4
Piąta zero budzik wyrywa ze snu. Po przespaniu się z problemem znalazłem rozwiązanie.
Pominę Tczew, a decyzję podejmę przy ostatniej śluzie.
Ale się podjarałem. Serio. Kurwinox Maciej to w porównaniu ze mną oaza spokoju.
Tym razem pakuje bagaże naprawdę porządnie. Wszystkie torby przypinam do dennych d-dringów. Wyciągam samoróbny pokład i przypinam go do kajaka.
Tak na marginesie. Ten kajak to jeden z pierwszych egzemplarzy Zelgera. Kupiłem go po targach WIW. Prototyp. Ma rzepy do mocowania pełnego pokładu... którego firma nigdy na rynek nie wprowadziła bo zmienili koncepcje. Dlatego pokład uszyłem sam ;)
Na śniadanie wypasiony liof. Jedzenia mam nadmiar bo przez kampingi w cywilizacji częściej jadałem na mieście.
Bombs gone. Wyekwipowany jak Rambo. Zapięty pokład, peronin zamieszany od razu z wodą żeby było na później. Nawet kamizelkę ratunkową przymocowałem na pokładzie żeby ją szybko założyć .
Odpalam motor na wiosłach. Czterdzieści kilometrów robię w rekordowym czasie. W praktyce o 11 jestem w punkcie fail-safe.
Pięć kilometrów od morza. Czuć już ten śledziowo zgniły zapach wody. Tu już nie mam opcji uciekania od decyzji. Albo w lewo albo prosto.
Uczciwie mówiąc to się boję. Na morzu, nawet przy brzegu może mnie spotkać cokolwiek. Z kolei płynąć w lewo, poddać się na samym końcu, po ponad 800km to trochę siara.
To ostatnie przeważa. Może to i głupia argumentacja, ale taka podróż powinna być dobrze domknięta. Na wszelki wypadek wciągam peronin, zakładam kamizelkę, jeszcze raz sprawdzam czy wszystko jest zamocowane.
Nic wiecej nie zrobię - płynę prosto.
Tu już chyba działa czysta psychologia, mam wrażenie że płynę wolniej, ostrożniej, tak jakbym chciał tylko spojrzeć i zawrócić. W sumie ostatnie pięć kilometrów trwa godzinę.
I przez tą całą godzinę się boje. Kanał ma może ze 300m szerokości, więc nie jest to rekord jeśli chodzi o Wisłę. Ale przed sobą widzę NIC. Pierwszy raz mam otwierający się przed sobą przestwór bez punktów orientacyjnych.
Samo ujście to dwie gigantyczne łachy piachu wychodzące daleko w morze. W wyobraźni widziałem że to będzie wyglądać łagodnie jak ujście rzeki w Dąbkach, ale to jest zrobione na pałe. Żeby wypłynąć poza te dwie łachy muszę sporo się oddalić od brzegu. To tego musze trochę nadłożyć żeby nie ustawić się burtą do fali. Na szczęście fala nie jest duża.
Skręcam w lewo, i jak tylko minąłem wypłycenie wiosłuje jak powalony bliżej brzegu.
Taki uj. Dopóki jestem jakieś 50m może więcej od brzegu jest ok, fala jest niewielka. Ale jak próbuje podpływać bliżej to wchodzę w strefe przyboju i rozkołys rośnie.
W sumie decyduje się na płyniecie jakieś 100m od brzegu, tu woda jest spokojniejsza.
Płynę powoli bo wiatr przy dmuchanym kajaku to duże utrapienie.
Po jakiejś pół godzinie adrenalina odpuszcza i zaczynam zwracać uwagę na cokolwiek poza falami.
Jest morze, jest brzeg, jest fala do ogarnięcia.
Życie jest piękne.
Po lewej mam rezerwat, ptaków tam od groma. I coś pływa w wodzie ale nie potrafię odróżnić czy to bóbr, wydra czy foka bo jest za daleko.
Odcinek dwadzieścia kilka km, pokonuje w prawie sześć godzin. Ślimacze tempo, opór wiatru i prądu. Wpływam między główki 'portu" a w zasadzie dawnego ujścia Wisły i podciągam do mariny.
Dopiero kiedy staje na lądzie czuje jak opada ze mnie podniecenie, stres, adrenalina.
Zrobiłem to. Przepłynąłem całą Wisłę i wpłynąłem na Bałtyk.
Nocleg w marinie, bilety na pociąg kupione przez telefon. Wieczorem nie mogę spać. Biorę kajak i już na spokojnie po płaskiej wodzie wypływam dosłownie na 5 minut na morze.
Wszystko wygląda fantastycznie.
To jest kolejny moment absolutnej perfekcji.
Wiem ile kosztował sił i nerwów. A teraz chłonę to miejsce i tą chwile żeby jak najlepiej zapamiętać.
Potem powrót i spanie.
Następnego dnia już na spokojnie czyszczę i pakuję kajak, namiot i całą resztę.
Płacę pieniążek za podwiezienie na dworzec.
W pociąg i do domu.
* * *
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
5
Poranek dnia drugiego. Pobudka punkt.. ósma. Ja cierpie dole, jak mnie wszystko boli. Dokładnie wszystko. Wczoraj goniony poczuciem niespełnienia machnąłem 90km wiosłując. Teraz czuje że Bóg mnie opuścił. Szatan przyszedł, popatrzył i też sobie poszedł. Nie ma sensu torturować kogoś kto tak cierpi.
No nic, trzeba się zwlec, zjeść owsiankę i iść zwiedzać. Na moście dla pieszych jestem dopiero o dziewiątej. Ależ franca długa. Idzie się i idzie i idzie. Ze dwa kilometry chyba.
Stare miasto dopiero budzi się do życia. Lepsze sklepy i restauracje zamknięte. A sieciówki te same jak w Sosnowcu wiec nie ma po co wchodzić. Robię trochę zdjeć.
Podsłuchuje jak przewodnik tłumaczy zagranicznej wycieczce że w tym domu urodził się Kopernik i jak zapłacą pieniązek to mogą ten dom odwiedzić. Faktycznie nawet tabliczka jest. Dewizowi płacą pieniążek i zwiedzają. Ja nie.
Obchodzę rynek, zwiedzam go na swój sposób czyli na pałę. Nie mam mapy, przewodnika ani pomysłu.
Mam za to bolące plecy.
Ciekawostka, w zupełnie innym miejscu kolejny przewodnik tłumaczy tym razem rosyjskim (albo ukraińskim) turystom że w tym domu urodził się Kopernik i jak zapłacą pieniążek to mogą to miejsce zobaczyć.
I też jest tabliczka na budynku ;)
Szapo ba. To że z papaja polaka watykaniści urobili 86kg relikwi to małe miki w porównaniu z tym że Toruń ma cztery domy w których narodził się astronom.
Idę tak koślawo że nawet menel rzygający przy Krzywej Wieży kiwa mi ze zrozumieniem głową. Spoko ziomek.
Wracam na pole, zwijam manele. Trochę bajeruję recepcjonistkę ale bezskutecznie. Dmuchany kajak nie prezentuje się specjalnie przy niemieckich uber-kamperach które udają dzielnicę Chłopaków z Baraków.
Ruszam dalej. Jest południe. Słoneczko grzeje. Do Bydgoszczy mam 36km. Tyle co nic. I dobrze bo sił do wiosłowania brak. Na wodzie sporo ruchu, którego nie było poprzednim razem. Kajaki, dwie białe floty, jakieś mniejsze wynajęte motorówki. Większość pływa przed tą najładniejszą częścią Torunia i nie zapędza się dalej.
Niby coś tam wiosłuje, ale tak po prawdzie to nurt mnie niesie. Dziwnie się trochę czuję. Jechałem z nastawieniem TORUŃ, bo nie udało się poprzednim razem. No i co. Był i nie ma. Dociera do mnie że bardzo słabo zaplanowałem dalszą część.
Czyli jednak jestem głupi.
Kontempluje przesuwając się brzegi, coś tam udaje że macham wiosłem. Ale jakoś podniecenie ze mnie zeszło. Do Bydgoszczy docieram o osiemnastej. W zasadzie niewiele szybciej niż nurt.
Płynę do lewej śluzy, ale wyciągam kajak, nawet nie myślę o śluzowaniu. Dogaduje się z obsługą że mogę przenocować u nich. Do zmroku jeszcze daleko, ale nie chce mi się płynąć. Wolę odpocząć.
Ustawiam namiot i kajak tak żeby nie rzucały się w oczy, w końcu na śluzach formalnie nocować nie wolno.
Myślałem nawet czy nie wybrać się do centrum autobusem ale jakoś mi się nie chce.
Jestem naprawdę zaskoczony. Po wczorajszej euforii nie ma śladu.
Na poprawę humoru zjadam liofa zamiast mre. Zawsze to jakiś luksus.
Z nudów idę odwiedzić jeszcze tą drugą, nieczynną śluzę. Potem zawijam się w śpiwór i długo moszczę zanim nadejdzie sen.
* * *
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
Trzy miesiące później monotonny stukot kół nie pozwala zasnąć. Nocny ze Śląska do Płocka. Oczywiście że z przesiadkami, na zadupiach o których nikt nie wie. Jestem lepiej wyekwipowany. Wózek. Zwykły, zakupowy na dwóch kółkach. Dzięki temu nie muszę nieść kajaka. Do tego filtr do wody.
O świcie ląduje w Płocku. Na dworcu który poprzednim razem był dla mnie ostatnią przystanią. Ruszam z buta nad wodę.
Jakie to jest fantastyczne uczucie. Po pierwsze z górki, po drugie lekko. Zupełnie inaczej niż poprzednia gehenna.
Po drodze zakupy w płazowym spożywczaku. Jedna mineralna na wszelki wypadek, sok jabłkowy (strasznie mi ich ostatnio brakowało) i bułki.
O siódmej pompuje kajak. Nie wróciłem na opaskę zaraz za pierwszym mostem, tylko zszedłem niżej w stronę przystani. Nie będę miał zaliczonego jednego kilometra Wisły. Czy będę mógł mówić że przepłynąłem całą? Chyba tak.
Ruszam przed ósmą. Pogoda umiarkowana, wiatr na razie słaby. Przede mną czterdziestokilometowy zalew a potem się zobaczy.
Na początku idzie dobrze. Trzymam równe tempo przez jakieś trzy godziny. Się trenowało między rejsami a co;)
W południe krótki przystanek. Nie gotuję nic, wrzucam tylko bułkę, popijam sokiem. Trochę spaceru w te i wewte. Nie ma tu co zwiedzać. W zasadzie to gdzie bym się nie zatrzymał na losowym brzegu, to nie ma co zwiedzać.
Chyba że ktoś się uprze odwiedzić wieś Murzynowo, bo akurat taka na zalewie jest.
Wiosłuję dalej. Zrywa się wiatr więc kombinuje to pod jeden, pod drugi brzeg. Pod lewym jakby słabiej wiec trzymam się tej strony. Zalew jest ogroooomny. Płyniesz i płyniesz i płyniesz i krwa końca nie widać.
Za to jak zobaczysz tamę to o ja cierpiedole - jakie to jest bladź wielkie.
Dopływam do śluzy. Godziny śluzowania mi nie pasują. Musiałbym czekać półtorej. Wyciągam klamoty na brzeg. Kajak na wózek. Spinam gómowymi tasmami i wpieriod.
Bogowie to jest fantastyczne. Mogę mieć w dupie sultana kosmitów , to znaczy zawiadowce śluzy. Sam se przeniose.
Cała obnoska nie trwa nawet pół godziny. Oczywiście przy zrzucaniu kajaka jest ekwilibrystyka i wyrzuty ochroniarza który się przypałętał. Że niby chodzić po terenie śluzy nie wolno.
No wiem że nie wolno ale co mam zrobić? Nadłożyć kilometr bo wam sie robić nie chce?
Włażę do kajaka, odbijam, macham ochroniarzowi na pożegnanie. Przeszkoda której się najbardziej obawiałem jest za mną.
I teraz to już zapierdalam. Choćby się paliło i waliło ja MUSZĘ do tego Torunia doplynąć.
Poziom wody jest uczciwy, na wiosłach daje z siebie wszystko. Ten odcinek troche ze wspomaganiem, bo mam od razu naszykowaną odżywkę i izotoniki.
Kraiobraz sie przesuwa szybko. Nurt na szczęście pomaga. Ponieważ ogarnąłem jak tego kajaka używać, przede wszystkim żeby zapiąć pasy udowe, mogę wycisnąć z siebie wszystko i widzieć efekt.
Producenci chwalili się na stronie że na takim modelu wygrywali wyścigi w konkurencji sztywnych kajaków. I nie kłamali.
Idę ze średnią prędkością 9km/h. Ta, wiem nurt pomaga (nurt na wiślie to 3.5-4.5km/h) ale uczucie jest nieprawdopodobne.
O osiemnastej wciągam odżywkę alpinistyczną. Jest moc.
To jest próba sił samego ze sobą. Chęć nadrobienia tego co się nie udało ostatnio.
Do Torunia docieram w nocy. Jest 21 z minutami.
Staje na środku rzeki i krzycze z radości. Ktoś coś tam nawet odkrzykuje z prawego brzegu.
Tak faktycznie Toruń w nocy wygląda zajebiście. Zamki zamki i deptak są podświetlone. Restauracje na statkach też. Po prostu klimat.
Czuje to co wtedy w Kazimierzu - to jest ta wielka włóczęga.
Spływam na lewy brzeg pod punkt widokowy. Sprawdzone info od znajomych rowerzystów. Dobre wyjscie na brzeg. Wyciagam kajak ustawiam na wózku i jadę na pole namiotowe. Kawałek może z 800m. Domofon, zgloszenie na recepcje.
Rozbijam namiot, kajak rzucam obok. Nie przypinam, ale wkładam do niego alarm rowerowy. Strzeżonego i tak dalej.
Kąpiel w CIEPŁEJ wodzie. Herbata na kolacje.
Śpię w suchym śpiworze ;)
Moment absolutnej perfekcji.
* * *
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
Tego dnia budzi mnie gorąc w namiocie. Siódma rano a słońce operuje tak jakby chciało nadrobić ostatnie dni.
Na śniadanie pożywna herbata. Nie mam już nic do jedzenia. Jestem głodny. Bardzo glodny.
Znowu rysuje cyferki na piasku. Do Torunia jest 135km. Nie ma takiej opcji żebym dał radę. Miałem nadzieję zobaczyć Toruń nocą bo podobno pięknie z wody wygląda.
Teraz naprawdę rozumiem tych co nie potrafią zrezygnować kilkaset metrów przed szczytem.
Tak czy inaczej trzeba się ogarnąć. Rozkładam mokre ciuchy na kajaku, wietrze namiot i śpiwór.
Do Płocka mam z 50km więc spieszyć się nie muszę.
Nawet próbuje popływać. Wychodzi z tego szorowanie jajcami po piasku bo rzeka jest już bardzo płytka.
Przy okazji znajduje aparat. Musial wczoraj wypaść z kajaka jak wylewałem z niego wodę. Za to okazuje się że nie ma mapnika i czapki. Czapkę to wiem że wczoraj zwialo, mapnik nie mam pojęcia kiedy się stracił.
Pakuję się na spokojnie. Nawet wyterzepuje dokładnie piach z namiotu.
Cały czas krąży w głowie, że gdybym wstawał wcześniej, wiosłował więcej to dotarłbym do celu. Zastanawiam się nawet jak mogłem na początku planować ze w 11 dni dam radę z Krakowa do morza.
W końcu wypływam. Czapkę robię z podkoszulki, na siebie długi rękaw, ręcznik na spieczone nogi.
Płynę tak jak na początku mechniecie-odpoczynek - machnięcie.
Oglądam brzegi, wyspy, chce się nasycić tym co mam skoro nie moge miec tego co chce.
Po godzinie zatrzymuje się żeby do pompowac kajak. Rano rozgrzał się na słońcu, zawory spuściły nadmiar ciśnienia. Potem w wodzie wystygł, powietrze się skurczyło, trochę zmiękł.
Na wyspie na której zladowalem znajduje kabinowa motorówkę na samym środku. Trochę poturbowany ale cała. Niestety w środku nie ma nic do jedzenia. Jest za to totalny bałagan. Musiała się turlać na wysokiej wodzie.
Dzwonię na 112 podaje kilometr rzeki i numer burtowy. Może właściciel się znajdzie.
Płynę dalej.
Koło 13 docieram pod Płock.
W twarz uderza wiatr a w dziób fala z zalewu. Ostatni kilometr to znowu walka o każdy metr.
Ląduje na prawym brzegu, na kamiennej opasce. Na raty wynoszę wszystko pięć pięter w górę, na chodnik.
Pakuję kajak, wyrzucam śmieci. Obok ławki zostawiam nienapoczętą butelkę mineralnej.
Google pokazuje że stąd jest najbliżej do dworca.
Cztery kilometry.
Tyle że cały czas pod górę.
25kg na plecach i w rekach.
Jestem głodny i zmęczony. Idę na raty. Po piećdziesiat, po sto metrów i przerwa na chwilę.
W połowie drogi trafiam na spożywczy.
Litr maslanki i zwykła bułka.
Wchodzi na raz.
Ruszam dalej.
Te cztery kilometry szedłem godzinę i dwadzieścia pięć minut.
Dobrze że na dworcu cień, chłód i ławka. I kibelek za dwa złote. Za to porcelanowy tron i woda do mycia.
I cygan w lustrze.
A nie, to ja. Brudny, zarośnięty, z podkoszulka na glowie.
Z Płocka nie jest łatwo wyjechać. Liczylem na pociąg do wawy albo Torunia. Taki uj.
Najpierw czekam dwie godziny. Potem pociągiem do Kutna.
Po drodze mijamy wioski i miasteczka zapomniane przez Boga, diabła i premiera.
W Kutnie kolejne dwie godziny czekania. W tym czasie zjadam zwykły obiad w dworcowej restauracji.
Smakuje fantastycznie.
Potem kilka godzin w pociągu. Na Śląsk docieram już po zmroku.
Koniec.
Smutne.
Nie, gdzie tam. Niemy był od urodzenia.
* * *
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
Poniedziałek rano. Deszcze nadal bębni o namiot ale już bez tej nocnej pasji. Najgorsze chyba za mną. Na śniadanie ostatnia konserwa, herbata, ostatnie pół cebuli. Bułka..kiedy ostatni raz mialem cie w ustach...
Na wodę ruszam wyjątkowo późno. Niebo pochmurne, deszcz siapi, wiater wieje..
Nastrój zdechł. Wiosłuje bo nie mam innego wyjścia. Kilka razy siadam na płyciźnie, bo w deszczu ciężej czytać wodę. Wiatr momentami pomaga, momentami przeszkadza.
Koło południa rozpętuje się piekło. Wiatr przyśpiesza i kręci, deszcz już nie pada tylko leje ciągłym strumieniem. W głębszych miejscach tworzą się fale, które gwałtownie rosną trafiając na płyciznę. Coś jak fala przyboju tyle że w kilku miejscach na raz.
Mam wrażenie że fale mają po metr wysokości.
Wtedy na scenę wchodzi burza. Nie wiem czy to taki urok nizinnych terenów, ale tu wali raz za razem jakby kto stroboskop włączył. Coś sobie tam przypominam jeśli chodzi o zachowanie w burzy.
Połóż się płasko na kajaku - nie da rady bo muszę wiosłować żeby utrzymać dziób pod wiatr i fale.
Wyląduj i schowaj się przynajmniej piętnaście metrów od wody - nie wiem nawet gdzie wylądować bo to znowu odcinek gdzie drzewa pochodzą do samej wody.
Stan na kotwicy - nie mam...
Jedyne co mogę zrobić to zostawić otwartą japę. Chodzi o to żeby uderzenie dźwiękowe nie skancerowało uszu. Więc płynę z otwartą mordką i zastanawiam się który z kolei trafi mnie.
Prawy brzeg robi się wysoki. Wiatr się od niego odbija i kręci jeszcze bardziej niż kręcił. Po pół godzinie jestem fizycznie wykończony. Ale pogoda ma to gdzieś. Jak wiało tak wieje.
Kiedy mija pierwsza godzina mam wrażenie że tam zdechnę. Że za chwilę przestanę wiosłować, fala mnie obróci i to będzie koniec. Albo że kajak zaryje skegiem w dno, stracę możliwość ruchu i skończy się tak samo.
Wiatr przyśpiesza, burza przechodzi w nawałnice czy jak to się tam nazywa.
Napór wiatru jest tak duży że buja kajakiem nawet bez udziału fali. Czuje opór nawet na wiośle, bo pióro uniesione w danej chwili w górę działa jak hamulec.
Czas mija. Momentami mam wrażenie że kręcę się w kółko. Brzegu praktycznie nie widzę za zasłony tumanów wody. Deszcz i coś jakby mgła.
Po tym jak minęła pierwsza godzina już nawet nie patrzę na zegarek, tylko walczę o życie.
Pewnie śmiesznie to brzmi. Jakby ktoś płynął choćby byle wycieczkowcem czy większą motorówką to trochę by go pobujało, trochę zmoczyło i tyle.
Ale na malutkim kajaku, który poddaje się każdemu ruchowi wody i powietrza to jest mordęga.
Po nieskończenie długim czasie burza odpuszcza. Wiatr po prostu przesuwa szare chmury na wschód.
Minęły dwie godziny piętnaście, odkąd lunęło na ostro. Trzęsą mi się ręce ze zmęczenia. Cały trzęsę się ze schodzącego stresu. Orientuje się że gdzieś zgubiłem czapkę. Pewnie wywiało ją z kokpitu.
Jestem jeszcze ogłupiały i zdezorientowany. Z torby wyciągam opakowanie peroninu. Mam tylko jedno i nie przewidywałem że będę musiał go użyć. Wlewam do środka mineralną. Zamykam. Mieszam i ugniatam całość. Potem wypijam gęstą budyniowatą masę. Jak to dobrze smakuje.
Efekt jest niemal natychmiastowy. W ciągu minut czuje jak wraca siła. Wiem że to brzmi jak reklama, ale to daje niesamowitego kopa.
Dziesięć minut później mam wrażenie że mógłbym wiosłować dzień i noc bez odpoczynku.
Ustawiam się we właściwą stronę i płynę z nurtem. Wpadam w rytm. Mózg się prawie wyłącza. Leą godziny wiosłowania. W zasadzie tylko mimowolnie rejestruję ruiny spichrza na prawym brzegu. Miałem go obejrzeć, ale już czuję że mija euforia spowodowana uber-jedzeniem więc płynę dalej.
O 18 mijam Wyszogród. Szukam miejsca na wyspach, ale te akurat są całe zarośnięte.
Przymierzam się nawet do brzegu ale tu jest kilkupiętrowa, pionowa skarpa.
Miejsce na nocleg znajduje jakieś trzy kilometry dalej. Wyspa z dużą piękną plażą.
Przywiązuje kajak, rozbijam namiot. Dobytek wrzucam byle jak do środka, kurkte i spodnie upycham w przedsionku.
Ktoś gasi światło.
* * *
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
Budze się koło siódmej. Deszcz, a szczęście tylko mżawka. Śniadanie - ostatnie porcje kaszy. Skończyła się dwa dni wcześniej niż planowałem. Wogóle jedzenia to już koncówka. Za to wody mam w nadmiarze jak na trzy dni.
Wczoraj spiekłem sobie stopy. Wierzch przy palcach. Nie mocno, ale butów nie założę. Trza deptać po żwirze.
Trochę problemu z pakowaniem. Zamiast normalnie wszystko wygruzić na zewnątrz i wciskać w worki, muszę się gimnastykować w namiocie.
Naciągam wodoodporne gacie i kurtkę. Czuć je trochę stęchlizną, widać nie doschły na początku tak dokładnie jak myślałem.
Wszystko zajmuje prawie półtorej godziny. Długo, biorąc pod uwagę że nie musiałem pompować kajaka.
Ósma trzydzieści jestem na wodzie i ruszam na Warszawę. Na tym odcinku rzeka jest niestety płytka. Fala ostrzegawcza zeszła już do końca i niestety minął czas cięcia na azymunt. Teraz muszę się przyglądać wodzie gdzie się jak marszczy żeby nie utknąć na mielinie.
Nawet z kluczeniem osiągam całkiem niezłą prędkość i posuwam się na północ.
Mijam Górę Kalwarie. Ale nie jestem zainteresowany. Tym bardziej że przystępnego brzegu nie widzę. Po obu stronach busz. Mijam most. Potem znowu kluczę między mieliznami.
Trochę mnie to drażni. Gdybym od początku trzymał tempo to miałbym jeszcze resztkę wysokiej wody.
Mijam prom, jakieś pogłębiarki, potem znowu kluczę.
Na 508 kilometrze widzę Warszawę. To znaczy wiem że to ona bo pojawia się Pałac Kultury. Pomimo upływu dziesiątków lat nadal góruje na okolicą. Teraz dopiero rozumiem wagę symbolu którym był. Widać go w promieniu 10km. Zaraz po wojnie jak tam była jeszcze niższa zabudowa musiał być dużo bardziej przytłaczający.
Potem po prawej stronie pojawia się Gruba Kaśka. Bardzo charakterystyczne ujęcie wody. Obiekt występuje w co drugim filmie o tym mieście.
Cały czas lekko siąpi, momentami wieje mocniejszy wiatr. Dużo chłodniej niż przez ostatnie dni.
Muszę lawirować między pogłębiarkami bo wokół Kaśki cały czas krążą przynajmniej dwie. A i tak przy dopływie jakieś rzeczki czy kanału pakuję się na pływający piaskociąg. Na szczęście gładki więc jakoś kajak przepycham metodą 'na ruchańca".
Pół godziny później otwiera się panorama miasta stołecznego. Na prawym brzegu nieużytki, na lewym brzegu syf. Może trochę przesadzam, ale na lewym brzegu trwają jakieś roboty umocnieniowe. Koparki, betoniarki. Wydaje mi się że remontują deptak.
Z pomysłu żeby przybić i pozwiedzać nic nie będzie. Nie ma po prostu gdzie. Jest niedziela ale poza mną na wodzie żadnych amatorów, nawet nie ma do kogo zagadać.
Płynę dalej. Wygody o tyle że szlak jest porządnie wytyczony. Nie muszę szukać głębokiej wody, tylko płynę między bojami.
Korzystając z okazji że i tak płynę wolniej bo oglądam, zjadam przedostatni MRE.
Potem znowu do wioseł. O 17 docieram na ostatni miejski most na Wiśle. Mam za sobą jakieś 57 km. Po całym dniu pod pochmurnym, ponurym niebem jestem zmęczony, znużony i zniechęcony. Warszawę to akurat chciałem zobaczyć z bliska. Zawsze jestem w niej tylko przejazdem, a za dzieciaka ominęła mnie wyprawa do PKiN.
Deszcz się dopasował do mojego nastroju - pada mocniej. Pomimo tego że idzie wieczór wiatr się nie uspokaja. Kurtka nieprzemakalna, ale po tylu godzinach i tak się zapociła od środka.
Już się miałem zbierać na nocleg ale zobaczyłem prom - za blisko cywilizacji. Dopiero chwilę po szóstej znajduje niewielką wyspę z kawałkiem plaży. Wiatr porywisty, więc kajak przywiązuje do dwóch drzew, a namiot osadzam na śledziach piaskowych. Zjadam ostatni podgrzany MRE. Leżę w namiocie w niewesołym nastroju. Zostały mi dwa dni. Do Torunia, nie dopłynę a bardzo tego chciałem. Realny wydaje się Płock, którego wogóle nie planowałem odwiedzać.
W nocy leje jak z cebra, błyska, huczy, wiatr rzuca namiotem, słyszę że nawet kajak się trochę przesuwa.
Śpię z przerwami. Bardziej to się wiercę w śpiworze niż wypoczywam.
* * *
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
Budzę się prawie równo ze świtem, kilka minut przed piątą. Nie tak wypoczęty żeby mnie wyrywało ze śpiwora, ale już ciągnie na wodę. Mam za sobą 360km i siedem dni. Średnia prędość jest mniejsza niż się spodziewałem. Chce trochę podgonić bo mi urlopu nie starczy.
Nie planuje gnać na maksa. Gdzie dopłynę tam dopłynę. Mam przewidziane jedenaście pełnych dni i zobaczymy co z tego wyjdzie. Na dziś nie planuje zwiedznia miast.
Śniadanie klasyczne, z konserwą. Zwiajam manele, pompuje kajak i na wodę. Dzisiaj startuje szósta trzydzieści. Rozpędzam gumowego bolida i jadę.
Ostatni rzut oka na Kazimierz. Miałem przed wypłynięciem chwilę zawahania czy nie zobaczyć miasta nad ranem. Ale nie. Wczoraj wieczorem było magiczne, chce żeby takie zostało. Pewnie jakbym poszedł tam dziś, to wyglądałoby bardziej prozaicznie. Jest wekend, rano. Pewnie tylko służby miejskie są na chodzie.
Mam nadzieje że jeszcze kiedyś tu wróce. Ale gdyby nie, to chce popsuć sobie wspomnienia.
Kajak idzie równo. O tej porze nie ma wiatru ani fali. Specjalnie ustawiam się na środku nurtu tam gdzie jest najszybszy. Wiosłuję równo, tym razem bez odpoczynku.
Mija godzina, mózg wpada w trans i się wyłącza. Ten odcinek to chyba najsłabiej pamiętam.
Rzeka coraz szersza. Na oko ponad pół kilometra. Brzegi się minimalnie zmieniły. Najpierw są przez dłuższy czas płaskie, dopiero po kilkuset metrach idą w górę.
Nie widzę pól uprawnych. Jak sobie wyobrażałem ten rejs to myślałem że pola będą najczęściej. A one wszystkie są za wzgórzami. Ma to sens, bo czasem powódź robi brrrr... ;)
Niecałą godzinę później mijam Puławy. Nawet nie zwalniam. Kojarzą mi się z przemysłem i niczym więcej. Mijam jeden most, drugi, trzeci.
Nie pisałem o tym, ale one są ogromne. Gigantyczne. Kilka pięter nad wodą. Wiem że widzę tylko ich środkową część, a boczne segmenty są skryte w drzewach. Filary na których stoją mają po 4-5m szerokości i dwa -trzy piętra wysokości. Wisła potrafi gigantycznie wylać. Potrafi się gigantycznie podnieść. Między najwyższym a najniższym stanem jest kilkanaście metrów.
Pierwsze trzydzieści kilometrów robię w trzy i pół godziny. Uznaje że kajak wart był wydanych na niego pieniędzy. Jak na dmuchanca jest szybki. Albo to ja już ogarnąłem jak na nim wiosłować.
Dziesiąta pięć - przystanek twierdza Dęblin.
Ląduje, rozciągam grzbiet i idę zwiedzać.
Taki uj jak słonia nos - zamknięte. Łażę trochę wokół. Nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Kiedyś byłem w Boyen na Mazurach i teraz te wszystkie cytadele jakieś takie małe.
Korzystając z przerwy zjadam kupionego wczoraj pączka - ot taka nagroda.
Potem już tylko izotonik i wiosła.
Mijam stojący przy brzegu prom. Ten wygląda na gigantyczny w porównaniu z tym w Tarnobrzegu. Ciekawe z czego wynika wielkość promu?
Docieram do 426km - Elektrociepłownia Kozienice. Ta jest chyba jeszcze większa niż Połaniec. Coś tu budują w wodzie, wszędzie porozrzucane hałdy żwiru, więc przenoska brzegiem. Tylko 70-80m na szczęście. I znowu wiosła.
I izotonik.
O piętnastej wciągam MRE na zimno ( spaghetti) ale za to robię sobie herbatę. Ze wszystkich MRE ten smak mi najbardziej odpowiada.
Wpół do szóstej wieczorem mam za sobą 85km i obłęd w głowie jak koń co się zerwał postronka.
Mijam ujście Pilicy (to miejsce znam z innego spływu)
Punkt 20.00 mijam 101 kilometr dzisiaj.
Ląduje na następnej wyspie która się nawinęła. Tu wyspy są gigantyczne. I plaża jest nie tylko z tyłu ale i z boku.
Wysiadam na chwiejnych nogach. Trafiam w muł. Niestety dodatkowa plaża okupiona jest większą ilością mułu.
Wciągam kajak najwyżej jak się da. Rozbijam namiot, przepłukuje zęby (jeden jedyny raz jak ich nie umyłem), kajak przywiązuje do drzewa. Z dala od ludzi nie chce mi się go pakować do namiotu. Do kolacji nawet się nie zabieram. Po całodniowym katorżniczym wysiłku żołądek mam związany na supeł.
Układam się do spania i ...cięcie - ktoś zgasił światło ;)
* * *
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
Nie dane mi było doczekać poranka dnia siódmego. Przed świtem zbudziła mie Rewolucja Październikowa w kiszkach. Kebab i MRE toczyły swój odwieczny bój. Smykłem z namiotu zanim Aurora zdążyła oddać pierwszy strzał. Po wszystkim czułem się całkiem pusty a świt właśnie się rozpoczynał.
No cóż, skoro już wstałem to nie ma sensu się kłaść. Na śniadanie tym razem owsianka, dwie porcje. Nie ryzykowałem konserwy z cebulą.
Dzięki temu wyjątkowo już o szóstej byłem na wodzie.
Nad taflą w wielu miejscach unoszą się opary mgły. Wiosłuję równo ale bez szaleństw. Spałem w końcu sześć godzin, na śniadanie nie było konserwy.
Słonko świeci. Chmur brak.
Brzegi się przesuwają. Znowu drzew, drzew i drzewa. Lewa strona robi się wyraźnie wyższa. Nie wygląda to na wał, tylko tak jakby rzeka od tej strony była ograniczona górą. Z prawej płasko. Potem na odwrót. Mijam odsłoniety kamienny stok - wygląda zupełnie jak w górach. Kilka dochodzących dopływów albo kanałów.
Albo płynę środkiem i nie widzę szczegółów po obu stronach, albo płynę po którejś stronie i wtedy nie widzę szczegółów tej drugiej.
Od czasu do czasu jakieś domki w między drzewami, albo wystająca w górę kościelna wieża.
To jest naprawdę najdziksza rzeka Europy. Wcześniej mi się wydawało że to tylko takie gadanie bo widziałem Wisłę w Krakowie czy w Warszawie. I tam choć duża to jest elegancko opakowana. A tutaj się patrzy na brzegi których przez dziesiatki kilometrów nie odwiedza nikt. Nie ma wydeptanych ścieżek, nie ma rozległych ludnych plaż. Z rzadka trafi się zakotwiczona pychówka.
Po dziesiątej przystanek na łasze piachu w nurcie. Widać że od czasu początkowych deszczy poziom wody opadł o kilka metrów. Łachy w nurcie wystające 10cm nad wodę są całkiem częste. Na nocowanie się nie nadają . Ale na odgrzanie MRE i zrobienie herbaty są idealne.
Te MRE są całkiem spoko. Opakowanie jak na karmę dla psów. Posiłek w środku gotowy i doprawiony. Grzejesz w opakowaniu, jesz prosto z niego, myć nie trzeba.
Trzy godziny później docieram do Miećmierza - planowałem go odwiedzić. Miejsce łatwo rozpoznać po charakterystycznym wiatraku.
Troche gryzmolę na piasku. Jeśli czegoś nie pomieszałem w tłumaczeniu.. w obliczeniach znaczy się, to znaczy że płynąłem 8km/h. A wysiłku jakoś nie czułem.
Obchodzę wioskę. To taki skansen w którym mieszkają ludzie. Do najbliższego miasta mają trzy kilometry. Wygląda na to że żyją tu sobie na pełnym czilu. W trakcie łażenia uświadamiam sobie że kajak zostawiłem samopas na brzegu. Ale z jakiegoś powodu mam na to wywalone. To nie jest zatłoczone miasto gdzie miejscowy pijaczek spienięży wszystko co znalazł i zakupi pryte. Łłażę tu przez godzinę i jest to znacznie ciekawsza godzina niż ta w Sandomierzu.
Gdyby nie auta to spokojnie można by uznać że się jest w XVIII wieku.
Koło trzeciej ruszam dalej. Mijam ruiny zamku. Są niestety położone spory kawałek od wody i nie widzę opcji żeby się do nich dostać przez zarośla.
Dosłownie pół godziny później dopływam do Kazimierza - 359 kilometr rzeki.
Po prawej stronie jest port do którego zawijam. Targają mną dylematy. Zostać tutaj na noc czy płynąć dalej. Wygrywa ciekawość. Płacę, rozbijam namiot. Kajak chowam do namiotu, żeby nie kusiło.
Odbicie w lustrze mówi - menel. Dopieto ogolony i umyty ruszam w miasto.
Kurde jest ładne. Dużo ładniejsze niż Sandomierz czy Kraków. Nieduże ale urokliwe. Miejscami stare. Mam wrażenie że to tutaj kręcili Samych Swoich. Nadchodzi wieczór. Siedzę na murku.
W reszcie poczułem że jestem na Wielkiej Włóczędze. Podróży o której marzyłem. Wreszcie udało mi się dowiedzieć "dokąd biegną niknące w mroku tory". Wiem że dziś tu siedzę jutro będę gdzie indziej i prawdopodobnie nigdy więcej tu nie wrócę. Uczucie jest niesamowite. Chłonę panoramę miasta, staram się zapisać ją jak najbardziej w pamięci. Nawet przyciskam dłoń do murka na którym siedzę, żeby zapamiętać jego fakturę.
Moment absolutnej perfekcji.
Na przystań wracam długo po zachodzi słońca.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
Na wstępie zaznaczam to nie mój tekst. Był tutaj w okolicy 2020 i długo mi zajęło żeby go odnaleźć.

Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.


__________
Dzien drugi
Drugiego dnia budzi mnie deszcz bębniący o namiot. Nie napawa to optymizmem, ale cóż głupio by było poddawać się już teraz. Na szczęście Wiejski Dom Kultury postawił na polu zadaszenie na ogniska. Więc mam jak zjeść śniadanie nie moknąc przy tym. Pompuje kajak, zwijam manele. 7.30 jestem na wodzie. Przede mną kilkanaście kilometrów kanału.
Wraz z porankiem budzi się wiatr. Niestety w przeciwną stronę. Dmuchane kajaki stawiają niestety duży opór na wiatr więc przyłożyć się do wioseł musze solidnie.
Zauważam bardzo zaskakującą rzecz. Ten kanał nie biegnie w ziemi tylko między dwoma usypanymi wałami. Słyszę przejeżdżające za wałami pociągi ale jestem wyżej niż one więc ich nie widze. Glowę mam niewiele niżej niż końce słupów trakcyjnych.
Godzinę później dzwonie na śluzę żeby spytać czy mnie obsłużą. Tak, nie ma problemu. Fala ostrzegawcza już przeszła, wiec pracują normalnie. Mniej więcej o dziewiątej wpływam do komory śluzy Borek Szlachecki. Podobno najwyższa w Polsce. Płacę 4.2 pln i kilka tysięcy ton wody idzie w pizdu żebym tylko mógł wygodnie zjechać o pięć metrów.
Potem jeszcze kawałek kanału do pokonania z wysiłkiem aż w końcu kanał łączy się ze starorzeczem i nurt zaczyna nieść. Mija godzina i dostrzegam klasztor. Bardziej doświadczeni mówią że można coś zjeść w nadbrzeżnej knajpie. Skoro knajpa blisko i będę mógł mieć oko na sprzęt - warto przyoszczędzić zapasów.
Mimo wczesnej pory ludzi jest sporo. Ceny w knajpie sprowadzają mnie na ziemię. No tak - miejsce oblegane przez turystów i i ceny jak w Zakopanem.
Płynę dalej. Do kolejnej śluzy jest niedaleko. Dzwonie z wyprzedzeniem żeby naszykowali wysoką wodę.
Komora jest ogromna 126 metrów długości, 15 szerokości. Choć stan wody jest wysoki, do krawędzi komory nadal jest ponad metr. Za to sterownia wygląda nieprawdopodobnie. Kiosk okrętu podwodnego na wysokiej stopie, i pancerne drzwi z ryglami.
Na zdjęciach z powodzi w 97 można zobaczyć dlaczego tak to wygląda. Podobno obsługa tam utknęła na kilka dni i nikt nie odważył się ich ewakuować ze względu na prędkość nurtu.
Znowu kilka tysięcy ton wody idzie na zmarnowanie ku mojej wygodzie.
Teraz zaczyna się spokojna ale nie nudna część wiosłowania. Początki Krakowa z perspektywy żaby. Mosty, przystanie kajakowe, trochę turystycznych stateczków. Koło czternastej docieram pod Wawel. Na brzegach tłumy w koncu jest wolne. Włącza mi się próżnosć więc staram się wyglądać profesjonalnie na moim kajaku. Że niby wielki podróżnik zajęty tylko swoją podróżą.
W swoim zadęciu zapominam zadzwonić na kolejną śluzę i muszę obnosić. Znowu namachałem zbędnych kilometrów.
Płynę, wiosłuję i oglądam. Rzeka wyraźnie zwalnia. Widać że największa fala już przeszła i teraz będzie coraz trudniej posuwać się do przodu. Chwilami mam wrażenie że już wypłynąłem z Krakowa, ale jak tylko wychodze na brzeg poszukać miejsca na nocleg to okazuje się że zaraz obok są ogródki dzialkowe albo jakieś osiedla.
Cisnę dalej. Popołudnie przechodzi w wieczór a miejsca na nocleg nie widać. Po ćmoku znajduję miejscówkę, wychodzę na brzeg a tam stacja benzynowa. Spanie w mieście to proszenie się o kłopoty więc zakładam czołówkę i płynę dalej.
Noc wygląda magicznie. Tu ciemno, tam dalekie głosy miasta, zbudzone ptaki w koronach drzew, do tego światła miasta i poł księżyca.
Chwilę przed północą umęczony setnie docieram do śluzy Przewóz. Wyciągam kajak na brzeg i idę zagadać na sterownie. Operator wybudzony ze snu patrzy na mnie jak na wariata, ale zgadza się żebym rozbił namiot na obiekcie. Teren jest ogrodzony więc nie chowam kajaka tylko przywiązuję go linką do drzewa, rozstawiam namiot i idę spać.
Wyraźnie się przemęczyłem bo sen nie nadchodzi. Turlam się w te i wewte starając znaleźć pozycję w której nie bolą plecy.
W końcu zasypiam.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.081164121627808