73
Przeglądając kroniki miejskich legend, można natknąć się na historię kobiety, która trafiła do szpitala w Kalifornii w latach 90-tych. Już na pierwszy rzut oka coś było z nią nie tak, bo jej skóra miała zielonkawy kolor, a jej zapach był tragiczny. Kiedy tylko doktor próbował pobrać jej krew, z jej ciała zaczął wydobywać się gaz, który doprowadził do nieprzytomności niektórych ludzi z zespołu medycznego. Opowieść ta zazwyczaj wspomina też o tym, że wszelaki ekwipunek w szpitalu uległ awarii, po śmierci kobieta zaczęła roztapiać podłogę, a zespół od zagrożenia biologicznego, ubrany w specjalne skafandry musiał zamknąć ją w specjalnej trumnie, bo jej ciało było toksyczne. No, fajna legenda, którą można sobie opowiadać przy ognisku. Tylko… Co, jeśli historia jest prawdziwa i tylko lekko przekoloryzowana?
Mitomania – Trująca kobieta (Gloria Ramirez).
Gloria Cecilia Ramirez urodziła się 11 stycznia 1963 roku. Jej życie nie było niczym niezwykłym – pracowała jako sprzątaczka, poznała chłopaka, mieli razem dzieci. Nie wszystko jednak szło po myśli, ponieważ 6 tygodni przed feralną wizytą w szpitalu zdiagnozowano u niej raka szyjki macicy w zaawansowanym stadium, który pogarszał jej zdrowie w zastraszającym tempie.
19 lutego 1994 roku, około godziny 20:15, Gloria została przetransportowana do szpitala w Riverside w Kalifornii po tym jak jej chłopak, Johnnie Estrada, zadzwonił na telefon alarmowy, ponieważ kobieta cały dzień rzygała. Sytuacja była kiepska, ponieważ Gloria dostała palpitacji serca i duszności. Kiedy tylko trafiła do szpitala, nie była w stanie odpowiadać na pytania, ponieważ strasznie majaczyła. Lekarze podali jej co prawda leki uspokajające (diazepam, midazolam, lorazepam), aby bicie jej serca powróciło do normy, aczkolwiek to nie miało większego efektu, a nawet sprawę pogorszyło, przez co dostała szoku. Podjęto decyzję o użyciu defibrylatora. Kiedy tylko lekarze zdjęli jej koszulę, zauważyli, że na klatce piersiowej miała jakąś dziwną substancję przypominającą olej – zbyt gęstą, aby to był pot. Mimo tego i tak podpięli do niej elektrody, bo uznali, że po prostu była pokryta jakimś olejkiem balsamicznym. Drugą dziwną rzeczą, jaką wytknęła jedna z pielęgniarek było to, że z ust Glorii wydobywał się silny zapach czosnku (silniejszy, niż gdyby normalnie zjadła coś z czosnkiem). Kobieta jednak umiera, więc nikogo to za bardzo nie obchodzi. Trzecią dziwną rzeczą było to, co zauważyła pielęgniarka o imieniu Susan Kane – pobierała krew z ramienia Glorii, ale kiedy już skończyła, zauważyła, że ze strzykawki wydobywa się zapach amoniaku. Susan przekazała strzykawkę do rezydenta na salii, kobiety imieniem Julie Gorchynski (nie wiem, czy to już nazwisko zjankesowane po fakcie, czy nie wiedzieli jak zapisać „Gorczyński”). Ta z kolei zauważyła, że w tej krwi znajdują się kryształki o żółto-brązowym kolorze.
Kiedy defibrylator robił swoje, kobiety rozmawiały i próbowały zrozumieć, dlaczego Gloria miałaby kryształy w swojej krwi. Wtedy jednak Susan nagle straciła przytomność. Jeden z lekarzy na miejscu, doktor Humberto Ochoa, pomógł jej się ocknąć. Po odzyskaniu przytomności, ta twierdziła jakoby jej twarz płoneła. Wtedy to Julie też poczuła się gorzej. Wyszła z pokoju operacyjnego, usiadła w jednym ze stanowisk dla pielęgniarek, ale wtedy sama straciła przytomność. Jakby tego było mało, lekarka zajmująca się respiratorem, Maureen Welch, również traci przytomność po tym, jak sama skarży się na zapach amoniaku. Kiedy ocknęła się, nie mogła poruszać swoimi kończynami.
3 kobiety straciły przytomność, a reszta personelu medycznego znajdującego się w sali operacyjnej zaczyna chorować, czując zawroty głowy i mdłości. W takich oto warunkach podjęto decyzję o ewakuacji wszystkich znajdujących się na ostrym dyżurze, ponieważ podejrzewano wyciek gazu. Pacjenci zostali przetransportowani na parking razem z lekarzami, a w pokoju operacyjnym został mały zespół pod przewodnictwem doktora Humberto, który starał się uratować życie Glorii. Nic jednak nie podziałało – o 20:50, Gloria zostaje uznana za zmarłą.
Mitomania – Trująca kobieta (Gloria Ramirez).
Lekarze na miejscu uznali, że przyczyną przypadłości ich kolegów może być Gloria, a nie wyciek gazu. Przeniesiono jej ciało do specjalnej sali, gdzie zostało objęte kwarantanną. Po tym, jak już jej ciało zostało przeniesione, jedna z osób, która otrzymała to zadanie, kobieta imieniem Sally Balderas zaczęła wymiotować. Co więcej, odczuwała pieczenie, jakoby jej skóra płonęła.
Do szpitala został wysłany zespół w pełnych kombinezonach ochronnych, po czym zaczęli sprawdzać cały oddział. Udało im się ustalić, że nie było żadnego wycieku gazu, ani niczego podobnego. Potwierdziło to tezę zespołu medycznego – najprawdopodobniej to właśnie Gloria była przyczyną tych wszystkich dziwnych zjawisk. Z tego właśnie powodu, ciało glorii zostało szczelnie zamknięte w aluminiowej trumnie, aby upewnić się, że cokolwiek z niej się wydobywało nie rozprzestrzeni się dalej drogą powietrzną. Łącznie 23 osoby z zespołu medycznego się pochorowały, z czego 5 było hospitalizowanych.

Po całym tym bajzlu oczyszczono ostry dyżur, a poszkodowani lekarze powrócili do pełnych sił (chociaż niektórym zajęło to miesiące). Pozostało tylko jedno sakramentalne pytanie – co się kurwa stało? Cóż, wiele wątpliwości rozwiałaby autopsja, aczkolwiek tutaj trzeba było poczekać tydzień. Wynikało to z obawy, że Gloria mogła mieć w sobie jakiś dojebany wirus, którego Umbrella nawet nie chciałaby się tykać, więc lekarze i biuro koronera chcieli dać czas, aby to coś wzięło i samoistnie wymarło, co nie zmienia faktu, że robienie autopsji tydzień po zgonie trochę mija się z celem. Jeszcze na dodatek, to zespół przeprowadzający autopsję również miał na sobie kombinezon ochronny, tak na wszelki wypadek. No i wiecie, co znaleźli? Gówno… Znaczy, nie dosłownie, ona nie miała w sobie jakiś toksycznych fekaliów, po prostu nie znaleźli nic. A przynajmniej nie znaleźli żadnych śladów radioaktywnych czy coś ten deseń. W organizmie miała natomiast tylenol, lidokainę, codeinę oraz tigan (Trimethobenzamide). Pierwsze 3 były standardem, jeśli chodzi o pacjentów cierpiących na raka, a ten ostatni był lekiem przeciw mdłościom. Tigan też tłumaczy, czemu lekarze czuli amoniak, ponieważ po dostaniu się do krwi, tigan rozkłada się na aminy… Nie tłumaczy to natomiast małych kryształów. Jedyne co udało im się ustalić to przyczynę śmierci – Gloria zmarła z powodu komplikacji z sercem, które wynikały z niewydolności nerek.
Jej ciało znowu zostało szczelnie zamknięte w tej specjalnej trumnie, po czym zrobiono kolejną autopsję, 5 tygodni po poprzedniej. Pobrali tam co prawda próbki, ale dalej nic nie udało im się ustalić. No i skoro w szpitalu nic nie znaleźli oraz przy autopsji też nic nie wyszło, to Departament Zdrowia uznał, że… Nic się tak naprawdę nie działo, tylko wszystkim na sali operacyjnej po prostu odjebało z powodu masowej histerii. Rozumowanie było takie, że pewnie niektórzy nic nie jedli, a najgorsze symptomy miały kobiet, a skoro kobiety są pierdolnięte od urodzenia, to inni pewnie byli pierdolnięci z głodu, no i tak oto wszyscy mieli masowe halucynacje… Ten werdykt nie przeszedł zbyt dobrze z zespołem poszkodowanych lekarzy. No i ja się zgadzam z poszkodowanymi, ponieważ urazy nie były tylko psychologiczne, wielu z nim faktycznie coś się stało – na przykład Julie Gorchynski, po tym zajściu kobieta miała zapalenie wątroby oraz martwicę jałową w kolanie. To nie było wymysłem jej wyobraźni. Ze względu na te niesatysfakcjonujące wyniki, zarząd szpitala podjął decyzje, aby skontaktować się z Laboratorium Narodowym Lawrence Livermore. No i w tym laboratorium zbadali te próbki pobrane z drugiej autopsji, tylko oni nie badali ich pod kątem szukania specyficznych substancji czy jakiś z góry nałożonych środków chemicznych, oni przepadali te próbki w poszukiwaniu czegokolwiek. No i jednak coś znaleźli – Sulfon dimetylu (dimethyl sulfone, DMSO2).
Mitomania – Trująca kobieta (Gloria Ramirez).
Mówiąc dużym skrótem, jest to środek, który występuje naturalnie, dzięki czemu możemy przyjmować to do ciała w trakcie, powiedzmy, spożywania posiłku, przy czym zupełnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Można go mieć w jakiejś ilości w ciele no i chuja Ci może zrobić. To też tłumaczy, dlaczego w tych pierwszych badaniach z biura koronera nic nie wyszło – jak nie szukasz specjalnie tego związku, to nie będzie się on pojawiał w żadnych wykresach. No i po wynikach badań wyszło, że Gloria miała 3 razy większą zawartość sulfonu w ciele, niż normalną. To samo w sobie nie jest jakimś wielkim powodem do obaw, więc o co chodzi? A o to, że sulfon dimetylu rozkłada się w ciele w przeciągu trzech dni. A próbki, które przebadali zostały pobrane 6 tygodni po zgonie. Nawet bez głębszych obliczeń można było łatwo zgadnąć, że Gloria musiała mieć niedorzeczną ilość tego środku w swoim ciele w trakcie śmierci. Po dalszym badaniu jeden z naukowców, mężczyzna imieniem Pat Grant, odkrył związek z sulfotlenkiem dimetylu (dimethyl sulfoxide, DMSO).
Mitomania – Trująca kobieta (Gloria Ramirez).
Nie zagłębiając się głębiej w chemię, chodzi tu o to, że są to związki do siebie podobne, różnią się tylko jednym atomem. W latach 50-tych i 60-tych był to popularny środek, ponieważ sądzono, że jest to uniwersalny lek na wszystko – otarcia, złamania, zwichnięcia, skurcze, ból głowy, ból dupy, wszystko. Jednakże w 1965 roku lekarze odkryli, że zbyt częste stosowanie może doprowadzić do uszkodzenia soczewki oka. Oczywiście, tam administracje medyczne wprowadziły zakazy, aby nie używać tego jako samoistnego leku, aczkolwiek można go spotkać w medycynie nawet dzisiaj, tylko jest to bardzo, ale to bardzo rozcieńczona forma, nie to, co w latach 50/60-tych. Dobra, wszystko zrozumiałe, ale teraz takie głupie pytanie – dlaczego Gloria była tym nafaszerowana? Wychodzi to z tego, że kilku lekarzy w latach 80-tych rzuciło hipotezą, jakoby DMSO mogło być stosowane jako lek na raka.
DMSO w najgęstszej koncentracji można znaleźć w wielu produktach w sklepach z narzędziami – używa się tego na przykład jako środek do czyszczenia piekarnika. Taka forma jest znacznie gęściejsza niż nawet leki z lat 50/60-tych. Co więcej, silna koncentracja DMSO ma zapach… Czosnku. W kontakcie z dużą ilością tlenu, czyli na przykład maski z tlenem, sulfotlenek może zamienić się w sulfon. A kiedy sulfon jest poddany temperaturze pokojowej, dochodzi do krystalizacji. Chcąc potwierdzić swoją teorię, Pat Grant pobrał pierwszą lepszą próbkę krwi, po czym dodał do niej sulfon. No i jak się okazało, w krwi pojawiły się kryształki o tym samym kolorze, co kryształki w krwi Glorii.
Teoria jest taka, że Gloria w akcie desperacji kupiła sobie jakiś środek, który miał silną dawkę DMSO, po czym smarowała się tym, dlatego lekarze w szpitalu myśleli, że miała na sobie jakiś dziwny olejek. Następnie środek ten wsiąkł do ciała Ramirez, jednak kobieta miała problemy z nerkami, przez co środek nie wychodził z ciała drogą moczową, tylko cały czas się zbierał, co tłumaczy kosmiczną ilość w ciele.
Dobra, zajebista teoria, tylko jest jeden mały problem… Ani sulfon dimetylu, ani sulfotlenek dimetylu nie są toksyczne, a już na pewno nie są tak toksyczne, że 3 osoby padłyby na ziemie, a ponad 20 innych pochorowałoby się. Tak więc kontynuowano eksperymenty, głowiono się dalej, aż tu nagle odkryto zagubiony kawałek układanki, kolejne chemiczne odgałęzienie – Siarczan Dimetylu (dimethyl sulfate, DMSO4).
Mitomania – Trująca kobieta (Gloria Ramirez).
Siarczan dimetylu to już jest związek, który może Cię nieźle dojebać, o czym świadczy fakt, że od czasów pierwszej wojny światowej był testowany jako potencjalny gaz bojowy. W 1987 DMSO4 zostało uznane za niebezpieczne, ponieważ ledwie pół grama wystarczy, aby zabić kogoś w 10 minut. Z 20 symptomów, jakie zostały zgłoszone przez lekarzy w szpitalu, 19 z nich wynika z wystawienia na działanie DMSO4. Dobra, wszystko jasne, DMSO zamieniło się w DMSO2 pod wpływem tlenu, a po tym zamieniło się w DMSO4… Jest tylko jeden mały problem. O tyle, co łatwo jest zrobić z sulfotlenku sulfon, to kurewsko trudno jest zamienić sulfon w siarczan. Więc gdzie jest magia?
Nie będę tłumaczył zbyt zawile, jak to działa, bo… Bo z chemii miałem trójkę na ściągach, więc ni chuja się nie mogę wypowiadać. Co natomiast mogę przekazać, to teorię, jaką wysnuli naukowcy z laboratorium – aby powstał siarczan, potrzeba od chuja siły i od chuja gorąca. A co jest kurewsko silne i kurewsko gorące? Defibrylator. Według teorii Granta, kiedy lekarze próbowali reanimować Glorię, to elektryczność z defibrylatora spowodowała, że sulfon w ciele Glorii zamienił się w siarczan, no i następnie z jej ciała wydobywał się jebany gaz bojowy, co poskutkowało tym, że lekarze na sali pochorowali się a sama Gloria zmarła. Chociaż ta teoria tłumaczy wszystko, to po dziś dzień jest debatowana przez laboratoria, ponieważ nie wiadomo w stu procentach czy faktycznie takie coś byłoby w ogóle możliwe, bo z oczywistych przyczyn, nie można tego przetestować w warunkach laboratoryjnych. Nikt jednak do tej pory nie wysnuł bardziej racjonalnych teorii… No właśnie, racjonalnych.
Mitomania – Trująca kobieta (Gloria Ramirez).
Wokół śmierci Glorii jest trochę teorii spiskowych, więc możemy się na tym trochę skupić.

Jebzfolii #1 – Według niektórych doniesień, ta fiolka z krwią, którą pobrały pielęgniarki nigdy nie została odnaleziona.
Jebzfolii #2 – Miesiąc po śmierci Glorii, koroner, który robił pierwszą autopsję popełnił samobójstwo.
Jebzfolii #3 – Rodzina Glorii zażądała trzeciej autopsji, tym razem prywatnej. Ta autopsja miała miejsce 10 tygodni po śmierci. Według tej trzeciej autopsji, serca Glorii nie było w jej organizmie, a niektóre z jej narządów były pokryte fekaliami.
Jebzfolii #4 – Rodzina Glorii zaprzecza, jakoby ona kiedykolwiek używała DMSO. Jej siostra nawet obwiniała szpital za jej śmierć, twierdząc, że wynikało to z kiepskiej kondycji sanitarnej placówki.

Z powodu tych wszystkich rzeczy, ludzie wysnuli teorię, według której… Szpital handlował i przemycał metamfetaminę. Następnie, ktoś przez przypadek podpiął Glorię pod kroplówkę z metą zamiast wodą. Kiedy meta została poddana gorącu i sile defibrylatora, zamieniła się w parę, po czym wszyscy lekarze byli naćpani… Kurwa, ale gówno XD
Znaczy, dobra, kłamałbym, gdybym powiedział, że sam nie jestem foliarzem, ale myślę, że można to jakoś wytłumaczyć. Jeśli chodzi o zaginioną krew, to biorąc pod uwagę, jaki chaos panował w szpitalu po tym, jak lekarze próbowali reanimować Glorię, to raczej nie jestem zaskoczony, że gdzieś ta fiolka krwi się zagubiła. Odnośnie samego koronera – o tyle, co chciałbym wierzyć, że typ został uciszony, to jednak z tego, co szukałem, to on miał się już dosyć kiepsko na grubo przed autopsją Glorii, więc jego odjebanie jakoś nie zdziwiło żadnego członka rodziny lub znajomych. Odnośnie tej trzeciej autopsji… Tego żadna teoria spiskowa nie tłumaczy. Biorąc jednak pod uwagę, że kobieta zmarła poprzez zatrzymanie akcji serca, a później pobierali z jej ciała próbki, to jakoś można to tłumaczyć, że jedną z pobranych próbek na potrzeby badań było samo serce. A jeśli chodzi o fekalia… Ten prywatny koroner sam wytknął, że kiedy robił te trzecią autopsję, to organy wewnętrzne już zaczęły się rozkładać w naprawdę zaawansowanym stopniu, więc jakoś można to tłumaczyć tak, że to, co miała w jelitach po prostu wzięło i wypłynęło.
Jeśli chodzi o zaprzeczenia ze strony rodziny odnośnie całego tego DMSO… Ja rozumiem, czemu nikt nie chciałby się do czegoś takiego przyznać, albo zaakceptować czegoś takiego. Być może chcą zachować twarz, ponieważ nie chcą, aby Gloria była zapamiętana jako kobieta, która używała środka do czyszczenia piekarnika, aby leczyć raka. Być może faktycznie nie wiedzieli, że takie coś robiła.
Mitomania – Trująca kobieta (Gloria Ramirez).
Jeśli Gloria faktycznie używała DMSO, aby wyleczyć raka… Będę szczery, to jest naprawdę głupia śmierć. Jednakże ukazuje to, że powiedzenie „tonący brzytwy się chwyta” jest w stu procentach prawdziwe. Rak wyniszczał jej ciało, prognoza była fatalna, ona na co dzień patrzyła śmierci prosto w twarz. Może nie było jej stać na chemioterapię. Może w jej stanie, w ogóle nie przyniosłaby żadnych rezultatów. Jestem w stanie uwierzyć, że w takiej sytuacji, ktoś zdecydowałby się spróbować nawet najbardziej absurdalnych metod, aby z tego jakoś wyjść. Ona najpewniej zdawała sobie sprawę z tego, że to co robi jest absolutnie głupie, ale wychodziła z założenia, że i tak umiera, więc co jej tak naprawdę szkodzi spróbować? Nie przewidziała natomiast, że takie coś ma potencjał zamienić ją w broń chemiczną… Chociaż bądźmy szczerzy, kto by takie coś przewidział?

Z czasem, śmierć Glorii stała się swoistą legendą miejską. Kilka faktów było przekręconych, inni coś dopowiadali, no i w taki sposób historia, która sama w sobie jest niedorzeczna, stała się bardziej nadnaturalna.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
13
Creepypast jest wiele, mniej lub bardziej zjebanych… No dobra, w większości są zjebane. Te zjebane też są tymi, które są najbardziej znane („Samobójstwo Skalmara” spowodowało nieodwracalne spierdolenie creepypast). Pomimo tego, w tym morzu gówna da się znaleźć coś, co można wziąć pod lupę. Przy czym nie twierdzę, że to, czym dzisiaj się zajmę to jakaś zajebistość literacka pokroju Lalki czy Pana Tadeusza, nie, to jest takie sobie, ale mogę przynajmniej coś dopowiedzieć na temat. Chodzi o Creepypastę zatytułowaną „Opuszczone przez Disneya” (Abandoned by Disney).
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Ta Creepypasta, stworzona przez kolesia o nicku „Slimebeast”, zrodziła 2 sequele i jeszcze jakieś prequele, ale dzisiaj się nie będziemy zajmowali tym wszystkim, tylko skupimy się na oryginalnej paście.
Mówiąc w dużym skrócie, według tej pasty, Disney zamknęło kurort na wyspie na Bahamach, podając dziwne wymówki, typu „brzeg był zbyt płytki, przez co statki trudno dopływały na miejsce” albo „zatrudnialiśmy lokalnych ludzi, a oni są turbo leniwi”, a jakby tego było mało, to wypuścili wszelakiego typu zwierzęta na wolność, takie jak rekiny. Autor wspomina, że to nie jest pierwszy raz, bo już takie coś wcześniej się wydarzyło. W Północnej Karolinie otwarli kurort w postaci Indiańskiego pałacu, coś co nie spotkało się z aprobatą mieszkańców, ponieważ dali w łapę lokalnym urzędnikom, aby przejęli nieruchomości, wywalili wszystkich, a następnie przekazali ziemię na rzecz Disneya. Kurort został wybudowany, a następnie przechrzczony nazwą „Pałacu Mowgli-ego”. Wszystko szło dobrze, aż tu nagle Disney zdecydowało się zamknąć cały kurort, bez podawania wyraźnej przyczyny. Narrator zdecydował się odwiedzić ten opuszczony kurort, chcąc zaspokoić swoją ciekawość, oraz znaleźć jakieś odpowiedzi. Z początku była to typowa opuszczona miejscówka, gdzie wszystko było rozpierdolone, rośliny były przerośnięte, a to, co nie było przymocowane, zostało podpierdolone. Na dodatek, wszędzie były bazgroły… Aczkolwiek pojawiało się na nich tylko i wyłącznie jedno zdanie, a brzmiało ono „Opuszczone przez Disneya”.
Pierwszą dziwną rzeczą napotkaną przez narratora były łazienki, w których nie dość, że dalej płynęła woda, to ktoś pozostawił wszystkie krany odkręcone, przez co podłoga była cała zalana. Później, przechodząc się obok pokojów hotelowych, z jednego z pokoju wydobywały się głosy, dwie osoby o czymś rozmawiały. Narrator miał dwie hipotezy – pierwsza jest taka, że jakieś radio lub telewizor dalej działało, co wydawało się mało prawdopodobne… A drugą hipotezą było to, że jakieś żule urządziły sobie z tego miejsca dom. Przez tę drugą możliwość, narrator zdecydował się nie sprawdzać pokoju, bo nie chciał dostać kosy w żebra (chyba najrozsądniejsza decyzja podjęta w jakiejkolwiek paście).
Następnie narrator znalazł statuetkę przedstawiającą gigantycznego pytona… Tylko że… To nie była statuetka. To był pyton, który się wygrzewał, no i jak tylko się narrator zbliżył, to ruszył się i spierdolił gdzieś do dziczy. Trochę się chłop musiał zesrać, więc wziął i usiadł na schodach prowadzących w dół do jakiegoś pomieszczenia. No i na drzwiach na samym dole zobaczył napis „Tylko dla maskotek”. Ciekawość wzięła w górę, no i wszedł. Pozwiedzał różne pokoje, aż znalazł jeden, do którego nie mógł się dostać, bo drzwi nie chciały się ruszyć. Poddał się i zaczął odchodzić… Aż tu nagle słyszy jakiś dźwięk, odwraca się, a drzwi szeroko otwarte.
Wszedł, znalazł tam parę kostiumów, zdecydował się podnieść głowę z kostiumu Kaczora Donalda… A z tego wylatuje ludzka czacha. Zamiast spierdalać jak racjonalny człowiek, to narrator chciał zrobić zdjęcie… A tu nagle kostium Myszki Micky ożył, złapał go, zaczął do niego gadać, po czym ten kostium sam sobie urwał głowę. Dopiero wtedy narrator zdecydował się spierdolić z miejsca.
W jednym z Sequeli do tej pasty wytłumaczono to, że to były jakieś Corruptory, co to zostały przyzwane, bo ludzie sobie wyobrażali różne złe rzeczy, po czym stało się to rzeczywistością. Mówię o tym tylko dlatego, że strasznie przypomina mi to motyw przyzywania Primali z FF14 (Primali... Primalów... A jebać).
No dobra, pasta klasyka, taka sobie. Do połowy mi się podobała, ale i tak strzelałem facepalma w pewnych momentach. Tylko co ją wyróżnia od innych do tego stopnia, że zdecydowałem się na niej skupić? Czy jest prawdziwa? Oczywiście, że kurwa nie... Jednak jest jedno miejsce na tej ziemi, z którego jestem przekonany, że autor czerpał w chuj. Mowa tutaj o wyspie Discovery zlokalizowanej w stanie Floryda.
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Discovery Island to mała wysepka znajdująca się na Jeziorze Zatokowym (Bay Lake… A może Jezioro Bay? A chuj z nazewnictwem, wyspa pośrodku jeziora, o to w tym chodzi) w stanie Floryda. Dawno temu, całe miejsce oczywiście było opustoszałe, ale zmieniło się to z początku 20 wieku. Najpierw, w 1906 kupił tę wyspę człowiek imieniem Joel Riles, który przechrzcił to miejsce „Wyspą Rilesa” (Riles Island), aczkolwiek wyspa była czasami przezywana „Wyspą Raza” (Raz Island) ze względu na byka popełnionego przez miejscowe gazety. Następnie wyspa zmieniała właścicieli, aż w końcu w 1937 trafiła w ręce Delmara Nicholsona (który miał przydomek „Radio Nick” ze względu na prowadzoną działalność produkcji i napraw zestawów radiowych). Przechrzcił on wyspę na „Idle Bay Isle”, po czym zamieszkał tam razem ze swoją żoną oraz jego zwierzakiem – żurawiem wargowym (z dziwnych przyczyn nikt nigdy nie podał, jak się ten żuraw wabił). Żyli tam w spokoju przez jakieś 20 lat. Delmar był miłośnikiem zwierząt, otworzył tam jakieś zoo w Orlando i opowiadał się za ochroną dzikiej przyrody, co tylko sprawia, że ironia losu jest wplatana w całą historię – po tym, jak się rozchorował, musiał sprzedać wyspę, a nowy nabywca zrobił niej bazę wypadową dla myśliwych. No i w końcu, dochodzimy do 1965 roku – wtedy to wyspę wykupił Walt Disney, po tym, jak przelatywał po okolicach samolotem, szukając dobrych miejsc, aby poszerzyć swoje imperium. Oczywiście, użyto do tego zakupu spółek-marionetek.
Pomimo zakupu tej wyspy, to prace nad wstawieniem tam czegokolwiek zaczęły się dopiero w 1972 roku. Pierwotne plany były dosyć ambitne, chcąc zrobić z tego piracką wyspę (nazywając to miejsce Wyspą Skarbów, czyli „Treasure Island”), aczkolwiek przez kryzys paliwowy oraz brak dobrego zarządzania, skończyło się na drobnym parku, gdzie można było zrobić sobie piknik, z niewielkim wrakiem statku koło wybrzeża, na który dzieciaki mogły się wspinać. O dziwo, odniosło to jakiś sukces, bo wyspa była popularna w dużej mierze przez zwierzęta – można było tam spotkać wszelakiego rodzaju ptaki oraz gady. Właśnie przez to Disney zdecydowało się pójść w kierunku zwierzaków, rzucając cały motyw piracki. Przemianowali wyspę jeszcze raz, tym razem nadając jej tytuł „Discovery”, sprowadzając tam wszelakiego rodzaju ptaki, robiąc z tego wyspę-wolierę. To był dobry ruch, bo wtedy wyspa zaczęła odnosić większe sukcesy.
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Pomimo tych sukcesów, to była też dosyć sromotna wpadka – ponieważ wyspa miała problemy z dzikimi sępami, które czasami przeszkadzały gościom lub ptakom znajdującym się na wyspie, niektórzy pracownicy zdecydowali się wziąć sprawy w swoje ręce… No i skończyło się na tym, że w 1989 roku, Disney jako firma miała przed sobą 16 zarzutów o znęcanie się nad zwierzętami. Dosyć głośny skandal, ale obyło się bez rozprawy, bo tam zdecydowali się pójść na ugodę, wypłacili 95 tysięcy na jakąś fundację, która chroni zwierzęta, a Ci geniusze, którzy byli za to odpowiedzialni, zostali zdegradowani. Na wyspie zmieniono procedury, no i fakt, opieka nad zwierzętami polepszyła się i to znacząco.
Wtedy jednak, bez ostrzeżenia, 26 marca 1999 roku Disney ogłosiło, że wyspa została zamknięta. Wielu ludzi gada, że nigdy nie podano oficjalnego powodu, próbując robić tym samym jakąś jedną wielką tajemnicę z tego zamknięcia, ale rzeczywistość jest inna. Disney nie podało przyczyny, fakt, ale patrząc na operowanie tego giganta, możemy się domyślać – w 1998 roku Disney otworzyło kolejny park dedykowany zwierzętom o nazwie „królestwo zwierząt”, znacznie większy niż ta mała wysepka, po czym przestało reklamować wyspę Discovery (wszystko wynika, że celowo). Odbiło się to na liczbie odwiedzających, więc Disney miało wymówkę, aby zamknąć całe przedsięwzięcie, dzięki czemu mogli się skupić na czymś, co przynosiło większe zyski. Oczywiście jak już mówiłem, to niczego oficjalnie Disney nie podało jako przyczyny, to tylko spekulacje, może to jest powód… A może faktycznie ktoś tam przyzwał jakąś siłę nieczystą, po czym trzeba było wszystko tuszować. Kto wie, może Garuda siedzi gdzieś w piwnicy.
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Zwierzęta zostały przetransportowane – niektóre były przygarnięte przez ten nowy park, inne trafiły do zoo do jakiegoś kraju, a pracownicy musieli szukać roboty gdzie indziej. Disney co prawda zastanawiało się, czy z wyspy nie zrobić czegoś pożytecznego, jak na przykład dać tam jakieś małe chatki, po czym reklamować to jako mały tropikalny miesiąc miodowy dla nowożeńców czy coś w tym stylu, ale skończyło się tylko na zastanawianiu. Od tamtej pory wyspa była opuszczona, no i jest opuszczona aż do dziś, ponad ćwierć wieku później. W międzyczasie wyspę porosła roślinność, przez co patrząc się na nią z brzegu lub z powietrza, widać bardzo niewiele z zabudowań, które jeszcze tam pozostały. To z kolei zrodziło swojego rodzaju mistykę około tej wyspy – co się tam znajduje? Jak to wygląda z wewnątrz? Czy coś tam żyje? Pytania, na które nie ma odpowiedzi, bo potrzebny by był jakiś pojeb, który tam przepłynąłby, aby wszystko skatalogować…

W każdym razie tutaj macie zdjęcia od pojeba, który popłynął tam, aby wszystko skatalogować.
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Autorem tych zdjęć jest koleś o imieniu Shane Perez, który zdecydował się w 2005 roku popłynąć na wyspę pod osłoną ciemności razem ze swoimi znajomymi, aby porobić tam zdjęcia i zobaczyć jak to wszystko wygląda. Przy czym to było kurewsko niebezpieczne, bo oni płynęli tam wpław… A w wodzie żyją aligatory. Jednak przeżyli, no i dzięki temu świat ujrzał, jak to wygląda. Widać, że wyspa jest całkiem opuszczona, nikt tam nie zrobił sobie meliny, jednak o dziwo, prąd tam dalej był, bo światła jeszcze działały. Sporo dzikich ptaków zdecydowało się tam zagnieździć, no i jakoś się tam trzymają. Shane co prawda odkrył też coś dziwnego, mianowicie znalazł w pewnym miejscu… Słoiki z kiszonymi wężami. Nie wiem, kto je tam zostawił ani z jakiego powodu.
Shane oczywiście musiał spierdalać, bo noc nie trwa wiecznie, a nie chciał, aby ktokolwiek go tam zauważył. No i o tyle, co zrobił te zdjęcia w 2005 roku, to z upublicznianiem ich poczekał aż do 25 grudnia 2009 roku… Bo czekał, żeby możliwa sprawa o wtargnięcie przedawniła się, żeby był prawnie nietykalny. Cały ten blog zdobył na popularności, nawet został pokazany w wiadomościach, no i w końcu ludzie wiedzieli, jak ta wyspa wygląda od środka po tylu latach. Disney oczywiście nie było tym zachwycone, ale nie mogli wytoczyć mu żadnej rozprawy sądowej. Co natomiast zrobili to dali mu dożywotniego bana na odwiedzanie jakichkolwiek miejscówek, które należą do Disneya.
Co więcej, jak się okazało, Shane nagrał też film z całej wyprawy, na kamerze wideo z trybem noktowizyjnym, a jako że cała akcja dzieje się w 2005 roku, to oczywiście film był o gównojakości. To dosłownie wygląda, jakby było wyciągnięte z jakiegoś Outlasta czy Residenta. Tylko jest jeden problem… Nie wiem, gdzie on wstawił to nagranie. Nie ma go na jego blogu, nie wiem, czy ma jakiś kanał na YouTube, gdzie to wstawił, ale szukałem i nie mogłem znaleźć. Wiem, że istnieje, bo widziałem to na filmie u jednego typa (o tym później), ale samego nagrania jako tako nie wiem gdzie szukać, a szkoda, bo chciałem przejrzeć całe, bez jakiegoś gadania w tle.

Jakby ktoś chciał znaleźć cały ten blog Pereza, to macie tutaj linka:
https://shaneperez.blogspot.com/2009/12/discovery-island.html

O tyle, co Shane był pierwszym, który zdecydował się to wszystko udokumentować, to nie był on ostatnim. Po tym, jak upublicznił tego bloga, przez lata wyspę odwiedziło wiele osób, które zdecydowały się sprawdzać inne zakamarki, no i w ten sposób wyspa stała się na nowo atrakcją dla niewielkiej niszy pojebów, co to lubią zwiedzać opuszczone budynki/miasta. Na specjalną uwagę zasługuje tutaj wideo z 2018 roku, wypuszczone przez Matta Sonswa, który odwiedził wyspę w dzień, dzięki czemu wszystko było widać lepiej.
No zajebiście, ludzie sobie tam wpływają i szlajają się, jakby nie było ograniczeń. Jest tylko jedno wielkie ale – jakby któremuś z was przyszło takie coś do głowy, to mam niestety złe wieści, jest to obecnie niemożliwe. Disney chyba musiało się już wkurwić na tych wszystkich poszukiwaczy przygód, ponieważ zdecydowali się zrobić coś w tej kwestii, o czym na własnej skórze przekonał się jeden taki koleś, który ma kanał na YouTube o nazwie „Southern Pirate Outdoors”. Zdecydował się on biwakować na tej wyspie… Aż tu się okazało, że Disney zamontowało tam kamery.
Mitomania – Opuszczona Wyspa Disneya
Ochrona Disneya wykryła go na tych kamerach, no i zdecydowali się z nim nie pierdolić pod tym względem, że… Powiadomili o tym policję, po czym wysyłali tam zespół, aby go aresztować. Przy czym ewidentnie wbiły mu 3 gwiazdki poszukiwania, bo w pewnym momencie przelatywały nad wyspą policyjne helikoptery. No i jak ktoś chciałby takie coś zobaczyć, to całe szczęście, są nagrania z kamer funkcjonariuszy.
Ja pierdole, wbili tam, jakby typ właśnie obrabował bank i przetrzymywał na tej wyspie wszystkie łupy. Cała ta akcja pewnie kosztowała ileś tysięcy dolców… A to wszystko za to, że koleś wtargnął tam, co tak w ogóle nie jest zarzutem kryminalnym, tylko wykroczeniem, za które co najwyżej grzywnę dostanie. W każdym razie – złapali go i dostał grzywnę 100 dolców (plus jeszcze koszty tej całej akcji). Oznacza to jedno – Disney nie chce, żeby tam ktokolwiek się znajdował. Z jednej strony, dobra, ja rozumiem, pomimo faktu, że ta cała wyspa jest opuszczona, to dalej jest ona własnością Disneya, więc pewnie nie chcą zostać pociągnięci do jakiejś odpowiedzialności, jakby któryś geniusz wbił tam i został żarciem dla aligatora. Natomiast z drugiej strony ja się tak zaczynam głupio zastanawiać, czy faktycznie czegoś (albo kogoś) nie zakopali na tej wyspie, a teraz nie chcą, aby ktokolwiek to znalazł.

Na sam koniec chciałbym tylko wspomnieć, że jest taki kanał na YouTube o nazwie „Bright Sun Films”, gdzie typ robi filmy właśnie na temat wszelakich opuszczonych miejscówek na całym świecie. Sporo znalazło się na temat różnych przedsięwzięć, jakimi Disney pierdolnęło w piach, ale jak ktoś ma wyjebane na Myszkę Micky, to całe szczęście, ziomek zajmuje się również rzeczami niezwiązanymi z Disneyem. Właśnie w jego filmie na temat wyspy Discovery pokazał urywki tych nagrań, co to Shane Perez zrobił w trakcie zwiedzania wyspy z 2005 roku (ale już nie połasił się, aby dać link do tych nagrań czy coś. Nie wiem, czy on to gdzieś znalazł, czy to Shane Perez przesłał mu te nagrania, jak poprosił, cholera wie). Oto jego film na temat tej wyspy.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
89
Wracamy do korzeni Mitomanii, czyli do strasznego gówna z gier wideo. Jednak tematem na dziś nie będzie GTA, tylko konkurencja – Saints Row 2.
Mitomania – The Freezer (Saints Row 2).
W Saints Row 2 jest taka minigierka o nazwie „Zombie Uprising”, w której napierdala się do zombiaków. Ludzie szybko pokapowali się, że mapa, w której to napierdalanie odbywa się była w rzeczywistości katakumbami znajdującymi się pod kryjówką, jaką przejmowało się z Johnnym Gatem. Zakodowano to oczywiście tak, aby wywalało komunikat o nieudanej misji, jeśli próbowałbyś opuścić katakumby w normalny sposób, ale gdzie jest wola, tam jest i sposób. Ludzie wykminili, że jak wklepie się kody na nieskończoną amunicję, nieśmiertelność, dojebane granaty oraz niską grawitację, to idzie wysadzić się granatami w powietrzę w miejsce, w którym tekstury nie mają kolizji, następnie lecisz przez pustkę, a gra wyrzuca cię na ulicę na zewnątrz. Ciekawy glitch, który zamienia Stilwater w miasto duchów, ale prawda jest taka, że jak udało Ci się tego glitcha wykonać, to masz przesrane.
Według legendy, po pewnym czasie poruszania się na zewnątrz, zaczną dziać się dziwne rzeczy – wszelakiego typu przedmioty takie jak lampy, hydranty i skrzynki na listy zostaną zniszczone i samoistnie będą poruszać się po ziemi. Zombie będą się pojawiać obok twojej postaci. Przedmioty zaczną znikać, wnętrza budynków nie będą się poprawnie ładowały, niebo stanie się nadzwyczaj jasne. Po tym to już tylko kwestia czasu. Być może pojawi się po 5 minutach, może 15, ale się pojawi. Ta „istota”, cień. Po tym, jak to coś zobaczysz, gra Ci się zwiesi, a późniejsze próby odpalenia jej będą skutkowały wywaleniem z gry – twoja kopia będzie niezdatna do dalszego użytku. Ze względu na zwieszanie gry, gracze przechrzcili tę zjawę imieniem „The Freezer” (Zwieszacz).
Mitomania – The Freezer (Saints Row 2).
No dobra, Creepypasta, jakich dużo – jakaś siła nadprzyrodzona, która rozpierdala gry, pełno tego było, jest i będzie. Brakuje tylko hiperrealistycznej krwi. Więc co wyróżnia tę cholerę od wszystkich innych? Cóż, różnica jest taka, że ta legenda jest… Prawdziwa. W Saints Row 2 faktycznie jest jakiś byt, który zwiesza Ci grę i rozpierdala kopię.
Ale po kolei. Czym właściwie jest tytułowy Freezer? Na pewno jest to jakiś bug, co nie zmienia faktu, że natura tego buga jest kuriozalna. Jakaś pojebana zjawa, co Cię goni, a jak Cię złapie, to Ci płytę rozjebie? Tutaj naprawdę trzeba spierdolić coś koncertowo (w ramach sprostowania – jeśli grasz na wersji pobranej ze sklepu online, to jak tą zjebiesz, musisz jedynie na nowo ją pobrać). Na pewno wiele będą w stanie rozwiać twórcy gry, prawda? Cóż… Volition ostatnio zdechło, bo ten Reboot Saints Row był zjebany, sprzedaż była niska, jeszcze jakaś umowa wydawcy z Arabią Saudyjską poszła się jebać, no i trafili pod topór. Pomimo tego, zanim studio trafiło na szafot, kilkakrotnie temat Freezera pojawiał się, a to na forach, a to na Streamach… No i nikt nie do końca wiedział czym to coś w ogóle jest, albo czym to było spowodowane… Kurwa, jak twórcy gry nie wiedzą, czym to jest, to już sprawa jest poważna.
Aczkolwiek tutaj wpada pewna obserwacja – Freezera można spotkać ekskluzywnie na wersji z Xboxa 360. Na PS3 nie ma żadnych znanych spotkań z Freezerem, a na PC… A na PC naprawdę nie trzeba robić niczego skomplikowanego, aby przekonać się, że tą wersją włada jakaś siła nieczysta (notka autora: Początkowo chciałem pojechać po Volition za zjebanie wersji na PC, ale wtedy dowiedziałem się, że to nie oni za nią odpowiadają. Nie, wersję na PC robił CD-Projekt. Ja pierdole XD).
Tutaj do akcji wkracza użytkownik YouTube-a o nazwie „mrsaintsgodzilla21”, który do tej pory sporządził najrzetelniejsze eksperymenty dotyczące Freezera (prawdę mówiąc, to dzięki niemu w ogóle dowiedziałem się o tym czymś… Zresztą, jak nie chce się wam czytać, to możecie po prostu jego filmy na ten temat odpalić). No i tak się składa, że jeden z jego widzów też napotkał Freezera, ale to spotkanie zakończyło się inaczej niż wszystkie inne. Otóż jego gra… Przetrwała. Dało się ją odpalić. No i… Nie powiem, że była zdatna do użytku, ale to już możecie zobaczyć na własne oczy.
Kopia gry tak przeklęta, że rozpierdoliła mu xboxa… No co jak co, ale akcja się zagęszcza. W każdym razie, dzięki temu filmowi wyszła hipoteza, że Freezer to tak naprawdę model NPC-a, a dokładniej mówiąc model, którego gra używa, aby pokazywać NPC-e z dystansu. NPC próbuje się pojawić, gra próbuje go wczytać, ale nie robi tego poprawnie, przez co gra nie wie co robić, no i dostaje pierdolca.
Inni natomiast myślą, że to zombie, które nie pojawia się poprawnie. Ma to na tyle sensu, że jeśli zostawisz ziomali w tych katakumbach, to oni będą mordować zombie, jakie tam zostały. A ponieważ ty biegasz sobie w jakimś wypizdowie, to gra nie będzie spawnowała zombie w wyznaczonych miejscach, tylko obok Ciebie. Być może innym powodem, dla którego Freezer się nie pojawia w niektórych grach jest fakt, że kiedy ziomale zdechli w katakumbach i nie zabijają zombie, to nowe nie będą się spawnować, więc Freezer nie ma jak się pojawić. Obydwie te teorie wszystkiego nie tłumaczą, ale przynajmniej jest jakiś zarys.
Co ciekawe, saintsgodzilla zrobił później streama z tej kopii, co mu xboxa rozjebała, ale teraz na innym modelu 360, nowszym. No i ku jego zaskoczeniu, ta kopia teraz działała w miarę sprawnie – ekrany ładowania nie były chuj wie jak długie, tekstury się poprawnie wczytywały, gra nie zwieszała się w przypadkowych momentach. I tutaj wchodzi kolejna obserwacja – Freezer pojawia się na X360, ale tylko na wczesnych wersjach konsoli. A tak się składa, że wczesne xboxy były znane z tego, że Microsoft zjebał robotę po całej linii oporu do tego stopnia, że cała konsola odmówiłaby posłuszeństwa, pokazując „czerwony pierścień śmierci”. Czasami potrafiły też zjebać kopie gry, bo płyty trzęsły się w czytniku. Kolejna poszlaka – czyżby wina leżała cały czas po stronie Microsoftu?
Powoli zdobywane są odpowiedzi na różne pytania, jednak dalej pozostaje wiele niewiadomych. Pomimo kawałka dobrej roboty, saintsgodzilla nie dał za wygraną i próbował rozwikłać tę zagadkę. No i tutaj do akcji wkracza pewna strona internetowa, na której nigdy nie próbowałbym szukać odpowiedzi… Reddit.
Mitomania – The Freezer (Saints Row 2).
Spokojnie – pierwsze co zrobiłem po wyjściu z Reddita to wizyta w biurze do zwalczania homoseksualizmu. Wracając do tematu – Synopser to użytkownik Reddita, który twierdzi, że pracował nad Saints Row 2. No kurwa, typowe przechwałki w Internecie. Tylko Synopser zdecydował się to udowodnić – nie ujawnił swoich danych osobowych, ale zamiast tego ujawnił 3 Easter Eggi z Saints Row 2, które były nieznane do tej pory – kombinacja przycisków, dzięki której samochody nie mogły się wywalić na dach, uzyskanie wszystkich ulepszeń z Demolition Derby za darmo, oraz myk na to, żeby w aktywności pobocznej „wyłudzanie ubezpieczeń” grało Flight of the Valkyries w tle. Wszystkie metody działały, wyniki były zgodne z obietnicą, więc jest coś na rzeczy. W każdym razie Synopser zdecydował się przedstawić pewną anegdotę z czasów, kiedy pracował nad grą. A dla tych, którzy z angielskiego mieli dwójki na ściągach, już leci streszczenie – podczas prac nad SR2, jeden z developerów chciał wstawić do gry kilka sekretnych poziomów z zombie, do których gracz uzyskałby dostęp poprzez wykonywanie różnych czynności. No zajebiście, tylko był jeden problem… Nikomu o tym nie powiedział. I to był wielki problem, ponieważ podczas produkcji oni dali ileśtam miejsca na dane, jeśli chodzi o misje. To było wyznaczone co do joty, zapełnione, nie było miejsca na ani jedną misję więcej… A typ sobie dodał jeszcze 3-4. Następnie jeden z tych sekretnych poziomów znalazł jeden z testerów, zupełnie przypadkowo… No i wtedy się zaczęło. Okazało się, że te poziomy wywoływały problemy z pamięcią w grze, po czym rozpierdalało grę. No i dało to twórcom oraz wydawcy niemały ból głowy, ponieważ odkryto to jakiś miesiąc przed planowanym wyrobem płytek z grą. Inni deweloperzy byli zmuszeni pracować po godzinach, aby usunąć te poziomy z gry, bo ich kolega z pracy był zjebem.
Sama w sobie ta opowieść jest wspaniałą przestrogą, jeśli chodzi o samowolkę przy wstawianiu sekretów do gier wideo. Jednak jeśli chodzi o Freezera, to może równie dobrze być kluczowym kawałkiem układanki. Problemy z pamięcią, gra rozpierdala się, połączenie z zombie… Co, jeśli Freezer to właśnie pozostałość po tym incydencie z dodatkowymi poziomami? Co, jeśli powstał właśnie dlatego, że Volition na szybko próbowało załatać grę przed wydaniem, ale coś spierdolili w trakcie? Ta hipoteza tłumaczy wiele rzeczy – przechadzając się po normlanym Stilwater, można znaleźć różne miejsca, w których gra pozwala na rozpoczęcie minigry o zombie, aczkolwiek nic nie robią. Co więcej, te same miejsca są miejscami, w których okolicy Freezer pojawia się najczęściej. Nie tłumaczy to, co prawda, dlaczego Freezer ma taką postać, a nie inną, albo dlaczego pojawia się tylko na starszych xboxach, ale to jest teoria, która ma najwięcej sensu.
Mitomania – The Freezer (Saints Row 2).
Saintsgodzilla oczywiście chciał się dowiedzieć jak najwięcej, dlatego udało mu się skontaktować z jednym z programistów pracujących nad grą. Nie był on co prawda w stanie powiedzieć dokładnie, czym jest Freezer, ale przedstawił jedną hipotezę – podczas przerywników filmowych, gra używa wnętrz budynków, które normalnie nie są dostępne, albo zostały zmodyfikowane w jakiś sposób. Twórcy ustawili te wnętrza budynków gdzieś pod ziemią. Podczas kodowania musieli zaprogramować to tak, że wnętrza używane przy tych przerywnikach są usuwane po tym, jak przerywnik się kończy. Tylko… Jeśli gracz spada przez tekstury i przelatuje obok takiego wnętrza, to może to teoretycznie spowodować pojawienie się go pod ziemią, ale gra nie dostaje polecenia usunięcia go, bo nie ma przerywnika. Możliwe jest, że gracze przelatują obok jednego takiego wnętrza, kiedy wypadają przez tekstury, wnętrze po tym jest cały czas załadowane, co z kolei prowadzi do zapychania pamięci. O tyle, co nowsze sprzęty są w stanie sobie z tym jakoś poradzić, to starsze xboxy mają z tym mocne problemy, no i jebut. A tak się składa, że miejsca, w których spotykano Freezera, znajdują się obok takich wnętrz używanych w filmach.
Mitomania – The Freezer (Saints Row 2).
Reasumując – Freezer najprawdopodobniej narodził się, kiedy twórcy próbowali na szybko załatać grę po spierdolonej robocie ich kolegi. Następnie pojawia się on w grze z powodu kilku glitchy, które w połączeniu z problemami, jakie miały starsze wersje xboxa 360 doprowadzają do zniszczenia kopii gry.
Niezależnie od tego, czym jest Freezer, wielu graczy decyduje się omijać minigrę z zombie szerokim łukiem z obawy o utratę kopii gry. Sama istota natomiast wpisała się w kronikę historii gier wideo jako ta jedna miejska legenda, która jest prawdziwa.

Szczerze, dla mnie to jest trochę… Imponujące? W sensie – trochę trudno mi uwierzyć, że kod gry może być tak niestabilny, że w połączeniu z równie niestabilnym sprzętem doprowadza to do powstania jakiejś siły nieczystej, która podąża za graczem i tylko czeka, aby rozjebać płytkę z grą. Takie coś się powinno studiować na kursach dotyczących gier wideo, a nie głupoty pokroju malowania drabin/krawędzi, na które można się wspinać żółtą farbą.
Jeszcze na koniec wspomnę tylko, że seria Saints Row ma naprawdę wiele ciekawych historii z czasów tworzenia – a to początkowe plany pisarzy, a to mechaniki, jakich nie udało się wprowadzić w życie, czy to całe gry, których nie puszczono w obieg. Myślę, aby zrobić (kolejną już z resztą) serię dotyczącą różnych wersji gier wideo czy też wyciętej zawartości, ale nie wiem, czy takie coś ma w ogóle na tej stronie rację bytu. Też nie wiem, czy nie będzie to przypadkiem za dużo serii z mojej strony… A chuj, dajcie znać, co o tym myślicie.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
21
Wiele się gada o klątwach i nadnaturalnych zjawiskach. A to ktoś zdechł w jakimś domu, a teraz nawiedza to miejsce. Zazwyczaj takie coś pochodzi z Ameryki, bo u nas to chyba byłoby w piździec duchów – jak Niemcy podczas wojny szli w jedną stronę, to gwałcili wszystkich w kamienicy, a jak Ruscy szli w drugą, to też gwałcili i zabijali, a teraz ludzie mieszkają w tych samych kamienicach i raczej nikt się nie skarży… Znaczy, skarży, ale nie na duchy. W każdym razie, jeśli chodzi o takie nawiedzone miejsca, zazwyczaj istnieją racjonalne wyjaśnienia… Jednak w niektórych przypadkach to nawet ja się zaczynam głupio zastanawiać. No i takim zajebistym przypadkiem jest seria filmów pod tytułem „Duch” (z angielskiego nazywa się „Poltergeist” i tej oto nazwy będę w dalszej części dzidy).
Mitomania – klątwa filmów z serii Poltergeist.
W niemieckim folklorze Poltergeist to taki typ ducha, który nie ukazuje się w klasyczny sposób, w sensie przezroczysta zjawa, tylko daje znak o swojej obecności poprzez ruszanie meblami lub rzucanie różnymi przedmiotami.
W każdym razie – film ten wyszedł 1982 roku, reżyserem był Tobe Hooper, a za scenariusz odpowiadali Michael Grais, Mark Victor i Steven Spillberg. Opowiadał on historię rodziny Freelingów, która wprowadziła się do nowego osiedla. Jak się jednak okazuje, osiedle zostało zbudowane na cmentarzu, przy czym przeniesiono jedynie nagrobki, a ciała zostawili.
Od czego zaczęła się ta cała klątwa? Od zaoszczędzenia pieniędzy. Widzicie, w filmie jest taka jedna scena, gdzie postać grana przez JoBeth Williams wpada do jakiejś dziury z wodą, w której jest pełno trupów. No i widzicie… Nie do końca wiem, czym taki absurd był spowodowany, ale w trakcie kręcenia filmu, kupienie sztucznych trupów było bardziej kosztowne niż pozyskanie prawdziwych. No i w takich realiach, Tobe Hooper i Steven Spillberg zdecydowali się, że nie potrzeba wydawać więcej kasy, no i kupili prawdziwe trupy. Uprzedzając pytanie, nie, aktorzy nie byli świadomi tego faktu.
No dobra, mamy już podwaliny rzekomej klątwy, to jakie były jej rezultaty? Otóż wielu aktorów ginęło w trakcie lub niedługo po nakręceniu filmów z tej serii.
Mitomania – klątwa filmów z serii Poltergeist.
Dobrym przykładem jest Heather O’Rourke, która grała dziewczynkę imieniem Carol Anne. W 1987 roku, kiedy miała 11 lat, zdiagnozowano u niej chorobę Crohna. W rzeczywistości lekarz spierdolił diagnozę, ponieważ tak naprawdę nabawiła się lambliozy z wody ze studni w rodzinnym domu, a to oznaczało, że przepisane leki na nic jej się nie przydały. 31 stycznia 1988 roku, Heather zaczęła się skarżyć na objawy podobne do grypy. Następnego dnia zasłabła, przewieziono ją do szpitala, w drodze do szpitala jej serce przestało bić, ale lekarze reanimowali ją. W szpitalu okazało się, że miała zwężenie jelit, więc wzięto ją pod nóż. Operacja przebiegła bez błędu, jednak kiedy leżała w Sali pooperacyjnej, znowu doszło do zatrzymania akcji serca. Tym razem, lekarze jej nie uratowali. Zgon stwierdzono o 14:43. Kilka miesięcy po jej śmierci premierę miał ostatni film, w którym wystąpiła, Poltergeist 3.
Rzekomo, duch Heather nawiedzał plan innego filmu pod tytułem „Uwierz w ducha” (po angielsku po prostu „Ghost”, co tylko utwierdza fakt, że oficjalne tłumaczenia tytułów filmów na polskie są zjebane) z 1990 roku. Dlaczego akurat ten film? Bo był on kręcony w tym samym budynku co sitcom o nazwie „Happy Days”, w którym Heather również wystąpiła. Wielu aktorów, statystów oraz ochroniarzy twierdziło, że podczas filmowania często wysiadał prąd, słychać było śmiech dziewczynki, oraz odgłosy dobiegające z rusztowania nad planem.
Mitomania – klątwa filmów z serii Poltergeist.
Julian Beck grał postać pastora Henry-ego Kane-a w sequelu. W 1983 roku stwierdzono u niego raka jamy brzusznej, co doprowadziło do jego śmierci 2 lata później, niedługo po tym, jak skończył pracę nad Poltergeistem 2. Nie była to co prawda jakaś niespodziewana albo tajemnicza śmierć, więc można to łatwo rzucić pod przypadek.
Mitomania – klątwa filmów z serii Poltergeist.
Will Sampson, który grał postać Taylora w tym samym filmie, cierpiał z powodu twardziny, co miało wpływ na jego skórę, serce oraz płuca. W 1987 roku przeszedł przeszczep serca i płuc, który miał bardzo niskie szanse powodzenia. Sam przeszczep udał się, jednak po operacji doszło do powikłań z nerkami, co już doprowadziło do jego śmierci.
Mitomania – klątwa filmów z serii Poltergeist.
Najgorszy los spotkał jednak pierwszą ofiarę rzekomej klątwy, Dominique Dunne, oryginalną aktorkę grającą Danę Freeling. W 1982 zerwała ona z chłopakiem, Johnem Thomasem Sweeneyem. 30 października tego samego roku, John pojawił się pod jej domem, prosząc ją o drugą szansę. Kiedy ona odmówiła, ten zaczął ją dusić. Dominique straciła przytomność, po czym John zostawił ją na pastwę losu przed jej domem. Została przewieziona do szpitala, gdzie podtrzymywano ją przy życiu, jednak nigdy nie odzyskała przytomności. Stwierdzono śmierć mózgu, po czym jej rodzice zgodzili się na odłączenie jej od aparatu oddechowego. Zmarła 4 listopada.
Jakby tego było mało, kiedy tylko John trafił przed sąd, to 21 września 1983 roku, po ośmiu dniach narad, ława przysięgłych uznała go za… Niewinnego morderstwa drugiego stopnia. Zamiast tego skazano go za umyślne zabójstwo, za co dostał… 6 lat i 6 miesięcy w więzieniu. A najgorsze jest to, że nawet całej kary nie odbył – dostał zwolnienie warunkowe po 2 latach i 6 miesiącach odsiadki… Kurwa, nie było lepszych kandydatów na zwolnienie warunkowe?

4 zgony, mniej lub bardziej przewidywalne… Jakoś nie dziwię się, że ludzie poważnie myślą, że nad tymi filmami serio ciąży jakaś klątwa. A czy faktycznie te filmy są przeklęte? Nie wiem, choć chyliłbym się ku „nie”. Widzicie, w 1996 roku wyszedł taki serial o nazwie „Poltergeist: The Legacy”, który miał 4 sezony i zakończył się w 1999 roku. Co prawda ten serial był spin-offem, przy czym jedyne co miał wspólnego z serią filmów to tytuł, ale powinno się liczyć do tej klątwy, co nie? Jednak nie słyszałem, aby ktokolwiek z aktorów lub zespołu produkującego ten serial poniósł śmierć w trakcie, lub niedługo po nakręceniu go. Co więcej, w 2015 roku wyszedł kolejny film, też zatytułowany „Poltergeist”, który był remake-em pierwszego filmu, ale tutaj też jakoś nikt nie umierał w podejrzanych okolicznościach. Czyli werdykt jest prosty, duchów nie ma… A może są, tylko ten serial i film z 2015 roku były tak zjebane, że siły nieczyste wolały się od tego trzymać z daleka, a ich ingerencja nie była potrzebna do nieszczęścia. Ja dosłownie pierwszy raz słyszałem o tym serialu i filmie z 2015 roku, teraz kiedy szukałem informacji na temat tej klątwy. Jak ktoś oglądał i chce się podzielić opinią, to z radością przeczytam. W każdym razie, bez względu na to, czy duchy istnieją, lepiej dmuchać na zimne i nie brać kąpieli z trupami.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
65
Ponieważ Wiliextreme rzucił temat w cholerę i nie wypuścił odcinka z serii od 8 lat, zdecydowałem się sam kontynuować to przedsięwzięcie, no i… No i chuj, przejdźmy do tematu.
Mitomania – Bezlicy Charlie.
W latach 50-tych XX-ego wieku w Stanach Zjednoczonych zaczęła krążyć pewna legenda. Według niej, jeśli poruszałeś się w nocy drogą 351 w Pennsylvanii i miałeś sporo pecha, spotkałbyś pewnego mężczyznę, który nie posiada twarzy, a jego skóra jest zielona. Bezlicy Charlie (Charlie No-face) albo po prostu zielony człowiek (Green Man… Mnie się jakoś pierwszy kryptonim bardziej podoba) zacząłby Cię gonić, jeśli wyczułby twoją obecność. Po co? No… Kurwa, nie wiem, jakoś nie doprecyzowali w tej legendzie.
Według tej legendy Bezlicy Charlie był kiedyś pracownikiem kolei, który został trafiony przez piorun, który był na tyle silny, że pozbawił go twarzy oraz zamienił kolor jego skóry na zielony. Oszpecony przez los, zaczął łazić koło drogi bez celu.
Niektórzy twierdzili, że można było go „przyzwać”. Jeśli wjechałeś do tunelu, zapaliłeś światła samochodu, a po tym wezwałeś go, ten by się pojawił, a silnik by zgasł. Ta historia wywodzi się od grupy nastolatków, którym rzekomo takie coś się przytrafiło. Nie wiem jak was, ale mnie zawsze mnie bawi, ilekroć w trakcie opowiadań takich straszydeł postacie wpierdalają się w jakieś gówno, a mimo to udaje im się spierdolić.
Po latach historia zaczęła się zmieniać, a to przez dopowiadania, a to przez przekręcanie. Po pewnym czasie Bezlicy Charlie stał się duchem, zjawą błąkającą się koło drogi. Czyli co, klasyczne straszydło, którym można przerażać dzieci, aby te szły spać, wraz ze zrobioną przeróbką, aby lepiej to sprzedać?
Mitomania – Bezlicy Charlie.
A taki chuj – żaden fotomontaż tylko prawdziwe zdjęcie ani żaden duch czy też zabijaka, tylko zwykły człowiek. Bezlicy Charlie tak naprawdę nie miał na imię Charlie. Jego prawdziwe imię to Raymond Robinson. Kiedy miał 9 lat, w czerwcu 1919 roku wracał z przyjaciółmi do domu. Wtedy to przechodząc obok słupa z liniami elektrycznymi dla tramwajów, zauważył ptasie gniazdo na samym jego szczycie. Raymond zasugerował, żeby wspiąć się na ten słup i wyciągnąć jajko z gniazda. Wszyscy jego znajomi oczywiście się cykali, ponieważ dosłownie rok temu inny dzieciak imieniem Robert Littell też próbował wleźć na podobny słup, ale dotknął jednej z linii, poraził go prąd no i tak oto zginął na miejscu. Raymond natomiast miał wyjebane. Stwierdził „jestem hardkorem” no i zaczął się wspinać. Tak się składa, że w pewnym momencie historia się powtórzyła. Dotknął jednej z linii, po czym poraził go prąd. W przeciwieństwie do Roberta, Raymond obudził się w szpitalu, ku zdziwieniu lekarzy, bo oni nie dawali mu jakoś zbyt wielkich szans na przeżycie. Jednak całe to zajście poważnie się na nim odbiło – stracił oczy, nos oraz prawą rękę, a jego twarz została zniekształcona. Głupi wypadek, którego można było uniknąć.
Po wyjściu ze szpitala Raymond nauczył się Brailla, po czym nauczył się tkactwa – robił pasy do spodni, portfele oraz wycieraczki, no i tak zarabiał trochę kasy. Według jego bratanka Raymond raczej nie gadał zbyt często o swoich ranach ani także o wynikających z nich problemach – dla Raymonda to była rzeczywistość, której nie można było zmienić, więc ani narzekanie, ani ubolewanie nad tym nic by mu nie dały.
Raymond lubił chodzić na spacer, ale pomimo ślepoty, zdawał sobie sprawę, że pewnie nie wygląda za dobrze. Tak więc nie chcąc straszyć ludzi, chodził na te spacery po zmroku. Zazwyczaj chodził obok drogi 351 z kijkiem w dłoni, aby nie wpakować się w jakiś bałagan. O tyle, co chciał unikać ludzi, to jednak nie podziałało, bo nie on jedyny się tą drogą poruszał. A to ktoś inny go zobaczył, a to samochodem ktoś przejeżdżał, takie tam. Czasami, nie chcąc ludzi straszyć, to próbował chować się w krzakach… Co podejrzewam miało chyba odwrotne skutki.
Dosyć szybko legenda zaczęła się rozprzestrzeniać, po czym wszelacy poszukiwacze przygód zdecydowali się na znalezienie go. Niektórzy… No, niektórzy byli chujami. Oferowali mu przejażdżkę, po czym wysadzali go w zupełnie innym miejscu, przez co nie wiedział jak wrócić do domu. Inni go pobili, a jeszcze znalazł się jeden koleś, co zdecydował się go potrącić samochodem. Jego rodzinę czasami te spacery wkurwiały, ale chuj, dalej łazi, bo chce.
Byli też tacy, którym jego oszpecona twarz nie przeszkadzała. Przechadzali się z nim, rozmawiali, czasami szli razem na piwo – bo jak wszyscy wiemy, brak twarzy nie powstrzyma nikogo przed chlaniem. Tak oto nawiązało się kilka przyjaźni, bo jak się okazało, Raymond był dosyć sympatycznym człowiekiem i nawet fajnie można było z nim spędzić czas.
Mitomania – Bezlicy Charlie.
Raymond u schyłku swojego życia spędzał większość czasu w domu. Zmarł z przyczyn naturalnych 11 czerwca 1985 roku w wieku 75 lat. Jednak pomimo jego śmierci, przez jakiś czas legendy o człowieku bez twarzy dalej krążyły po Pennsylvanii.

Postaram się zrobić więcej takich odcinków Mitomanii, a nie rzucić po pierwszym odcinku. Co nie zmienia faktu, że raczej atmosfery Wiliego nie odtworzę.
Jak macie jakieś fajne tematy, które można by było ogarnąć, to śmiało, podzielcie się, może coś mnie zainteresuje.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.08141303062439