1
Poniedziałek rano. Deszcze nadal bębni o namiot ale już bez tej nocnej pasji. Najgorsze chyba za mną. Na śniadanie ostatnia konserwa, herbata, ostatnie pół cebuli. Bułka..kiedy ostatni raz mialem cie w ustach...
Na wodę ruszam wyjątkowo późno. Niebo pochmurne, deszcz siapi, wiater wieje..
Nastrój zdechł. Wiosłuje bo nie mam innego wyjścia. Kilka razy siadam na płyciźnie, bo w deszczu ciężej czytać wodę. Wiatr momentami pomaga, momentami przeszkadza.
Koło południa rozpętuje się piekło. Wiatr przyśpiesza i kręci, deszcz już nie pada tylko leje ciągłym strumieniem. W głębszych miejscach tworzą się fale, które gwałtownie rosną trafiając na płyciznę. Coś jak fala przyboju tyle że w kilku miejscach na raz.
Mam wrażenie że fale mają po metr wysokości.
Wtedy na scenę wchodzi burza. Nie wiem czy to taki urok nizinnych terenów, ale tu wali raz za razem jakby kto stroboskop włączył. Coś sobie tam przypominam jeśli chodzi o zachowanie w burzy.
Połóż się płasko na kajaku - nie da rady bo muszę wiosłować żeby utrzymać dziób pod wiatr i fale.
Wyląduj i schowaj się przynajmniej piętnaście metrów od wody - nie wiem nawet gdzie wylądować bo to znowu odcinek gdzie drzewa pochodzą do samej wody.
Stan na kotwicy - nie mam...
Jedyne co mogę zrobić to zostawić otwartą japę. Chodzi o to żeby uderzenie dźwiękowe nie skancerowało uszu. Więc płynę z otwartą mordką i zastanawiam się który z kolei trafi mnie.
Prawy brzeg robi się wysoki. Wiatr się od niego odbija i kręci jeszcze bardziej niż kręcił. Po pół godzinie jestem fizycznie wykończony. Ale pogoda ma to gdzieś. Jak wiało tak wieje.
Kiedy mija pierwsza godzina mam wrażenie że tam zdechnę. Że za chwilę przestanę wiosłować, fala mnie obróci i to będzie koniec. Albo że kajak zaryje skegiem w dno, stracę możliwość ruchu i skończy się tak samo.
Wiatr przyśpiesza, burza przechodzi w nawałnice czy jak to się tam nazywa.
Napór wiatru jest tak duży że buja kajakiem nawet bez udziału fali. Czuje opór nawet na wiośle, bo pióro uniesione w danej chwili w górę działa jak hamulec.
Czas mija. Momentami mam wrażenie że kręcę się w kółko. Brzegu praktycznie nie widzę za zasłony tumanów wody. Deszcz i coś jakby mgła.
Po tym jak minęła pierwsza godzina już nawet nie patrzę na zegarek, tylko walczę o życie.
Pewnie śmiesznie to brzmi. Jakby ktoś płynął choćby byle wycieczkowcem czy większą motorówką to trochę by go pobujało, trochę zmoczyło i tyle.
Ale na malutkim kajaku, który poddaje się każdemu ruchowi wody i powietrza to jest mordęga.
Po nieskończenie długim czasie burza odpuszcza. Wiatr po prostu przesuwa szare chmury na wschód.
Minęły dwie godziny piętnaście, odkąd lunęło na ostro. Trzęsą mi się ręce ze zmęczenia. Cały trzęsę się ze schodzącego stresu. Orientuje się że gdzieś zgubiłem czapkę. Pewnie wywiało ją z kokpitu.
Jestem jeszcze ogłupiały i zdezorientowany. Z torby wyciągam opakowanie peroninu. Mam tylko jedno i nie przewidywałem że będę musiał go użyć. Wlewam do środka mineralną. Zamykam. Mieszam i ugniatam całość. Potem wypijam gęstą budyniowatą masę. Jak to dobrze smakuje.
Efekt jest niemal natychmiastowy. W ciągu minut czuje jak wraca siła. Wiem że to brzmi jak reklama, ale to daje niesamowitego kopa.
Dziesięć minut później mam wrażenie że mógłbym wiosłować dzień i noc bez odpoczynku.
Ustawiam się we właściwą stronę i płynę z nurtem. Wpadam w rytm. Mózg się prawie wyłącza. Leą godziny wiosłowania. W zasadzie tylko mimowolnie rejestruję ruiny spichrza na prawym brzegu. Miałem go obejrzeć, ale już czuję że mija euforia spowodowana uber-jedzeniem więc płynę dalej.
O 18 mijam Wyszogród. Szukam miejsca na wyspach, ale te akurat są całe zarośnięte.
Przymierzam się nawet do brzegu ale tu jest kilkupiętrowa, pionowa skarpa.
Miejsce na nocleg znajduje jakieś trzy kilometry dalej. Wyspa z dużą piękną plażą.
Przywiązuje kajak, rozbijam namiot. Dobytek wrzucam byle jak do środka, kurkte i spodnie upycham w przedsionku.
Ktoś gasi światło.
* * *
0.064321041107178