Tego dnia budzi mnie gorąc w namiocie. Siódma rano a słońce operuje tak jakby chciało nadrobić ostatnie dni.
Na śniadanie pożywna herbata. Nie mam już nic do jedzenia. Jestem głodny. Bardzo glodny.
Znowu rysuje cyferki na piasku. Do Torunia jest 135km. Nie ma takiej opcji żebym dał radę. Miałem nadzieję zobaczyć Toruń nocą bo podobno pięknie z wody wygląda.
Teraz naprawdę rozumiem tych co nie potrafią zrezygnować kilkaset metrów przed szczytem.
Tak czy inaczej trzeba się ogarnąć. Rozkładam mokre ciuchy na kajaku, wietrze namiot i śpiwór.
Do Płocka mam z 50km więc spieszyć się nie muszę.
Nawet próbuje popływać. Wychodzi z tego szorowanie jajcami po piasku bo rzeka jest już bardzo płytka.
Przy okazji znajduje aparat. Musial wczoraj wypaść z kajaka jak wylewałem z niego wodę. Za to okazuje się że nie ma mapnika i czapki. Czapkę to wiem że wczoraj zwialo, mapnik nie mam pojęcia kiedy się stracił.
Pakuję się na spokojnie. Nawet wyterzepuje dokładnie piach z namiotu.
Cały czas krąży w głowie, że gdybym wstawał wcześniej, wiosłował więcej to dotarłbym do celu. Zastanawiam się nawet jak mogłem na początku planować ze w 11 dni dam radę z Krakowa do morza.
W końcu wypływam. Czapkę robię z podkoszulki, na siebie długi rękaw, ręcznik na spieczone nogi.
Płynę tak jak na początku mechniecie-odpoczynek - machnięcie.
Oglądam brzegi, wyspy, chce się nasycić tym co mam skoro nie moge miec tego co chce.
Po godzinie zatrzymuje się żeby do pompowac kajak. Rano rozgrzał się na słońcu, zawory spuściły nadmiar ciśnienia. Potem w wodzie wystygł, powietrze się skurczyło, trochę zmiękł.
Na wyspie na której zladowalem znajduje kabinowa motorówkę na samym środku. Trochę poturbowany ale cała. Niestety w środku nie ma nic do jedzenia. Jest za to totalny bałagan. Musiała się turlać na wysokiej wodzie.
Dzwonię na 112 podaje kilometr rzeki i numer burtowy. Może właściciel się znajdzie.
Płynę dalej.
Koło 13 docieram pod Płock.
W twarz uderza wiatr a w dziób fala z zalewu. Ostatni kilometr to znowu walka o każdy metr.
Ląduje na prawym brzegu, na kamiennej opasce. Na raty wynoszę wszystko pięć pięter w górę, na chodnik.
Pakuję kajak, wyrzucam śmieci. Obok ławki zostawiam nienapoczętą butelkę mineralnej.
Google pokazuje że stąd jest najbliżej do dworca.
Cztery kilometry.
Tyle że cały czas pod górę.
25kg na plecach i w rekach.
Jestem głodny i zmęczony. Idę na raty. Po piećdziesiat, po sto metrów i przerwa na chwilę.
W połowie drogi trafiam na spożywczy.
Litr maslanki i zwykła bułka.
Wchodzi na raz.
Ruszam dalej.
Te cztery kilometry szedłem godzinę i dwadzieścia pięć minut.
Dobrze że na dworcu cień, chłód i ławka. I kibelek za dwa złote. Za to porcelanowy tron i woda do mycia.
I cygan w lustrze.
A nie, to ja. Brudny, zarośnięty, z podkoszulka na glowie.
Z Płocka nie jest łatwo wyjechać. Liczylem na pociąg do wawy albo Torunia. Taki uj.
Najpierw czekam dwie godziny. Potem pociągiem do Kutna.
Po drodze mijamy wioski i miasteczka zapomniane przez Boga, diabła i premiera.
W Kutnie kolejne dwie godziny czekania. W tym czasie zjadam zwykły obiad w dworcowej restauracji.
Smakuje fantastycznie.
Potem kilka godzin w pociągu. Na Śląsk docieram już po zmroku.
Koniec.
Smutne.
Nie, gdzie tam. Niemy był od urodzenia.
* * *
Na śniadanie pożywna herbata. Nie mam już nic do jedzenia. Jestem głodny. Bardzo glodny.
Znowu rysuje cyferki na piasku. Do Torunia jest 135km. Nie ma takiej opcji żebym dał radę. Miałem nadzieję zobaczyć Toruń nocą bo podobno pięknie z wody wygląda.
Teraz naprawdę rozumiem tych co nie potrafią zrezygnować kilkaset metrów przed szczytem.
Tak czy inaczej trzeba się ogarnąć. Rozkładam mokre ciuchy na kajaku, wietrze namiot i śpiwór.
Do Płocka mam z 50km więc spieszyć się nie muszę.
Nawet próbuje popływać. Wychodzi z tego szorowanie jajcami po piasku bo rzeka jest już bardzo płytka.
Przy okazji znajduje aparat. Musial wczoraj wypaść z kajaka jak wylewałem z niego wodę. Za to okazuje się że nie ma mapnika i czapki. Czapkę to wiem że wczoraj zwialo, mapnik nie mam pojęcia kiedy się stracił.
Pakuję się na spokojnie. Nawet wyterzepuje dokładnie piach z namiotu.
Cały czas krąży w głowie, że gdybym wstawał wcześniej, wiosłował więcej to dotarłbym do celu. Zastanawiam się nawet jak mogłem na początku planować ze w 11 dni dam radę z Krakowa do morza.
W końcu wypływam. Czapkę robię z podkoszulki, na siebie długi rękaw, ręcznik na spieczone nogi.
Płynę tak jak na początku mechniecie-odpoczynek - machnięcie.
Oglądam brzegi, wyspy, chce się nasycić tym co mam skoro nie moge miec tego co chce.
Po godzinie zatrzymuje się żeby do pompowac kajak. Rano rozgrzał się na słońcu, zawory spuściły nadmiar ciśnienia. Potem w wodzie wystygł, powietrze się skurczyło, trochę zmiękł.
Na wyspie na której zladowalem znajduje kabinowa motorówkę na samym środku. Trochę poturbowany ale cała. Niestety w środku nie ma nic do jedzenia. Jest za to totalny bałagan. Musiała się turlać na wysokiej wodzie.
Dzwonię na 112 podaje kilometr rzeki i numer burtowy. Może właściciel się znajdzie.
Płynę dalej.
Koło 13 docieram pod Płock.
W twarz uderza wiatr a w dziób fala z zalewu. Ostatni kilometr to znowu walka o każdy metr.
Ląduje na prawym brzegu, na kamiennej opasce. Na raty wynoszę wszystko pięć pięter w górę, na chodnik.
Pakuję kajak, wyrzucam śmieci. Obok ławki zostawiam nienapoczętą butelkę mineralnej.
Google pokazuje że stąd jest najbliżej do dworca.
Cztery kilometry.
Tyle że cały czas pod górę.
25kg na plecach i w rekach.
Jestem głodny i zmęczony. Idę na raty. Po piećdziesiat, po sto metrów i przerwa na chwilę.
W połowie drogi trafiam na spożywczy.
Litr maslanki i zwykła bułka.
Wchodzi na raz.
Ruszam dalej.
Te cztery kilometry szedłem godzinę i dwadzieścia pięć minut.
Dobrze że na dworcu cień, chłód i ławka. I kibelek za dwa złote. Za to porcelanowy tron i woda do mycia.
I cygan w lustrze.
A nie, to ja. Brudny, zarośnięty, z podkoszulka na glowie.
Z Płocka nie jest łatwo wyjechać. Liczylem na pociąg do wawy albo Torunia. Taki uj.
Najpierw czekam dwie godziny. Potem pociągiem do Kutna.
Po drodze mijamy wioski i miasteczka zapomniane przez Boga, diabła i premiera.
W Kutnie kolejne dwie godziny czekania. W tym czasie zjadam zwykły obiad w dworcowej restauracji.
Smakuje fantastycznie.
Potem kilka godzin w pociągu. Na Śląsk docieram już po zmroku.
Koniec.
Smutne.
Nie, gdzie tam. Niemy był od urodzenia.
* * *