2
Budze się koło siódmej. Deszcz, a szczęście tylko mżawka. Śniadanie - ostatnie porcje kaszy. Skończyła się dwa dni wcześniej niż planowałem. Wogóle jedzenia to już koncówka. Za to wody mam w nadmiarze jak na trzy dni.
Wczoraj spiekłem sobie stopy. Wierzch przy palcach. Nie mocno, ale butów nie założę. Trza deptać po żwirze.
Trochę problemu z pakowaniem. Zamiast normalnie wszystko wygruzić na zewnątrz i wciskać w worki, muszę się gimnastykować w namiocie.
Naciągam wodoodporne gacie i kurtkę. Czuć je trochę stęchlizną, widać nie doschły na początku tak dokładnie jak myślałem.
Wszystko zajmuje prawie półtorej godziny. Długo, biorąc pod uwagę że nie musiałem pompować kajaka.
Ósma trzydzieści jestem na wodzie i ruszam na Warszawę. Na tym odcinku rzeka jest niestety płytka. Fala ostrzegawcza zeszła już do końca i niestety minął czas cięcia na azymunt. Teraz muszę się przyglądać wodzie gdzie się jak marszczy żeby nie utknąć na mielinie.
Nawet z kluczeniem osiągam całkiem niezłą prędkość i posuwam się na północ.
Mijam Górę Kalwarie. Ale nie jestem zainteresowany. Tym bardziej że przystępnego brzegu nie widzę. Po obu stronach busz. Mijam most. Potem znowu kluczę między mieliznami.
Trochę mnie to drażni. Gdybym od początku trzymał tempo to miałbym jeszcze resztkę wysokiej wody.
Mijam prom, jakieś pogłębiarki, potem znowu kluczę.
Na 508 kilometrze widzę Warszawę. To znaczy wiem że to ona bo pojawia się Pałac Kultury. Pomimo upływu dziesiątków lat nadal góruje na okolicą. Teraz dopiero rozumiem wagę symbolu którym był. Widać go w promieniu 10km. Zaraz po wojnie jak tam była jeszcze niższa zabudowa musiał być dużo bardziej przytłaczający.
Potem po prawej stronie pojawia się Gruba Kaśka. Bardzo charakterystyczne ujęcie wody. Obiekt występuje w co drugim filmie o tym mieście.
Cały czas lekko siąpi, momentami wieje mocniejszy wiatr. Dużo chłodniej niż przez ostatnie dni.
Muszę lawirować między pogłębiarkami bo wokół Kaśki cały czas krążą przynajmniej dwie. A i tak przy dopływie jakieś rzeczki czy kanału pakuję się na pływający piaskociąg. Na szczęście gładki więc jakoś kajak przepycham metodą 'na ruchańca".
Pół godziny później otwiera się panorama miasta stołecznego. Na prawym brzegu nieużytki, na lewym brzegu syf. Może trochę przesadzam, ale na lewym brzegu trwają jakieś roboty umocnieniowe. Koparki, betoniarki. Wydaje mi się że remontują deptak.
Z pomysłu żeby przybić i pozwiedzać nic nie będzie. Nie ma po prostu gdzie. Jest niedziela ale poza mną na wodzie żadnych amatorów, nawet nie ma do kogo zagadać.
Płynę dalej. Wygody o tyle że szlak jest porządnie wytyczony. Nie muszę szukać głębokiej wody, tylko płynę między bojami.
Korzystając z okazji że i tak płynę wolniej bo oglądam, zjadam przedostatni MRE.
Potem znowu do wioseł. O 17 docieram na ostatni miejski most na Wiśle. Mam za sobą jakieś 57 km. Po całym dniu pod pochmurnym, ponurym niebem jestem zmęczony, znużony i zniechęcony. Warszawę to akurat chciałem zobaczyć z bliska. Zawsze jestem w niej tylko przejazdem, a za dzieciaka ominęła mnie wyprawa do PKiN.
Deszcz się dopasował do mojego nastroju - pada mocniej. Pomimo tego że idzie wieczór wiatr się nie uspokaja. Kurtka nieprzemakalna, ale po tylu godzinach i tak się zapociła od środka.
Już się miałem zbierać na nocleg ale zobaczyłem prom - za blisko cywilizacji. Dopiero chwilę po szóstej znajduje niewielką wyspę z kawałkiem plaży. Wiatr porywisty, więc kajak przywiązuje do dwóch drzew, a namiot osadzam na śledziach piaskowych. Zjadam ostatni podgrzany MRE. Leżę w namiocie w niewesołym nastroju. Zostały mi dwa dni. Do Torunia, nie dopłynę a bardzo tego chciałem. Realny wydaje się Płock, którego wogóle nie planowałem odwiedzać.
W nocy leje jak z cebra, błyska, huczy, wiatr rzuca namiotem, słyszę że nawet kajak się trochę przesuwa.
Śpię z przerwami. Bardziej to się wiercę w śpiworze niż wypoczywam.
* * *
0.060266971588135