WAKACYJNY KURWA EXPRESS, CZYLI JAK ZWYKŁY DZIEŃ W PRACY ZAMIENIŁ SIĘ W ODCINEK UKRYTEJ KAMERY
Środek sezonu wakacyjnego. Czytaj: każdy pociąg to jebany Bangladesz na szynach. Nie ma znaczenia, czy TLK, czy Express, czy osobowy do Pcimia Dolnego. Wszędzie ludzie, wszędzie walizki, wszędzie dzieci drące mordę, a w kiblu warunki sanitarne jak po ewakuacji Czarnobyla.
Przychodzę do roboty, lukam w grafik.
Gdynia.
No ja pierdolę. W obie strony pełno ludzi. Co może pójść nie tak?
Konduktor z doświadczeniem na pociągu porównywalnym do skuteczności naszej reprezentacji w strzelaniu bramek. Czyli teoretycznie jest, praktycznie nie wiadomo, do czego służy.
Patrzę na zestawienie. Espresso z Krakowa do Helu. Wyjazd ze Wschodniej, potem Gdańsk. Myślę sobie: dobra, kurwa, damy radę. Przecież nie takie rzeczy człowiek widział.
Pociąg przyjeżdża 15 minut w dupę, bo oczywiście trzeba było poczekać na opóźnionych pasażerów z Kijowa. Ale chuj, jedziemy.
I już na dzień dobry krakowska załoga przekazuje nam raport z frontu:
- 12 kibli, czynnych 7.
- Zdalne sterowanie nie działa.
- Szczekaczka nie działa.
- WARS zdechł.
Jak to pepiki mówią: poruchany bez prądu.
Wspaniale. Wakacje, pełny skład, 15 minut opóźnienia, siedem kibli i WARS, który może zaoferować co najwyżej wspomnienia po kawie.
Na skargę już ustawia się pierdolony komitet kolejkowy. Kawa? Nie będzie. Jedzenie? Nie będzie. Może chociaż atrakcje? Proszę bardzo, mamy zapach toalety i możliwość obserwowania konduktora w stanie przedzawałowym.
Podchodzę do młodego.
- Samodzielny jesteś na składzie? Dasz radę z kontrolą?
- Tak, jasne. Ale może dałby pan numer telefonu, tak na wszelki wypadek.
Kurwa.
Zaimponował mi chłopak. Nie dość, że pewny siebie, to jeszcze wie, że życie potrafi przypierdolić znienacka.
Daję numer i ruszam ogarniać ten pierdolnik.
WARS zdechł przez bezpiecznik przetwornicy. W połowie kibli gówno postanowiło opuścić swoje naturalne środowisko i zacząć karierę w pionie. Co mogłem, zrestartowałem. Co się dało, uruchomiłem. Reszta została przekazana wyższym siłom i Matce Boskiej Kolejowej.
Szczekaczka? W pierwszej klasie działa. W służbowym nie, bo linia zajęta. Czyli pociąg może informować pasażerów, ale tylko tych, którzy mają odpowiedni status społeczny.
Ogarnąłem, co mogłem, siadam robić papiery.
Myślę: do Malborka spokojnie ogarnę dokumentację, potem wyjdę na kontrolę.
I wtedy dzwoni telefon.
Młody.
- Panie, może pan przyjść do pierwszego wagonu? Jest tu pan bez dokumentów.
No dobra. Idziemy.
Chłopak prawie cały skład objechał kontrolą, więc trzeba go wesprzeć. Wstaję, przechodzę sześć wagonów i otwieram drzwi pierwszego.
I wtedy mnie uderza.
Zapach.
Kurwa, zapach.
Mieszanka menelaose po tygodniowym braku prysznica, starego moczu, przepoconej żonobijki i sera spod napleta. Coś pomiędzy szatnią po meczu B klasy a piwnicą, w której od 1998 roku nikt nie otwierał okna.
Idę dalej.
A tam siedzi ON.
Rozjebany w przedsionku jak krowa w oborze. Ryj czerwony, oczy szkliste, a morda pracuje na pełnych obrotach.
Młody stoi obok i chyba właśnie zastanawia się, czy konduktor może złożyć wypowiedzenie w trybie natychmiastowym.
No ale nic. Trzeba uczyć padawana rzemiosła.
Włączam pełną kulturę osobistą.
- Dzień dobry. Wtórna odprawa podróżnych. Poproszę bilet do kontroli.
- PANIE, OKRADLI MNIE!
Każdego okradają, kurwa. Taki kraj.
- Miałem pieniądze z Niemiec! Wracam! Miałem 1200 euro! Widział pan kiedyś takie pieniądze?! Ja cały miesiąc, od świtu do nocy, na to zapierdalałem!
W głowie odpalam kalkulator. Zaokrąglając, jakieś 5 tysięcy złotych. No dobra, chłop stracił majątek.
Ale procedura procedurą.
I tu zaczyna się prawdziwy cyrk.
Środek sezonu wakacyjnego. Czytaj: każdy pociąg to jebany Bangladesz na szynach. Nie ma znaczenia, czy TLK, czy Express, czy osobowy do Pcimia Dolnego. Wszędzie ludzie, wszędzie walizki, wszędzie dzieci drące mordę, a w kiblu warunki sanitarne jak po ewakuacji Czarnobyla.
Przychodzę do roboty, lukam w grafik.
Gdynia.
No ja pierdolę. W obie strony pełno ludzi. Co może pójść nie tak?
Konduktor z doświadczeniem na pociągu porównywalnym do skuteczności naszej reprezentacji w strzelaniu bramek. Czyli teoretycznie jest, praktycznie nie wiadomo, do czego służy.
Patrzę na zestawienie. Espresso z Krakowa do Helu. Wyjazd ze Wschodniej, potem Gdańsk. Myślę sobie: dobra, kurwa, damy radę. Przecież nie takie rzeczy człowiek widział.
Pociąg przyjeżdża 15 minut w dupę, bo oczywiście trzeba było poczekać na opóźnionych pasażerów z Kijowa. Ale chuj, jedziemy.
I już na dzień dobry krakowska załoga przekazuje nam raport z frontu:
- 12 kibli, czynnych 7.
- Zdalne sterowanie nie działa.
- Szczekaczka nie działa.
- WARS zdechł.
Jak to pepiki mówią: poruchany bez prądu.
Wspaniale. Wakacje, pełny skład, 15 minut opóźnienia, siedem kibli i WARS, który może zaoferować co najwyżej wspomnienia po kawie.
Na skargę już ustawia się pierdolony komitet kolejkowy. Kawa? Nie będzie. Jedzenie? Nie będzie. Może chociaż atrakcje? Proszę bardzo, mamy zapach toalety i możliwość obserwowania konduktora w stanie przedzawałowym.
Podchodzę do młodego.
- Samodzielny jesteś na składzie? Dasz radę z kontrolą?
- Tak, jasne. Ale może dałby pan numer telefonu, tak na wszelki wypadek.
Kurwa.
Zaimponował mi chłopak. Nie dość, że pewny siebie, to jeszcze wie, że życie potrafi przypierdolić znienacka.
Daję numer i ruszam ogarniać ten pierdolnik.
WARS zdechł przez bezpiecznik przetwornicy. W połowie kibli gówno postanowiło opuścić swoje naturalne środowisko i zacząć karierę w pionie. Co mogłem, zrestartowałem. Co się dało, uruchomiłem. Reszta została przekazana wyższym siłom i Matce Boskiej Kolejowej.
Szczekaczka? W pierwszej klasie działa. W służbowym nie, bo linia zajęta. Czyli pociąg może informować pasażerów, ale tylko tych, którzy mają odpowiedni status społeczny.
Ogarnąłem, co mogłem, siadam robić papiery.
Myślę: do Malborka spokojnie ogarnę dokumentację, potem wyjdę na kontrolę.
I wtedy dzwoni telefon.
Młody.
- Panie, może pan przyjść do pierwszego wagonu? Jest tu pan bez dokumentów.
No dobra. Idziemy.
Chłopak prawie cały skład objechał kontrolą, więc trzeba go wesprzeć. Wstaję, przechodzę sześć wagonów i otwieram drzwi pierwszego.
I wtedy mnie uderza.
Zapach.
Kurwa, zapach.
Mieszanka menelaose po tygodniowym braku prysznica, starego moczu, przepoconej żonobijki i sera spod napleta. Coś pomiędzy szatnią po meczu B klasy a piwnicą, w której od 1998 roku nikt nie otwierał okna.
Idę dalej.
A tam siedzi ON.
Rozjebany w przedsionku jak krowa w oborze. Ryj czerwony, oczy szkliste, a morda pracuje na pełnych obrotach.
Młody stoi obok i chyba właśnie zastanawia się, czy konduktor może złożyć wypowiedzenie w trybie natychmiastowym.
No ale nic. Trzeba uczyć padawana rzemiosła.
Włączam pełną kulturę osobistą.
- Dzień dobry. Wtórna odprawa podróżnych. Poproszę bilet do kontroli.
- PANIE, OKRADLI MNIE!
Każdego okradają, kurwa. Taki kraj.
- Miałem pieniądze z Niemiec! Wracam! Miałem 1200 euro! Widział pan kiedyś takie pieniądze?! Ja cały miesiąc, od świtu do nocy, na to zapierdalałem!
W głowie odpalam kalkulator. Zaokrąglając, jakieś 5 tysięcy złotych. No dobra, chłop stracił majątek.
Ale procedura procedurą.
I tu zaczyna się prawdziwy cyrk.
- Poproszę bilet do kontroli.
- PANIE, OKRADLI MNIE!
Każdego okradają, kurwa. Taki kraj.
- Miałem pieniądze z Niemiec! Wracam! Miałem 1200 euro! Widział pan kiedyś takie pieniądze?! Ja cały miesiąc, od świtu do nocy, na to zapierdalałem!
W głowie odpalam kalkulator. Zaokrąglając, jakieś 5 tysięcy złotych. No dobra, chłop stracił majątek.
Ale procedura procedurą.
- Czy posiada pan bilet na przejazd?
-
- WYPIERDALAJ, CHUJU! MÓWIĘ, ŻE MNIE OKRADLI! JA DO DOMU JADĘ!
Po czym typ rzuca we mnie butelką po Pepsi i zaczyna machać łapami jak wiatrak podczas huraganu.
No i mnie odpalił.
Patrzę w rozkład. Zaraz Prabuty.
Biorę radio.
- Maszynista, jak się słyszymy?
- Na piątkę, kieras. Co tam?
- Zamawiam nieplanowy postój na wysadzenie klienta bez honoru, czci i wiary.
- Jasne, wodzu. Przystanek na rządzenie.
Kurwa, kocham tę robotę.
Mija może minuta.
I nagle czuję jebnięcie hamulca.
Typ się podrywa, idzie na mnie z łapami. Ja odruchowo łapię gaśnicę. Dał nam przykład Braun, jak zwyciężać mamy.
W jednej ręce gaśnica, w drugiej szczekaczka, a w głowie tylko jedna myśl: oby nie trzeba było tego wszystkiego wpisywać w raport.
Włączam komunikat:
- Szanowni Państwo, nieplanowany postój pociągu spowodowany agresywnym zachowaniem pasażera.
Pociąg staje.
Patrzę na gościa.
- Zielony przycisk i się zwijamy.
Typ nadal bluzga, wyzywa wszystkich od najgorszych, ale w końcu opuszcza pociąg.
Ja wychodzę za nim, bo przecież trzeba jeszcze dać odjazd.
I wtedy zaczyna się finał.
Maszynista wygląda z kabiny, ja patrzę na typa, a ten, kurwa, postanawia przejść do prezentacji swoich walorów osobistych.
Zdejmuje spodnie.
I zaczyna machać fujarą.
Stoję, patrzę na znak i próbuję zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.
Myślałem, że Prabuty, a tu jednak Susz.
- Odjazd, mechaniku.
- Aj, aj, wodzu.
I pojechaliśmy.
---
PODSUMOWANIE DNIA:
☑ Siedem czynnych kibli na dwanaście.
☑ WARS zdechł. Ale wskrzesiłem
☑ Szczekaczka działa tylko tam, gdzie nie jest potrzebna - Ogarnięta
☑ Młody zaliczył pierwszą samodzielną kontrolę.
☑ Pasażer bez biletu został wysadzony.
☑ Gaśnica pozostała niewykorzystana.
☑ Jeden obywatel zaprezentował przyrodzenie na szlaku kolejowym.
☑ Kawa nie została wydana.
☑ Godność zawodowa została wystawiona na próbę.
I wiecie co?
Warto było
PKP Intercity. Podróżuj z nami. Nigdy nie wiesz, kto wysiądzie, a kto pokaże ci fiuta.
- PANIE, OKRADLI MNIE!
Każdego okradają, kurwa. Taki kraj.
- Miałem pieniądze z Niemiec! Wracam! Miałem 1200 euro! Widział pan kiedyś takie pieniądze?! Ja cały miesiąc, od świtu do nocy, na to zapierdalałem!
W głowie odpalam kalkulator. Zaokrąglając, jakieś 5 tysięcy złotych. No dobra, chłop stracił majątek.
Ale procedura procedurą.
- Czy posiada pan bilet na przejazd?
-
- WYPIERDALAJ, CHUJU! MÓWIĘ, ŻE MNIE OKRADLI! JA DO DOMU JADĘ!
Po czym typ rzuca we mnie butelką po Pepsi i zaczyna machać łapami jak wiatrak podczas huraganu.
No i mnie odpalił.
Patrzę w rozkład. Zaraz Prabuty.
Biorę radio.
- Maszynista, jak się słyszymy?
- Na piątkę, kieras. Co tam?
- Zamawiam nieplanowy postój na wysadzenie klienta bez honoru, czci i wiary.
- Jasne, wodzu. Przystanek na rządzenie.
Kurwa, kocham tę robotę.
Mija może minuta.
I nagle czuję jebnięcie hamulca.
Typ się podrywa, idzie na mnie z łapami. Ja odruchowo łapię gaśnicę. Dał nam przykład Braun, jak zwyciężać mamy.
W jednej ręce gaśnica, w drugiej szczekaczka, a w głowie tylko jedna myśl: oby nie trzeba było tego wszystkiego wpisywać w raport.
Włączam komunikat:
- Szanowni Państwo, nieplanowany postój pociągu spowodowany agresywnym zachowaniem pasażera.
Pociąg staje.
Patrzę na gościa.
- Zielony przycisk i się zwijamy.
Typ nadal bluzga, wyzywa wszystkich od najgorszych, ale w końcu opuszcza pociąg.
Ja wychodzę za nim, bo przecież trzeba jeszcze dać odjazd.
I wtedy zaczyna się finał.
Maszynista wygląda z kabiny, ja patrzę na typa, a ten, kurwa, postanawia przejść do prezentacji swoich walorów osobistych.
Zdejmuje spodnie.
I zaczyna machać fujarą.
Stoję, patrzę na znak i próbuję zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.
Myślałem, że Prabuty, a tu jednak Susz.
- Odjazd, mechaniku.
- Aj, aj, wodzu.
I pojechaliśmy.
---
PODSUMOWANIE DNIA:
☑ Siedem czynnych kibli na dwanaście.
☑ WARS zdechł. Ale wskrzesiłem
☑ Szczekaczka działa tylko tam, gdzie nie jest potrzebna - Ogarnięta
☑ Młody zaliczył pierwszą samodzielną kontrolę.
☑ Pasażer bez biletu został wysadzony.
☑ Gaśnica pozostała niewykorzystana.
☑ Jeden obywatel zaprezentował przyrodzenie na szlaku kolejowym.
☑ Kawa nie została wydana.
☑ Godność zawodowa została wystawiona na próbę.
I wiecie co?
Warto było
PKP Intercity. Podróżuj z nami. Nigdy nie wiesz, kto wysiądzie, a kto pokaże ci fiuta.