65
Ponieważ Wiliextreme rzucił temat w cholerę i nie wypuścił odcinka z serii od 8 lat, zdecydowałem się sam kontynuować to przedsięwzięcie, no i… No i chuj, przejdźmy do tematu.
Mitomania – Bezlicy Charlie.
W latach 50-tych XX-ego wieku w Stanach Zjednoczonych zaczęła krążyć pewna legenda. Według niej, jeśli poruszałeś się w nocy drogą 351 w Pennsylvanii i miałeś sporo pecha, spotkałbyś pewnego mężczyznę, który nie posiada twarzy, a jego skóra jest zielona. Bezlicy Charlie (Charlie No-face) albo po prostu zielony człowiek (Green Man… Mnie się jakoś pierwszy kryptonim bardziej podoba) zacząłby Cię gonić, jeśli wyczułby twoją obecność. Po co? No… Kurwa, nie wiem, jakoś nie doprecyzowali w tej legendzie.
Według tej legendy Bezlicy Charlie był kiedyś pracownikiem kolei, który został trafiony przez piorun, który był na tyle silny, że pozbawił go twarzy oraz zamienił kolor jego skóry na zielony. Oszpecony przez los, zaczął łazić koło drogi bez celu.
Niektórzy twierdzili, że można było go „przyzwać”. Jeśli wjechałeś do tunelu, zapaliłeś światła samochodu, a po tym wezwałeś go, ten by się pojawił, a silnik by zgasł. Ta historia wywodzi się od grupy nastolatków, którym rzekomo takie coś się przytrafiło. Nie wiem jak was, ale mnie zawsze mnie bawi, ilekroć w trakcie opowiadań takich straszydeł postacie wpierdalają się w jakieś gówno, a mimo to udaje im się spierdolić.
Po latach historia zaczęła się zmieniać, a to przez dopowiadania, a to przez przekręcanie. Po pewnym czasie Bezlicy Charlie stał się duchem, zjawą błąkającą się koło drogi. Czyli co, klasyczne straszydło, którym można przerażać dzieci, aby te szły spać, wraz ze zrobioną przeróbką, aby lepiej to sprzedać?
Mitomania – Bezlicy Charlie.
A taki chuj – żaden fotomontaż tylko prawdziwe zdjęcie ani żaden duch czy też zabijaka, tylko zwykły człowiek. Bezlicy Charlie tak naprawdę nie miał na imię Charlie. Jego prawdziwe imię to Raymond Robinson. Kiedy miał 9 lat, w czerwcu 1919 roku wracał z przyjaciółmi do domu. Wtedy to przechodząc obok słupa z liniami elektrycznymi dla tramwajów, zauważył ptasie gniazdo na samym jego szczycie. Raymond zasugerował, żeby wspiąć się na ten słup i wyciągnąć jajko z gniazda. Wszyscy jego znajomi oczywiście się cykali, ponieważ dosłownie rok temu inny dzieciak imieniem Robert Littell też próbował wleźć na podobny słup, ale dotknął jednej z linii, poraził go prąd no i tak oto zginął na miejscu. Raymond natomiast miał wyjebane. Stwierdził „jestem hardkorem” no i zaczął się wspinać. Tak się składa, że w pewnym momencie historia się powtórzyła. Dotknął jednej z linii, po czym poraził go prąd. W przeciwieństwie do Roberta, Raymond obudził się w szpitalu, ku zdziwieniu lekarzy, bo oni nie dawali mu jakoś zbyt wielkich szans na przeżycie. Jednak całe to zajście poważnie się na nim odbiło – stracił oczy, nos oraz prawą rękę, a jego twarz została zniekształcona. Głupi wypadek, którego można było uniknąć.
Po wyjściu ze szpitala Raymond nauczył się Brailla, po czym nauczył się tkactwa – robił pasy do spodni, portfele oraz wycieraczki, no i tak zarabiał trochę kasy. Według jego bratanka Raymond raczej nie gadał zbyt często o swoich ranach ani także o wynikających z nich problemach – dla Raymonda to była rzeczywistość, której nie można było zmienić, więc ani narzekanie, ani ubolewanie nad tym nic by mu nie dały.
Raymond lubił chodzić na spacer, ale pomimo ślepoty, zdawał sobie sprawę, że pewnie nie wygląda za dobrze. Tak więc nie chcąc straszyć ludzi, chodził na te spacery po zmroku. Zazwyczaj chodził obok drogi 351 z kijkiem w dłoni, aby nie wpakować się w jakiś bałagan. O tyle, co chciał unikać ludzi, to jednak nie podziałało, bo nie on jedyny się tą drogą poruszał. A to ktoś inny go zobaczył, a to samochodem ktoś przejeżdżał, takie tam. Czasami, nie chcąc ludzi straszyć, to próbował chować się w krzakach… Co podejrzewam miało chyba odwrotne skutki.
Dosyć szybko legenda zaczęła się rozprzestrzeniać, po czym wszelacy poszukiwacze przygód zdecydowali się na znalezienie go. Niektórzy… No, niektórzy byli chujami. Oferowali mu przejażdżkę, po czym wysadzali go w zupełnie innym miejscu, przez co nie wiedział jak wrócić do domu. Inni go pobili, a jeszcze znalazł się jeden koleś, co zdecydował się go potrącić samochodem. Jego rodzinę czasami te spacery wkurwiały, ale chuj, dalej łazi, bo chce.
Byli też tacy, którym jego oszpecona twarz nie przeszkadzała. Przechadzali się z nim, rozmawiali, czasami szli razem na piwo – bo jak wszyscy wiemy, brak twarzy nie powstrzyma nikogo przed chlaniem. Tak oto nawiązało się kilka przyjaźni, bo jak się okazało, Raymond był dosyć sympatycznym człowiekiem i nawet fajnie można było z nim spędzić czas.
Mitomania – Bezlicy Charlie.
Raymond u schyłku swojego życia spędzał większość czasu w domu. Zmarł z przyczyn naturalnych 11 czerwca 1985 roku w wieku 75 lat. Jednak pomimo jego śmierci, przez jakiś czas legendy o człowieku bez twarzy dalej krążyły po Pennsylvanii.

Postaram się zrobić więcej takich odcinków Mitomanii, a nie rzucić po pierwszym odcinku. Co nie zmienia faktu, że raczej atmosfery Wiliego nie odtworzę.
Jak macie jakieś fajne tematy, które można by było ogarnąć, to śmiało, podzielcie się, może coś mnie zainteresuje.
0.073503971099854