2
Akt IV
Podsumowanie.
Osoby
Ojciec (O)
Strażnik Kręgu (SK) w przybraniu atrybutów i aspektów pełnych.
Kierownik (K)
Pomocnicy Kierownika (PK1), (PK2)
Scena
Scena jak w akcie II, dusze dwie się kręcą wokoło autobusu załadowanego duszami a Kierownik z pomagierami kończą ładować kram. Pojawia się Strażnik sunąc w ich kierunku. Kiedy go dostrzegają zatrzymują się z robotą spoglądając w jego kierunku.
K: Oto wraca nasz mistrz i opiekun!
PK1: Dziwny jakiś jakby nie swój...
PK2: Bo znasz go od czasów Stworzenia...
Kierownik śmieje się choć czuje jak i oni niepokój. Tymczasem Strażnik podpływa nieopodal i zatrzymuje się nie podchodząc do grupy przy autobusie. Czując się nieswojo Ci też nie zagadują czując że coś się zaraz wydarzy. I tak też się dzieje gdy pojawia się na drodze Ojciec biegnąc w kierunku autobusu.
Cała trójka stoi z rozdziawioną gębą wmurowana w bruk nie mogąc wydobyć słowa aż nie staje tuż przed nimi. Tylko Kierownik coś gestykuluje próbując ekspresją oddać szok!
O: jestem jak obiecałem! Po zapłatę!
Kierownik na te słowa odzyskując własne:
K: Na rogi mistrza! Winneś już być niczym!
O: Więc niespodzianka!
K: Cwaniaku!
O: Często to słyszę.
K: Oszuście!
O: Czasami...
K: Zdrajco!
O: To chyba Twoje imię!
Kierownik bucha płomieniami niczym nienawistnym żarem przyjmując postać czerwonoskórego stwora z gorejącymi oczyma. Rogi wykręcają mu się na czole tak jak chwost między pośladkami. Dwa razy zgrzyta kopytami na bruku nim dopada do Ojca i wali go na odlew tak że ten pada jak ścięty na drogę.
K: Ubiję ścierwo... Zamorduję.
Siada na piersi ojca i zaciska wielkie łapska na jego szyi. Pomocnicy stoją zaskoczeni. Ojciec usiłuje się wyrwać lecz na nic jego siła w starciu z mocarnymi jak konary łapami Kierownika. Już sinieje kiedy nagle ktoś szarpie Kierownikiem niczym szmacianą kukła ściągając go za kark z Ojca. To Strażnik Chwycił od tyłu Kierownika za kark i trzyma w uścisku niewzruszonym niczym prawo, przy którym siły posiadacza owego karku niczym siły lisa schwytanego w tygrysią paszczę.
Ojciec charczy krztusząc się bo choć trudno udusić kogoś w miejscu gdzie można na rok czy dwa wstrzymać oddech (nie wnikając czy w ogóle ktoś pomyślał o powietrzu do oddychania w miejscu gdzie nie ma żywych płuc) to uścisk Kierownika niemal zmiażdżył mu szyję zostawiając czerwoną, szybko siniejącą, szeroką bliznę. Kierownik tymczasem szarpie się wybałuszając oczy napuchnięte od krwi która chlupocze furią w środku gałek.
K: Ty??? Ty zdradziecka świnio! Puściłeś go żywego? Jak to?
Podsumowanie.
Osoby
Ojciec (O)
Strażnik Kręgu (SK) w przybraniu atrybutów i aspektów pełnych.
Kierownik (K)
Pomocnicy Kierownika (PK1), (PK2)
Scena
Scena jak w akcie II, dusze dwie się kręcą wokoło autobusu załadowanego duszami a Kierownik z pomagierami kończą ładować kram. Pojawia się Strażnik sunąc w ich kierunku. Kiedy go dostrzegają zatrzymują się z robotą spoglądając w jego kierunku.
K: Oto wraca nasz mistrz i opiekun!
PK1: Dziwny jakiś jakby nie swój...
PK2: Bo znasz go od czasów Stworzenia...
Kierownik śmieje się choć czuje jak i oni niepokój. Tymczasem Strażnik podpływa nieopodal i zatrzymuje się nie podchodząc do grupy przy autobusie. Czując się nieswojo Ci też nie zagadują czując że coś się zaraz wydarzy. I tak też się dzieje gdy pojawia się na drodze Ojciec biegnąc w kierunku autobusu.
Cała trójka stoi z rozdziawioną gębą wmurowana w bruk nie mogąc wydobyć słowa aż nie staje tuż przed nimi. Tylko Kierownik coś gestykuluje próbując ekspresją oddać szok!
O: jestem jak obiecałem! Po zapłatę!
Kierownik na te słowa odzyskując własne:
K: Na rogi mistrza! Winneś już być niczym!
O: Więc niespodzianka!
K: Cwaniaku!
O: Często to słyszę.
K: Oszuście!
O: Czasami...
K: Zdrajco!
O: To chyba Twoje imię!
Kierownik bucha płomieniami niczym nienawistnym żarem przyjmując postać czerwonoskórego stwora z gorejącymi oczyma. Rogi wykręcają mu się na czole tak jak chwost między pośladkami. Dwa razy zgrzyta kopytami na bruku nim dopada do Ojca i wali go na odlew tak że ten pada jak ścięty na drogę.
K: Ubiję ścierwo... Zamorduję.
Siada na piersi ojca i zaciska wielkie łapska na jego szyi. Pomocnicy stoją zaskoczeni. Ojciec usiłuje się wyrwać lecz na nic jego siła w starciu z mocarnymi jak konary łapami Kierownika. Już sinieje kiedy nagle ktoś szarpie Kierownikiem niczym szmacianą kukła ściągając go za kark z Ojca. To Strażnik Chwycił od tyłu Kierownika za kark i trzyma w uścisku niewzruszonym niczym prawo, przy którym siły posiadacza owego karku niczym siły lisa schwytanego w tygrysią paszczę.
Ojciec charczy krztusząc się bo choć trudno udusić kogoś w miejscu gdzie można na rok czy dwa wstrzymać oddech (nie wnikając czy w ogóle ktoś pomyślał o powietrzu do oddychania w miejscu gdzie nie ma żywych płuc) to uścisk Kierownika niemal zmiażdżył mu szyję zostawiając czerwoną, szybko siniejącą, szeroką bliznę. Kierownik tymczasem szarpie się wybałuszając oczy napuchnięte od krwi która chlupocze furią w środku gałek.
K: Ty??? Ty zdradziecka świnio! Puściłeś go żywego? Jak to?
Gdzie prawo? Gdzie mój rozkaz???
Pomocnicy uciekają w panice do autobusu zamykając za sobą drzwi. Kierownik obraca się w kierunku rzężącego Ojca.
K: A ty? Czym go przekupiłeś? Jego? Sędziego? Niech się tylko o tym dowie ktoś z wewnętrznego kręgu! Co ja mówię! Sam mistrz! Ale najpierw ja! JA! Wyrwę z Ciebie flaki do ostatniego jeśli będę musiał ale dostanę swoje odpowiedzi! Rozumiesz mendo? Potnę Cię tak drobno że będzie można tobą karmić ryby w akwarium! Odpowiadaj jak pytam! Coś za jeden? Kto Cię nasłał? Kto?
Ojcu udało się w końcu złapać oddech. Ręką daje znak by Kierownik raczył poczekać co go jeszcze bardziej rozsierdza. Wije się więc w uścisku Strażnika niczym robak na haczyku rzucając na przemian pytania i groźby. W końcu Ojciec staje na nogi. Odkaszlnął i na próbę coś mówi. Milknie i zaczyna jeszcze raz.
O: Stra... Strażniku...
Strażnik ściska czarnopłomienistą dłonią kark Kierownika tak że ten piszczy cienko, majta się spazmem i milknie z dziwnie przekrzywioną głową.
O: Oooo! Tak lepiej. Kierowniku... Kierowniku. Tyle pytań a tak mało czasu zostało. (W stronę autobusu) Hej wy tam! Wyłazić!
Czeka chwilę nim drzwi się otwierają i pomocnicy Kierownika wychodzą trzęsąc gaciami i rozglądając się jakby niewiele rozumieli bo i niewiele rozumieją z tego co się dzieje.
O: Spokojnie. Nic wam nie grozi. Chcę tylko byście potwierdzili Strażnikowi coś.
Pomocnicy spoglądając po sobie odpowiadają przestraszeni
PK1: Co sobie zażyczy.
PK2: Oczywiście.
O: Więc znacie się dobrze na cenach. Wiecie ile co kosztuje . Więc powiedzcie strażnikowi jaka winna być cena za te wszystkie pytania, które wasz szef zadał...
Pomocnicy spoglądają po sobie ale milczą,
O: Żwawo!!!
PK1i 2 (razem): Wszystko!
O: Tak myślałem. Strażniku...
SK: Słyszę Cię.
O: Pewnie byś chciał dowieść iż nadal jesteś tu prawem i rozkazu mieczem. Więc jest okazja. Powołuję się na prawo i rozkazuję!
SK: Słucham.
O: Za pytania które zadał winien Kierownik zapłacić wszystkim co ma. Ale sam sobie opłaty zdaje się nie jest w stanie odebrać więc Ty przejmujesz w zgodzie z prawem to zadanie.
SK: Jak stanowi prawo!
Nim jeszcze skończył mówić miecz błyska mrokiem tłumiąc na moment światło. Wypuszczony z jego ręki Kierownik przez chwilę stoi z komicznie przekrzywioną na złamanym karku głową wybałuszając w niemym zdziwieniu krwawe ślepia po czym jego głowa w fontannie krwi stacza się z barków a ciało rozcięte na dwie równe połowy przewraca się w dwóch przeciwnych kierunkach padając w kałuży czerwonej jak maki krwi która zaczyna skwierczeć i płonąć niemal natychmiast czarnym ogniem.
Pomocnicy Kierownika kwiczą niby obite świnie i rzucają się do ucieczki ale zatrzymuje ich słowo rzucone niczym strzał z bicza przez Ojca:
O: Stać!
A gdy się zatrzymują chwytając za ręce niczym przedszkolaki.
O: Coś mi jeszcze jesteście powinni jeśli mnie pamięć nie myli.
PK1: Panie! Gazeta!
O: Dokładnie
PK2: Już biegnę!
O: Chwilka.
Pk1: Służymy!
O. Nie byle jaka gazeta.
PK2:Jaką każesz!
O: Jeden egzemplarz poproszę dzisiejszego Kraju.
PK1: Kraju!
O: Tak właśnie. A teraz pędźcie!
Pomocnicy wbiegają do autobusu w drzwiach się przepychając. Jak szybko wpadli do środka tak szybko pojawiają się z powrotem wydzierając sobie z rąk egzemplarz gazety.
Pomocnicy uciekają w panice do autobusu zamykając za sobą drzwi. Kierownik obraca się w kierunku rzężącego Ojca.
K: A ty? Czym go przekupiłeś? Jego? Sędziego? Niech się tylko o tym dowie ktoś z wewnętrznego kręgu! Co ja mówię! Sam mistrz! Ale najpierw ja! JA! Wyrwę z Ciebie flaki do ostatniego jeśli będę musiał ale dostanę swoje odpowiedzi! Rozumiesz mendo? Potnę Cię tak drobno że będzie można tobą karmić ryby w akwarium! Odpowiadaj jak pytam! Coś za jeden? Kto Cię nasłał? Kto?
Ojcu udało się w końcu złapać oddech. Ręką daje znak by Kierownik raczył poczekać co go jeszcze bardziej rozsierdza. Wije się więc w uścisku Strażnika niczym robak na haczyku rzucając na przemian pytania i groźby. W końcu Ojciec staje na nogi. Odkaszlnął i na próbę coś mówi. Milknie i zaczyna jeszcze raz.
O: Stra... Strażniku...
Strażnik ściska czarnopłomienistą dłonią kark Kierownika tak że ten piszczy cienko, majta się spazmem i milknie z dziwnie przekrzywioną głową.
O: Oooo! Tak lepiej. Kierowniku... Kierowniku. Tyle pytań a tak mało czasu zostało. (W stronę autobusu) Hej wy tam! Wyłazić!
Czeka chwilę nim drzwi się otwierają i pomocnicy Kierownika wychodzą trzęsąc gaciami i rozglądając się jakby niewiele rozumieli bo i niewiele rozumieją z tego co się dzieje.
O: Spokojnie. Nic wam nie grozi. Chcę tylko byście potwierdzili Strażnikowi coś.
Pomocnicy spoglądając po sobie odpowiadają przestraszeni
PK1: Co sobie zażyczy.
PK2: Oczywiście.
O: Więc znacie się dobrze na cenach. Wiecie ile co kosztuje . Więc powiedzcie strażnikowi jaka winna być cena za te wszystkie pytania, które wasz szef zadał...
Pomocnicy spoglądają po sobie ale milczą,
O: Żwawo!!!
PK1i 2 (razem): Wszystko!
O: Tak myślałem. Strażniku...
SK: Słyszę Cię.
O: Pewnie byś chciał dowieść iż nadal jesteś tu prawem i rozkazu mieczem. Więc jest okazja. Powołuję się na prawo i rozkazuję!
SK: Słucham.
O: Za pytania które zadał winien Kierownik zapłacić wszystkim co ma. Ale sam sobie opłaty zdaje się nie jest w stanie odebrać więc Ty przejmujesz w zgodzie z prawem to zadanie.
SK: Jak stanowi prawo!
Nim jeszcze skończył mówić miecz błyska mrokiem tłumiąc na moment światło. Wypuszczony z jego ręki Kierownik przez chwilę stoi z komicznie przekrzywioną na złamanym karku głową wybałuszając w niemym zdziwieniu krwawe ślepia po czym jego głowa w fontannie krwi stacza się z barków a ciało rozcięte na dwie równe połowy przewraca się w dwóch przeciwnych kierunkach padając w kałuży czerwonej jak maki krwi która zaczyna skwierczeć i płonąć niemal natychmiast czarnym ogniem.
Pomocnicy Kierownika kwiczą niby obite świnie i rzucają się do ucieczki ale zatrzymuje ich słowo rzucone niczym strzał z bicza przez Ojca:
O: Stać!
A gdy się zatrzymują chwytając za ręce niczym przedszkolaki.
O: Coś mi jeszcze jesteście powinni jeśli mnie pamięć nie myli.
PK1: Panie! Gazeta!
O: Dokładnie
PK2: Już biegnę!
O: Chwilka.
Pk1: Służymy!
O. Nie byle jaka gazeta.
PK2:Jaką każesz!
O: Jeden egzemplarz poproszę dzisiejszego Kraju.
PK1: Kraju!
O: Tak właśnie. A teraz pędźcie!
Pomocnicy wbiegają do autobusu w drzwiach się przepychając. Jak szybko wpadli do środka tak szybko pojawiają się z powrotem wydzierając sobie z rąk egzemplarz gazety.
O: Tylko nie to...
Pomocnik pierwszy w końcu wydziera postrzępioną gazetę z rąk drugiego powalając go ciosem na bruk i uradowany wręcza Ojcu.
PK1: Otóż i ona!
O: Wymiętolona...
PK1: Zdziebko ale jest.
O: Spójrzmy zatem.
Spogląda na stronę pierwszą. Uśmiecha się.
O: Jest!
Zaniepokojony nagle strażnik
SK: Cóż jest?
O: Kraj dzisiejszy!
SK: Cóż z tego?
O: Data
SK: Jaka data?
O: Dzisiejsza. Tiszrej dwunasty, rok pięć tysięcy i trzynasty.
Strażnik ryczy tak że wszystko zamiera, nawet dusze błądzące po ulicy.
SK: CO!!!
O: Dokładnie. Wiedziałem już gdzie, ale nie wiedziałem kiedy. Teraz i to wiem już!
SK: To jest zakazane! Łamiesz prawo!
O: Za późno tępy klawiszu!
SK: Stój!
O: Za późno!
Strażnik skacze w kierunku Ojca wybuchając czarnymi płomieniami podpalającymi wszystko wokoło, łącznie z autobusem, pomocnikami i duszami. Czerń błyska pogrążając wszystko w całkowitym mroku.
Koniec aktu IV
Pomocnik pierwszy w końcu wydziera postrzępioną gazetę z rąk drugiego powalając go ciosem na bruk i uradowany wręcza Ojcu.
PK1: Otóż i ona!
O: Wymiętolona...
PK1: Zdziebko ale jest.
O: Spójrzmy zatem.
Spogląda na stronę pierwszą. Uśmiecha się.
O: Jest!
Zaniepokojony nagle strażnik
SK: Cóż jest?
O: Kraj dzisiejszy!
SK: Cóż z tego?
O: Data
SK: Jaka data?
O: Dzisiejsza. Tiszrej dwunasty, rok pięć tysięcy i trzynasty.
Strażnik ryczy tak że wszystko zamiera, nawet dusze błądzące po ulicy.
SK: CO!!!
O: Dokładnie. Wiedziałem już gdzie, ale nie wiedziałem kiedy. Teraz i to wiem już!
SK: To jest zakazane! Łamiesz prawo!
O: Za późno tępy klawiszu!
SK: Stój!
O: Za późno!
Strażnik skacze w kierunku Ojca wybuchając czarnymi płomieniami podpalającymi wszystko wokoło, łącznie z autobusem, pomocnikami i duszami. Czerń błyska pogrążając wszystko w całkowitym mroku.
Koniec aktu IV
Epilog
Osoby
Starzec (S) Ten sam co w Prologu.
Kobieta (K) kobieta koło pięćdziesiątki z rozpuszczonymi posiwiałymi włosami i szarymi oczyma. Ubrana w koszulę nocną.
Dziecko (D) Dziewczynka około lat dziesięciu. Szare włosy dość krótko przycięte, piękne szmaragdowe oczy. Ubrana w pidżamę.
Scena. Scenografia jak w Prologu. Tym razem mrok rozjaśniają małe pełgające płomyki. Rozlega się czyjś krzyk i do pomieszczenia wbiega kobieta przyświecając sobie lampą naftową- zdaje się że to ona krzyknęła nim wbiegła do pomieszczenia. Oświetlająca przestrzeń lampa wydobywa z półmroku siedzącego w fotelu dziadka który usiłuje ugasić płonącą gazetę uderzając w nią dłońmi tak że lecą z niej iskry i sadza dołączając do gryzącego dymu unoszącego się nad fotelem. Kobieta przypada i odstawiwszy lampę na stolik pomaga mu stłumić ostatnie płomienie.
S: Do diaska!
K: Co się stało!?
S: Nie wiem przysnąłem chyba!
Gasną w końcu ostatnie tlące się iskry.
K: Oszalałeś? Mówiłam żebyś szedł spać. Dobrze że się obudziłam!
S: Nic się nie stało przecież.
K: Nic? Mało się nie podpaliłeś! Wiesz co mówią? Dym by nas udusił nimbyśmy się pobudzili!
S: Co?
K: No tak mówią.
S: Jaki dym kobieto. Trochę się nakopciło a ty robisz szum.
Kobieta już ochłonęła ale gniew jeszcze jej nie minął i walczy w niej by zrugać starego.
K: Siedzisz po nocach zamiast jak człowiek się położyć to przysypiasz.
S: Zwykły wypadek.
K: Ty i te Twoje bajki. Ale gdyby nie one to może i byłoby już po nas.
S: Niby jak?
Kobieta idzie do kominka i przynosi stamtąd wiadro metalowe do którego wrzuca gazetę i zgarnia popiół.
K: Zawsze jak słucham tych Twoich bajek to później śnią mi się głupoty. Tak jak dzisiaj. Tak mnie męczył sen że aż się obudziłam. Wstałam żeby napić się wody i zobaczyłam odblask na ścianie z dołu.
S: No więc widzisz sama. Na dobre wyszło to czytanie.
K: Na dobre... Dobre sobie. Gdybyś nie czytał to wcześniej byś się kładł.
S: Ale ona tak to lubi. Tak jak ty kiedyś. Pamiętasz?
Kobieta przysiada na oparciu fotela
K: jak mam nie pamiętać? Te twoje opowieści... Zawsze umiałeś tak opisać to wszystko... Tak żywo, realnie. Tak jak mówiłeś... Jakbyś...
Stary wchodzi jej w słowo
S: Sam projektował.
K: ...Tak. Zawsze tak się tłumaczyłeś... „ Wiem jak wygląda bo sam to projektowałem”. Za takie gadanie, kiedyś Bóg cię pokara.
S: I co zrobi? Zamknie mnie w piekle? Przecież sam je projektowałem...
Kobieta rozeźlona.
K: Przestań! Gadać bzdury. I przestań kłaść to jej do głowy
Osoby
Starzec (S) Ten sam co w Prologu.
Kobieta (K) kobieta koło pięćdziesiątki z rozpuszczonymi posiwiałymi włosami i szarymi oczyma. Ubrana w koszulę nocną.
Dziecko (D) Dziewczynka około lat dziesięciu. Szare włosy dość krótko przycięte, piękne szmaragdowe oczy. Ubrana w pidżamę.
Scena. Scenografia jak w Prologu. Tym razem mrok rozjaśniają małe pełgające płomyki. Rozlega się czyjś krzyk i do pomieszczenia wbiega kobieta przyświecając sobie lampą naftową- zdaje się że to ona krzyknęła nim wbiegła do pomieszczenia. Oświetlająca przestrzeń lampa wydobywa z półmroku siedzącego w fotelu dziadka który usiłuje ugasić płonącą gazetę uderzając w nią dłońmi tak że lecą z niej iskry i sadza dołączając do gryzącego dymu unoszącego się nad fotelem. Kobieta przypada i odstawiwszy lampę na stolik pomaga mu stłumić ostatnie płomienie.
S: Do diaska!
K: Co się stało!?
S: Nie wiem przysnąłem chyba!
Gasną w końcu ostatnie tlące się iskry.
K: Oszalałeś? Mówiłam żebyś szedł spać. Dobrze że się obudziłam!
S: Nic się nie stało przecież.
K: Nic? Mało się nie podpaliłeś! Wiesz co mówią? Dym by nas udusił nimbyśmy się pobudzili!
S: Co?
K: No tak mówią.
S: Jaki dym kobieto. Trochę się nakopciło a ty robisz szum.
Kobieta już ochłonęła ale gniew jeszcze jej nie minął i walczy w niej by zrugać starego.
K: Siedzisz po nocach zamiast jak człowiek się położyć to przysypiasz.
S: Zwykły wypadek.
K: Ty i te Twoje bajki. Ale gdyby nie one to może i byłoby już po nas.
S: Niby jak?
Kobieta idzie do kominka i przynosi stamtąd wiadro metalowe do którego wrzuca gazetę i zgarnia popiół.
K: Zawsze jak słucham tych Twoich bajek to później śnią mi się głupoty. Tak jak dzisiaj. Tak mnie męczył sen że aż się obudziłam. Wstałam żeby napić się wody i zobaczyłam odblask na ścianie z dołu.
S: No więc widzisz sama. Na dobre wyszło to czytanie.
K: Na dobre... Dobre sobie. Gdybyś nie czytał to wcześniej byś się kładł.
S: Ale ona tak to lubi. Tak jak ty kiedyś. Pamiętasz?
Kobieta przysiada na oparciu fotela
K: jak mam nie pamiętać? Te twoje opowieści... Zawsze umiałeś tak opisać to wszystko... Tak żywo, realnie. Tak jak mówiłeś... Jakbyś...
Stary wchodzi jej w słowo
S: Sam projektował.
K: ...Tak. Zawsze tak się tłumaczyłeś... „ Wiem jak wygląda bo sam to projektowałem”. Za takie gadanie, kiedyś Bóg cię pokara.
S: I co zrobi? Zamknie mnie w piekle? Przecież sam je projektowałem...
Kobieta rozeźlona.
K: Przestań! Gadać bzdury. I przestań kłaść to jej do głowy
D: Co kłaść?
Kobieta i Starzec spoglądają w stronę drzwi w których stoi dziewczynka w pidżamie.
K: Co tu robisz?
D: Obudziły mnie krzyki. Co się dzieje?
K: Nic takiego. Biegnij do łóżka. Rano szkoła czeka.
D: Kłócicie się?
D: Ależ skąd Kleo.
Kobieta kładzie staremu dłoń na ramieniu i mocno ściska. Ten spogląda na nią z fotela.
K: No biegnij. Zaraz zejdę do Ciebie.
Dziecko macha ręką na pożegnanie i znika.
K: Mówiłam żebyś skończył ją tak nazywać! Co to w ogóle za przezwisko! Już się sąsiedzi śmieją. Kleopatra...
D: Stare dzieje.
K: Skończ z tym!
D: Przecież ona to lubi, a w domu sąsiedzi nie słyszą.
K: Wystarczy że ja słyszę. Twoja wnuczka ma imię jakbyś zapomniał.
D: Zapomniał? Mam jedno dziecko i jedną wnuczkę. Jak możesz powiedzieć że zapomniałem jak ma na imię!
K: Bo czasami tak gadasz bzdury...
D: Stary stęka poprawiając się na fotelu. Kobieta skupia na nim wzrok jakby coś teraz dostrzegła.
K: A gdzie Twoje oko?
D: Hę?
Dziadek przesuwa palcami po twarzy.
K: Wyjmowałeś je?
D: Nie no, po co? Rzeczywiście. Musiało wypaść kiedy spałem.
K: Skaranie boskie... Mam nadzieje że się nie stłukło.
Kobieta bierze lampę ze stołu i przyświeca sobie nią po podłodze. Dziadek szuka za sobą i między oparciami fotela gmerając tam na ślepo paluchami. Kobieta w tym czasie klęka stawia lampę na podłodze i zagląda pod fotel:
K: Tu jest!
Sięga pod fotel i wyciąga coś. Wstaje i przeciera delikatnie rękawem koszuli.
K: Wypadło pewnie jak Cię ogień wystraszył. Szczęście że dywan gruby.
S: Nie stłukło się?
Kobieta przysuwa oko do twarzy by się przyjrzeć. Spogląda przez chwilę obracając w palcach okrągły przedmiot. Podchodzi do stolika do światła.
K: Dziwna sprawa...
S: Co?
K: Masz szare oko... A proteza zielona. Jakby nie Twoja.
S: Jak zielona? Pokaż.
Kobieta podaje mu przedmiot, któremu stary przygląda się pod światło.
S: No tak się wydaje. To przez światło. Musi w tym świetle wydaje się zielone.
K: Czy ja wiem...
S: A co? Myślisz że ktoś inny zgubił protezę pod moim fotelem?
Stary parska śmiechem co irytuje kobietę.
K: Oddawaj już.
Stary podaje jej sztuczne oko.
S: Oj córuś... Nie irytuj się. W świetle tak wygląda. Rano zobaczysz że w Słońcu szare jest.
K: Pewnie masz rację.
Kobieta odkłada protezę na stolik.
K: Tak czy inaczej niech leży. Trzeba będzie je rano odkazić. A ty kładź się już.
S: Jeszcze chwila...
K: Co znowu?
S: Ty się kładź. Ja posiedzę jeszcze.
K: Niereformowalny jesteś!
S: Po pierwsze nie podnoś już głosu bo może mała usnęła. Po drugie miałaś do niej zajrzeć chyba...
Kobieta znowu chce coś jeszcze powiedzieć ale stary podnosi rękę.
Kobieta i Starzec spoglądają w stronę drzwi w których stoi dziewczynka w pidżamie.
K: Co tu robisz?
D: Obudziły mnie krzyki. Co się dzieje?
K: Nic takiego. Biegnij do łóżka. Rano szkoła czeka.
D: Kłócicie się?
D: Ależ skąd Kleo.
Kobieta kładzie staremu dłoń na ramieniu i mocno ściska. Ten spogląda na nią z fotela.
K: No biegnij. Zaraz zejdę do Ciebie.
Dziecko macha ręką na pożegnanie i znika.
K: Mówiłam żebyś skończył ją tak nazywać! Co to w ogóle za przezwisko! Już się sąsiedzi śmieją. Kleopatra...
D: Stare dzieje.
K: Skończ z tym!
D: Przecież ona to lubi, a w domu sąsiedzi nie słyszą.
K: Wystarczy że ja słyszę. Twoja wnuczka ma imię jakbyś zapomniał.
D: Zapomniał? Mam jedno dziecko i jedną wnuczkę. Jak możesz powiedzieć że zapomniałem jak ma na imię!
K: Bo czasami tak gadasz bzdury...
D: Stary stęka poprawiając się na fotelu. Kobieta skupia na nim wzrok jakby coś teraz dostrzegła.
K: A gdzie Twoje oko?
D: Hę?
Dziadek przesuwa palcami po twarzy.
K: Wyjmowałeś je?
D: Nie no, po co? Rzeczywiście. Musiało wypaść kiedy spałem.
K: Skaranie boskie... Mam nadzieje że się nie stłukło.
Kobieta bierze lampę ze stołu i przyświeca sobie nią po podłodze. Dziadek szuka za sobą i między oparciami fotela gmerając tam na ślepo paluchami. Kobieta w tym czasie klęka stawia lampę na podłodze i zagląda pod fotel:
K: Tu jest!
Sięga pod fotel i wyciąga coś. Wstaje i przeciera delikatnie rękawem koszuli.
K: Wypadło pewnie jak Cię ogień wystraszył. Szczęście że dywan gruby.
S: Nie stłukło się?
Kobieta przysuwa oko do twarzy by się przyjrzeć. Spogląda przez chwilę obracając w palcach okrągły przedmiot. Podchodzi do stolika do światła.
K: Dziwna sprawa...
S: Co?
K: Masz szare oko... A proteza zielona. Jakby nie Twoja.
S: Jak zielona? Pokaż.
Kobieta podaje mu przedmiot, któremu stary przygląda się pod światło.
S: No tak się wydaje. To przez światło. Musi w tym świetle wydaje się zielone.
K: Czy ja wiem...
S: A co? Myślisz że ktoś inny zgubił protezę pod moim fotelem?
Stary parska śmiechem co irytuje kobietę.
K: Oddawaj już.
Stary podaje jej sztuczne oko.
S: Oj córuś... Nie irytuj się. W świetle tak wygląda. Rano zobaczysz że w Słońcu szare jest.
K: Pewnie masz rację.
Kobieta odkłada protezę na stolik.
K: Tak czy inaczej niech leży. Trzeba będzie je rano odkazić. A ty kładź się już.
S: Jeszcze chwila...
K: Co znowu?
S: Ty się kładź. Ja posiedzę jeszcze.
K: Niereformowalny jesteś!
S: Po pierwsze nie podnoś już głosu bo może mała usnęła. Po drugie miałaś do niej zajrzeć chyba...
Kobieta znowu chce coś jeszcze powiedzieć ale stary podnosi rękę.
S: Po trzecie, posiedzę i popilnuję czy gdzie się nie tli jakaś iskra. Lepiej dmuchać na zimne.
Kobieta patrzy jeszcze chwilę na niego po czym podnosi lampę z podłogi i wychodzi. W drzwiach obraca się w stronę starca bokiem
K: Dobranoc Ojcze!
S: Dobranoc dziecko.
Kobieta wychodzi. Kominek ledwo świeci się żarem. Lampka oliwna niemal się dopala tak że po jej wyjściu rzuca już tylko niewielki krąg światła na stoliku oświetlając leżącą tam książkę a na niej oko. W gasnącym świetle oko leży nieruchomo. Po chwili przetacza się tak że kieruje szmaragdową i lśniącą źrenicę na starca siedzącego w fotelu.
Koniec
KS
Kobieta patrzy jeszcze chwilę na niego po czym podnosi lampę z podłogi i wychodzi. W drzwiach obraca się w stronę starca bokiem
K: Dobranoc Ojcze!
S: Dobranoc dziecko.
Kobieta wychodzi. Kominek ledwo świeci się żarem. Lampka oliwna niemal się dopala tak że po jej wyjściu rzuca już tylko niewielki krąg światła na stoliku oświetlając leżącą tam książkę a na niej oko. W gasnącym świetle oko leży nieruchomo. Po chwili przetacza się tak że kieruje szmaragdową i lśniącą źrenicę na starca siedzącego w fotelu.
Koniec
KS