Nie dane mi było doczekać poranka dnia siódmego. Przed świtem zbudziła mie Rewolucja Październikowa w kiszkach. Kebab i MRE toczyły swój odwieczny bój. Smykłem z namiotu zanim Aurora zdążyła oddać pierwszy strzał. Po wszystkim czułem się całkiem pusty a świt właśnie się rozpoczynał.
No cóż, skoro już wstałem to nie ma sensu się kłaść. Na śniadanie tym razem owsianka, dwie porcje. Nie ryzykowałem konserwy z cebulą.
Dzięki temu wyjątkowo już o szóstej byłem na wodzie.
Nad taflą w wielu miejscach unoszą się opary mgły. Wiosłuję równo ale bez szaleństw. Spałem w końcu sześć godzin, na śniadanie nie było konserwy.
Słonko świeci. Chmur brak.
Brzegi się przesuwają. Znowu drzew, drzew i drzewa. Lewa strona robi się wyraźnie wyższa. Nie wygląda to na wał, tylko tak jakby rzeka od tej strony była ograniczona górą. Z prawej płasko. Potem na odwrót. Mijam odsłoniety kamienny stok - wygląda zupełnie jak w górach. Kilka dochodzących dopływów albo kanałów.
Albo płynę środkiem i nie widzę szczegółów po obu stronach, albo płynę po którejś stronie i wtedy nie widzę szczegółów tej drugiej.
Od czasu do czasu jakieś domki w między drzewami, albo wystająca w górę kościelna wieża.
To jest naprawdę najdziksza rzeka Europy. Wcześniej mi się wydawało że to tylko takie gadanie bo widziałem Wisłę w Krakowie czy w Warszawie. I tam choć duża to jest elegancko opakowana. A tutaj się patrzy na brzegi których przez dziesiatki kilometrów nie odwiedza nikt. Nie ma wydeptanych ścieżek, nie ma rozległych ludnych plaż. Z rzadka trafi się zakotwiczona pychówka.
Po dziesiątej przystanek na łasze piachu w nurcie. Widać że od czasu początkowych deszczy poziom wody opadł o kilka metrów. Łachy w nurcie wystające 10cm nad wodę są całkiem częste. Na nocowanie się nie nadają . Ale na odgrzanie MRE i zrobienie herbaty są idealne.
Te MRE są całkiem spoko. Opakowanie jak na karmę dla psów. Posiłek w środku gotowy i doprawiony. Grzejesz w opakowaniu, jesz prosto z niego, myć nie trzeba.
Trzy godziny później docieram do Miećmierza - planowałem go odwiedzić. Miejsce łatwo rozpoznać po charakterystycznym wiatraku.
Troche gryzmolę na piasku. Jeśli czegoś nie pomieszałem w tłumaczeniu.. w obliczeniach znaczy się, to znaczy że płynąłem 8km/h. A wysiłku jakoś nie czułem.
Obchodzę wioskę. To taki skansen w którym mieszkają ludzie. Do najbliższego miasta mają trzy kilometry. Wygląda na to że żyją tu sobie na pełnym czilu. W trakcie łażenia uświadamiam sobie że kajak zostawiłem samopas na brzegu. Ale z jakiegoś powodu mam na to wywalone. To nie jest zatłoczone miasto gdzie miejscowy pijaczek spienięży wszystko co znalazł i zakupi pryte. Łłażę tu przez godzinę i jest to znacznie ciekawsza godzina niż ta w Sandomierzu.
Gdyby nie auta to spokojnie można by uznać że się jest w XVIII wieku.
Koło trzeciej ruszam dalej. Mijam ruiny zamku. Są niestety położone spory kawałek od wody i nie widzę opcji żeby się do nich dostać przez zarośla.
Dosłownie pół godziny później dopływam do Kazimierza - 359 kilometr rzeki.
Po prawej stronie jest port do którego zawijam. Targają mną dylematy. Zostać tutaj na noc czy płynąć dalej. Wygrywa ciekawość. Płacę, rozbijam namiot. Kajak chowam do namiotu, żeby nie kusiło.
Odbicie w lustrze mówi - menel. Dopieto ogolony i umyty ruszam w miasto.
Kurde jest ładne. Dużo ładniejsze niż Sandomierz czy Kraków. Nieduże ale urokliwe. Miejscami stare. Mam wrażenie że to tutaj kręcili Samych Swoich. Nadchodzi wieczór. Siedzę na murku.
W reszcie poczułem że jestem na Wielkiej Włóczędze. Podróży o której marzyłem. Wreszcie udało mi się dowiedzieć "dokąd biegną niknące w mroku tory". Wiem że dziś tu siedzę jutro będę gdzie indziej i prawdopodobnie nigdy więcej tu nie wrócę. Uczucie jest niesamowite. Chłonę panoramę miasta, staram się zapisać ją jak najbardziej w pamięci. Nawet przyciskam dłoń do murka na którym siedzę, żeby zapamiętać jego fakturę.
Moment absolutnej perfekcji.
Na przystań wracam długo po zachodzi słońca.
No cóż, skoro już wstałem to nie ma sensu się kłaść. Na śniadanie tym razem owsianka, dwie porcje. Nie ryzykowałem konserwy z cebulą.
Dzięki temu wyjątkowo już o szóstej byłem na wodzie.
Nad taflą w wielu miejscach unoszą się opary mgły. Wiosłuję równo ale bez szaleństw. Spałem w końcu sześć godzin, na śniadanie nie było konserwy.
Słonko świeci. Chmur brak.
Brzegi się przesuwają. Znowu drzew, drzew i drzewa. Lewa strona robi się wyraźnie wyższa. Nie wygląda to na wał, tylko tak jakby rzeka od tej strony była ograniczona górą. Z prawej płasko. Potem na odwrót. Mijam odsłoniety kamienny stok - wygląda zupełnie jak w górach. Kilka dochodzących dopływów albo kanałów.
Albo płynę środkiem i nie widzę szczegółów po obu stronach, albo płynę po którejś stronie i wtedy nie widzę szczegółów tej drugiej.
Od czasu do czasu jakieś domki w między drzewami, albo wystająca w górę kościelna wieża.
To jest naprawdę najdziksza rzeka Europy. Wcześniej mi się wydawało że to tylko takie gadanie bo widziałem Wisłę w Krakowie czy w Warszawie. I tam choć duża to jest elegancko opakowana. A tutaj się patrzy na brzegi których przez dziesiatki kilometrów nie odwiedza nikt. Nie ma wydeptanych ścieżek, nie ma rozległych ludnych plaż. Z rzadka trafi się zakotwiczona pychówka.
Po dziesiątej przystanek na łasze piachu w nurcie. Widać że od czasu początkowych deszczy poziom wody opadł o kilka metrów. Łachy w nurcie wystające 10cm nad wodę są całkiem częste. Na nocowanie się nie nadają . Ale na odgrzanie MRE i zrobienie herbaty są idealne.
Te MRE są całkiem spoko. Opakowanie jak na karmę dla psów. Posiłek w środku gotowy i doprawiony. Grzejesz w opakowaniu, jesz prosto z niego, myć nie trzeba.
Trzy godziny później docieram do Miećmierza - planowałem go odwiedzić. Miejsce łatwo rozpoznać po charakterystycznym wiatraku.
Troche gryzmolę na piasku. Jeśli czegoś nie pomieszałem w tłumaczeniu.. w obliczeniach znaczy się, to znaczy że płynąłem 8km/h. A wysiłku jakoś nie czułem.
Obchodzę wioskę. To taki skansen w którym mieszkają ludzie. Do najbliższego miasta mają trzy kilometry. Wygląda na to że żyją tu sobie na pełnym czilu. W trakcie łażenia uświadamiam sobie że kajak zostawiłem samopas na brzegu. Ale z jakiegoś powodu mam na to wywalone. To nie jest zatłoczone miasto gdzie miejscowy pijaczek spienięży wszystko co znalazł i zakupi pryte. Łłażę tu przez godzinę i jest to znacznie ciekawsza godzina niż ta w Sandomierzu.
Gdyby nie auta to spokojnie można by uznać że się jest w XVIII wieku.
Koło trzeciej ruszam dalej. Mijam ruiny zamku. Są niestety położone spory kawałek od wody i nie widzę opcji żeby się do nich dostać przez zarośla.
Dosłownie pół godziny później dopływam do Kazimierza - 359 kilometr rzeki.
Po prawej stronie jest port do którego zawijam. Targają mną dylematy. Zostać tutaj na noc czy płynąć dalej. Wygrywa ciekawość. Płacę, rozbijam namiot. Kajak chowam do namiotu, żeby nie kusiło.
Odbicie w lustrze mówi - menel. Dopieto ogolony i umyty ruszam w miasto.
Kurde jest ładne. Dużo ładniejsze niż Sandomierz czy Kraków. Nieduże ale urokliwe. Miejscami stare. Mam wrażenie że to tutaj kręcili Samych Swoich. Nadchodzi wieczór. Siedzę na murku.
W reszcie poczułem że jestem na Wielkiej Włóczędze. Podróży o której marzyłem. Wreszcie udało mi się dowiedzieć "dokąd biegną niknące w mroku tory". Wiem że dziś tu siedzę jutro będę gdzie indziej i prawdopodobnie nigdy więcej tu nie wrócę. Uczucie jest niesamowite. Chłonę panoramę miasta, staram się zapisać ją jak najbardziej w pamięci. Nawet przyciskam dłoń do murka na którym siedzę, żeby zapamiętać jego fakturę.
Moment absolutnej perfekcji.
Na przystań wracam długo po zachodzi słońca.