Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Bądź mnom
Anol lev 22
Zawsze chciałeś zostać kulturystą, ale genetyka dała ci ciało patyczaka i pewność siebie mokrego kartonu.
Wstydzisz się iść na siłkę, żeby karki nie pomyliły cię z hantlem, więc lądujesz w robocie w KFC.
Zniżka na kurczaki to twój bilet do Valhalli – myślisz, że od samego patrzenia na skrzydełka urośnie ci biceps.
Do zespołu wpada Bartek lev 26. Też nie jest Thorem, ale widać, że nie omijał WF-u.
Okazuje się, że Bartek to fanatyk żelastwa. Od słowa do słowa, umawiacie się na wspólne tyranie.
Najpierw 3 razy w tygodniu, ale jak otwierają sieciówkę 24h obok, to zamieniacie się w nocne marki.
Układacie grafik w KFC tak, żeby wasze zmiany pokrywały się z treningami.
Kurczak, ryż i kreatyna wjeżdżają mocno.
Po 6 miesiącach w końcu wyglądasz jak człowiek, a nie jak przecinek, ale nagle ściana – progres staje w miejscu.
Na siłowni poznajecie Mariusza. Mariusz to typowy „świecący” kark, który ma w żyłach więcej tablicy Mendelejewa niż krwi.
Zaczynacie „kurację” – kujecie się nawzajem po dupach w szatni, marząc o sylwetce greckiego boga.
Masa idzie do góry, ale fundusze topnieją jak obietnice wyborcze po ogłoszeniu wyników.
Dorabiasz na ulotkach, ale Mariusz to bezlitosny kapitalista – podnosi ceny soku i nie daje na krechę.
Mówi ci prosto w twarz: „Młody, chcesz być dzikiem, to musisz się postarać”.
Dzik? Słowo „dzik” uderza ci do głowy mocniej niż przedtreningówka.
Anol lev 22
Zawsze chciałeś zostać kulturystą, ale genetyka dała ci ciało patyczaka i pewność siebie mokrego kartonu.
Wstydzisz się iść na siłkę, żeby karki nie pomyliły cię z hantlem, więc lądujesz w robocie w KFC.
Zniżka na kurczaki to twój bilet do Valhalli – myślisz, że od samego patrzenia na skrzydełka urośnie ci biceps.
Do zespołu wpada Bartek lev 26. Też nie jest Thorem, ale widać, że nie omijał WF-u.
Okazuje się, że Bartek to fanatyk żelastwa. Od słowa do słowa, umawiacie się na wspólne tyranie.
Najpierw 3 razy w tygodniu, ale jak otwierają sieciówkę 24h obok, to zamieniacie się w nocne marki.
Układacie grafik w KFC tak, żeby wasze zmiany pokrywały się z treningami.
Kurczak, ryż i kreatyna wjeżdżają mocno.
Po 6 miesiącach w końcu wyglądasz jak człowiek, a nie jak przecinek, ale nagle ściana – progres staje w miejscu.
Na siłowni poznajecie Mariusza. Mariusz to typowy „świecący” kark, który ma w żyłach więcej tablicy Mendelejewa niż krwi.
Zaczynacie „kurację” – kujecie się nawzajem po dupach w szatni, marząc o sylwetce greckiego boga.
Masa idzie do góry, ale fundusze topnieją jak obietnice wyborcze po ogłoszeniu wyników.
Dorabiasz na ulotkach, ale Mariusz to bezlitosny kapitalista – podnosi ceny soku i nie daje na krechę.
Mówi ci prosto w twarz: „Młody, chcesz być dzikiem, to musisz się postarać”.
Dzik? Słowo „dzik” uderza ci do głowy mocniej niż przedtreningówka.
Następnego dnia idziesz do lasu. Zaczynasz targać kłody, które leśnicy zostawili przy drodze.
„Darmowa siłownia” – myślisz, rzucając sosnowym pniem o ziemię.
Jedziesz do sklepu dla rolników. Sprzedawca wyciąga spod lady „specjał” – pasza dla świń z USA z hormonami wzrostu. 200 zł za worek.
Pełny profil aminokwasowy, witaminy i te mityczne hormony. „Tego potrzebuję” – myślisz, ładując worek na plecy.
Przez miesiąc twój cykl to: praca, las, kłody, pasza. Na okrągło.
Zauważają cię drwale. Szef widzi, jak ciskasz dębowym balem na trzy metry i od razu proponuje ci fuche.
Rzucasz KFC, zostawiasz Bartka i idziesz w głuszę z nowymi ziomkami.
Mija rok. Masa jest potężna, ale ty chcesz więcej. Postanawiasz zamieszkać w lesie, żeby oszczędzić na dojazdach i pilnować asygnat leśniczego przed złodziejami drewna.
Zaczynasz jeść żołędzie. Myślisz: „To czas na ostateczną ewolucję. Ze świni w dzika. Jak w Pokemonach”.
Pasza i tak już ci zbrzydła, a żołędzie mają ten specyficzny, pierwotny aromat.
Po tygodniu spotykasz watahę. Przyjmują cię do stada.
Uczysz się ryć w ziemi, rozpoznawać zapachy i spać w liściach.
Drwale przenoszą się w inne rewiry, ale ty zostajesz – nie możesz opuścić swojej dzikiej rodziny.
Po pierwszej zimie twoje zmysły są ostre jak brzytwa.
Podczas rycia czujesz dziwny, ziemisty zapach. Kopiesz jak opętany i wyciągasz… czarną truflę.
Po paru godzinach masz 4 kilo czarnego złota.
Żegnasz się ze stadem chrumknięciem – nauczyli cię wszystkiego, czas wrócić do cywilizacji.
Wracasz do domu rodzinnego. Rodzice biorą cię za bezdomnego mutanta, bo śmierdzisz gównem i mchem na kilometr.
Dopiero po głosie cię poznają. Idziesz pod prysznic, jesz normalny obiad i sprzedajesz trufle za 40 000 zł.
„Ja pierdolę, to legalna kradzież” – myślisz, patrząc na przelew.
Kupujesz ciuchy, najlepsze izolaty i sterydy od Mariusza. Wracasz na siłkę jako legenda.
Wszyscy patrzą z przerażeniem na twoje bary, a ty, jak braknie siana, po prostu idziesz na spacer do lasu „na grzyby”.
Na siłowni wyrywasz topową loszkę. Zabierasz ją na wakacje do Włoch.
Pierwszego dnia spacerujecie po parku w Turynie. Nagle twój nos drga. Czujesz to.
Zaczynasz ryć rękami w klombie pod okiem zszokowanych turystów. Wyciągasz białą truflę. 15 koła za kilogram ląduje w kieszeni.
Dziewczyna jest pod wrażeniem twojej „intuicji”. Idziecie do hotelu.
Rzucasz ją na łóżko, ściągasz koszulkę, prężysz najszersze grzbietu tak, że zasłaniasz słońce w pokoju.
Ona jest rozochocona, ty zdejmujesz spodnie… i słyszysz rżenie.
Ale nie takie zalotne. To jest śmiech jak u klaczy na wyścigach.
Spoglądasz w dół. Tragedia.
Od tych wszystkich hormonów i sterydów twój sprzęt zamienił się w „sisiaczka pyzę”.
Malutki, gruby jak świnka i zarośnięty jak dzik, który właśnie przeszedł przez krzaki tarniny.
Brak profitu.
„Darmowa siłownia” – myślisz, rzucając sosnowym pniem o ziemię.
Jedziesz do sklepu dla rolników. Sprzedawca wyciąga spod lady „specjał” – pasza dla świń z USA z hormonami wzrostu. 200 zł za worek.
Pełny profil aminokwasowy, witaminy i te mityczne hormony. „Tego potrzebuję” – myślisz, ładując worek na plecy.
Przez miesiąc twój cykl to: praca, las, kłody, pasza. Na okrągło.
Zauważają cię drwale. Szef widzi, jak ciskasz dębowym balem na trzy metry i od razu proponuje ci fuche.
Rzucasz KFC, zostawiasz Bartka i idziesz w głuszę z nowymi ziomkami.
Mija rok. Masa jest potężna, ale ty chcesz więcej. Postanawiasz zamieszkać w lesie, żeby oszczędzić na dojazdach i pilnować asygnat leśniczego przed złodziejami drewna.
Zaczynasz jeść żołędzie. Myślisz: „To czas na ostateczną ewolucję. Ze świni w dzika. Jak w Pokemonach”.
Pasza i tak już ci zbrzydła, a żołędzie mają ten specyficzny, pierwotny aromat.
Po tygodniu spotykasz watahę. Przyjmują cię do stada.
Uczysz się ryć w ziemi, rozpoznawać zapachy i spać w liściach.
Drwale przenoszą się w inne rewiry, ale ty zostajesz – nie możesz opuścić swojej dzikiej rodziny.
Po pierwszej zimie twoje zmysły są ostre jak brzytwa.
Podczas rycia czujesz dziwny, ziemisty zapach. Kopiesz jak opętany i wyciągasz… czarną truflę.
Po paru godzinach masz 4 kilo czarnego złota.
Żegnasz się ze stadem chrumknięciem – nauczyli cię wszystkiego, czas wrócić do cywilizacji.
Wracasz do domu rodzinnego. Rodzice biorą cię za bezdomnego mutanta, bo śmierdzisz gównem i mchem na kilometr.
Dopiero po głosie cię poznają. Idziesz pod prysznic, jesz normalny obiad i sprzedajesz trufle za 40 000 zł.
„Ja pierdolę, to legalna kradzież” – myślisz, patrząc na przelew.
Kupujesz ciuchy, najlepsze izolaty i sterydy od Mariusza. Wracasz na siłkę jako legenda.
Wszyscy patrzą z przerażeniem na twoje bary, a ty, jak braknie siana, po prostu idziesz na spacer do lasu „na grzyby”.
Na siłowni wyrywasz topową loszkę. Zabierasz ją na wakacje do Włoch.
Pierwszego dnia spacerujecie po parku w Turynie. Nagle twój nos drga. Czujesz to.
Zaczynasz ryć rękami w klombie pod okiem zszokowanych turystów. Wyciągasz białą truflę. 15 koła za kilogram ląduje w kieszeni.
Dziewczyna jest pod wrażeniem twojej „intuicji”. Idziecie do hotelu.
Rzucasz ją na łóżko, ściągasz koszulkę, prężysz najszersze grzbietu tak, że zasłaniasz słońce w pokoju.
Ona jest rozochocona, ty zdejmujesz spodnie… i słyszysz rżenie.
Ale nie takie zalotne. To jest śmiech jak u klaczy na wyścigach.
Spoglądasz w dół. Tragedia.
Od tych wszystkich hormonów i sterydów twój sprzęt zamienił się w „sisiaczka pyzę”.
Malutki, gruby jak świnka i zarośnięty jak dzik, który właśnie przeszedł przez krzaki tarniny.
Brak profitu.