5
Poranek dnia drugiego. Pobudka punkt.. ósma. Ja cierpie dole, jak mnie wszystko boli. Dokładnie wszystko. Wczoraj goniony poczuciem niespełnienia machnąłem 90km wiosłując. Teraz czuje że Bóg mnie opuścił. Szatan przyszedł, popatrzył i też sobie poszedł. Nie ma sensu torturować kogoś kto tak cierpi.
No nic, trzeba się zwlec, zjeść owsiankę i iść zwiedzać. Na moście dla pieszych jestem dopiero o dziewiątej. Ależ franca długa. Idzie się i idzie i idzie. Ze dwa kilometry chyba.
Stare miasto dopiero budzi się do życia. Lepsze sklepy i restauracje zamknięte. A sieciówki te same jak w Sosnowcu wiec nie ma po co wchodzić. Robię trochę zdjeć.
Podsłuchuje jak przewodnik tłumaczy zagranicznej wycieczce że w tym domu urodził się Kopernik i jak zapłacą pieniązek to mogą ten dom odwiedzić. Faktycznie nawet tabliczka jest. Dewizowi płacą pieniążek i zwiedzają. Ja nie.
Obchodzę rynek, zwiedzam go na swój sposób czyli na pałę. Nie mam mapy, przewodnika ani pomysłu.
Mam za to bolące plecy.
Ciekawostka, w zupełnie innym miejscu kolejny przewodnik tłumaczy tym razem rosyjskim (albo ukraińskim) turystom że w tym domu urodził się Kopernik i jak zapłacą pieniążek to mogą to miejsce zobaczyć.
I też jest tabliczka na budynku ;)
Szapo ba. To że z papaja polaka watykaniści urobili 86kg relikwi to małe miki w porównaniu z tym że Toruń ma cztery domy w których narodził się astronom.
Idę tak koślawo że nawet menel rzygający przy Krzywej Wieży kiwa mi ze zrozumieniem głową. Spoko ziomek.
Wracam na pole, zwijam manele. Trochę bajeruję recepcjonistkę ale bezskutecznie. Dmuchany kajak nie prezentuje się specjalnie przy niemieckich uber-kamperach które udają dzielnicę Chłopaków z Baraków.
Ruszam dalej. Jest południe. Słoneczko grzeje. Do Bydgoszczy mam 36km. Tyle co nic. I dobrze bo sił do wiosłowania brak. Na wodzie sporo ruchu, którego nie było poprzednim razem. Kajaki, dwie białe floty, jakieś mniejsze wynajęte motorówki. Większość pływa przed tą najładniejszą częścią Torunia i nie zapędza się dalej.
Niby coś tam wiosłuje, ale tak po prawdzie to nurt mnie niesie. Dziwnie się trochę czuję. Jechałem z nastawieniem TORUŃ, bo nie udało się poprzednim razem. No i co. Był i nie ma. Dociera do mnie że bardzo słabo zaplanowałem dalszą część.
Czyli jednak jestem głupi.
Kontempluje przesuwając się brzegi, coś tam udaje że macham wiosłem. Ale jakoś podniecenie ze mnie zeszło. Do Bydgoszczy docieram o osiemnastej. W zasadzie niewiele szybciej niż nurt.
Płynę do lewej śluzy, ale wyciągam kajak, nawet nie myślę o śluzowaniu. Dogaduje się z obsługą że mogę przenocować u nich. Do zmroku jeszcze daleko, ale nie chce mi się płynąć. Wolę odpocząć.
Ustawiam namiot i kajak tak żeby nie rzucały się w oczy, w końcu na śluzach formalnie nocować nie wolno.
Myślałem nawet czy nie wybrać się do centrum autobusem ale jakoś mi się nie chce.
Jestem naprawdę zaskoczony. Po wczorajszej euforii nie ma śladu.
Na poprawę humoru zjadam liofa zamiast mre. Zawsze to jakiś luksus.
Z nudów idę odwiedzić jeszcze tą drugą, nieczynną śluzę. Potem zawijam się w śpiwór i długo moszczę zanim nadejdzie sen.
* * *
0.064327001571655