2
Rzeczywiście tropienie Marduka nie było sztuką. Nawet Zajem wyraźnie widział ślad wygnieciony jego koślawymi stopami. A jeśli ginął gdzieś na spłachcie skał to odszukiwał go wzrokiem po jej drugiej stronie. Ślady prowadziły jak strzelił omijając tylko większe i mniejsze głazy.

- Idzie jakby wiedział dokąd...

-Stary zna tą górę. Może wie gdzie mógł się schować porywacz.

-To czemu nic nie rzekł? Nie pytałeś?

-Nie. Nie chciałem zdradzić się z zamiarami.

-Może to nie było mądre.

-Może. Tyle że po szkodzie to każdy mądry.

Szli dalej w milczeniu aż do miejsca gdzie trawa zaczęła ustępować skałom i zanikać. Niestety, ślady zanikły wraz z nią. Josif szukał coraz bardziej nerwowo, tym bardziej że zaczął zapadać jak to w górach gwałtowny mrok gdy Słońce w końcu spłynęło za szczyt. Gdyby nie wschodzący Duży siedzieliby tu w całkowitych ciemnościach.

-To koniec.- Głos Josifa przepełniała frustracja i gniew.

-Nie sądzę. Patrz.- Chłopak popatrzył gdzie mu Zajem pokazywał i zobaczył wysoko na skałach pełgające czerwone refleksy.

-Ogień!

-Tam muszą być. Daleko to?

Josif potrząsnął głową.

-Sto metrów w górę czyli mniej niż trzysta licząc po ziemi.

-Blisko. Trzeba się podkraść. Ale przygotować też.

-No to się gotujmy.

Josif wyciągnął siekierkę- górale w razie walki polegali na swoich krótkich toporkach i zwinności. Zajem podobnie wyciągnął zza pazuchy toporek ale nim to uczynił długo grzebał w rękawie jakby mu tam co wpadło albo wytrząsał mrówki. Aż się Josef spieklił w duchu ale nic nie mówił. W końcu jego towarzysz widać uznał że jest gotów bo wskazał ostrzem toporka trzymanym w lewej ręce by ruszali.

Skradali się powoli. Ale więcej uwagi przykładali by nie poruszyć stopą czy ręką jakiego luźnego kamienia i nie strącić go ze skały niż temu by ich kto zobaczył bo z początku wspinali się ze skały na skałę z widokiem zasłoniętym kolejnymi aż nie trafili na krętą ścieżkę pomiędzy głazami gdzie widok był na kilka kroków zaledwie. Płomienie rzucające cienie musiały być coraz bliżej bo choć samego ognia nie widzieli to rosła łuna jaką rzucały na skały a w końcu usłyszeli nawet trzaskające skry.Josif przyłożył palec do ust choć obaj wiedzieli że teraz może ich zdradzić każdy hałas. Szczęściem ponoć Gnomy doskonale widziały w mroku to słuch miały nie najlepszy. O ile to były Gnomy a nie podli ludzie... W końcu doszli do ognia- nie mogli być dalej niż o jeden głaz przesłaniający im na niego widok. Josif pokazał Zajemowi by został z tyłu a sam ostrożnie wysunął bokiem głowę zza głazu by przekonać się cóż znajduje się przed nimi nie zdradzając własnej obecności.

Pierwsze co zobaczył to oczywiście niewielkie ognisko rozpalone wprost na żywej skale i zgromadzony obok zapas drew. Gdy już wyostrzył wzrok spostrzegł też postać siedzącą obok ognia bokiem do niego. Marduk. To nie mógł być nikt inny. Stary siedział i niespiesznie grzebał w popiele długim kijkiem którego czubek dymił i świecił się żarem. Pierwsze co chciał zrobić Josif to wstać i spytać o to co się dzieje. Ale nogi ugięły się pod nim.Brzydkie uczucie zakiełkowało mu we wnętrznościach. Podejrzenie dławiące niczym piekąca zgaga podchodząca do gardła. Chciał się obrócić ale wtedy w jednej chwili wszystko się zawaliło i urwało.
0.071238994598389