10
Leżeli dysząc ciężko na soczystej trawie ledwo krok czy dwa od krawędzi. Wspinaczka kosztowała ich prawie wszystkie siły. Musieli odpocząć. W końcu jednak Zajem zebrał się w sobie i usiadł na trawie. Górska łąka ciągnęła się stroma i pofałdowana pełna wielkich szarych głazów. Dalej widok przesłaniał spękany masyw Posadnika.
- I co teraz?
Josif usiadł obok.
-Podejdziemy do skał i znajdziemy gdzieś punkt z którego widać wejście na hale. Marduk przyniesie o zmierzchu okup. Mieliśmy go tu złożyć. Pewnie będą obserwować wejście tak jak my. Poślą kogoś po dobro a my pójdziemy jego śladem do ich leża.
- A ten okup to ściema?
-No raczej. Zażyczyli sobie dwieście denarów w złocie.Dwieście!- Josif zamilkł przestraszony swojego podniesionego głosu.Do skał było daleko i nie było szans żeby go kto usłyszał.-Legendy mówią że mają wszystkie skarby gór. Złota w bród a łaszczą się na dwieście denarów.
-Może to nie Gnomy? Może to po prostu zwykłe szumowiny? Tak czuję że jak dojdzie co do czego to okaże się że znamy te"Gnomy", że z nimi w kopalni pracowałem albo ty na wyrębie.
Josif nachmurzył się.
- Czuję że masz rację. Choć wolałbym żeby to były Gnomy. Pogoniłbym je. Ale jeśli to nasi. Jeśli to ktoś kogo znam... Nie daruję.
- Ale że dwieście denarów? Masz takie pieniądze?
Josif zaśmiał się.
-No skąd? Z pracy przy wyrębie? Uzbierałem do worka może ze dwie podwójne marki jakby to wszystko zliczyć. I jeszcze Marduk dostał dwadzieścia miedziaków za to że zgodził się worek przynieść.
-Przynajmniej on nie jest do końca tchórzem.
-Tak...- Josif wydawał się dziwnie zmieszany. - To dobry człowiek. Może... Może przez to co przeszedł.
-Co to znaczy?
- Parę ładnych lat temu jego wnuczka się powiesiła. Jego oczko w głowie. Jego i jego żony. Oboje ją wychowywali bo matka uciekła na niziny.
-Smutne.
Josif patrzył w niebo ponad Posadnikiem.
-Smutne. Góry to smutne miejsce.
-A czemu się powiesiła?
-A kto to wie? Różnie ludzie gadali. Jakaś zawiedziona miłość? Już podlotkiem była. Stary się załamał chyba. Ale jakoś doszedł do siebie. Od tamtej pory się zmienił. Jakiś bardziej ludzki się zrobił. Aż dziwne. Bo bym pomyślał że po takim czymś to się człowiek zamknie, zapiecze w sobie.
-Tak to bywa. Jeden się złamie a innego zahartuje.- Zajem wstał.- Ruszamy?
- Dobrze. Podkradniemy się między skałami. Poczekamy aż stary przyniesie okup i zobaczymy kto go odbierze. Czy bandyta czy Gnom.
-A co potem?
-Potem pójdziemy za nim. Zaprowadzi nas do Nadii.
- I co teraz?
Josif usiadł obok.
-Podejdziemy do skał i znajdziemy gdzieś punkt z którego widać wejście na hale. Marduk przyniesie o zmierzchu okup. Mieliśmy go tu złożyć. Pewnie będą obserwować wejście tak jak my. Poślą kogoś po dobro a my pójdziemy jego śladem do ich leża.
- A ten okup to ściema?
-No raczej. Zażyczyli sobie dwieście denarów w złocie.Dwieście!- Josif zamilkł przestraszony swojego podniesionego głosu.Do skał było daleko i nie było szans żeby go kto usłyszał.-Legendy mówią że mają wszystkie skarby gór. Złota w bród a łaszczą się na dwieście denarów.
-Może to nie Gnomy? Może to po prostu zwykłe szumowiny? Tak czuję że jak dojdzie co do czego to okaże się że znamy te"Gnomy", że z nimi w kopalni pracowałem albo ty na wyrębie.
Josif nachmurzył się.
- Czuję że masz rację. Choć wolałbym żeby to były Gnomy. Pogoniłbym je. Ale jeśli to nasi. Jeśli to ktoś kogo znam... Nie daruję.
- Ale że dwieście denarów? Masz takie pieniądze?
Josif zaśmiał się.
-No skąd? Z pracy przy wyrębie? Uzbierałem do worka może ze dwie podwójne marki jakby to wszystko zliczyć. I jeszcze Marduk dostał dwadzieścia miedziaków za to że zgodził się worek przynieść.
-Przynajmniej on nie jest do końca tchórzem.
-Tak...- Josif wydawał się dziwnie zmieszany. - To dobry człowiek. Może... Może przez to co przeszedł.
-Co to znaczy?
- Parę ładnych lat temu jego wnuczka się powiesiła. Jego oczko w głowie. Jego i jego żony. Oboje ją wychowywali bo matka uciekła na niziny.
-Smutne.
Josif patrzył w niebo ponad Posadnikiem.
-Smutne. Góry to smutne miejsce.
-A czemu się powiesiła?
-A kto to wie? Różnie ludzie gadali. Jakaś zawiedziona miłość? Już podlotkiem była. Stary się załamał chyba. Ale jakoś doszedł do siebie. Od tamtej pory się zmienił. Jakiś bardziej ludzki się zrobił. Aż dziwne. Bo bym pomyślał że po takim czymś to się człowiek zamknie, zapiecze w sobie.
-Tak to bywa. Jeden się złamie a innego zahartuje.- Zajem wstał.- Ruszamy?
- Dobrze. Podkradniemy się między skałami. Poczekamy aż stary przyniesie okup i zobaczymy kto go odbierze. Czy bandyta czy Gnom.
-A co potem?
-Potem pójdziemy za nim. Zaprowadzi nas do Nadii.