moherowych beretach poszła w odstawkę. Niegdysiejsze babcie, którym należało zabrać dowód, zmieniły się w zatroskane o ojczyznę demokratki. W dzielne kobiety, walczące o europejską Polskę dla swoich wnucząt.
Ciężar narracyjny neoliberałów znowu przechylił się w stronę klasizmu. Z dumą i ekscytacją liczni salonowi profesorowie podkreślali w powyborczych analizach, że na prawicę w Polsce głosuje prowincja oraz ludzie słabiej wykształceni. Chłopi i robole, którzy powinni błagać na kolanach oświeconą elitę z wielkich miast, by łaskawie zgodziła się nimi rządzić, odrzucili ją wybierając brunatnych populistów.
Co jakiś czas neoliberalny salon nieudolnie próbuje robić zwrot w kierunku wyborców prawicy. Politycy PO opuszczają strzeżone osiedla i udają się w Polskę lokalną, by z miernym skutkiem przekonywać do siebie ludzi, którymi na co dzień tak bardzo pogardzają. Gdy po raz kolejny ta sztuka się nie udaje, chętnie wracają w wygodne objęcia dobrze sobie znanej retoryki o "tych innych" co zawinili, przez co "demokratyczna opozycja" znowu jest tylko opozycją. I tak w kółko. Wszak wygodniej jest żyć w urojeniu wyższościowym, niż przepracować własne błędy i przyznać przed samym sobą, że za własne porażki odpowiadamy przede wszystkim my sami.
W międzyczasie miejsce Lecha Wałęsy na stałe już zdążył zająć Jarosław Kaczyński. Dziad z Żoliborza, bez konta w banku, samochodu, żony i dzieci, samotnie opiekujący się kotami. Pewnie kryptogej (co jest zabawne, tylko gdy sugerują to neoliberałowie, kiedy powie tak prawicowiec to już jest homofobia), w dodatku przewodzący partii starców i moherowych beretów. Nie to co elokwentny i wysportowany Donald Tusk, ciągnący za sobą rzesze uśmiechniętych i radosnych Europejczyków. Młodych, wykształconych oraz z wielkich ośrodków miejskich.
To jednak już pieśń przeszłości. Przyszedł straszliwy rok 2015 i wszystko znowu się zmieniło. Młodzi zdradzili, nie chcąc głosować na PO. Zdradzają zresztą regularnie do tej pory: co rusz słychać smutne zawodzenia zwolenników opozycji, że na manifestacjach antyrządowych ich tak bardzo brakuje. Kiedy okazało się, że na wiecach Platformy Obywatelskiej zjawiają się głównie ludzie w średnim i podeszłym wieku, narracja o moherowych beretach poszła w odstawkę. Niegdysiejsze babcie, którym należało zabrać dowód, zmieniły się w zatroskane o ojczyznę demokratki. W dzielne kobiety, walczące o europejską Polskę dla swoich wnucząt.
Ciężar narracyjny neoliberałów znowu przechylił się w stronę klasizmu. Z dumą i ekscytacją liczni salonowi profesorowie podkreślali w powyborczych analizach, że na prawicę w Polsce głosuje prowincja oraz ludzie słabiej wykształceni. Chłopi i robole, którzy powinni błagać na kolanach oświeconą elitę z wielkich miast, by łaskawie zgodziła się nimi rządzić, odrzucili ją wybierając brunatnych populistów.
Co jakiś czas neoliberalny salon nieudolnie próbuje robić zwrot w kierunku wyborców prawicy. Politycy PO opuszczają strzeżone osiedla i udają się w Polskę lokalną, by z miernym skutkiem przekonywać do siebie ludzi, którymi na co dzień tak bardzo pogardzają. Gdy po raz kolejny ta sztuka się nie udaje, chętnie wracają w wygodne objęcia dobrze sobie znanej retoryki o "tych innych" co zawinili, przez co "demokratyczna opozycja" znowu jest tylko opozycją. I tak w kółko. Wszak wygodniej jest żyć w urojeniu wyższościowym, niż przepracować własne błędy i przyznać przed samym sobą, że za własne porażki odpowiadamy przede wszystkim my sami.