9
O: Zabiłem je.
SK: Wątpię skoro mnie się nie udało.
O: Co rzeczesz..?
Sk: Nie wiem... Nie rozumiem...
O: Czyżby więc się udało?
SK: Co takiego?
O: To co podpowiadała logika. Wszak prawo jest logiką a rozkazy jej matematyką... Udało się! Udało?
Twarz Ojca zaczyna się rozpromieniać.
SK: Tobie? Być może. Lecz ja nie wypełniłem rozkazu Rozumiesz?
O: Coraz lepiej. Nie mogłeś przecie.
SK: Mogłem. Próbowałem. Nie wiem co czuję bo nigdy czegoś takiego nie uświadczyłem... Czuję? Nie wiem co to za uczucie!
O: Bo nigdy nie zawiodłeś.
SK: Więc to takie uczucie? Obrzydliwe!
O: Witaj wśród ułomnych.
  Ojciec czuje że strażnik spogląda na niego posępnie.
SK: Powinienem Cię zabić ale nie mogę bo rozkaz był iż po  tym jak zabiję syna. I co teraz?
O: Jeśli po synu tedy nie możesz!
SK: Nie mogłem też nie uśmiercić Twego syna a jednak mi się udało. Więc czemu nie miałbym i drugi rozkaz złamać? Co za różnica?
O: Różnica jest w logice.
Ojciec który już ochłonął a tym co usłyszał od Strażnika uspokojony widocznie przysiadł na piętach.
SK: Cóż zatem mówi Ci logika na obronę tego nędznego ciała bez duszy?
O: Iż nie wykonałeś rozkazu lecz nie złamałeś prawa.
SK: Jak, skoro nie wykonałem rozkazu a prawo tego wymaga.
O: Ależ wykonałeś tylko nieskutecznie. Prawo wymaga od Ciebie reakcji lecz nie ponoszenia za nią odpowiedzialności. Tedy nie ty złamałeś prawo lecz okoliczności. A skoro prawo jest ponad rozkazem tak jak wola najwyższego ponad modlitwą...
Ojciec przerywa bo czuje jak Strażnik tężeje nagle a aura wokoło niego przygasza światło wysysając je by podsycić czarne płomienie. Przez chwilę panuje niezręczna cisza. Przerywa ją Strażnik tonem ostatecznej przestrogi
SK: Nie wspominamy tu o tych sprawach.
O (Skruszonym tonem): Wybacz.
SK: Więc co ustaliłeś?
O: To co planowałem. Ale choć rozum dowodził iż inaczej być nie może to dusza się lękała iż zwodzi ją rozum.
SK: Ty nie masz duszy Kadawerze.
O: Mniejsza o to. Twój rozkaz kazał Ci zabić syna a skoro nie udało Ci się oddzielić jego duszy od ciała by wiecznie błąkała się po piekle logika mi podpowiada iż oddzieliłeś duszę od piekła. Musi więc trafiła z ciałem do Świata żywych by tam się błąkać.
Ojciec niemal usłyszał jak Strażnik marszczy brwi.
SK: Wiecznie?
O: Tak być może.
SK: Dziwaczny pomysł.
O: Nie mój pierwszy.
Strażnik wyprostował się i popatrzył wzdłuż drogi.
SK: Więc prawo zachowane?
O: Tak sądzę. A ty czy widzisz w nim jakieś dziury?
  Strażnik obraca się dookoła co można poznać jeno po tym jak krąg zatacza trzymany przez niego miecz.
SK: Widzę dziurę w twojej głowie, dziurę w duszy tam leżącej a nawet dziurę w kręgu lecz prawo nie jest dziurawe.
Ojciec podrywa się z klęczek.
O: Omal nie zapomniałem! Dusza! Jak ją nazwałeś?
SK: Kleopatra?
O: Tak! Skąd wiesz że tak miała na imię?
SK: W chwili śmierci sobie przypomniała więc i ja pamiętam jak wszystko co pod moją pieczą.
O: Umiera?
SK: Jak wszystko zabite wolą prawa. Prócz twego syna...
O: Przykro mi... Naprawdę... Gdyby żyła. Tym co uczyniła odkupiłaby winy...
Strażnik spogląda w stronę duszy.
SK: Nie wspominamy tu o takich sprawach... To piekło. Za późno na żal. Co zatem?
Ojciec Spoglądając w kierunku duszy z której unoszą się już solidne czarne płomienie spowijając ją aurą czerni podobną do tej Strażnika.
O: Jeśli sprawy pomiędzy nami zamknięte?
SK: Tak myślę.
O: Tedy pora mi wracać do Kierownika po obiecaną zapłatę.
SK: Chyba chcę to zobaczyć.
O: O tak. Na pewno. Ale jeszcze chwilę tu zabawię.
SK: Chwila nic nie znaczy w tym miejscu.
O: Zatem tym bardziej. Może i nie ma tu nic poza karą ale czuję że jestem coś winien duszy Kleopatry.
SK: Skoro tak twierdzisz...
  Strażnik bez dalszej zwłoki zaczyna oddalać się w kierunku odległych zabudowań gdy tymczasem Ojciec schodzi nad brzeg rzeki. Wyciąga duszę na brzeg tak by jej woda nie porwała unikając płomieni lecz przeżarły ją już na tyle że nogi wraz dolną częścią ciała odrywają się nagle w snopach czarnych iskier i tłustych płatów sadzy i porwane przez rzekę znikają w jej stalowej toni a Ojciec ciężko siada na siedzeniu ciągnąc za czarne kikuty rąk tlący się korpus z głową. Przeklina pod nosem i obraca go twarzą do góry. Wciąga powietrze gdy spostrzega że dusza ma oczy szeroko otwarte i nadal szmaragdową zielenią roziskrzone. Kuca obok. Spogląda dookoła ale nikogo nie widać prócz odległego już Strażnika. Półgłosem w stronę duszy.
O: Dziękuję. Kleopatro..? Tak? I przepraszam. Planowałem i przewidywałem ale Ciebie w tym nie było. Choć kiedy usłyszałem jak prosisz o ludzi rozmowę... Może to przeczucie? A może zwykły zbieg okoliczności. Ale nie wierzę w przypadek... Czuję że tak miało być. Może czułem jeszcze zanim zaryzykowałem życiem mojej dzieciny? A teraz... Nie ukrywam niczego. Widzisz kim jestem. Potworem który naraża własne dziecko. Może Strażnik miał rację? Może nie mam duszy?
  Dusza porusza niemrawo kikutami rąk.
O: Przepraszam. Tyle gadam a Ty nic odpowiedzieć nie możesz. Taką mam naturę. Ale nie przyszedłem by Ci ostatnie chwilę uprzykrzać gadaniem. Wiele już Ci czasu nie zostało. Więc dam Ci wybór. Nie ważne co ten kiep mówił- mam duszę. Dobrze ukrytą. I kawałek z tego czy innego powodu zostawię tu kiedy odejdę. Więc mógłbym... Mógłbym zabrać w zamian kawałek innej duszy... Albo całkiem małą duszyczkę... Co myślisz? Pomyśl... Nicość. Albo udręka powrotu do świata. Lecz ostrzegam. To będzie gorsze niż wieczność w piekle. Wierz mi. Więc co mi powiesz? Śpiesz się. Dusza Twoja już się dopala.
  Przez chwilę panuje cisza po czym dusza wyciąga do niego kikuty swoich rąk. Scena ciemnieje i oddala się. W zapadającej ciemności widać jak Ojciec pochyla się nad resztkami duszy ugniatając coś jakby w rękach. Gdy ciemność ma zapaść całkowita widać jeszcze cień jego ręki wsuwającej coś pod opaskę.

Koniec aktu III
0.067759037017822