4
Piąta zero budzik wyrywa ze snu. Po przespaniu się z problemem znalazłem rozwiązanie.
Pominę Tczew, a decyzję podejmę przy ostatniej śluzie.
Ale się podjarałem. Serio. Kurwinox Maciej to w porównaniu ze mną oaza spokoju.
Tym razem pakuje bagaże naprawdę porządnie. Wszystkie torby przypinam do dennych d-dringów. Wyciągam samoróbny pokład i przypinam go do kajaka.
Tak na marginesie. Ten kajak to jeden z pierwszych egzemplarzy Zelgera. Kupiłem go po targach WIW. Prototyp. Ma rzepy do mocowania pełnego pokładu... którego firma nigdy na rynek nie wprowadziła bo zmienili koncepcje. Dlatego pokład uszyłem sam ;)
Na śniadanie wypasiony liof. Jedzenia mam nadmiar bo przez kampingi w cywilizacji częściej jadałem na mieście.
Bombs gone. Wyekwipowany jak Rambo. Zapięty pokład, peronin zamieszany od razu z wodą żeby było na później. Nawet kamizelkę ratunkową przymocowałem na pokładzie żeby ją szybko założyć .
Odpalam motor na wiosłach. Czterdzieści kilometrów robię w rekordowym czasie. W praktyce o 11 jestem w punkcie fail-safe.
Pięć kilometrów od morza. Czuć już ten śledziowo zgniły zapach wody. Tu już nie mam opcji uciekania od decyzji. Albo w lewo albo prosto.
Uczciwie mówiąc to się boję. Na morzu, nawet przy brzegu może mnie spotkać cokolwiek. Z kolei płynąć w lewo, poddać się na samym końcu, po ponad 800km to trochę siara.
To ostatnie przeważa. Może to i głupia argumentacja, ale taka podróż powinna być dobrze domknięta. Na wszelki wypadek wciągam peronin, zakładam kamizelkę, jeszcze raz sprawdzam czy wszystko jest zamocowane.
Nic wiecej nie zrobię - płynę prosto.
Tu już chyba działa czysta psychologia, mam wrażenie że płynę wolniej, ostrożniej, tak jakbym chciał tylko spojrzeć i zawrócić. W sumie ostatnie pięć kilometrów trwa godzinę.
I przez tą całą godzinę się boje. Kanał ma może ze 300m szerokości, więc nie jest to rekord jeśli chodzi o Wisłę. Ale przed sobą widzę NIC. Pierwszy raz mam otwierający się przed sobą przestwór bez punktów orientacyjnych.
Samo ujście to dwie gigantyczne łachy piachu wychodzące daleko w morze. W wyobraźni widziałem że to będzie wyglądać łagodnie jak ujście rzeki w Dąbkach, ale to jest zrobione na pałe. Żeby wypłynąć poza te dwie łachy muszę sporo się oddalić od brzegu. To tego musze trochę nadłożyć żeby nie ustawić się burtą do fali. Na szczęście fala nie jest duża.
Skręcam w lewo, i jak tylko minąłem wypłycenie wiosłuje jak powalony bliżej brzegu.
Taki uj. Dopóki jestem jakieś 50m może więcej od brzegu jest ok, fala jest niewielka. Ale jak próbuje podpływać bliżej to wchodzę w strefe przyboju i rozkołys rośnie.
W sumie decyduje się na płyniecie jakieś 100m od brzegu, tu woda jest spokojniejsza.
Płynę powoli bo wiatr przy dmuchanym kajaku to duże utrapienie.
Po jakiejś pół godzinie adrenalina odpuszcza i zaczynam zwracać uwagę na cokolwiek poza falami.
Jest morze, jest brzeg, jest fala do ogarnięcia.
Życie jest piękne.
Po lewej mam rezerwat, ptaków tam od groma. I coś pływa w wodzie ale nie potrafię odróżnić czy to bóbr, wydra czy foka bo jest za daleko.
Odcinek dwadzieścia kilka km, pokonuje w prawie sześć godzin. Ślimacze tempo, opór wiatru i prądu. Wpływam między główki 'portu" a w zasadzie dawnego ujścia Wisły i podciągam do mariny.
Dopiero kiedy staje na lądzie czuje jak opada ze mnie podniecenie, stres, adrenalina.
Zrobiłem to. Przepłynąłem całą Wisłę i wpłynąłem na Bałtyk.
Nocleg w marinie, bilety na pociąg kupione przez telefon. Wieczorem nie mogę spać. Biorę kajak i już na spokojnie po płaskiej wodzie wypływam dosłownie na 5 minut na morze.
Wszystko wygląda fantastycznie.
To jest kolejny moment absolutnej perfekcji.
Wiem ile kosztował sił i nerwów. A teraz chłonę to miejsce i tą chwile żeby jak najlepiej zapamiętać.
Potem powrót i spanie.
Następnego dnia już na spokojnie czyszczę i pakuję kajak, namiot i całą resztę.
Płacę pieniążek za podwiezienie na dworzec.
W pociąg i do domu.
* * *
0.069667100906372