Dyskusje ogólne
4 m
36
Zasada numer 1: jeśli stoisz, ale akurat nie ma nic do roboty, to jakiś idiota przełożony każe ci wykopać dziurę, a potem te dziurę zakopać, żebyś nie stał.
Kiedyś pracowałem w Castoramie na dziale serwis. Na zmianie miałem dopieszczone moje stanowisko, dbałem o wszystko, tak że mucha nie siada. Więc stanąłem sobie spokojnie na stanowisku czekając na klienta.
Po chwili podszedł do mnie dyrektor z pytaniem "co robisz?". Odpowiedziałem, że przygotowałem wszystko i czekam na klientów (serwis opierał się głównie na spisywaniu reklamacji i organizowaniu transportu).
Dyrektor odpowiedział: "nie dostajesz wypłaty za stanie. Ściągnij wszystkie rzeczy z regału, zetrzyj kurze, pozmieniane kolejność produktów".
To był oczywiście totalny absurd, bo z tych czynności absolutnie nic nie wynikało korzystnego.
Natomiast ja nusiałem pracować na podwójnych obrotach, biegać jak wariat, żeby zdążyć obsłużyć fale klientów i zrobić dodatkowe zadania od dyrektora. Następnego dnia kierownik powiedział, że to jest bez sensu i mam poukładać produkty tak, jak były wcześniej.
(Zmiana kolejności produktów to bardzo dużo pracy - na komputerze, drukowanie etykiet cenowek, zmienianie ich, itd...)
To mnie czegoś nauczyło. Przestałem dawać z siebie wszystko w pracy i zacząłem pracować na zasadzie "konieczne minimum".
Co więcej przyjąłem nową strategię.
Od tego dnia robiłem codziennie tak: ogarniałem swoje stanowisko, a obok mojego stanowiska otwierałem segregatory z reklamacjami klientów, ale nie zajmowałem się tymi reklamacjami, bo nie było takiej potrzeby, lecz czekając na klientów czytałem książki na komputerze czytałem. Udawałem, że przeglądam reklamacje i naprawdę masowo czytałem książki.
Gdy dyrektor lub kierownik pytali co robię, to mówiłem, że przeglądam i obdzwaniam reklamacje zbliżające się do przeterminowania, żeby nie wysypać się na reklamacji klienta.
Dyrektor okłamany, ale mega zadowolony, a ja nie dość, że wzorowo obsługiwałem swoje stanowisko, nie zaniedbywałem standardowych obowiązków, to dzięki chamskiemu dyrektorowi idiocie, przez 3 lata przeczytałem bardzo, bardzo dużo książek.
Kiedyś pracowałem w Castoramie na dziale serwis. Na zmianie miałem dopieszczone moje stanowisko, dbałem o wszystko, tak że mucha nie siada. Więc stanąłem sobie spokojnie na stanowisku czekając na klienta.
Po chwili podszedł do mnie dyrektor z pytaniem "co robisz?". Odpowiedziałem, że przygotowałem wszystko i czekam na klientów (serwis opierał się głównie na spisywaniu reklamacji i organizowaniu transportu).
Dyrektor odpowiedział: "nie dostajesz wypłaty za stanie. Ściągnij wszystkie rzeczy z regału, zetrzyj kurze, pozmieniane kolejność produktów".
To był oczywiście totalny absurd, bo z tych czynności absolutnie nic nie wynikało korzystnego.
Natomiast ja nusiałem pracować na podwójnych obrotach, biegać jak wariat, żeby zdążyć obsłużyć fale klientów i zrobić dodatkowe zadania od dyrektora. Następnego dnia kierownik powiedział, że to jest bez sensu i mam poukładać produkty tak, jak były wcześniej.
(Zmiana kolejności produktów to bardzo dużo pracy - na komputerze, drukowanie etykiet cenowek, zmienianie ich, itd...)
To mnie czegoś nauczyło. Przestałem dawać z siebie wszystko w pracy i zacząłem pracować na zasadzie "konieczne minimum".
Co więcej przyjąłem nową strategię.
Od tego dnia robiłem codziennie tak: ogarniałem swoje stanowisko, a obok mojego stanowiska otwierałem segregatory z reklamacjami klientów, ale nie zajmowałem się tymi reklamacjami, bo nie było takiej potrzeby, lecz czekając na klientów czytałem książki na komputerze czytałem. Udawałem, że przeglądam reklamacje i naprawdę masowo czytałem książki.
Gdy dyrektor lub kierownik pytali co robię, to mówiłem, że przeglądam i obdzwaniam reklamacje zbliżające się do przeterminowania, żeby nie wysypać się na reklamacji klienta.
Dyrektor okłamany, ale mega zadowolony, a ja nie dość, że wzorowo obsługiwałem swoje stanowisko, nie zaniedbywałem standardowych obowiązków, to dzięki chamskiemu dyrektorowi idiocie, przez 3 lata przeczytałem bardzo, bardzo dużo książek.