W piątek rano zniknęły drzwi. Wyszedłem przez otwór w ścianie, nie przejmując się o zawartość mieszkania, bo złodziejstwa nie było już od miesięcy. Tak samo jak ananasów, Kielc i bocianich gniazd.
Pamiętałem, kiedy mignął mi pierwszy raz w telewizji. Pokraczny sweter i twarz wyrwana z adaptacji Folwarku zwierzęcego. Bardziej interesowałem się wtedy trzecim Gothicem i Kaśką z równoległej klasy, ale przyciągnął moją uwagę. Szczerbaty uśmiech niczym wypadek, na który nie możemy patrzeć, ale nie odrywamy wzroku. Kilkanaście odsłuchań Grupy Operacyjnej później przestaliśmy o nim myśleć.
Dotarłem do piekarni w pustce między nieobecnością lumpeksu i chemii z Niemiec.
- Są sznytki?
- Nie ma.
- Nie ma, bo nie ma?
- Nieeee, przed chwilą wyszły. W poniedziałek będą. Chyba.
W poniedziałek miało już nie być piekarni.
Po kwietniowej sobocie rozpętała się kampania wyborcza o smaku kompotu ze stypy. Żelaźni kandydaci, pomniejsze partie, pojedyncze czuby i on. Z początku myśleliśmy, że to nowy Tymiński. Nie miał czarnej teczki, tylko domek drewniany, ale populizm i niezależność się zgadzały. Dopiero po paru tygodniach dziennikarze zauważyli, że sama jego obecność spełnia obietnice. Poziom złodziejstwa i bandyctwa zmalał, za to poparcie poszybowało. Nikt nie zwrócił uwagi, że populacja Białystoku odrobinę spadła. Trzy razy przeliczyli głosy po drugiej turze.
Rozwaliłem się na kanapie w salonie. Pilot wprawdzie znikł, ale o tej porze i tak niczego nie było nawet przed początkiem Likwidacji. Sięgnąłem po wysłużoną Nokię, żeby zadzwonić do Maćka z pytaniem, czy chce wyskoczyć pograć w nogę. Nie chcieliśmy przyznać, że dzisiaj ostatni raz. Nie było sygnału.
Po zmianie Belwederu przez chwilę żyliśmy w utopii z chińskiego marketu. Przestępczość spadła do zera, zamknęły się komisje śledcze, a gliniarze układali domki z pustych niebieskich kart. Sprawa się rypła, kiedy w Teleexpresie poszedł materiał o pustych celach w więzieniach. Nagle każdy zdał sobie sprawę, że nie widział od tygodni najmniej lubianych znajomych. Kilka miesięcy zajęło odkrycie, że kolejne elementy otoczenia znikają w nocy, ale wciąż przykrywało to ogłoszenie zerowego bezrobocia u młodych.
Maciek stwierdził, że nie ma czasu ani ochoty. Po zniknięciu rodziców sam zajmował się siostrą i robił na dwie zmiany. Rozważyłem, czy nie pouczyć się na kolosa we wtorek, ale nie było sensu. W poniedziałek miało nie być zajęć, więc mogłem się jeszcze poobijać.
Prezydent przyjmował paczki od obcych dyplomatów, odsłaniał pomniki Piłsudskiego i jeździł asterką z kuloodpornymi szybami. Najtęższe umysły radziły, co robić, by być. Nie pomogło odcięcie dostaw mleczka, coli i węgla. Codzienne orędzia na żywo oznajmiały, co zniknie następnego dnia, dopóki same nie zniknęły. Biskupi zaczęli rozważać, czy to nie apokalipsa i kara za niedocenienie pontyfikatu Karola.
Ostateczna likwidacja zaczęła się 5 marca. Słuchałem w starym radiu, jak kolejne rozgłośnie milkną, zaczynając od białostockich. Pozostali przy istnieniu uciekali na zachód, ale znikające co i rusz mosty, drogi i tory uniemożliwiały ratunek. Zażartowałem, że przynajmniej nie będę musiał kupować kwiatów na dzień kobiet, ale odpowiedziała mi cisza. Nic dziwnego, skoro w mieszkaniu została meblościanka i kosz na śmieci. Zerwał się wiatr. Nadciągająca od wschodu próżnia spokojnie pochłaniała pozostałe bloki. Stanąłem w oknie i uspokoiłem się w duchu. Sam nieświadomie zrobiłem wszystko, co mogłem, by temu zapobiec. Głosowałem na Korwina. Pustka wsysała powietrze wraz z płatkami pelargonii z mojego balkonu. Zamknąłem oczy.
I nie było niczego.
Pamiętałem, kiedy mignął mi pierwszy raz w telewizji. Pokraczny sweter i twarz wyrwana z adaptacji Folwarku zwierzęcego. Bardziej interesowałem się wtedy trzecim Gothicem i Kaśką z równoległej klasy, ale przyciągnął moją uwagę. Szczerbaty uśmiech niczym wypadek, na który nie możemy patrzeć, ale nie odrywamy wzroku. Kilkanaście odsłuchań Grupy Operacyjnej później przestaliśmy o nim myśleć.
Dotarłem do piekarni w pustce między nieobecnością lumpeksu i chemii z Niemiec.
- Są sznytki?
- Nie ma.
- Nie ma, bo nie ma?
- Nieeee, przed chwilą wyszły. W poniedziałek będą. Chyba.
W poniedziałek miało już nie być piekarni.
Po kwietniowej sobocie rozpętała się kampania wyborcza o smaku kompotu ze stypy. Żelaźni kandydaci, pomniejsze partie, pojedyncze czuby i on. Z początku myśleliśmy, że to nowy Tymiński. Nie miał czarnej teczki, tylko domek drewniany, ale populizm i niezależność się zgadzały. Dopiero po paru tygodniach dziennikarze zauważyli, że sama jego obecność spełnia obietnice. Poziom złodziejstwa i bandyctwa zmalał, za to poparcie poszybowało. Nikt nie zwrócił uwagi, że populacja Białystoku odrobinę spadła. Trzy razy przeliczyli głosy po drugiej turze.
Rozwaliłem się na kanapie w salonie. Pilot wprawdzie znikł, ale o tej porze i tak niczego nie było nawet przed początkiem Likwidacji. Sięgnąłem po wysłużoną Nokię, żeby zadzwonić do Maćka z pytaniem, czy chce wyskoczyć pograć w nogę. Nie chcieliśmy przyznać, że dzisiaj ostatni raz. Nie było sygnału.
Po zmianie Belwederu przez chwilę żyliśmy w utopii z chińskiego marketu. Przestępczość spadła do zera, zamknęły się komisje śledcze, a gliniarze układali domki z pustych niebieskich kart. Sprawa się rypła, kiedy w Teleexpresie poszedł materiał o pustych celach w więzieniach. Nagle każdy zdał sobie sprawę, że nie widział od tygodni najmniej lubianych znajomych. Kilka miesięcy zajęło odkrycie, że kolejne elementy otoczenia znikają w nocy, ale wciąż przykrywało to ogłoszenie zerowego bezrobocia u młodych.
Maciek stwierdził, że nie ma czasu ani ochoty. Po zniknięciu rodziców sam zajmował się siostrą i robił na dwie zmiany. Rozważyłem, czy nie pouczyć się na kolosa we wtorek, ale nie było sensu. W poniedziałek miało nie być zajęć, więc mogłem się jeszcze poobijać.
Prezydent przyjmował paczki od obcych dyplomatów, odsłaniał pomniki Piłsudskiego i jeździł asterką z kuloodpornymi szybami. Najtęższe umysły radziły, co robić, by być. Nie pomogło odcięcie dostaw mleczka, coli i węgla. Codzienne orędzia na żywo oznajmiały, co zniknie następnego dnia, dopóki same nie zniknęły. Biskupi zaczęli rozważać, czy to nie apokalipsa i kara za niedocenienie pontyfikatu Karola.
Ostateczna likwidacja zaczęła się 5 marca. Słuchałem w starym radiu, jak kolejne rozgłośnie milkną, zaczynając od białostockich. Pozostali przy istnieniu uciekali na zachód, ale znikające co i rusz mosty, drogi i tory uniemożliwiały ratunek. Zażartowałem, że przynajmniej nie będę musiał kupować kwiatów na dzień kobiet, ale odpowiedziała mi cisza. Nic dziwnego, skoro w mieszkaniu została meblościanka i kosz na śmieci. Zerwał się wiatr. Nadciągająca od wschodu próżnia spokojnie pochłaniała pozostałe bloki. Stanąłem w oknie i uspokoiłem się w duchu. Sam nieświadomie zrobiłem wszystko, co mogłem, by temu zapobiec. Głosowałem na Korwina. Pustka wsysała powietrze wraz z płatkami pelargonii z mojego balkonu. Zamknąłem oczy.
I nie było niczego.