9
Co wam powiem, to wam powiem, ale napiszę...Już któryś raz z kolei wzięło mnie na jakieś ambitniejsze gotowanie, a przy tym na przełamywanie swoich stref komfortu. Ostatnio popełniłem jakiś pojebany rosół, gotowany przez 7 godzin na trzech mięsach. No, jakoś wyszedł jak na pierwszy raz, ale chyba nawet nie na 30% możliwości...Od dawna zbierałem się do ragù alla bolognese. Za dzieciaka nawpierdalałem się jakichś Łowiczów, sosów bolońskich (hehe, xD) – smaczne to było, więc pomyślałem, że zrobię sobie taki prawilny. I w tym piekle, które aktualnie nam świeci za oknem, przyszło mi gotować przez jakieś 8 godzin (razem z zakupami, ale po te trzeba było dymać pieszo).Dobra, do meritum... To jebane ragù bolognese to nie jest sobie taki wesoły sosik jak z Łowicza czy ten lidlowy – pomidorki z warzywkami i lekko rześko. Kiedy napierdalasz to przez około 7 godzin, wychodzi ciężki skurwysyn. Mocny, intensywny, gulaszowy sos. Po drodze milion razy tracisz wiarę w swoje umiejętności. Na początku wygląda jak szara breja, potem jak zupa... Finalnie się zagęszcza, ale dalej nie smakuje. Dopiero jak to schłodzisz, potem podgrzejesz i dodasz parmigiano, odkrywasz, że warto było i nie wiesz, czemu wcześniej jadłeś ten syf ze słoika... Aaa, no i dużo wina tam wchodzi – cała butelka na trzy porcje, więc nad tym garem nieźle nawdychałem się destylatu.Nie ma zdjęć, bo byłem pewien, że nie wyjdzie. A poza tym w kuchni było gorzej niż z tym kwiatem z Wrocławia – waliło trupem, ale cały czas robiłem swoje.
0.052549839019775