10
Kilka tysięcy kilometrów dalej, w zupełnie innym świecie, inny człowiek również miał problem z autorytetami.
Dr Adrian Cole był geniuszem.
I katastrofą dla każdego przełożonego.
Miał doktorat z fizyki kwantowej w wieku dwudziestu sześciu lat i reputację człowieka, który potrafił rozwiązać problem szybciej niż ktokolwiek… ale przy okazji zniszczyć pół laboratorium.
Trzy lata temu pracował w rządowym ośrodku badawczym.
Projekt dotyczył nowych napędów orbitalnych.
Adrian miał jedną wadę.
Nie potrafił zostawić rzeczy w spokoju.
Pewnej nocy postanowił „lekko ulepszyć” prototyp silnika.
Eksperyment zakończył się eksplozją, która wyłączyła zasilanie w całym kompleksie.
Koszt napraw: siedemdziesiąt milionów dolarów.
Rząd miał dwa wyjścia.
Albo postawić go przed sądem.
Albo wykorzystać jego talent.
Wybrali drugą opcję.
— Doktorze Cole — powiedział generał przy pierwszym spotkaniu — pańska alternatywa jest prosta.
Adrian siedział po drugiej stronie biurka.
— Więzienie albo armia?
Generał uśmiechnął się.
— Dokładnie.
— A co mam robić w armii?
Generał spojrzał na ekran za sobą.
Wyświetlił się obraz nowoczesnego wahadłowca bojowego.
— Latać.
Adrian parsknął śmiechem.
— Jestem fizykiem, nie pilotem.
Generał odpowiedział spokojnie:
— Jeszcze.
Sześć miesięcy później Adrian Cole został jednym z najlepszych pilotów testowych w całej flocie orbitalnej.
Bo geniusz fizyki miał jedną przewagę nad innymi pilotami.
Rozumiał maszyny lepiej niż ktokolwiek.
A maszyny… słuchały go.
Losy Marcusa Kane’a i Adriana Cole’a nigdy nie powinny się przeciąć.
Jeden był wyrzuconym żołnierzem.
Drugi niepokornym naukowcem w mundurze.
Ale historia ma dziwny sposób łączenia ludzi.
Szczególnie wtedy, gdy nad Ziemią zaczyna pojawiać się coś… czego nikt się nie spodziewał.
Pierwszy sygnał pojawił się w stacji orbitalnej Helios.
Na radarze pojawił się obiekt wielkości miasta.
Potem drugi.
Potem dziesięć.
A potem setki.
Nie były to meteoryty.
Nie były to satelity.
Nie były to ludzkie statki.
Operator stacji spojrzał na ekran i poczuł zimny dreszcz na plecach.
— Centrum dowodzenia… mamy kontakt.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Z czym?
Operator przełknął ślinę.
— Z flotą.
— Jaką flotą?
Operator patrzył na radar.
— Nie naszą.
I tak zaczęła się wojna o Ziemię.
Wojna, w której dwóch ludzi — wyrzucony żołnierz i niepokorny naukowiec — mieli odegrać rolę, której nikt się nie spodziewał.
Bo kiedy historia naprawdę się zacznie…
to właśnie oni znajdą się za sterami statku lecącego na Ostatnią Kolonię. Cdn.....
Dr Adrian Cole był geniuszem.
I katastrofą dla każdego przełożonego.
Miał doktorat z fizyki kwantowej w wieku dwudziestu sześciu lat i reputację człowieka, który potrafił rozwiązać problem szybciej niż ktokolwiek… ale przy okazji zniszczyć pół laboratorium.
Trzy lata temu pracował w rządowym ośrodku badawczym.
Projekt dotyczył nowych napędów orbitalnych.
Adrian miał jedną wadę.
Nie potrafił zostawić rzeczy w spokoju.
Pewnej nocy postanowił „lekko ulepszyć” prototyp silnika.
Eksperyment zakończył się eksplozją, która wyłączyła zasilanie w całym kompleksie.
Koszt napraw: siedemdziesiąt milionów dolarów.
Rząd miał dwa wyjścia.
Albo postawić go przed sądem.
Albo wykorzystać jego talent.
Wybrali drugą opcję.
— Doktorze Cole — powiedział generał przy pierwszym spotkaniu — pańska alternatywa jest prosta.
Adrian siedział po drugiej stronie biurka.
— Więzienie albo armia?
Generał uśmiechnął się.
— Dokładnie.
— A co mam robić w armii?
Generał spojrzał na ekran za sobą.
Wyświetlił się obraz nowoczesnego wahadłowca bojowego.
— Latać.
Adrian parsknął śmiechem.
— Jestem fizykiem, nie pilotem.
Generał odpowiedział spokojnie:
— Jeszcze.
Sześć miesięcy później Adrian Cole został jednym z najlepszych pilotów testowych w całej flocie orbitalnej.
Bo geniusz fizyki miał jedną przewagę nad innymi pilotami.
Rozumiał maszyny lepiej niż ktokolwiek.
A maszyny… słuchały go.
Losy Marcusa Kane’a i Adriana Cole’a nigdy nie powinny się przeciąć.
Jeden był wyrzuconym żołnierzem.
Drugi niepokornym naukowcem w mundurze.
Ale historia ma dziwny sposób łączenia ludzi.
Szczególnie wtedy, gdy nad Ziemią zaczyna pojawiać się coś… czego nikt się nie spodziewał.
Pierwszy sygnał pojawił się w stacji orbitalnej Helios.
Na radarze pojawił się obiekt wielkości miasta.
Potem drugi.
Potem dziesięć.
A potem setki.
Nie były to meteoryty.
Nie były to satelity.
Nie były to ludzkie statki.
Operator stacji spojrzał na ekran i poczuł zimny dreszcz na plecach.
— Centrum dowodzenia… mamy kontakt.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Z czym?
Operator przełknął ślinę.
— Z flotą.
— Jaką flotą?
Operator patrzył na radar.
— Nie naszą.
I tak zaczęła się wojna o Ziemię.
Wojna, w której dwóch ludzi — wyrzucony żołnierz i niepokorny naukowiec — mieli odegrać rolę, której nikt się nie spodziewał.
Bo kiedy historia naprawdę się zacznie…
to właśnie oni znajdą się za sterami statku lecącego na Ostatnią Kolonię. Cdn.....