bł. ks. Jerzy Aleksander Popiełuszko 1947-1984 polski duchowny rzymskokatolicki, tercjarz franciszkański, kapelan warszawskiej „Solidarności”, obrońca praw człowieka w PRL, zamordowany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, błogosławiony i męczennik Kościoła katolickiego. Pośmiertnie odznaczony Orderem Orła Białego.
W dusznym powietrzu PRL-u ludzie nauczyli się mówić szeptem.
W sklepach brakowało mięsa, na ulicach stały milicyjne nysy, a w telewizji każdego dnia powtarzano, że „partia prowadzi naród ku przyszłości”. Wielu już w to nie wierzyło — ale bali się mówić głośno.
Wtedy pojawił się młody kapłan — Jerzy Popiełuszko.
Nie był generałem.
Nie miał armii.
Miał sutannę, różaniec i głos, którego nie dało się uciszyć.
W Warszawie, w kościele św. Stanisława Kostki, zaczęły gromadzić się tłumy robotników z Solidarnośći. Przychodzili zmęczeni po nocnych zmianach, pobici po demonstracjach, czasem po przesłuchaniach SB. Ksiądz Jerzy odprawiał „Msze za Ojczyznę”.
Nie nawoływał do zemsty.
Mówił o prawdzie.
— „Zło dobrem zwyciężaj” — powtarzał.
Te słowa dla ludzi w PRL-u brzmiały jak coś zakazanego. Władza mogła kontrolować gazety, radio i szkoły, ale nie potrafiła zatrzymać tego, co rozchodziło się między ludźmi po kazaniach. Kasety z jego homiliami kopiowano potajemnie i przewożono po całej Polsce.
Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa obserwowali każdy jego krok. Telefony były na podsłuchu. Samochody śledziły go nocami. Próbowano go zastraszyć, oczernić, a nawet sfingować przeciw niemu prowokacje.
Ale on dalej wychodził do ludzi.
Gdy trwał stan wojenny, wielu robotników traciło nadzieję. Internowania, pałowania demonstracji, czołgi na ulicach — wszystko miało złamać ducha społeczeństwa. Ksiądz Jerzy jeździł wtedy do rodzin więzionych działaczy, pomagał finansowo, organizował wsparcie i przypominał, że człowiek bez wolności zaczyna żyć w strachu.
Dla komunistycznych władz stawał się coraz większym problemem.
Bo człowieka z bronią można zastrzelić.
Człowieka z ideą — dużo trudniej.
Jesienią 1984 roku wiedział już, że jest w niebezpieczeństwie. Mimo ostrzeżeń nie przestał działać. 19 października wracał samochodem z Bydgoszczy do Warszawy. Na trasie zatrzymali go funkcjonariusze SB podszywający się pod patrol drogowy.
Kapłana porwano.
Był bity i torturowany. Potem jego ciało wrzucono do Wisły przy tamie we Włocławku. Miał zaledwie 37 lat.
Wieść o śmierci Jerzy Popiełuszko wstrząsnęła całym krajem. Na pogrzeb przybyły setki tysięcy ludzi. PRL chciał uciszyć jednego księdza — a stworzył symbol oporu przeciw systemowi.
Po latach upadł komunizm.
A słowa księdza Jerzego przetrwały dłużej niż ci, którzy chcieli je zagłuszyć.
Zaskakujące relacje i dialog: Choć stał się symbolem oporu wobec systemu komunistycznego, otwarcie apelował do ludzi o niepienienie się nienawiścią i szukanie dialogu. Po latach wyszło na jaw, że w jego otoczeniu znajdował się tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Tarcza”, który na niego donosił
W dusznym powietrzu PRL-u ludzie nauczyli się mówić szeptem.
W sklepach brakowało mięsa, na ulicach stały milicyjne nysy, a w telewizji każdego dnia powtarzano, że „partia prowadzi naród ku przyszłości”. Wielu już w to nie wierzyło — ale bali się mówić głośno.
Wtedy pojawił się młody kapłan — Jerzy Popiełuszko.
Nie był generałem.
Nie miał armii.
Miał sutannę, różaniec i głos, którego nie dało się uciszyć.
W Warszawie, w kościele św. Stanisława Kostki, zaczęły gromadzić się tłumy robotników z Solidarnośći. Przychodzili zmęczeni po nocnych zmianach, pobici po demonstracjach, czasem po przesłuchaniach SB. Ksiądz Jerzy odprawiał „Msze za Ojczyznę”.
Nie nawoływał do zemsty.
Mówił o prawdzie.
— „Zło dobrem zwyciężaj” — powtarzał.
Te słowa dla ludzi w PRL-u brzmiały jak coś zakazanego. Władza mogła kontrolować gazety, radio i szkoły, ale nie potrafiła zatrzymać tego, co rozchodziło się między ludźmi po kazaniach. Kasety z jego homiliami kopiowano potajemnie i przewożono po całej Polsce.
Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa obserwowali każdy jego krok. Telefony były na podsłuchu. Samochody śledziły go nocami. Próbowano go zastraszyć, oczernić, a nawet sfingować przeciw niemu prowokacje.
Ale on dalej wychodził do ludzi.
Gdy trwał stan wojenny, wielu robotników traciło nadzieję. Internowania, pałowania demonstracji, czołgi na ulicach — wszystko miało złamać ducha społeczeństwa. Ksiądz Jerzy jeździł wtedy do rodzin więzionych działaczy, pomagał finansowo, organizował wsparcie i przypominał, że człowiek bez wolności zaczyna żyć w strachu.
Dla komunistycznych władz stawał się coraz większym problemem.
Bo człowieka z bronią można zastrzelić.
Człowieka z ideą — dużo trudniej.
Jesienią 1984 roku wiedział już, że jest w niebezpieczeństwie. Mimo ostrzeżeń nie przestał działać. 19 października wracał samochodem z Bydgoszczy do Warszawy. Na trasie zatrzymali go funkcjonariusze SB podszywający się pod patrol drogowy.
Kapłana porwano.
Był bity i torturowany. Potem jego ciało wrzucono do Wisły przy tamie we Włocławku. Miał zaledwie 37 lat.
Wieść o śmierci Jerzy Popiełuszko wstrząsnęła całym krajem. Na pogrzeb przybyły setki tysięcy ludzi. PRL chciał uciszyć jednego księdza — a stworzył symbol oporu przeciw systemowi.
Po latach upadł komunizm.
A słowa księdza Jerzego przetrwały dłużej niż ci, którzy chcieli je zagłuszyć.
Zaskakujące relacje i dialog: Choć stał się symbolem oporu wobec systemu komunistycznego, otwarcie apelował do ludzi o niepienienie się nienawiścią i szukanie dialogu. Po latach wyszło na jaw, że w jego otoczeniu znajdował się tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Tarcza”, który na niego donosił