0
SK: Cóż to znowu?
O: To znaczy?
Sk: Cóż to za sztuczka?
O:A jakaż?
Sk: Gdzie masz duszę? Nie ma jej w ciele!
O: Skoro tak twierdzisz.
SK: Kadawer! Żywy trup? Mówiłem o tym i się okazało?
O: Skoro o tym mówiłeś. Tymczasem Twój rozkaz?
SK: Zabić syna na oczach ojca?
O: Nie ten wcześniejszy. Pamiętasz doskonale. Zabić wszystko co żywe a co po kręgu się błąka- jak każe prawo.
Sk. Pamiętam każdy rozkaz.
O: Więc jak masz zamiar zabić kogoś bez duszy którą mógłbyś oddzielić od ciała?
Tym razem SK milczy dużo dłużej. Dostatecznie długo by Ojciec znów mógł rzucić spojrzenie przez ramię na dziecko które oparło się o bok duszy i tak siedzą obok siebie w milczeniu spoglądając na rzekę.
SK: Nie zabiję bo już jak nieżywy jesteś.
O: Ale ruszam się? Mówię? A nawet myślę i składnie argumentuję!
SK: To prawda.
O: Czy tak trup robi?
SK: Nie bardzo.
O: To problem...
SK skupia na Ojcu skwierczące spojrzenie tak intensywnie niewidzialne że aż musi spuścić głowę czując że mu się zaraz przewierci przez pusty oczodół pod szmacianym opatrunkiem.
SK: Cwaniak.
O: Często mi to mówią.
SK: Więc masz propozycję?
O: A jakże strażniku. Proszę tylko o kilka minut zwłoki. Bym się z moim dzieckiem zdążył pożegnać. Cóż to jest kilka minut tu gdzie nikt nie wie czy jest wczoraj czy już jutro? Tu gdzie te kilka minut to tyle co ruch skrzydełka muchy?
SK: A w zamian?
O: Pokaże Ci duszę.
SK: Własną?
O: Nie inną. W mym ciele.
SK: Będę mógł zatem rozkaz wykonać co do joty.
O: O tak. Będę patrzył na śmierć mojego dziecka a kiedy tylko je zgładzisz będziesz mógł i mój żywot zakończyć
SK: Korci mnie. By zdjąć ci głowę z ramion by sprawdzić czy dusza nie wypłynie z rany... Ale to ryzyko... Więc zgoda.
O: Zatem czekaj a ja pomówię z dzieckiem.
SK: Byle nie za długo. Cierpliwość kończy się w mym mieczu.
Ojciec nie odpowiada tylko odchodzi w kierunku pary siedzącej na brzegu. Gdy podchodzi dziecko podrywa się na nogi i uśmiecha.
D: Wracamy już do domu?
O: Tak. Już za chwilę. Znudziło Ci się już tu?
D: Troszeczkę. Ale pani była bardzo miła.
O: To dobrze. (Do duszy nadstawiającej ucho). Teraz słuchać możesz obiecanego. (Do dziecka). Kochane... przepraszam cię. Przepraszam.
D: Za cóż Ojcze?
O: Za wszystko. Za wszystko co przegapione. Za obietnice niespełnione i niedotrzymane. Za smutki. Za ciszę. Za to miejsce. I za to co za chwilę.
D: Czemu się smucisz nagle ojcze? Dzisiejszy dzień dziwny ale jak świąteczny.
O: Dziwnego masz ojca skoro uważasz to co się działo za świąteczne.
D: Najdziwniejszego! Najkochańszego!
Dziecko przytula się do klęczącego Ojca. Przez chwilę trwa cisza. Ojciec odwraca głowę by dziecko nie widziało łez spływających mu po twarzy.
O: Dobrze jest móc czuć twój uścisk. Mógłbym tak wiecznie.
D: Czuję że tutaj to możliwe.
O: Chciałbym żeby tak było. To boli choć wiem że będzie dobrze to nie potrafię przeskoczyć tego momentu.
O: To znaczy?
Sk: Cóż to za sztuczka?
O:A jakaż?
Sk: Gdzie masz duszę? Nie ma jej w ciele!
O: Skoro tak twierdzisz.
SK: Kadawer! Żywy trup? Mówiłem o tym i się okazało?
O: Skoro o tym mówiłeś. Tymczasem Twój rozkaz?
SK: Zabić syna na oczach ojca?
O: Nie ten wcześniejszy. Pamiętasz doskonale. Zabić wszystko co żywe a co po kręgu się błąka- jak każe prawo.
Sk. Pamiętam każdy rozkaz.
O: Więc jak masz zamiar zabić kogoś bez duszy którą mógłbyś oddzielić od ciała?
Tym razem SK milczy dużo dłużej. Dostatecznie długo by Ojciec znów mógł rzucić spojrzenie przez ramię na dziecko które oparło się o bok duszy i tak siedzą obok siebie w milczeniu spoglądając na rzekę.
SK: Nie zabiję bo już jak nieżywy jesteś.
O: Ale ruszam się? Mówię? A nawet myślę i składnie argumentuję!
SK: To prawda.
O: Czy tak trup robi?
SK: Nie bardzo.
O: To problem...
SK skupia na Ojcu skwierczące spojrzenie tak intensywnie niewidzialne że aż musi spuścić głowę czując że mu się zaraz przewierci przez pusty oczodół pod szmacianym opatrunkiem.
SK: Cwaniak.
O: Często mi to mówią.
SK: Więc masz propozycję?
O: A jakże strażniku. Proszę tylko o kilka minut zwłoki. Bym się z moim dzieckiem zdążył pożegnać. Cóż to jest kilka minut tu gdzie nikt nie wie czy jest wczoraj czy już jutro? Tu gdzie te kilka minut to tyle co ruch skrzydełka muchy?
SK: A w zamian?
O: Pokaże Ci duszę.
SK: Własną?
O: Nie inną. W mym ciele.
SK: Będę mógł zatem rozkaz wykonać co do joty.
O: O tak. Będę patrzył na śmierć mojego dziecka a kiedy tylko je zgładzisz będziesz mógł i mój żywot zakończyć
SK: Korci mnie. By zdjąć ci głowę z ramion by sprawdzić czy dusza nie wypłynie z rany... Ale to ryzyko... Więc zgoda.
O: Zatem czekaj a ja pomówię z dzieckiem.
SK: Byle nie za długo. Cierpliwość kończy się w mym mieczu.
Ojciec nie odpowiada tylko odchodzi w kierunku pary siedzącej na brzegu. Gdy podchodzi dziecko podrywa się na nogi i uśmiecha.
D: Wracamy już do domu?
O: Tak. Już za chwilę. Znudziło Ci się już tu?
D: Troszeczkę. Ale pani była bardzo miła.
O: To dobrze. (Do duszy nadstawiającej ucho). Teraz słuchać możesz obiecanego. (Do dziecka). Kochane... przepraszam cię. Przepraszam.
D: Za cóż Ojcze?
O: Za wszystko. Za wszystko co przegapione. Za obietnice niespełnione i niedotrzymane. Za smutki. Za ciszę. Za to miejsce. I za to co za chwilę.
D: Czemu się smucisz nagle ojcze? Dzisiejszy dzień dziwny ale jak świąteczny.
O: Dziwnego masz ojca skoro uważasz to co się działo za świąteczne.
D: Najdziwniejszego! Najkochańszego!
Dziecko przytula się do klęczącego Ojca. Przez chwilę trwa cisza. Ojciec odwraca głowę by dziecko nie widziało łez spływających mu po twarzy.
O: Dobrze jest móc czuć twój uścisk. Mógłbym tak wiecznie.
D: Czuję że tutaj to możliwe.
O: Chciałbym żeby tak było. To boli choć wiem że będzie dobrze to nie potrafię przeskoczyć tego momentu.
D: Tato? Nie rozumiem.
O: Rozum to jedno a serce drugie. Rozumem ogarniam tak wiele a mimo to czuję jak mi serce pęka. Nie potrafię. Nie umiem!
D: Może ja Cię nauczę?
O: Czego?
D: Czego zapragniesz. Umiem wiele. Czytać trochę. I pisać litery. Umiem się ubrać. I znam twoje wierszyki.
Ojciec znów odwraca głowę przytulając mocno dziecko do piersi. Przez zamglone łzą oko spostrzega wpatrującą się w nich siedzącą obok duszę. Jej oczy nie są już matowe i martwe jak wcześniej. Błyszczą morską zielenią. Zielenią pełną światła czystego jak pierwsze światło rozszczepione w kropli rosy uwięzionej w rozpiętej w nocy pajęczynie. W tysiącu kropel z których w każdej błyszczy osobny mały klejnot. Po bladym policzku spływa łza. Pierwsza od tysiąca lat. Dusza kładzie delikatnie dłoń na ramieniu Ojca.
SK: Już pora.
Strażnik niepostrzeżenie podszedł tuż obok.
Ojciec ostatni raz ściska mocno dziecko i puszcza je, więc stoi małe i szczupłe z opuszczonymi rękoma i zadartą głowa w stronę strażnika.
SK: Stań z boku.
O: Rezygnuję! Odmawiam!
SK: Co?
O: Zrzekam się wszystkiego! Nie pozwolę! Odwołuje wszystko i rezygnuje!
SK. Nie ważne.
O: Zabiję Cię jeśli je tkniesz!
SK: Jak chcesz...
Strażnik Kręgu wznosi płomieniście lśniący czernią miecz nad głowę gdy niespodziewanie Ojciec próbuje wejść między niego a dziecko. Lecz jest ktoś szybszy. Niema dusza. Nie wiadomo kiedy zerwała się na równe nogi i próbuje odepchnąć Strażnika. Lecz jej dłonie w zetknięciu z jego piersią zmieniają się w czarny popiół rozpadając się niczym wypalona kłoda. Dusza nie może się zatrzymać i rozpędem pada na bok lecz Strażnik łapie ją w tym upadku lewą ręką za bark, który zaczyna dymić i czernieć powstrzymując przed upadkiem.
SK: Kleopatro?
Dusza próbuje nadaremno wykręcić się z uścisku strażnika otwierając przerażająco szeroko zielone oczy i usta pozbawione języka. Strażnik powoli wsuwa jej w pierś swój gorejący czernią miecz. Wszystko to jak w niemym kinie bez dźwięku choćby jednego. Ojciec w pól kroku zamarły. Dziecko w szoku zmrożone patrzą jak Strażnik puszcza duszę a ta zsuwa się z ostrza bezwładnie padając przed dzieckiem na plecy zionąc dziurą w piersi z której unosi się dym i płatki sadzy wypalanego ciągle czarnym żarem ciała. Strażnik przestępuje nad duszą. Ojciec ożywa i skacze na niego lecz ten nie zaszczyca go spojrzeniem tylko ciosem lewej ręki odrzuca na bok. Staje nad dzieckiem.
Ojciec wrzeszczy próbując się podnieść
O: Przestań!
D: Ojcze?
Strażnik wznosząc ostrze nad dzieckiem
Sk: To tylko rozkaz. Nie będzie bolało.
O: Pamiętaj jaki rozkaz!
D: Ojcze?
O: Kocham cię!
Miecz opada zostawiając za sobą smugę czerni. Grom ogłusza Ojca o błysk czerni na chwilę oślepia kulą kosmicznego mroku okolicę. Podmuch wyrzuca wszystkich w powietrze i rozrzuca w trzy strony. Światło po chwili wraca lękliwie zastępując rozpraszający się mrok. Strażnik podnosi się próbując oprzeć się na rękach. W końcu udaje mu się to i macając wokoło szuka miecza który musiał upuścić. Ojciec oślepiony siedzi jeszcze przez chwilę niczym szmaciana lalka lecz w końcu wstaje akurat kiedy Strażnik w końcu podnosi miecz wyglądający jak cień tego czym był jeszcze przed chwilą. Dusza leży nieruchomo na wznak częściowo w wodzie, która próbuje ją unieść z brzegu. Z jej pleców wciąż unoszą się smugi dymu raz mocniej a raz słabnąc.
O: Rozum to jedno a serce drugie. Rozumem ogarniam tak wiele a mimo to czuję jak mi serce pęka. Nie potrafię. Nie umiem!
D: Może ja Cię nauczę?
O: Czego?
D: Czego zapragniesz. Umiem wiele. Czytać trochę. I pisać litery. Umiem się ubrać. I znam twoje wierszyki.
Ojciec znów odwraca głowę przytulając mocno dziecko do piersi. Przez zamglone łzą oko spostrzega wpatrującą się w nich siedzącą obok duszę. Jej oczy nie są już matowe i martwe jak wcześniej. Błyszczą morską zielenią. Zielenią pełną światła czystego jak pierwsze światło rozszczepione w kropli rosy uwięzionej w rozpiętej w nocy pajęczynie. W tysiącu kropel z których w każdej błyszczy osobny mały klejnot. Po bladym policzku spływa łza. Pierwsza od tysiąca lat. Dusza kładzie delikatnie dłoń na ramieniu Ojca.
SK: Już pora.
Strażnik niepostrzeżenie podszedł tuż obok.
Ojciec ostatni raz ściska mocno dziecko i puszcza je, więc stoi małe i szczupłe z opuszczonymi rękoma i zadartą głowa w stronę strażnika.
SK: Stań z boku.
O: Rezygnuję! Odmawiam!
SK: Co?
O: Zrzekam się wszystkiego! Nie pozwolę! Odwołuje wszystko i rezygnuje!
SK. Nie ważne.
O: Zabiję Cię jeśli je tkniesz!
SK: Jak chcesz...
Strażnik Kręgu wznosi płomieniście lśniący czernią miecz nad głowę gdy niespodziewanie Ojciec próbuje wejść między niego a dziecko. Lecz jest ktoś szybszy. Niema dusza. Nie wiadomo kiedy zerwała się na równe nogi i próbuje odepchnąć Strażnika. Lecz jej dłonie w zetknięciu z jego piersią zmieniają się w czarny popiół rozpadając się niczym wypalona kłoda. Dusza nie może się zatrzymać i rozpędem pada na bok lecz Strażnik łapie ją w tym upadku lewą ręką za bark, który zaczyna dymić i czernieć powstrzymując przed upadkiem.
SK: Kleopatro?
Dusza próbuje nadaremno wykręcić się z uścisku strażnika otwierając przerażająco szeroko zielone oczy i usta pozbawione języka. Strażnik powoli wsuwa jej w pierś swój gorejący czernią miecz. Wszystko to jak w niemym kinie bez dźwięku choćby jednego. Ojciec w pól kroku zamarły. Dziecko w szoku zmrożone patrzą jak Strażnik puszcza duszę a ta zsuwa się z ostrza bezwładnie padając przed dzieckiem na plecy zionąc dziurą w piersi z której unosi się dym i płatki sadzy wypalanego ciągle czarnym żarem ciała. Strażnik przestępuje nad duszą. Ojciec ożywa i skacze na niego lecz ten nie zaszczyca go spojrzeniem tylko ciosem lewej ręki odrzuca na bok. Staje nad dzieckiem.
Ojciec wrzeszczy próbując się podnieść
O: Przestań!
D: Ojcze?
Strażnik wznosząc ostrze nad dzieckiem
Sk: To tylko rozkaz. Nie będzie bolało.
O: Pamiętaj jaki rozkaz!
D: Ojcze?
O: Kocham cię!
Miecz opada zostawiając za sobą smugę czerni. Grom ogłusza Ojca o błysk czerni na chwilę oślepia kulą kosmicznego mroku okolicę. Podmuch wyrzuca wszystkich w powietrze i rozrzuca w trzy strony. Światło po chwili wraca lękliwie zastępując rozpraszający się mrok. Strażnik podnosi się próbując oprzeć się na rękach. W końcu udaje mu się to i macając wokoło szuka miecza który musiał upuścić. Ojciec oślepiony siedzi jeszcze przez chwilę niczym szmaciana lalka lecz w końcu wstaje akurat kiedy Strażnik w końcu podnosi miecz wyglądający jak cień tego czym był jeszcze przed chwilą. Dusza leży nieruchomo na wznak częściowo w wodzie, która próbuje ją unieść z brzegu. Z jej pleców wciąż unoszą się smugi dymu raz mocniej a raz słabnąc.
Widać też czarne pełgające po nich płomienie. Ojciec słaniając się podchodzi do miejsca gdzie jeszcze przed chwilą stało jego dziecko a teraz w zieleni zieje głęboka dymiąca czarno wyrwa. Strażnik spojrzał na niego ale zajęty jest próbą rozpalenia ponownie miecza co udaje mu się po kilku chwilach i próbach. Ojciec szepce do siebie ocierając rękawem twarz przy okazji rozsmarowując po niej i przepasce na oku sadzę.