Ostatnio nie spodobał wam się styl długiej pasty na 20 rozdziałów więc postanowiłem podejść do tematu od innej strony, to jest długa pasta która podzieliłem na 6 segmentów każdy będę wrzucał codziennie w okolicach 7:00 od dzisiaj (07.07) do soboty (12.07),
pasta jest napisana w stylu popularnej pasty która dała mi natchnienie ale o tym powiem na końcu żeby nie psuć klimatu.
Zapraszam do czytania i wypierdalam
pasta jest napisana w stylu popularnej pasty która dała mi natchnienie ale o tym powiem na końcu żeby nie psuć klimatu.
Zapraszam do czytania i wypierdalam
04.07.2025 – godzina 01:17
Nie wiem po co to piszę. Może po prostu żeby nie oszaleć.
Wróciłem dziś do domu po imprezie u Krzyśka. Miał być tylko grill, planszówki i chill, a wyszło jak zawsze — śmiechy, piwo, potem ktoś wyciągnął wódkę. Ostatnie co pamiętam to że leżałem na trawie, gapiąc się w niebo i gadając z kimś o tym, że satelity to ściema.
Wróciłem piechotą, nie pamiętam dokładnie jak. Spoko — Przemyśl to nie Nowy Jork. Cisza, puste ulice, czasem szczekanie psa. Otworzyłem drzwi, rzuciłem buty i poszedłem spać.
Obudziło mnie coś dziwnego.
Nie hałas. Właśnie brak hałasu.
Zazwyczaj w nocy słyszę różne rzeczy – odgłos lodówki, z zewnątrz ciche buczenie transformatora przy ulicy. Czasem sąsiad z dołu chrapie tak głośno, że słychać przez podłogę.
Teraz… nic. Absolutnie nic. Tak jakby świat się wyłączył.
Sięgnąłem po telefon. Chciałem zobaczyć, która godzina i odpisać Julii — coś mi się śniło, że do mnie pisała. Ale ekran się nie włączył.
Przysięgam, ładowałem go przed snem. Prawie pełna bateria. Ale teraz — martwy.
Pomyślałem, że może coś nie tak z telefonem. Wstałem z łóżka, sięgnąłem po włącznik lampki nocnej. Też nic.
Poszedłem do kuchni. Lodówka milczała.
Sprawdziłem główny włącznik – zero reakcji. Żadna dioda w mieszkaniu się nie świeciła. Nawet zegar na kuchence był czarny.
Wyszedłem na balkon. Ulice były ciemne. Nie „nocne”, nie „przyciemnione”. Po prostu… martwe. Żadnego światła. Ani jednej lampy. Nawet czerwonych punkcików na masztach telefonii. Nawet niebo jakieś inne – nie było gwiazd. Jakby ktoś je wyłączył razem z resztą świata.
To nie jest zwykła awaria prądu.
04.07.2025 – godzina 02:38
Zacząłem krążyć po mieszkaniu z latarką, ale czuję się jak intruz w swoim własnym domu. Każdy pokój wygląda inaczej bez światła. Ściany są jakby dalej. Lustra… unikam ich. Odbijają tylko ciemność. Albo coś więcej.
Wziąłem stary laptop – ten z baterią. Oczywiście, nie ma internetu. Nawet nie mogę wejść na Google. Żaden router, żadna sieć. Jakby wszystko wyparowało.
Siedziałem przez chwilę i patrzyłem na ekran. Pomyślałem, że zacznę to wszystko zapisywać. Nie wiem dlaczego. Może ktoś to kiedyś znajdzie. Może ja sam.
04.07.2025 – godzina 03:12
Coś jest nie tak z czasem. Zegary chodzą, ale czuję, że minęło więcej niż powinno. Patrzę w okno i nie widzę nawet odbicia świateł z miasta. Żadnych samochodów. Żadnych ludzi. Żadnych dźwięków. Cisza tu nie jest zwykłą ciszą. Ona… coś ukrywa.
A potem usłyszałem ten dźwięk.
Nie wiem jak to opisać. Nie był głośny. Ale też nie był cichy. Jakby… buczenie na skraju słyszalności. Jakby ktoś odkurzał bardzo, bardzo daleko. Albo jakby z wnętrza głowy sączył się dźwięk, którego nie da się uchwycić.
Trwało to może dwie minuty. A potem… zgasło. I wtedy zauważyłem coś dziwnego na niebie.
Nie wiem, czy to był samolot. Ale świeciło. Powoli przesuwało się przez niebo, bez dźwięku, bez pulsowania. Światło miało barwę, jakiej nie potrafię nazwać. Jakby fiolet przechodzący w chłodny bursztyn. I poruszało się zbyt płynnie. Zbyt… świadomie.
Gapiłem się, aż zniknęło za drzewami. I wtedy uświadomiłem sobie, że nie jestem pewien, czy w ogóle mrugam.
04.07.2025 – godzina 03:47
Zdecydowałem się wyjść z mieszkania. Schody były ciemne, ale latarka dała radę. Blok — pusty. Żaden sąsiad nie wyglądał przez drzwi, żadnych kroków, żadnych dźwięków. Myślałem, że ktoś się odezwie, że coś powie, że „Hej, u mnie też nie ma prądu”, cokolwiek.
Ale nic.
Na zewnątrz… to nie była już moja ulica. Znaki drogowe jakoś… wyblakły. Tak, jakby farba się wypaliła. Wszystko wyglądało, jakby minęły lata od ostatniego użycia.
A wtedy poczułem to po raz pierwszy.
Wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Nie widziałem nikogo, ale czułem spojrzenie. Z góry? Z boku? Z wnętrza siebie? Nie wiem.
Zamknąłem się z powrotem w mieszkaniu. Zamki, łańcuch, nawet meble pod drzwiami. Tak… to jest paranoiczne. Ale czuję, że to nie była halucynacja. Coś tu jest. I coś się zaczęło.
Nie wiem po co to piszę. Może po prostu żeby nie oszaleć.
Wróciłem dziś do domu po imprezie u Krzyśka. Miał być tylko grill, planszówki i chill, a wyszło jak zawsze — śmiechy, piwo, potem ktoś wyciągnął wódkę. Ostatnie co pamiętam to że leżałem na trawie, gapiąc się w niebo i gadając z kimś o tym, że satelity to ściema.
Wróciłem piechotą, nie pamiętam dokładnie jak. Spoko — Przemyśl to nie Nowy Jork. Cisza, puste ulice, czasem szczekanie psa. Otworzyłem drzwi, rzuciłem buty i poszedłem spać.
Obudziło mnie coś dziwnego.
Nie hałas. Właśnie brak hałasu.
Zazwyczaj w nocy słyszę różne rzeczy – odgłos lodówki, z zewnątrz ciche buczenie transformatora przy ulicy. Czasem sąsiad z dołu chrapie tak głośno, że słychać przez podłogę.
Teraz… nic. Absolutnie nic. Tak jakby świat się wyłączył.
Sięgnąłem po telefon. Chciałem zobaczyć, która godzina i odpisać Julii — coś mi się śniło, że do mnie pisała. Ale ekran się nie włączył.
Przysięgam, ładowałem go przed snem. Prawie pełna bateria. Ale teraz — martwy.
Pomyślałem, że może coś nie tak z telefonem. Wstałem z łóżka, sięgnąłem po włącznik lampki nocnej. Też nic.
Poszedłem do kuchni. Lodówka milczała.
Sprawdziłem główny włącznik – zero reakcji. Żadna dioda w mieszkaniu się nie świeciła. Nawet zegar na kuchence był czarny.
Wyszedłem na balkon. Ulice były ciemne. Nie „nocne”, nie „przyciemnione”. Po prostu… martwe. Żadnego światła. Ani jednej lampy. Nawet czerwonych punkcików na masztach telefonii. Nawet niebo jakieś inne – nie było gwiazd. Jakby ktoś je wyłączył razem z resztą świata.
To nie jest zwykła awaria prądu.
04.07.2025 – godzina 02:38
Zacząłem krążyć po mieszkaniu z latarką, ale czuję się jak intruz w swoim własnym domu. Każdy pokój wygląda inaczej bez światła. Ściany są jakby dalej. Lustra… unikam ich. Odbijają tylko ciemność. Albo coś więcej.
Wziąłem stary laptop – ten z baterią. Oczywiście, nie ma internetu. Nawet nie mogę wejść na Google. Żaden router, żadna sieć. Jakby wszystko wyparowało.
Siedziałem przez chwilę i patrzyłem na ekran. Pomyślałem, że zacznę to wszystko zapisywać. Nie wiem dlaczego. Może ktoś to kiedyś znajdzie. Może ja sam.
04.07.2025 – godzina 03:12
Coś jest nie tak z czasem. Zegary chodzą, ale czuję, że minęło więcej niż powinno. Patrzę w okno i nie widzę nawet odbicia świateł z miasta. Żadnych samochodów. Żadnych ludzi. Żadnych dźwięków. Cisza tu nie jest zwykłą ciszą. Ona… coś ukrywa.
A potem usłyszałem ten dźwięk.
Nie wiem jak to opisać. Nie był głośny. Ale też nie był cichy. Jakby… buczenie na skraju słyszalności. Jakby ktoś odkurzał bardzo, bardzo daleko. Albo jakby z wnętrza głowy sączył się dźwięk, którego nie da się uchwycić.
Trwało to może dwie minuty. A potem… zgasło. I wtedy zauważyłem coś dziwnego na niebie.
Nie wiem, czy to był samolot. Ale świeciło. Powoli przesuwało się przez niebo, bez dźwięku, bez pulsowania. Światło miało barwę, jakiej nie potrafię nazwać. Jakby fiolet przechodzący w chłodny bursztyn. I poruszało się zbyt płynnie. Zbyt… świadomie.
Gapiłem się, aż zniknęło za drzewami. I wtedy uświadomiłem sobie, że nie jestem pewien, czy w ogóle mrugam.
04.07.2025 – godzina 03:47
Zdecydowałem się wyjść z mieszkania. Schody były ciemne, ale latarka dała radę. Blok — pusty. Żaden sąsiad nie wyglądał przez drzwi, żadnych kroków, żadnych dźwięków. Myślałem, że ktoś się odezwie, że coś powie, że „Hej, u mnie też nie ma prądu”, cokolwiek.
Ale nic.
Na zewnątrz… to nie była już moja ulica. Znaki drogowe jakoś… wyblakły. Tak, jakby farba się wypaliła. Wszystko wyglądało, jakby minęły lata od ostatniego użycia.
A wtedy poczułem to po raz pierwszy.
Wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Nie widziałem nikogo, ale czułem spojrzenie. Z góry? Z boku? Z wnętrza siebie? Nie wiem.
Zamknąłem się z powrotem w mieszkaniu. Zamki, łańcuch, nawet meble pod drzwiami. Tak… to jest paranoiczne. Ale czuję, że to nie była halucynacja. Coś tu jest. I coś się zaczęło.