Na wstępie zaznaczam to nie mój tekst. Był tutaj w okolicy 2020 i długo mi zajęło żeby go odnaleźć.
Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.
__________
Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.
__________
Dzien drugi
Drugiego dnia budzi mnie deszcz bębniący o namiot. Nie napawa to optymizmem, ale cóż głupio by było poddawać się już teraz. Na szczęście Wiejski Dom Kultury postawił na polu zadaszenie na ogniska. Więc mam jak zjeść śniadanie nie moknąc przy tym. Pompuje kajak, zwijam manele. 7.30 jestem na wodzie. Przede mną kilkanaście kilometrów kanału.
Wraz z porankiem budzi się wiatr. Niestety w przeciwną stronę. Dmuchane kajaki stawiają niestety duży opór na wiatr więc przyłożyć się do wioseł musze solidnie.
Zauważam bardzo zaskakującą rzecz. Ten kanał nie biegnie w ziemi tylko między dwoma usypanymi wałami. Słyszę przejeżdżające za wałami pociągi ale jestem wyżej niż one więc ich nie widze. Glowę mam niewiele niżej niż końce słupów trakcyjnych.
Godzinę później dzwonie na śluzę żeby spytać czy mnie obsłużą. Tak, nie ma problemu. Fala ostrzegawcza już przeszła, wiec pracują normalnie. Mniej więcej o dziewiątej wpływam do komory śluzy Borek Szlachecki. Podobno najwyższa w Polsce. Płacę 4.2 pln i kilka tysięcy ton wody idzie w pizdu żebym tylko mógł wygodnie zjechać o pięć metrów.
Potem jeszcze kawałek kanału do pokonania z wysiłkiem aż w końcu kanał łączy się ze starorzeczem i nurt zaczyna nieść. Mija godzina i dostrzegam klasztor. Bardziej doświadczeni mówią że można coś zjeść w nadbrzeżnej knajpie. Skoro knajpa blisko i będę mógł mieć oko na sprzęt - warto przyoszczędzić zapasów.
Mimo wczesnej pory ludzi jest sporo. Ceny w knajpie sprowadzają mnie na ziemię. No tak - miejsce oblegane przez turystów i i ceny jak w Zakopanem.
Płynę dalej. Do kolejnej śluzy jest niedaleko. Dzwonie z wyprzedzeniem żeby naszykowali wysoką wodę.
Komora jest ogromna 126 metrów długości, 15 szerokości. Choć stan wody jest wysoki, do krawędzi komory nadal jest ponad metr. Za to sterownia wygląda nieprawdopodobnie. Kiosk okrętu podwodnego na wysokiej stopie, i pancerne drzwi z ryglami.
Na zdjęciach z powodzi w 97 można zobaczyć dlaczego tak to wygląda. Podobno obsługa tam utknęła na kilka dni i nikt nie odważył się ich ewakuować ze względu na prędkość nurtu.
Znowu kilka tysięcy ton wody idzie na zmarnowanie ku mojej wygodzie.
Teraz zaczyna się spokojna ale nie nudna część wiosłowania. Początki Krakowa z perspektywy żaby. Mosty, przystanie kajakowe, trochę turystycznych stateczków. Koło czternastej docieram pod Wawel. Na brzegach tłumy w koncu jest wolne. Włącza mi się próżnosć więc staram się wyglądać profesjonalnie na moim kajaku. Że niby wielki podróżnik zajęty tylko swoją podróżą.
W swoim zadęciu zapominam zadzwonić na kolejną śluzę i muszę obnosić. Znowu namachałem zbędnych kilometrów.
Płynę, wiosłuję i oglądam. Rzeka wyraźnie zwalnia. Widać że największa fala już przeszła i teraz będzie coraz trudniej posuwać się do przodu. Chwilami mam wrażenie że już wypłynąłem z Krakowa, ale jak tylko wychodze na brzeg poszukać miejsca na nocleg to okazuje się że zaraz obok są ogródki dzialkowe albo jakieś osiedla.
Cisnę dalej. Popołudnie przechodzi w wieczór a miejsca na nocleg nie widać. Po ćmoku znajduję miejscówkę, wychodzę na brzeg a tam stacja benzynowa. Spanie w mieście to proszenie się o kłopoty więc zakładam czołówkę i płynę dalej.
Noc wygląda magicznie. Tu ciemno, tam dalekie głosy miasta, zbudzone ptaki w koronach drzew, do tego światła miasta i poł księżyca.
Chwilę przed północą umęczony setnie docieram do śluzy Przewóz. Wyciągam kajak na brzeg i idę zagadać na sterownie. Operator wybudzony ze snu patrzy na mnie jak na wariata, ale zgadza się żebym rozbił namiot na obiekcie. Teren jest ogrodzony więc nie chowam kajaka tylko przywiązuję go linką do drzewa, rozstawiam namiot i idę spać.
Wyraźnie się przemęczyłem bo sen nie nadchodzi. Turlam się w te i wewte starając znaleźć pozycję w której nie bolą plecy.
W końcu zasypiam.
Drugiego dnia budzi mnie deszcz bębniący o namiot. Nie napawa to optymizmem, ale cóż głupio by było poddawać się już teraz. Na szczęście Wiejski Dom Kultury postawił na polu zadaszenie na ogniska. Więc mam jak zjeść śniadanie nie moknąc przy tym. Pompuje kajak, zwijam manele. 7.30 jestem na wodzie. Przede mną kilkanaście kilometrów kanału.
Wraz z porankiem budzi się wiatr. Niestety w przeciwną stronę. Dmuchane kajaki stawiają niestety duży opór na wiatr więc przyłożyć się do wioseł musze solidnie.
Zauważam bardzo zaskakującą rzecz. Ten kanał nie biegnie w ziemi tylko między dwoma usypanymi wałami. Słyszę przejeżdżające za wałami pociągi ale jestem wyżej niż one więc ich nie widze. Glowę mam niewiele niżej niż końce słupów trakcyjnych.
Godzinę później dzwonie na śluzę żeby spytać czy mnie obsłużą. Tak, nie ma problemu. Fala ostrzegawcza już przeszła, wiec pracują normalnie. Mniej więcej o dziewiątej wpływam do komory śluzy Borek Szlachecki. Podobno najwyższa w Polsce. Płacę 4.2 pln i kilka tysięcy ton wody idzie w pizdu żebym tylko mógł wygodnie zjechać o pięć metrów.
Potem jeszcze kawałek kanału do pokonania z wysiłkiem aż w końcu kanał łączy się ze starorzeczem i nurt zaczyna nieść. Mija godzina i dostrzegam klasztor. Bardziej doświadczeni mówią że można coś zjeść w nadbrzeżnej knajpie. Skoro knajpa blisko i będę mógł mieć oko na sprzęt - warto przyoszczędzić zapasów.
Mimo wczesnej pory ludzi jest sporo. Ceny w knajpie sprowadzają mnie na ziemię. No tak - miejsce oblegane przez turystów i i ceny jak w Zakopanem.
Płynę dalej. Do kolejnej śluzy jest niedaleko. Dzwonie z wyprzedzeniem żeby naszykowali wysoką wodę.
Komora jest ogromna 126 metrów długości, 15 szerokości. Choć stan wody jest wysoki, do krawędzi komory nadal jest ponad metr. Za to sterownia wygląda nieprawdopodobnie. Kiosk okrętu podwodnego na wysokiej stopie, i pancerne drzwi z ryglami.
Na zdjęciach z powodzi w 97 można zobaczyć dlaczego tak to wygląda. Podobno obsługa tam utknęła na kilka dni i nikt nie odważył się ich ewakuować ze względu na prędkość nurtu.
Znowu kilka tysięcy ton wody idzie na zmarnowanie ku mojej wygodzie.
Teraz zaczyna się spokojna ale nie nudna część wiosłowania. Początki Krakowa z perspektywy żaby. Mosty, przystanie kajakowe, trochę turystycznych stateczków. Koło czternastej docieram pod Wawel. Na brzegach tłumy w koncu jest wolne. Włącza mi się próżnosć więc staram się wyglądać profesjonalnie na moim kajaku. Że niby wielki podróżnik zajęty tylko swoją podróżą.
W swoim zadęciu zapominam zadzwonić na kolejną śluzę i muszę obnosić. Znowu namachałem zbędnych kilometrów.
Płynę, wiosłuję i oglądam. Rzeka wyraźnie zwalnia. Widać że największa fala już przeszła i teraz będzie coraz trudniej posuwać się do przodu. Chwilami mam wrażenie że już wypłynąłem z Krakowa, ale jak tylko wychodze na brzeg poszukać miejsca na nocleg to okazuje się że zaraz obok są ogródki dzialkowe albo jakieś osiedla.
Cisnę dalej. Popołudnie przechodzi w wieczór a miejsca na nocleg nie widać. Po ćmoku znajduję miejscówkę, wychodzę na brzeg a tam stacja benzynowa. Spanie w mieście to proszenie się o kłopoty więc zakładam czołówkę i płynę dalej.
Noc wygląda magicznie. Tu ciemno, tam dalekie głosy miasta, zbudzone ptaki w koronach drzew, do tego światła miasta i poł księżyca.
Chwilę przed północą umęczony setnie docieram do śluzy Przewóz. Wyciągam kajak na brzeg i idę zagadać na sterownie. Operator wybudzony ze snu patrzy na mnie jak na wariata, ale zgadza się żebym rozbił namiot na obiekcie. Teren jest ogrodzony więc nie chowam kajaka tylko przywiązuję go linką do drzewa, rozstawiam namiot i idę spać.
Wyraźnie się przemęczyłem bo sen nie nadchodzi. Turlam się w te i wewte starając znaleźć pozycję w której nie bolą plecy.
W końcu zasypiam.