Rozrywka
5 m
21
I dzwonię do adwokata. W głosie radość taka, jakbym właśnie wygrał Passata TDI w loterii parafialnej.
— Panie Hubercie, mamy to! Podpisuję umowę deweloperską!
— Super, panie Piwniczny, ale jest jedno ale...
Już wtedy powinienem był się rozłączyć. W życiu jeszcze nigdy po słowach „jest jedno ale” nie wydarzyło się nic dobrego.
— Dzisiaj wygasa decyzja wstępna kredytowa z Alior Banku na stałej stopie procentowej. Umowę musimy podpisać dziś.
Myślę sobie: no zajebiście.
Ale mamy XXI wiek. Co prawda sto lat za Murzynami i dwadzieścia za Niemcami, ale przynajmniej nie trzeba używać faksu.
— Da się zrobić.
Presja czasu większa niż parcie na stolec po kubełku KFC.
Deweloper postawił kadry na nogi. Chwilę po 15 siedzimy z adwokatem i czekamy na cyfrową wersję umowy deweloperskiej. Emocje sięgają zenitu. Pośrednik otwarty do 17, deweloper do 16.
15:45. Wpada umowa.
Szybkie czytanie, bo bez czytania niczego się nie podpisuje. Choćby miało kosztować utratę mieszkania, nerki albo duszy.
I wtedy okazuje się, że deweloper zapomniał podać numer konta, na który należy uiścić 1% wartości nieruchomości.
16:40.
Przychodzi poprawiona wersja. Podpisuję. Wychodzę.
Mam dość emocji na jeden dzień.
Godzina 20:00. Leżę w wannie.
Nagle mail.
Pełnomocnik podpisał umowę.
Udało się. Niby.
Oczywiście jest jeszcze jedno ale.
Zawsze jest jakieś jebane ale.
Bank potrzebuje komplet dokumentów. Wśród nich tajemniczy skrót, który zapamiętałem do dziś:
OIZ.
Oświadczenie Inwestora Zastępczego.
Dokument tak ważny, że bez niego bank nie chce nawet spojrzeć na twój wniosek. TL;DR: nie dostałem go przez następny tydzień.
Całe to bieganie, podpisywanie na czas, walka z zegarem i organizowanie wszystkiego na ostatnią chwilę poszło psu w dupę.
A wraz z tym poszła się walić atrakcyjna oferta kredytowa na stałej stopie procentowej. Zniknęła. Rozpłynęła się. Wyparowała.
I wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że kupowanie mieszkania nie przypomina programu „Dom nie do poznania”.
Bardziej przypomina survival, w którym kolejne instytucje rzucają ci pod nogi nowe przeszkody, a ty tylko próbujesz nie umrzeć psychicznie przed odbiorem kluczy.
No ale życie toczy się dalej.
Wracamy praktycznie do punktu wyjścia. Z tą drobną różnicą, że zaliczka wpłacona, umowa deweloperska podpisana, a na szali leży 3,5 tysiąca złotych polskich nowych, ciężko wypracowanych.
Czyli sytuacja wygląda następująco: albo biorę się w garść albo 3500 zł idzie się jeb**ć szybciej niż pieniądze wydawane na ex.
Wracam więc do biura adwokata. Siadamy. Rozprawiamy, co dalej.
Bo przecież świat nie kończy się na jednej atrakcyjnej ofercie kredytowej. Banków jest dużo.
I wtedy pan Hubert rzuca:
— A wie pan, co to jest RKM?
Myślę chwilę.
— Ręczny Karabin Maszynowy?
— Nie.
— To nie wiem.
— Rodzinny Kredyt Mieszkaniowy.
Przyznam, że początkowo byłem mocno skonfundowany.
Bo jedyna rodzina, jaką wtedy miałem pod ręką, to rodzice mieszkający w rodzinnej Pipidówie Dolnej, a do zakładania własnej rodziny było mi mniej więcej tak daleko jak do zostania astronautą Projekt Hail Mary.mov
Ale okazuje się, że „rodzinny” to w tym przypadku bardziej chwyt marketingowy niż wymóg formalny.
Bo program przysługuje również singlom.
I wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu w mojej głowie pojawiła się myśl:
— O...
— Czyli jednak da się.
Po tygodniach słuchania „nie”, „brakuje dokumentu”, „decyzja wygasła”, „proszę czekać”, „wrócimy z informacją”, nagle pojawiła się opcja, która nie zaczynała się od problemu.
Long story short.
RKM, czyli Rodzinny Kredyt Mieszkaniowy. Program, który dla wielu ludzi brzmi jak kolejna rządowa inicjatywa o nazwie tak długiej i skomplikowanej, że po przeczytaniu człowiek nadal nie wie, o co chodzi.
A szkoda, bo w moim przypadku był to moment, w którym po raz pierwszy od kilku tygodni przestałem patrzeć na zakup mieszkania jak na próbę zdobycia Mount Everestu w klapkach Kubota.
RKM pozwala bowiem wziąć kredyt bez wkładu własnego.
cdn...
Wypier.
— Panie Hubercie, mamy to! Podpisuję umowę deweloperską!
— Super, panie Piwniczny, ale jest jedno ale...
Już wtedy powinienem był się rozłączyć. W życiu jeszcze nigdy po słowach „jest jedno ale” nie wydarzyło się nic dobrego.
— Dzisiaj wygasa decyzja wstępna kredytowa z Alior Banku na stałej stopie procentowej. Umowę musimy podpisać dziś.
Myślę sobie: no zajebiście.
Ale mamy XXI wiek. Co prawda sto lat za Murzynami i dwadzieścia za Niemcami, ale przynajmniej nie trzeba używać faksu.
— Da się zrobić.
Presja czasu większa niż parcie na stolec po kubełku KFC.
Deweloper postawił kadry na nogi. Chwilę po 15 siedzimy z adwokatem i czekamy na cyfrową wersję umowy deweloperskiej. Emocje sięgają zenitu. Pośrednik otwarty do 17, deweloper do 16.
15:45. Wpada umowa.
Szybkie czytanie, bo bez czytania niczego się nie podpisuje. Choćby miało kosztować utratę mieszkania, nerki albo duszy.
I wtedy okazuje się, że deweloper zapomniał podać numer konta, na który należy uiścić 1% wartości nieruchomości.
16:40.
Przychodzi poprawiona wersja. Podpisuję. Wychodzę.
Mam dość emocji na jeden dzień.
Godzina 20:00. Leżę w wannie.
Nagle mail.
Pełnomocnik podpisał umowę.
Udało się. Niby.
Oczywiście jest jeszcze jedno ale.
Zawsze jest jakieś jebane ale.
Bank potrzebuje komplet dokumentów. Wśród nich tajemniczy skrót, który zapamiętałem do dziś:
OIZ.
Oświadczenie Inwestora Zastępczego.
Dokument tak ważny, że bez niego bank nie chce nawet spojrzeć na twój wniosek. TL;DR: nie dostałem go przez następny tydzień.
Całe to bieganie, podpisywanie na czas, walka z zegarem i organizowanie wszystkiego na ostatnią chwilę poszło psu w dupę.
A wraz z tym poszła się walić atrakcyjna oferta kredytowa na stałej stopie procentowej. Zniknęła. Rozpłynęła się. Wyparowała.
I wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że kupowanie mieszkania nie przypomina programu „Dom nie do poznania”.
Bardziej przypomina survival, w którym kolejne instytucje rzucają ci pod nogi nowe przeszkody, a ty tylko próbujesz nie umrzeć psychicznie przed odbiorem kluczy.
No ale życie toczy się dalej.
Wracamy praktycznie do punktu wyjścia. Z tą drobną różnicą, że zaliczka wpłacona, umowa deweloperska podpisana, a na szali leży 3,5 tysiąca złotych polskich nowych, ciężko wypracowanych.
Czyli sytuacja wygląda następująco: albo biorę się w garść albo 3500 zł idzie się jeb**ć szybciej niż pieniądze wydawane na ex.
Wracam więc do biura adwokata. Siadamy. Rozprawiamy, co dalej.
Bo przecież świat nie kończy się na jednej atrakcyjnej ofercie kredytowej. Banków jest dużo.
I wtedy pan Hubert rzuca:
— A wie pan, co to jest RKM?
Myślę chwilę.
— Ręczny Karabin Maszynowy?
— Nie.
— To nie wiem.
— Rodzinny Kredyt Mieszkaniowy.
Przyznam, że początkowo byłem mocno skonfundowany.
Bo jedyna rodzina, jaką wtedy miałem pod ręką, to rodzice mieszkający w rodzinnej Pipidówie Dolnej, a do zakładania własnej rodziny było mi mniej więcej tak daleko jak do zostania astronautą Projekt Hail Mary.mov
Ale okazuje się, że „rodzinny” to w tym przypadku bardziej chwyt marketingowy niż wymóg formalny.
Bo program przysługuje również singlom.
I wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu w mojej głowie pojawiła się myśl:
— O...
— Czyli jednak da się.
Po tygodniach słuchania „nie”, „brakuje dokumentu”, „decyzja wygasła”, „proszę czekać”, „wrócimy z informacją”, nagle pojawiła się opcja, która nie zaczynała się od problemu.
Long story short.
RKM, czyli Rodzinny Kredyt Mieszkaniowy. Program, który dla wielu ludzi brzmi jak kolejna rządowa inicjatywa o nazwie tak długiej i skomplikowanej, że po przeczytaniu człowiek nadal nie wie, o co chodzi.
A szkoda, bo w moim przypadku był to moment, w którym po raz pierwszy od kilku tygodni przestałem patrzeć na zakup mieszkania jak na próbę zdobycia Mount Everestu w klapkach Kubota.
RKM pozwala bowiem wziąć kredyt bez wkładu własnego.
cdn...
Wypier.