1
Budzę się prawie równo ze świtem, kilka minut przed piątą. Nie tak wypoczęty żeby mnie wyrywało ze śpiwora, ale już ciągnie na wodę. Mam za sobą 360km i siedem dni. Średnia prędość jest mniejsza niż się spodziewałem. Chce trochę podgonić bo mi urlopu nie starczy.
Nie planuje gnać na maksa. Gdzie dopłynę tam dopłynę. Mam przewidziane jedenaście pełnych dni i zobaczymy co z tego wyjdzie. Na dziś nie planuje zwiedznia miast.
Śniadanie klasyczne, z konserwą. Zwiajam manele, pompuje kajak i na wodę. Dzisiaj startuje szósta trzydzieści. Rozpędzam gumowego bolida i jadę.
Ostatni rzut oka na Kazimierz. Miałem przed wypłynięciem chwilę zawahania czy nie zobaczyć miasta nad ranem. Ale nie. Wczoraj wieczorem było magiczne, chce żeby takie zostało. Pewnie jakbym poszedł tam dziś, to wyglądałoby bardziej prozaicznie. Jest wekend, rano. Pewnie tylko służby miejskie są na chodzie.
Mam nadzieje że jeszcze kiedyś tu wróce. Ale gdyby nie, to chce popsuć sobie wspomnienia.
Kajak idzie równo. O tej porze nie ma wiatru ani fali. Specjalnie ustawiam się na środku nurtu tam gdzie jest najszybszy. Wiosłuję równo, tym razem bez odpoczynku.
Mija godzina, mózg wpada w trans i się wyłącza. Ten odcinek to chyba najsłabiej pamiętam.
Rzeka coraz szersza. Na oko ponad pół kilometra. Brzegi się minimalnie zmieniły. Najpierw są przez dłuższy czas płaskie, dopiero po kilkuset metrach idą w górę.
Nie widzę pól uprawnych. Jak sobie wyobrażałem ten rejs to myślałem że pola będą najczęściej. A one wszystkie są za wzgórzami. Ma to sens, bo czasem powódź robi brrrr... ;)
Niecałą godzinę później mijam Puławy. Nawet nie zwalniam. Kojarzą mi się z przemysłem i niczym więcej. Mijam jeden most, drugi, trzeci.
Nie pisałem o tym, ale one są ogromne. Gigantyczne. Kilka pięter nad wodą. Wiem że widzę tylko ich środkową część, a boczne segmenty są skryte w drzewach. Filary na których stoją mają po 4-5m szerokości i dwa -trzy piętra wysokości. Wisła potrafi gigantycznie wylać. Potrafi się gigantycznie podnieść. Między najwyższym a najniższym stanem jest kilkanaście metrów.
Pierwsze trzydzieści kilometrów robię w trzy i pół godziny. Uznaje że kajak wart był wydanych na niego pieniędzy. Jak na dmuchanca jest szybki. Albo to ja już ogarnąłem jak na nim wiosłować.
Dziesiąta pięć - przystanek twierdza Dęblin.
Ląduje, rozciągam grzbiet i idę zwiedzać.
Taki uj jak słonia nos - zamknięte. Łażę trochę wokół. Nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Kiedyś byłem w Boyen na Mazurach i teraz te wszystkie cytadele jakieś takie małe.
Korzystając z przerwy zjadam kupionego wczoraj pączka - ot taka nagroda.
Potem już tylko izotonik i wiosła.
Mijam stojący przy brzegu prom. Ten wygląda na gigantyczny w porównaniu z tym w Tarnobrzegu. Ciekawe z czego wynika wielkość promu?
Docieram do 426km - Elektrociepłownia Kozienice. Ta jest chyba jeszcze większa niż Połaniec. Coś tu budują w wodzie, wszędzie porozrzucane hałdy żwiru, więc przenoska brzegiem. Tylko 70-80m na szczęście. I znowu wiosła.
I izotonik.
O piętnastej wciągam MRE na zimno ( spaghetti) ale za to robię sobie herbatę. Ze wszystkich MRE ten smak mi najbardziej odpowiada.
Wpół do szóstej wieczorem mam za sobą 85km i obłęd w głowie jak koń co się zerwał postronka.
Mijam ujście Pilicy (to miejsce znam z innego spływu)
Punkt 20.00 mijam 101 kilometr dzisiaj.
Ląduje na następnej wyspie która się nawinęła. Tu wyspy są gigantyczne. I plaża jest nie tylko z tyłu ale i z boku.
Wysiadam na chwiejnych nogach. Trafiam w muł. Niestety dodatkowa plaża okupiona jest większą ilością mułu.
Wciągam kajak najwyżej jak się da. Rozbijam namiot, przepłukuje zęby (jeden jedyny raz jak ich nie umyłem), kajak przywiązuje do drzewa. Z dala od ludzi nie chce mi się go pakować do namiotu. Do kolacji nawet się nie zabieram. Po całodniowym katorżniczym wysiłku żołądek mam związany na supeł.
Układam się do spania i ...cięcie - ktoś zgasił światło ;)
* * *
0.076858043670654