20
W 1997 roku w pewnym ośrodku na Mazurach odbył się turnus kolonijny, o którym wychowawcy długo nie chcieli mówić. Miejsce klasyczne: las, jezioro, jeden sklep kilka kilometrów dalej, telefon tylko u kierownika i autokar, który miał wrócić dopiero po tygodniu.

Pierwsze dwa dni były normalne. Kąpiele, ogniska, komary, rozgotowany makaron na stołówce. Dopiero trzeciego dnia pielęgniarka zauważyła, że coraz więcej dzieci przychodzi po maść. Niby nic wielkiego: „piecze”, „swędzi”, „nie mogę siedzieć”.

Czwartego dnia już nie było śmiesznie. Dzieciaki jadły obiady na półdupku, część nie chciała iść nad jezioro, kilku chłopaków płakało w łazience, coraz więcej osób miało problemy z siadaniem. Wychowawcy myśleli, że to od wody, potem że od proszku do prania, na końcu, że może jakaś bakteria w sanitariatach.

Po powrocie zaczęły się telefony od rodziców. Odparzenia, krwawienia, hemoroidy. Regularne wizyty u proktologów. W najczarniejszej wersji tej historii kilkunastu uczestników miało powikłania przez lata, a u niektórych zakończyły się onkologiczną diagnozą. Jedno było pewne - wszystkie rodziny łączyły swoje tragedie z tamtym turnusem.

Przez lata legenda żyła własnym życiem: skażona woda, chemia w łazienkach, grzyb, zaniedbania ośrodka. Dopiero po latach była intendentka powiedziała, co się naprawdę stało.

Otóż, drugiego dnia kolonii skończył się papier toaletowy. A w magazynku zostały tylko związane sznurkiem paczki starych numerów Gazety Wyborczej (@gazeta_wyborcza). Kierownik kolonii kazał je wówczas „tymczasowo” rozłożyć w toaletach zamiast papieru toaletowego.
Tak było
0.061813116073608