11
D&D: Ostatnia Kolonia
Rozdział I
Dwóch ludzi, których nie powinno tam być
Zanim rozpoczęła się wojna o Ziemię…
było tylko dwóch ludzi i ich błędy.
Marcus Kane siedział samotnie przy barze w małym lokalu na obrzeżach Nowego Denver.
Była druga w nocy. Deszcz uderzał o neonowy szyld nad wejściem, a w telewizorze wiszącym nad barem leciały wiadomości, których nikt nie słuchał.
Marcus miał twarz człowieka, który przeżył więcej niż powinien.
Szerokie barki. Blizna biegnąca przez lewy policzek. Krótko ostrzyżone włosy i spojrzenie, które natychmiast zdradzało jedno — był żołnierzem.
A właściwie… był nim kiedyś.
Przez dziesięć lat należał do Oddziału Specjalnego Orion, najbardziej tajnej jednostki operacyjnej armii.
Misje, których nie było w raportach.
Operacje, o których nigdy nie mówiły wiadomości.
Marcus był jednym z najlepszych.
Do dnia, w którym wszystko się skończyło.
Trzy lata wcześniej.
Pustynia w północnej Afryce była cicha. Zbyt cicha.
Oddział Kane’a miał tylko jedno zadanie: odbić zakładników przetrzymywanych przez lokalną milicję.
Operacja była prosta.
Powinna była być.
Ale kiedy weszli do budynku, Marcus zobaczył coś, czego nie było w planie.
W jednym z pomieszczeń milicjanci trzymali cywilów — kobiety i dzieci.
Dowództwo wydało rozkaz przez radio.
— Priorytet to zakładnicy z ambasady. Ignorować resztę.
Marcus zamarł.
— Powtórzcie rozkaz — powiedział spokojnie.
— Ignorować cywilów. To nie jest cel misji.
W pomieszczeniu panowała cisza.
Jedna z kobiet patrzyła na niego z desperacją w oczach.
Marcus wyłączył radio.
I podjął decyzję.
Dwadzieścia minut później wszyscy cywile byli bezpieczni.
Ale operacja została uznana za porażkę.
Milicjanci uciekli.
A dowództwo potrzebowało winnego.
Marcus Kane został wydalony z armii.
Oficjalny powód:
„Niesubordynacja i złamanie rozkazu operacyjnego.”
Nieoficjalny powód?
Uratował ludzi, których nie było w planie ratować.
Cdn...
Rozdział I
Dwóch ludzi, których nie powinno tam być
Zanim rozpoczęła się wojna o Ziemię…
było tylko dwóch ludzi i ich błędy.
Marcus Kane siedział samotnie przy barze w małym lokalu na obrzeżach Nowego Denver.
Była druga w nocy. Deszcz uderzał o neonowy szyld nad wejściem, a w telewizorze wiszącym nad barem leciały wiadomości, których nikt nie słuchał.
Marcus miał twarz człowieka, który przeżył więcej niż powinien.
Szerokie barki. Blizna biegnąca przez lewy policzek. Krótko ostrzyżone włosy i spojrzenie, które natychmiast zdradzało jedno — był żołnierzem.
A właściwie… był nim kiedyś.
Przez dziesięć lat należał do Oddziału Specjalnego Orion, najbardziej tajnej jednostki operacyjnej armii.
Misje, których nie było w raportach.
Operacje, o których nigdy nie mówiły wiadomości.
Marcus był jednym z najlepszych.
Do dnia, w którym wszystko się skończyło.
Trzy lata wcześniej.
Pustynia w północnej Afryce była cicha. Zbyt cicha.
Oddział Kane’a miał tylko jedno zadanie: odbić zakładników przetrzymywanych przez lokalną milicję.
Operacja była prosta.
Powinna była być.
Ale kiedy weszli do budynku, Marcus zobaczył coś, czego nie było w planie.
W jednym z pomieszczeń milicjanci trzymali cywilów — kobiety i dzieci.
Dowództwo wydało rozkaz przez radio.
— Priorytet to zakładnicy z ambasady. Ignorować resztę.
Marcus zamarł.
— Powtórzcie rozkaz — powiedział spokojnie.
— Ignorować cywilów. To nie jest cel misji.
W pomieszczeniu panowała cisza.
Jedna z kobiet patrzyła na niego z desperacją w oczach.
Marcus wyłączył radio.
I podjął decyzję.
Dwadzieścia minut później wszyscy cywile byli bezpieczni.
Ale operacja została uznana za porażkę.
Milicjanci uciekli.
A dowództwo potrzebowało winnego.
Marcus Kane został wydalony z armii.
Oficjalny powód:
„Niesubordynacja i złamanie rozkazu operacyjnego.”
Nieoficjalny powód?
Uratował ludzi, których nie było w planie ratować.
Cdn...