Humor
7 godz.
22
Anon level 24
Ponad pół roku po studiach szukasz pracy w branży
Kryzys, covid, potem ai, wymiotło niemal wszystko dla juniorów. To co się pojawia dostaje z bomby 1k podań w pierwszą dobę
Mieszkasz na wypiździejewie i widzisz ofertę z twojego miasta dla it admina
Orgazm, to jest dokładnie twoja specka i to co chciałbyś robić
Masz rozmowę i mają się odezwać do końca tygodnia, jak nie, to znaczy że posadka przepadła
Cisza, myślisz sobie no chuj szkoda, lecimy dalej
Po miesiącu telefon, czy dalej jesteś zainteresowany.
Error 404, dziwne w chuj, nagle cię chcą?
No dobra, miałeś już podpisywać umowę w innej firmie, całkiem ciekawej ale poza IT. Wchodzisz w to, następnego dnia masz zacząć.
Kolejny error, jak kolejnego dnia? No dobra chuj mówią że dostaniesz zlecenie wstecz żebyś nie jebał za darmo.
Przychodzisz, okazuje się że masz robić BEZPOŚREDNIO W ZAKŁADNIE PRZETWÓRSTWA RYB. Nie, nie w biurach tegoż zakładu.
Nagle okazuje się również że nie masz książeczki sanepidowskie. BHPowiec o tym słyszy - "jak to kurwa cię wzięli bez? Dobra szybko zrobisz i będzie git"
Czekasz pierdoloną godzinę w biurze HR, na gościa co ma cię zgarnąć. Hindus ma cię uczyć i jest tutaj głównym technikiem od IT.
Stres w chuj, pierwszy dzień w robocie full eng, no ale dobra hindus mniej ogarnia od ciebie ogarniesz to.
Ale chwila. Miał tu być twój buddy główny IT admin, żeby cię wdrożyć, a ty latasz za hindusem i w sumie chuj wie co się dzieje.
Biuro IT jest w samym centrum FABA, w byłym laboratorium żywności - bez okien, bez normalnych biurek.
Ja pierdolę to się nie dzieję, miała być hybryda, ogarnąć miesiąc wdrożenie całego pakietu MS, zarządzania sieciom i nara.
Kurwa mać. Ważysz za i przeciw co tu się odpierdala. Chodzisz po wszystkich biurach po jakieś umowy, szkolenia i dociera do ciebie, że nikt nie wie kim jest twój buddy - nikt to tam nigdy nie widział. Okazuje się, że on 2 msc się tam nie pojawiał i nie ma zamiaru, wdraża cię hindus który ogarnia angielski na poziomie A2.
Panika, przecież tego nie da się tak zrobić.
Pękłem w momencie wycieczki do serwerowni...
Idziemy do warsztatu, z warsztatu prowadzą schody w górę, gdzie znajduje się grota głównego inżyniera. Wszędzie regały, śrubki, narzędzia i siedzi ON. Główny sprawca, funkcjonowania linii produkcyjnej. Hindus coś do niego gada, ledwo go rozumiesz, facet mu odpowiada w końcu zrozumiałym angielskim i tłumaczy coś o jakimś złączu. Po czym wyciąga pierdoloną biblię gutenberga, księgę zakazaną, przekazaną żymianom na synaju.... Dokumentację tej pierdolonej linii pamiętającą chyba kwaśniewskiego... Pokazuje mu na niej coś palcem i idziemy.
Idziemy dalej w góre tymi samymi schodami.
Jesteśmy na poddaszu, wszędzie przęsła, rury od klimatyzacji, kable. Idę za tym hindusem i moim oczom ukazuje się szafa rack na samym środku pierdolonego poddasza....
Nie bardzo kumam co my tu robimy, ale facet w kompletnych ciemnościach zarabia skrętkę. Potem mówi żebym ją podawał, zaczyna małpie figle na korytkach kablowych i idzie na drugi koniec hali. Podaje przewód przez podłogę do hali produkcyjnej.
Ja pierdolę co tu się dziej. Oczami wyobraźni widzisz jak zaraz jakiś kabel 400 volt cię jebnie i jest po tobie. Kurwa przecież ja jeszcze umowy nie dostałem. ACHTUNG ACHTUNG.
Odpala ci się tryb paniki, nie chcesz tutaj kurwa być, siedzisz na jakimś jebanym poddaszu. W każdym korytarzu mijasz jebanych ciapatych robiących za wyrobników, wszędzie jebie rybom, nawet w "biurze".
Przyznam się że tak blisko ataku paniki nie byłem nawet w trakcie zabaw asgej, kiedy petardy leciał nam do okopu.
Kurwa co zrobić... Mówię hindusowi że idę pogadać z kadrami o umowie. Ona mi podsuwa jakieś gówno za 5k brutto, gdzie niby zgadzają się obowiązki ale kurwa nie w takich warunkach...
Sprzeciwiasz się takiej chujni i mówisz że nie możesz tego podpisać
Ona ukrywa agresję, no ale musi przyjąć taki fakt.
Gówno umowa żeby rozliczyć się za jeden dzień... ehh chociaż cię nie wyruchali na hajs.
Ponad pół roku po studiach szukasz pracy w branży
Kryzys, covid, potem ai, wymiotło niemal wszystko dla juniorów. To co się pojawia dostaje z bomby 1k podań w pierwszą dobę
Mieszkasz na wypiździejewie i widzisz ofertę z twojego miasta dla it admina
Orgazm, to jest dokładnie twoja specka i to co chciałbyś robić
Masz rozmowę i mają się odezwać do końca tygodnia, jak nie, to znaczy że posadka przepadła
Cisza, myślisz sobie no chuj szkoda, lecimy dalej
Po miesiącu telefon, czy dalej jesteś zainteresowany.
Error 404, dziwne w chuj, nagle cię chcą?
No dobra, miałeś już podpisywać umowę w innej firmie, całkiem ciekawej ale poza IT. Wchodzisz w to, następnego dnia masz zacząć.
Kolejny error, jak kolejnego dnia? No dobra chuj mówią że dostaniesz zlecenie wstecz żebyś nie jebał za darmo.
Przychodzisz, okazuje się że masz robić BEZPOŚREDNIO W ZAKŁADNIE PRZETWÓRSTWA RYB. Nie, nie w biurach tegoż zakładu.
Nagle okazuje się również że nie masz książeczki sanepidowskie. BHPowiec o tym słyszy - "jak to kurwa cię wzięli bez? Dobra szybko zrobisz i będzie git"
Czekasz pierdoloną godzinę w biurze HR, na gościa co ma cię zgarnąć. Hindus ma cię uczyć i jest tutaj głównym technikiem od IT.
Stres w chuj, pierwszy dzień w robocie full eng, no ale dobra hindus mniej ogarnia od ciebie ogarniesz to.
Ale chwila. Miał tu być twój buddy główny IT admin, żeby cię wdrożyć, a ty latasz za hindusem i w sumie chuj wie co się dzieje.
Biuro IT jest w samym centrum FABA, w byłym laboratorium żywności - bez okien, bez normalnych biurek.
Ja pierdolę to się nie dzieję, miała być hybryda, ogarnąć miesiąc wdrożenie całego pakietu MS, zarządzania sieciom i nara.
Kurwa mać. Ważysz za i przeciw co tu się odpierdala. Chodzisz po wszystkich biurach po jakieś umowy, szkolenia i dociera do ciebie, że nikt nie wie kim jest twój buddy - nikt to tam nigdy nie widział. Okazuje się, że on 2 msc się tam nie pojawiał i nie ma zamiaru, wdraża cię hindus który ogarnia angielski na poziomie A2.
Panika, przecież tego nie da się tak zrobić.
Pękłem w momencie wycieczki do serwerowni...
Idziemy do warsztatu, z warsztatu prowadzą schody w górę, gdzie znajduje się grota głównego inżyniera. Wszędzie regały, śrubki, narzędzia i siedzi ON. Główny sprawca, funkcjonowania linii produkcyjnej. Hindus coś do niego gada, ledwo go rozumiesz, facet mu odpowiada w końcu zrozumiałym angielskim i tłumaczy coś o jakimś złączu. Po czym wyciąga pierdoloną biblię gutenberga, księgę zakazaną, przekazaną żymianom na synaju.... Dokumentację tej pierdolonej linii pamiętającą chyba kwaśniewskiego... Pokazuje mu na niej coś palcem i idziemy.
Idziemy dalej w góre tymi samymi schodami.
Jesteśmy na poddaszu, wszędzie przęsła, rury od klimatyzacji, kable. Idę za tym hindusem i moim oczom ukazuje się szafa rack na samym środku pierdolonego poddasza....
Nie bardzo kumam co my tu robimy, ale facet w kompletnych ciemnościach zarabia skrętkę. Potem mówi żebym ją podawał, zaczyna małpie figle na korytkach kablowych i idzie na drugi koniec hali. Podaje przewód przez podłogę do hali produkcyjnej.
Ja pierdolę co tu się dziej. Oczami wyobraźni widzisz jak zaraz jakiś kabel 400 volt cię jebnie i jest po tobie. Kurwa przecież ja jeszcze umowy nie dostałem. ACHTUNG ACHTUNG.
Odpala ci się tryb paniki, nie chcesz tutaj kurwa być, siedzisz na jakimś jebanym poddaszu. W każdym korytarzu mijasz jebanych ciapatych robiących za wyrobników, wszędzie jebie rybom, nawet w "biurze".
Przyznam się że tak blisko ataku paniki nie byłem nawet w trakcie zabaw asgej, kiedy petardy leciał nam do okopu.
Kurwa co zrobić... Mówię hindusowi że idę pogadać z kadrami o umowie. Ona mi podsuwa jakieś gówno za 5k brutto, gdzie niby zgadzają się obowiązki ale kurwa nie w takich warunkach...
Sprzeciwiasz się takiej chujni i mówisz że nie możesz tego podpisać
Ona ukrywa agresję, no ale musi przyjąć taki fakt.
Gówno umowa żeby rozliczyć się za jeden dzień... ehh chociaż cię nie wyruchali na hajs.