12
Nie jestem taki jak inni rowerzyści. Oczywiście, jest kilka rodzajów rowerzystów, ale najbardziej żenujący są chyba PRO-si. W przeciwieństwie do nich - nie mam gravela za 10 K. Nie mam ubrań ze spandexu i szybkich okularów. Staram się nie jeździć na czerwonym świetle i nie wpierdalam się pod samochody. Nie, nie jestem taki jak inni rowerzyści.

Dziś wstałem o 4 rano, bo jadę na wyjazd służbowy. Podczas parzenia porannej kawy przyszła do mnie myśl, że muszę się ogarnąć. Wczoraj w nocy grałem jeszcze w Gothiczka II z Nocą Kruka. Jadłem cziperki i piłem piwerko 0.0%. A o północy wjechała jeszcze chałka na deser. Dziś jestem na kacu spożywczym i nie bardzo się wyspałem. Dlatego biorę zimny prysznic, szybko pakuję się na wyjazd i piję kawę, bo zaraz muszę jechać na dworzec.

Prawie codziennie jeżdżę do pracy rowerem.  Pracuję w samym centrum Wrocławia, zaraz koło dworca. Dzięki temu, że mamy w mieście dużo ścieżek rowerowych, dojazd zajmuje mi jakieś 30 minut. Duża ilość ścieżek rowerowych ma też swoje minusy - spotykam na swojej drodze bardzo wielu sezonowców. To chyba najgorsza grupa rowerzystów. Mimo tego, że jeżdżą 15 km/h, to zawsze wpychają się przed innych na światłach. Do tego, nagminnie jeżdżą środkiem drogi rowerowej i nie da się ich wyprzedzić. Jeżeli do jakiejś grupy rowerzystów miałbym czuć obrzydzenie, to chyba właśnie do nich.

Dziś na swojej drodze pewnie nikogo nie spotkam. Wyjeżdżam z domu chwilę po 5:00, a normalni ludzie o tej porze śpią. Wsiadam na rower i ruszam na Dworzec Główny z uśmiechem. Jest trochę chłodno i muszę się pospieszyć, żeby na pewno zdążyć na pociąg.

Wyjeżdżam z podwórka, mijam 2 zakręty, światła i wjeżdżam na długą prostą ścieżkę rowerową. W tym momencie moim oczom ukazał się on. Rower sezonowca, ubiór PRO-sa. Prędkość sezonowca, nonszalancja Pro-sa. To jakaś dziwna hybryda tych dwóch skrajnie różnych odmian rowerzystów. Mijam ziomka po lewej. Oczywiście musiałem zjechać na chodnik bo rowerzysta zajmował całą ścieżkę rowerową. No cóż. Popatrzyłem tylko przez swoje prawe ramię. Nasze oczy się spotkały. On miał polski wyraz twarzy, ale widziałem, że wyczytał z mojej mimiki zażenowanie zmieszane z obrzydzeniem. Pojechałem dalej, ale dłużej nie miałem czasu się nad nim zastanawiać, bo właśnie poczułem TO.
Nagle poczułem, jak by przez moją jamę brzuszną przeszła fala. Moja późna kolacja, poranne wstawanie i kawa wypita chwilę przed wyjściem, wywołały u mnie efekt raczej oczywisty - strasznie zachciało mi się srać. Jeżdżąc rano do pracy, już kilka razy byłem w podobnej sytuacji i zawsze udało mi dowieźć ładunek do pracy. Tym razem jednak czułem, że może być naprawdę ciężko. „Dowieź do pociągu” - powtarzałem sobie w głowie – „tylko dowieź do pociągu”. W tym momencie przez mój brzuch przeszła kolejna fala. Tym razem jeszcze silniejsza. Stanąłem na pedałach i zacisnąłem pośladki. „Dowieź do pociągu, zaraz przejdzie” - pomyślałem.

Jeszcze kilka razy udało mi się machnąć pedałami. Kiedy zorientowałem się, że jestem w dosyć ustronnym miejscu – za parkingiem centrum handlowego pod ogródkami działkowymi, w mojej głowie pojawiła się myśl - a może by tak zesrać się tutaj? Jak tylko pojawiła się we mnie ta myśl, poczułem, że moje zwieracze odmawiają posłuszeństwa. Nie miałem czasu się zatrzymać i czekać, aż przejdzie. Nie miałem czasu się zastanawiać. Wiedziałem, co muszę zrobić.

Zsiadając z roweru, mało nie popuściłem. Rozejrzałem się i na szczęście nikogo nie było. Wszedłem w ścieżkę i chciałem stanąć z boku, ale trawa była wysoka i pokryta rosą. No cóż. Gacie w dół, kucam i walę praktycznie na ścieżkę. Ładunek był potężny, ale udało mi się go pozbyć natychmiastowo. W końcu pojawiła się ulga. Niestety nie ma czasu się nią nacieszyć. Muszę wytrzeć dupę i dalej dymać na pociąg.


Na szczęście miałem ze sobą mokre chusteczki. Wyciągam je jedna za drugą i podcieram się w pośpiechu. Nagle poczułem, że omsknął mi się palec i wylądował nie tam, gdzie trzeba. Zerkam na swoją rękę, zasraną chustkę i palec, na którym była widoczna śladowa ilość kału. Na mojej twarzy znów pojawiła się mieszanka zażenowania i obrzydzenia. W tym momencie podniosłem głowę i zobaczyłem jego – rowerzystę, którego mijałem wcześniej. Nasze oczy znów się spotkały. On odruchowo odwrócił głowę w drugą stronę, ale nie mógł się powstrzymać. Zerknął na mnie ponownie. Był tak samo obrzydzony i zażenowany jak ja. Tylko że ja miałem taką minę, bo przed chwilą palec mi się omsknął. On miał taką minę, bo zobaczył gościa, który sra na środku ścieżki za centrum handlowym. Na szczęście chwilę później  odwrócił głowę i zniknął za zakrętem.

No cóż, muszę z Tym jakoś żyć, Nie mam teraz czasu tego rozkminiać, bo spieszę się na pociąg. Gacie do góry, wsiadam na rower i jadę. Zostało mi jeszcze 20 minut do odjazdu pociągu, także musiałem się pospieszyć. Mimo tego, że szybko pedałowałem, jechało się bardzo przyjemnie. Delikatny wiatr ochładzał moje ciało, a jelita czuły się świetnie. Zakręt, zielone światło na skrzyżowaniu i kolejna długa prosta. Nie mierzę dokładnie czasu swoich przejazdów, ale przyszło mi do głowy, że mimo mojego pit-stopu w krzakach, może uda mi się pobić moją życiówkę do dworca. Nie miałem czasu się nad tym dłużej zastanawiać, bo zobaczyłem GO.

Tak to ten sam rowerzysta: damka, spandex i prędkość 15 km/h. Wolałbym go już nie mijać. Wolałbym go już nigdy nie widzieć, ale nie mam wyjścia. Nie zaryzykuję spóźnienia się na pociąg, krążąc bocznymi uliczkami. Miałem tylko jedno wyjście – przyspieszyłem jeszcze bardziej i zabieram się za wyprzedzanie. Kiedy byłem kilka metrów za jego plecami, rowerzysta wyczuł moją obecność. Zerknął na mnie przez swoje ramię i nasze oczy spotykają się po raz kolejny. Tym razem mam na sobie gacie i to ja patrzę mu prosto w oczy z obrzydzeniem i zażenowaniem. Nie, nie jestem jak inni rowerzyści.

Na pociąg zdążyłem. Miałem jeszcze chwilę, żeby zrobić pamiątkowe zdjęcie pod Dworcem. Zdjęcia moje kupy niestety nie mam. Trzymajcie się dzidki i wypierdalam!
Just Biker Things
0.30590486526489