Dyskusje ogólne
1 r
26
macie czasem wrażenie, że to wszystko to tylko symulacja? że życie jest „na niby”?
albo że nasze pokolenia - i te przed nami, i te po nas - są zmuszone do nieustannego „trzeba”?
trzeba się uczyć, trzeba pracować, trzeba robić wrażenie, trzeba mieć zdanie. trzeba być kimś, a jak nie jesteś - to udawaj.
przejebane trochę, nie?
nie będę się tu bawił w metafory teatru życia, maski i sceny — chociaż byłoby to wygodne.
ale serio, im bardziej się rozglądam, tym bardziej widzę, że większość z nas gra. codziennie. bez prób generalnych.
udawanie empatii, udawanie spokoju, udawanie celu, udawanie, że nie boli.
coraz mniej prawdziwych emocji, coraz mniej miejsca na instynkt, na jakieś pierwotne „ja”.
zamiast tego: kalkulacja, strategia, interes. ciągłe pilnowanie, żeby się nie wykruszyć, żeby nie wypaść z obiegu, żeby nie zrezygnować.
bo zrezygnować = przegrać, nie?
a z drugiej strony - co z tego, że mamy szansę żyć godnie, skoro według psychologii człowiek z natury czerpie przyjemność z zadawania bólu?
że to nie tylko jednostki psychopatyczne, ale systemowo — subtelnie i społecznie - mamy wdrukowane: dominację, władzę, seks, pieniądze.
a ta nasza „inteligencja”, którą niby tak się szczycimy?
nie jestem przekonany, że faktycznie do czegoś się przydała.
może tylko skomplikowała prostą brutalność.
nie zamierzam cytować tu Teda Kaczyńskiego ani odnosić się do jego skrzywionej wizji świata.
ani tym bardziej do rasowych bredni czy przemysłowych teorii spiskowych.
zresztą - gardzę większością z was.
czy ktoś to w ogóle czyta?
jebać PiS, jebać PR, jebać politykę jako taką.
ale jeśli już czytasz - potraktuj to jak rozmowę z małpą. serio.
z każdym z nas coś się stało. coś się zepsuło po drodze.
każdy na jakimś poziomie ugrzązł - w sobie, w systemie, w traumie, w wyuczonej bezsilności.
i ciężko z tego wyjść. czy to z jednym, czy z drugim.
albo że nasze pokolenia - i te przed nami, i te po nas - są zmuszone do nieustannego „trzeba”?
trzeba się uczyć, trzeba pracować, trzeba robić wrażenie, trzeba mieć zdanie. trzeba być kimś, a jak nie jesteś - to udawaj.
przejebane trochę, nie?
nie będę się tu bawił w metafory teatru życia, maski i sceny — chociaż byłoby to wygodne.
ale serio, im bardziej się rozglądam, tym bardziej widzę, że większość z nas gra. codziennie. bez prób generalnych.
udawanie empatii, udawanie spokoju, udawanie celu, udawanie, że nie boli.
coraz mniej prawdziwych emocji, coraz mniej miejsca na instynkt, na jakieś pierwotne „ja”.
zamiast tego: kalkulacja, strategia, interes. ciągłe pilnowanie, żeby się nie wykruszyć, żeby nie wypaść z obiegu, żeby nie zrezygnować.
bo zrezygnować = przegrać, nie?
a z drugiej strony - co z tego, że mamy szansę żyć godnie, skoro według psychologii człowiek z natury czerpie przyjemność z zadawania bólu?
że to nie tylko jednostki psychopatyczne, ale systemowo — subtelnie i społecznie - mamy wdrukowane: dominację, władzę, seks, pieniądze.
a ta nasza „inteligencja”, którą niby tak się szczycimy?
nie jestem przekonany, że faktycznie do czegoś się przydała.
może tylko skomplikowała prostą brutalność.
nie zamierzam cytować tu Teda Kaczyńskiego ani odnosić się do jego skrzywionej wizji świata.
ani tym bardziej do rasowych bredni czy przemysłowych teorii spiskowych.
zresztą - gardzę większością z was.
czy ktoś to w ogóle czyta?
jebać PiS, jebać PR, jebać politykę jako taką.
ale jeśli już czytasz - potraktuj to jak rozmowę z małpą. serio.
z każdym z nas coś się stało. coś się zepsuło po drodze.
każdy na jakimś poziomie ugrzązł - w sobie, w systemie, w traumie, w wyuczonej bezsilności.
i ciężko z tego wyjść. czy to z jednym, czy z drugim.