1
Trzy miesiące później monotonny stukot kół nie pozwala zasnąć. Nocny ze Śląska do Płocka. Oczywiście że z przesiadkami, na zadupiach o których nikt nie wie. Jestem lepiej wyekwipowany. Wózek. Zwykły, zakupowy na dwóch kółkach. Dzięki temu nie muszę nieść kajaka. Do tego filtr do wody.
O świcie ląduje w Płocku. Na dworcu który poprzednim razem był dla mnie ostatnią przystanią. Ruszam z buta nad wodę.
Jakie to jest fantastyczne uczucie. Po pierwsze z górki, po drugie lekko. Zupełnie inaczej niż poprzednia gehenna.
Po drodze zakupy w płazowym spożywczaku. Jedna mineralna na wszelki wypadek, sok jabłkowy (strasznie mi ich ostatnio brakowało) i bułki.
O siódmej pompuje kajak. Nie wróciłem na opaskę zaraz za pierwszym mostem, tylko zszedłem niżej w stronę przystani. Nie będę miał zaliczonego jednego kilometra Wisły. Czy będę mógł mówić że przepłynąłem całą? Chyba tak.
Ruszam przed ósmą. Pogoda umiarkowana, wiatr na razie słaby. Przede mną czterdziestokilometowy zalew a potem się zobaczy.
Na początku idzie dobrze. Trzymam równe tempo przez jakieś trzy godziny. Się trenowało między rejsami a co;)
W południe krótki przystanek. Nie gotuję nic, wrzucam tylko bułkę, popijam sokiem. Trochę spaceru w te i wewte. Nie ma tu co zwiedzać. W zasadzie to gdzie bym się nie zatrzymał na losowym brzegu, to nie ma co zwiedzać.
Chyba że ktoś się uprze odwiedzić wieś Murzynowo, bo akurat taka na zalewie jest.
Wiosłuję dalej. Zrywa się wiatr więc kombinuje to pod jeden, pod drugi brzeg. Pod lewym jakby słabiej wiec trzymam się tej strony. Zalew jest ogroooomny. Płyniesz i płyniesz i płyniesz i krwa końca nie widać.
Za to jak zobaczysz tamę to o ja cierpiedole - jakie to jest bladź wielkie.
Dopływam do śluzy. Godziny śluzowania mi nie pasują. Musiałbym czekać półtorej. Wyciągam klamoty na brzeg. Kajak na wózek. Spinam gómowymi tasmami i wpieriod.
Bogowie to jest fantastyczne. Mogę mieć w dupie sultana kosmitów , to znaczy zawiadowce śluzy. Sam se przeniose.
Cała obnoska nie trwa nawet pół godziny. Oczywiście przy zrzucaniu kajaka jest ekwilibrystyka i wyrzuty ochroniarza który się przypałętał. Że niby chodzić po terenie śluzy nie wolno.
No wiem że nie wolno ale co mam zrobić? Nadłożyć kilometr bo wam sie robić nie chce?
Włażę do kajaka, odbijam, macham ochroniarzowi na pożegnanie. Przeszkoda której się najbardziej obawiałem jest za mną.
I teraz to już zapierdalam. Choćby się paliło i waliło ja MUSZĘ do tego Torunia doplynąć.
Poziom wody jest uczciwy, na wiosłach daje z siebie wszystko. Ten odcinek troche ze wspomaganiem, bo mam od razu naszykowaną odżywkę i izotoniki.
Kraiobraz sie przesuwa szybko. Nurt na szczęście pomaga. Ponieważ ogarnąłem jak tego kajaka używać, przede wszystkim żeby zapiąć pasy udowe, mogę wycisnąć z siebie wszystko i widzieć efekt.
Producenci chwalili się na stronie że na takim modelu wygrywali wyścigi w konkurencji sztywnych kajaków. I nie kłamali.
Idę ze średnią prędkością 9km/h. Ta, wiem nurt pomaga (nurt na wiślie to 3.5-4.5km/h) ale uczucie jest nieprawdopodobne.
O osiemnastej wciągam odżywkę alpinistyczną. Jest moc.
To jest próba sił samego ze sobą. Chęć nadrobienia tego co się nie udało ostatnio.
Do Torunia docieram w nocy. Jest 21 z minutami.
Staje na środku rzeki i krzycze z radości. Ktoś coś tam nawet odkrzykuje z prawego brzegu.
Tak faktycznie Toruń w nocy wygląda zajebiście. Zamki zamki i deptak są podświetlone. Restauracje na statkach też. Po prostu klimat.
Czuje to co wtedy w Kazimierzu - to jest ta wielka włóczęga.
Spływam na lewy brzeg pod punkt widokowy. Sprawdzone info od znajomych rowerzystów. Dobre wyjscie na brzeg. Wyciagam kajak ustawiam na wózku i jadę na pole namiotowe. Kawałek może z 800m. Domofon, zgloszenie na recepcje.
Rozbijam namiot, kajak rzucam obok. Nie przypinam, ale wkładam do niego alarm rowerowy. Strzeżonego i tak dalej.
Kąpiel w CIEPŁEJ wodzie. Herbata na kolacje.
Śpię w suchym śpiworze ;)
Moment absolutnej perfekcji.
* * *
0.07141900062561