4
Kierownik wskakuje tyłkiem na stolnicę a w tym czasie pomocnicy przewracają beczkę z której wysypują się ludzkie członki. Jeden liczy je przerzucając na nowy stos a drugi zapisuje w zeszycie. W końcu kończą.
K: Wyliczajcie!
PK 1 czyta z notesu a PK 2 przytakuje.
PK1:
Drobne
Język i ucho po sztuce!
Skalp jeden.
Noga cała!
Stópek dwanaście.
Dłoni dwadzieścia i cztery..!
Kierownik zrywa się ze stolnicy
K : Ha!!!
PK 1 Wpada mu w słowo
PK1: ...Dusz i jedna strzygi!
K: Co!!?
  Pomocnicy przerażeni zatykają uszy!
K: Być nie może! Strzygi tu nie było dzisiaj!
O: A kto mówi że była. Niemniej dłoń zapłacona i do sprawdzenia iż przeze mnie!
K: Świadka nie ma!
O: Jest! Cały czas nad Twoją głową!
Ekipa podnosi głowy i spogląda na wiszącą nad nimi czarną niczym smoła buczącą chmurę.
O: Mogę go poprosić o rozstrzygnięcie ale nie darmo! Kto się myli ten płaci!
K: No i dobrze. Nawet jeśli to nic to nie zmienia. Nie było umowy więc opłata nieważna.
O: Nieładnie. W takim razie proszę o zwrot dłoni.
K: Dajcie mu dłoń!
  PK1 podnosi ze stosu osmoloną dłoń strzygi i podaje Ojcu lecz ten nie reaguje.
K: Bierz!
O: O nie! Wezmę sobie dłoń jaką mi się uwidzi.
K. Nie! To ja rządzę w tym kramie i weźmiesz taką jaką wrzuciłeś!
O: Mogłoby się zdawać. Lecz właśnie podpisałeś umowę.
K: Nic takiego!
O: A jednak! O ile pamięć mnie nie myli kazałeś dać pomocnikowi dłoń ale nie powiedziałeś którą!
  Kierownik, który zdążył się już nieco uspokoić znowu robi się czerwona z wściekłości.
K: Na mistrza! Niech będzie! Dość mam już Twojej bezczelności. Bierz którą chcesz!
O: Wezmę!
K: Bierz gnido a wtedy zajmiemy się inną sprawą...
  Kierownik uśmiecha się obleśnie przekrzywiając głowę i spoglądając na kryjące się za Ojcem dziecko. Ojciec tymczasem zwraca się do pomocników.
O: Dobrze. Tak jak wasz pan powiedział. Chcę jego prawej dłoni!
K i pomocnicy zgodnie: Co???
Równie zgodnie zamykają usta dłońmi i bledną.
O: Kierownik zawarł umowę na dłoń dowolną- świadków aż nadto. A za wasze pytanie żądam w zapłacie byście mi ją przynieśli natychmiast, bo z wami umowy o pytanie nie miałem!
K: Szalony! Oszalał żywym między umarłymi! Kpisz!
  Pomocnicy w tej chwili łapią go i szarpiącego przytrzymują wykręcając rękę lewą za plecami a prawą wyciągając nad stolnicą. PK2 łapie za tasak i bierze zamach. Kierownik ryczy puszczając dym ustami w których prześwitują płomienie. Na głowie pojawiają mu się rosnące zakrzywione rogi a raczej ich zarys z krwawych cieni.
K: Co się dzieje! Jak śmiecie! Będę z was darł skórę! Nieee!
Ostrze tasaka opada
O: Stop!
Ostrze zatrzymuje się w pół ciosu. Wszyscy patrzą na Ojca.
O: Myślę że mógłbyś rozważyć teraz moje wcześniejsze życzenie.
Kierownik charcząc:
K: Zgoda! Rozważę szaleńcze!
O: Raczej wyrazić zgodę niż rozważyć...
K: Cwaniak!
O: Często to słyszę..
K: Nie dam się nabrać. Cwany łotrze. Uratuję rękę a ty zażądasz głowy albo i serca!
O: Przecież go nie masz.
K: Faktycznie. To przez nerwy...
O: Ale nic z tych rzeczy. Za dłoń którą zapłaciłem mam żądanie więcej niż skromne.
K: Tedy je wyjaw.
O: Nie mam wyboru. Chcę... Gazetę.
K: Gazetę... Myślałem że życie wieczne albo diament wielkości jaja Roka.
O: Gazeta w zupełności wystarczy. Czuję że targ dobity...
Kierownik podejrzliwie ale już spokojniej:
K: Dobity.
  Ojciec do SK1i2
O: Więc skoro nadal dłużni jesteście mi za pytanie- zamiast ręki przyniesiecie mi gazetę!
Słudzy odwracają się puszczając szefa a ten przez moment stoi rozcierając nadgarstki. Ale kiedy chcą odejść odzywa się.
K: Chwila. Nim zapłatę przyniosą. Mamy tu jeszcze do pogadania. Czasu pod dostatkiem więc bez pośpiechu!
  Pomocnicy zatrzymują się. Kierownik spogląda w górę i krzyczy z nagła:
K: Hej Strażniku! Nie śpij. Prawo tu łamią! Pośród dusz żywe ciało, krew i kości się plączą! Wzywam Cię strażniku! Rozkazuję! Wypełnij literę prawa! Zabij co żywe tam gdzie  żywemu wstęp zakazany! Zabij chłopca na oczach ojca! To rozkaz!
O: Zdrajca!
K(kpiąco): Znasz nawet moje imię!
Ojciec chwyta dziecko na dłonie i biegnie drogą by wydostać się z miasta. Nikt go nie zatrzymuje. Tymczasem Chmura pęcznieje i trzaskać poczyna wyładowując się czarnymi niczym kosmos błyskawicami. Opada powoli obok autobusu. Podnosi się po chwili odsłaniając od stóp po czubek głowy postać utkaną z czarnych, buzujących płomieni spalających światło wokoło tak iż spoczywa w ciemniejącym nimbie- sama chmura zmniejsza się i znika idąc ku górze tak iż wygląda jakby się nicowała na stronę drugą w tym akcie zmieniając w postać Strażnika. Z grubsza zdaje się postać ludzka, choć nieokreślona przez ciągły ruch na krawędziach czerni jednolitej. W dłoni zdaje się trzymać coś na kształt płomienistoczarnego miecza bądź pełgającej czernią błyskawicy. Cała wygląda raczej na dziurę zawieszoną w przestrzeni niż na trójwymiarową istotę.  Obraca głowę (choć ruchu nie widać to wszyscy czują że tak właśnie się stało i że spogląda dokładnie na nich a może i przez nich).
SK. Jestem.
Głosu nie ma lecz rozlega się w głowach tych którzy mają słyszeć.
B Tedy ruszaj! Prawo złamane a rozkaz jasny!
SK: Tak jak rzekłeś.
  Czarna pełgająca dziura przesuwa się powoli w kierunku w którym pobiegł Ojciec z dzieckiem na rękach. Gdy odchodzi widzą że z pleców biją mu czarne kłęby dymu układające się na kształt dwóch skrzydeł rozwiewanych przez nieistniejący wiatr.
PK1: Nie widziałem go wcześniej...
PK2: Strasznie wolno się rusza jak na pościg.
K: Nie wasze zmartwienie. Jeszcze nikt nie uciekł Strażnikowi. Tymczasem nie ma co czekać- ten człek raczej nie wróci tu po swoją gazetę... Pakujcie opłatę do beczki i zwijamy kram. Na długo starczy mi tej odmiany.
Kiedy zaczynają z ociąganiem się zbierać rzuca jeszcze z nieskrywaną groźbą w kierunku ich pleców
K: I lepiej by nic z tego co tu zaszło nie dotarło nawet przypadkiem do uszu ościennych! Bo wystawię wam taką opinię że nie znajdziecie zajęcia nawet przy dołach z gnojem u samego Belzebuba!
  Światło na scenie przygasa kiedy trójka zaczyna pakować do autobusu swój kram.

Koniec aktu II
0.073110103607178