Dyskusje ogólne
7 m
20
"Szczęśliwym się nie jest, szczęśliwym się bywa"- kiedyś usłyszałem. Nie wiem jak Wy, ale rozmyślając ogólnikowo o życiu, nie wiem czy w jakimkolwiek momencie byłbym w stanie powiedzieć "kurwa, jest w pyte". Mimo, że nie mogę w tym momencie narzekać. Wiem, że inni mają gorzej, nawet znacznie gorzej. Piszę to słuchając "experience" Ludovico Einaudi. Dobrze, że nie Zweibmw (taki ze mnie żartowniś). Mając jakiekolwiek pojęcie jakimi nieznaczącymi kurwikami w skali wszechświata jesteśmy. Nawet na osiedlu nie znają Twojego imienia. W skali kosmosu, czy chociażby kulki na której żyjemy JESTEŚ NIKIM. Nawet jak jesteś znany, to historia zaraz o Tobie zapomni. Twoje imię będzie znane w tak nie znaczącej skali. Twoja śmierć zostanie zauważona i znacząca dla garstki ludzi, najpewniej liczącej mniej niż palce u jednej ręki. A to i tak na ułamek czasu. Uwaga, będzie uzewnętrznienie się i wylew frustracji. Czemu tu? Bo mogę. Jako jedno z niewielu miejsc. Czy mnie coś będzie obchodziło jak ktoś napisze w komentarzach "płaczliwa ciota", czy coś w tym rodzaju? Pewnie nie, jak już wcześniej zostało napisane, w perspektywie będzie znaczyło wystarczająco o komentującym. I teraz na pewno się pojawi, bo tak działa ludzkie zachowanie. Może chociaż ktoś pomyśli "o, nie jestem sam". Od początku. Nie jestem humanistą, więc może być chujnia z ładem i składnią, peszek. Przynajmniej nie jestem czarny, ani żydem. Przez dwie dekady od narodzin było ciężko, wiem co to ból, wiem co to głód, wiem co to poniżanie, wiem co to ubóstwo, wiem co to czuć się być mniej niż cokolwiek. Ojciec powiedział bye bye jeszcze zanim się pojawiłem, ale szczerze mówiąc, nie mogę go winić. Nie był nieobecny, ale matka robiła pod górę i po pewnym czasie pewnie już zrezygnował. Szkoda mi, najpewniej to nie jest jedyny przypadek, gdzie ojciec traci kontakt z synem przez matkę. W szkole, od podstawówki, byłem tym cichym dzieciakiem. Nienawidziłem nauki szkolnej, wiedziałem że ma stworzyć pokornego pracownika, nigdy nie usiadłem do książek, ale udawało mi się przelatywać przez klasy i maturę na cząstkach zasłyszanych na lekcjach, na których i tak uciekałem do muzyki, która pozwalała uciekać od rzeczywistości. Zamykać się w swoim świecie. 100% frekwencji od gimnazjum, 7 lat bez jednego dnia opuszczonego. Czemu 7? Bo sobie na pierwszą klasę LO wybrałem biol-chem. Cóż, jednak nie było tak łatwo i musiałem powtarzać i zmienić profil. Chemia organiczna. Mole to żrą ubrania. A podręcznik od chemii rozszerzonej PAZDRO, cnie pozdro, hehe. NO JEŁOP, nie zdau, mnie to ni ziębi ni grzeje, przynajmniej dodatkowy rok, w którym mnie coś wyciągało z domu. Obserwacja ludzi, których dzieli jeden rok - ogromna różnica pokoleniowa w stosunku do jednego roku różnicy. I to nie w obrębie klasy, tylko rocznika, szkoły. Wszystkich. Bardzo mi było wtedy wszystko jedno. Jeszcze wracając do wspomnień. Co pamiętam jako takie pierwsze wspomnienie ze swojego istnienia?. Bycie bitym. Pamiętam jak po kąpieli siedziałem na pralce w ręczniku i zostałem uderzony tak, że upadłem z boku pralki do kosza na pranie. Nie mogłem mieć wtedy więcej jak 4/5 lat. A co pamiętam jako najboleśniejsze wspomnienie? Powiedzenie ojcu w podstawówce, że nie chcę go widzieć. Mimo, że lubiłem z nim spędzać czas. Po prostu za każdym razem gdy się pojawiał matka robiła się zazdrosna i mnie biła. To był strach. Je-ba-na alkoholiczka. Praca? Gdzieżby, od kiedy pamiętam jedyne zajęcie to zbieranie puszek po piwie. Nie z okolic, wyłącznie z własnej produkcji. Każdy dzień kończył się tak samo. Popite, trzeba się wyżyć. Bałem się spać, bo mogły się otworzyć drzwi z trzaskiem i kolejną porcją awantury. Dopiero gdzieś w wieku 20 lat bezsilność i płacz ustały...
...Przerodziły się w gniew. To jest coś czego nie mogę pozbyć się do teraz. HULK SMASH. Gniew towarzyszy mi z każdą porażką czy drobną komplikacją. Nie potrafię sie skomunikować z drugim człowiekiem. Używam minimum słów do komunikacji, w końcu z kim mogłem porozmawiać? Jak już znajdę osobę, z którą nadaję na podobnych falach to nie mogę się zamknąć. Mimo gniewu kotłującego się we mnie to jestem zawsze miły dla innych. Uważam, że każdy kogo nie znasz, zasługuje na szacunek.
Po szkole od razu poszedłem do roboty, żeby móc cokolwiek zrobić samemu. Oddawałem część zarobku na czynsz, niewiele zostawało z wypłaty. Ale sam coś zarabiałem. W wieku 22 lat poznałem swoją pierwszą i jedyną. Ja jebe, 22. Tak jest jak się zna swój brak wartości. Nie zagadasz wcześniej, po co się dodatkowo poniżać. Chociaż była jedna próba w gimbazie - niewypał. W liceum po 3 latach, tylko jako wiadomość, że się coś czuło, ale nie dało się rady czegokolwiek powiedzieć. Dodało to jedynie rozgoryczenia. Nawet jakby się udało. To co? Jak powiedzieć, że w zasadzie nie masz domu, nie masz nic. Nie masz szans. Jesteś odrzutkiem. Przez patologiczne relacje nie jesteś w stanie nawiązać żadnych relacji. Nawet koleżeństwa. Tak bardzo niszczy psychicznie bycie tak traktowanym. Już w wieku ~15 lat rozumiesz, że jesteś niczym. Jesteś w czarnej dupie. W wieku 20-22 lat były myśli. Jak będę odpowiednio szybko zapierdalał autem to uda się skończyć gdzieś na drzewie, na amen, byle nie zostać kaleką. Ale gdzieś świadomość nic nieznaczącego końca powstrzymywała czyn. Miałem to jedyne szczęście, że było mieszkanie po babci. Prawie od razu powiedziałem, że kogoś poznałem i ewakuuje się do tego mieszkania. Nie było ani słowa sprzeciwu. Chyba w tym momencie zrozumiała, że jest sama jak palec i nie ma kto pomóc. Od tego czasu minimalnie się ogarnęła. I tak stało puste, a teraz był opłacony czynsz i media. Jak się później okazało i to mieszkanie było w długach. Ale i tak lepsze "na własnym" niż wynajmowanie. Tutaj nigdy nie narzekałem, posiadanie (pseudo) mieszkania, płacenie jedynie czynszu, opłat itp., potem remont, dość gruntowny, to luksus.Dopiero gdzieś w wieku 27 lat się otworzyłem, wydaje mi się, że już bardziej przez zrozumienie bezcelowości i gniewu do świata niż pewności siebie.
Mając teraz ~30 lat, żonę, dziecko czuję zobowiązanie. Nie chcę, aby młody przeżył to co ja. Staram się hamować złość, nie zawsze się udaje, ale staram się dać mu dzieciństwo, a żonie partnera, na którym może polegać. Nerwy czasem puszczają, w sumie to rzadko. Ale nigdy nie powtórzę błedów, w których sam byłem "wychowany". Jak można powiedzieć "wychowany" skoro NICZEGO nie zostałeś nauczony. Wszystko co wiem, wszystko czego się nauczyłem, to doświadczenie. Nikt mi nie pokazał jak żyć. Może dzięki temu nauczyłem się logicznego myślenia, ale przez to nie jest łatwiej. Pracę mam taką, gdzie trzeba myśleć. Za siebie i za innych. "Im mniej wiesz, lepiej śpisz". Jest 5 rano. Nie śpię. Wracając do pierwszego zdania. Żadna sytuacja w życiu, żadne pieniądze, nie sprawiłyby szczęścia. Dalej bym widział świat taki jaki jest. Nieszczęśliwym łez padołem. Jedni mają chujowo, drudzy średnio, a trzeci mają hajsu jak lodu...
Po szkole od razu poszedłem do roboty, żeby móc cokolwiek zrobić samemu. Oddawałem część zarobku na czynsz, niewiele zostawało z wypłaty. Ale sam coś zarabiałem. W wieku 22 lat poznałem swoją pierwszą i jedyną. Ja jebe, 22. Tak jest jak się zna swój brak wartości. Nie zagadasz wcześniej, po co się dodatkowo poniżać. Chociaż była jedna próba w gimbazie - niewypał. W liceum po 3 latach, tylko jako wiadomość, że się coś czuło, ale nie dało się rady czegokolwiek powiedzieć. Dodało to jedynie rozgoryczenia. Nawet jakby się udało. To co? Jak powiedzieć, że w zasadzie nie masz domu, nie masz nic. Nie masz szans. Jesteś odrzutkiem. Przez patologiczne relacje nie jesteś w stanie nawiązać żadnych relacji. Nawet koleżeństwa. Tak bardzo niszczy psychicznie bycie tak traktowanym. Już w wieku ~15 lat rozumiesz, że jesteś niczym. Jesteś w czarnej dupie. W wieku 20-22 lat były myśli. Jak będę odpowiednio szybko zapierdalał autem to uda się skończyć gdzieś na drzewie, na amen, byle nie zostać kaleką. Ale gdzieś świadomość nic nieznaczącego końca powstrzymywała czyn. Miałem to jedyne szczęście, że było mieszkanie po babci. Prawie od razu powiedziałem, że kogoś poznałem i ewakuuje się do tego mieszkania. Nie było ani słowa sprzeciwu. Chyba w tym momencie zrozumiała, że jest sama jak palec i nie ma kto pomóc. Od tego czasu minimalnie się ogarnęła. I tak stało puste, a teraz był opłacony czynsz i media. Jak się później okazało i to mieszkanie było w długach. Ale i tak lepsze "na własnym" niż wynajmowanie. Tutaj nigdy nie narzekałem, posiadanie (pseudo) mieszkania, płacenie jedynie czynszu, opłat itp., potem remont, dość gruntowny, to luksus.Dopiero gdzieś w wieku 27 lat się otworzyłem, wydaje mi się, że już bardziej przez zrozumienie bezcelowości i gniewu do świata niż pewności siebie.
Mając teraz ~30 lat, żonę, dziecko czuję zobowiązanie. Nie chcę, aby młody przeżył to co ja. Staram się hamować złość, nie zawsze się udaje, ale staram się dać mu dzieciństwo, a żonie partnera, na którym może polegać. Nerwy czasem puszczają, w sumie to rzadko. Ale nigdy nie powtórzę błedów, w których sam byłem "wychowany". Jak można powiedzieć "wychowany" skoro NICZEGO nie zostałeś nauczony. Wszystko co wiem, wszystko czego się nauczyłem, to doświadczenie. Nikt mi nie pokazał jak żyć. Może dzięki temu nauczyłem się logicznego myślenia, ale przez to nie jest łatwiej. Pracę mam taką, gdzie trzeba myśleć. Za siebie i za innych. "Im mniej wiesz, lepiej śpisz". Jest 5 rano. Nie śpię. Wracając do pierwszego zdania. Żadna sytuacja w życiu, żadne pieniądze, nie sprawiłyby szczęścia. Dalej bym widział świat taki jaki jest. Nieszczęśliwym łez padołem. Jedni mają chujowo, drudzy średnio, a trzeci mają hajsu jak lodu...
...Gdybym miał 3 życzenia, pierwszym byłoby, aby gatunek ludzki nigdy nie powstał. Jesteśmy pasożytem. Sami się unicestwimy. Jesteśmy galaktycznymj debilami. Nie zasługujemy na istnienie. Każdy moment szczęścia jest zaraz gaszony przez myśli, przeszłości jak i "sensu istnienia". Swoje myśli maskuje skupiając się na pracy, zabawie z dzieckiem, bycie mężem. Jakiś film/serial wleci. Wcześniej jeszcze sobie pograłem. I tak idzie dzień za dniem. Szkoda jedynie, że ta wewnętrzna złość nie przeradza się w siłę, a bezsilność. Byłaby jakaś siłka czy coś. A tak to przejadam smutki. Alkohol, ale bez przesady, tyle aby znieczulić myśli. Hipokryzja patrząc na przeszłość. Cóż, life is brutal. Staram się przerzucić z alko na domową siłownię. Ale myśli bezcelowości życia przytłaczają i ciężko złapać za hantle na dłużej. Ale za to przynajmniej internetach sobie pośmieszkuję. Pewnie chciałem napisać więcej, ale myśli latają z jednego końca do drugiego. Coś mi się przypomina, coś zapomina. Bym zapomniał. Wypierdalam już z tym swoim jęczeniem. Trzymajcie się.
Ps. Przynajmniej mi napleta nie skroili po urodzeniu, to już coś.
Ps. Przynajmniej mi napleta nie skroili po urodzeniu, to już coś.