Polityka
1 r
33
Grzegorz Braun już dawno pisał o kontrowersjach wokół Auschwitz – to nie jest nic nowego. W 2015 roku w książce „Stałe warianty gry” poruszał te same tematy, które dziś wzbudzają tyle emocji: sugerował, że pokazywana turystom komora gazowa to powojenna rekonstrukcja, a cała oficjalna narracja o obozie jest mocno przefiltrowana przez propagandę i politykę.
Obecne wypowiedzi Brauna to po prostu powrót do starych tez z jego książki – niczego nowego nie wymyślił, tylko powtarza to, co już wcześniej opisał.
Obecne wypowiedzi Brauna to po prostu powrót do starych tez z jego książki – niczego nowego nie wymyślił, tylko powtarza to, co już wcześniej opisał.
Wywiad, o którym mowa w tekście, to rozmowa przeprowadzona w 1992 roku przez Davida Cole'a, amerykańskiego publicystę o poglądach rewizjonistycznych, z dr. Franciszkiem Piperem w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Wywiad ten został nagrany na wideo i jest szeroko dostępny w internecie pod tytułem „David Cole interviews Dr. Franciszek Piper”. W trakcie rozmowy Cole zadawał pytania dotyczące autentyczności komory gazowej prezentowanej zwiedzającym w Auschwitz I, a Piper wyjaśniał, że obecna komora gazowa jest rekonstrukcją powojenną, odtworzoną na podstawie dokumentacji i relacji świadków, ponieważ oryginalna została po wojnie przebudowana przez Niemców na schron przeciwlotniczy.
Wspomniany siedemnastoletni Aleksander Stawiski, był bratem
ciotecznym matki Grzegorza Brauna. Często o nim wspomina i w związku z tym Braun nie neguje, że niemieckie obozy zagłady były miejscem mordowania Polaków oraz innych nacji.
ciotecznym matki Grzegorza Brauna. Często o nim wspomina i w związku z tym Braun nie neguje, że niemieckie obozy zagłady były miejscem mordowania Polaków oraz innych nacji.
W listopadzie 1941 roku Polska Marynarka Wojenna przejęła w amerykańskiej bazie w New London okręt podwodny typu „S”. Jednostka ta, mimo przeprowadzonego remontu, była w fatalnym stanie technicznym po wieloletniej służbie w US Navy. Polscy marynarze żartowali, że największym atutem nowego nabytku była… lodówka. Okręt nazwano „Jastrząb”, a jego dowódcą został kapitan Bolesław Romanowski – przyszły as polskich sił podwodnych.
W kwietniu 1942 roku ORP „Jastrząb” otrzymał swoje pierwsze zadanie bojowe: miał osłaniać konwój PQ-15 płynący z Reykjaviku do Murmańska. Konwój składał się z 25 statków i 14 okrętów eskorty. Dodatkowo w jego zabezpieczeniu brały udział dwa brytyjskie krążowniki i siły główne brytyjskiej floty wspierane przez eskadrę amerykańską. Głównym zadaniem „Jastrzębia” i trzech innych alianckich okrętów podwodnych było ostrzeganie przed ewentualnym wyjściem z fiordów niemieckich pancerników, w tym groźnego „Tirpitza”. Polski okręt miał patrolować sektor około 200 mil na południowy zachód od Tromsø. Wypłynął na morze 25 kwietnia, jednak podróż odbywała się w wyjątkowo trudnych warunkach – sztorm i śnieżyca skutecznie utrudniały nawigację.
W kwietniu 1942 roku ORP „Jastrząb” otrzymał swoje pierwsze zadanie bojowe: miał osłaniać konwój PQ-15 płynący z Reykjaviku do Murmańska. Konwój składał się z 25 statków i 14 okrętów eskorty. Dodatkowo w jego zabezpieczeniu brały udział dwa brytyjskie krążowniki i siły główne brytyjskiej floty wspierane przez eskadrę amerykańską. Głównym zadaniem „Jastrzębia” i trzech innych alianckich okrętów podwodnych było ostrzeganie przed ewentualnym wyjściem z fiordów niemieckich pancerników, w tym groźnego „Tirpitza”. Polski okręt miał patrolować sektor około 200 mil na południowy zachód od Tromsø. Wypłynął na morze 25 kwietnia, jednak podróż odbywała się w wyjątkowo trudnych warunkach – sztorm i śnieżyca skutecznie utrudniały nawigację.
Po dotarciu na pozycję sytuacja nie uległa poprawie – pogoda nadal była fatalna, a okręt zaczęły nękać poważne awarie techniczne. Uszkodzony ster dziobowy uniemożliwiał utrzymanie właściwej głębokości. Kapitan Romanowski zwołał naradę z oficerami, rozważając przerwanie misji. Choć stan okrętu to uzasadniał, podjęto decyzję o kontynuowaniu zadania.
Niestety, pech nie opuszczał załogi. Piątego dnia sztorm zerwał część pokładu, co zmusiło „Jastrzębia” do zejścia głębiej – niestety kosztem możliwości prowadzenia obserwacji. Dlatego Romanowski zarządził wynurzanie się co pół godziny na głębokość peryskopową.
2 maja około godziny 14.00 polscy hydroakustycy zarejestrowali dźwięk śrub – po wynurzeniu Romanowski dostrzegł niemieckiego U-boota w odległości zaledwie 400 metrów. Warunki do ataku były idealne, ale niesprawny ster sprawił, że okręt nagle zszedł na większą głębokość. Gdy znów wynurzył się na peryskopową, niemieckiej jednostki już nie było. Wydarzenie to wspominał tak wspominał w liście "Niedokończony patrol" jeden z członków załogi pan Andrzej Guzowski:
"O trzeciej buczek alarmu bojowego poderwał wszystkich na nogi. Dowódca w ‘sudwestce’ na głowie dla ochrony przed kapiącą z dławnic peryskopu wodą, podaje mi dane na kalkulator torpedowy. Jest niemiecka łódź podwodna, wynurzyła się właśnie z naszej lewej burty. Robimy zwrot do strzału torpedowego… Brak jeszcze pięćdziesięciu stopni… Cholera, zanurzyła się! Wzięli prawdopodobnie obserwację słońca, które na chwilę pokazało się przez chmury i schowali się.
Podsłuch tylko przez kilka sekund słyszał ich śruby, potem stracił kontakt.
– Taki pech – narzekał dowódca. – Że też nie mogli na tę chwilę wynurzyć się przed naszym dziobem zamiast z burty!"
Niestety, pech nie opuszczał załogi. Piątego dnia sztorm zerwał część pokładu, co zmusiło „Jastrzębia” do zejścia głębiej – niestety kosztem możliwości prowadzenia obserwacji. Dlatego Romanowski zarządził wynurzanie się co pół godziny na głębokość peryskopową.
2 maja około godziny 14.00 polscy hydroakustycy zarejestrowali dźwięk śrub – po wynurzeniu Romanowski dostrzegł niemieckiego U-boota w odległości zaledwie 400 metrów. Warunki do ataku były idealne, ale niesprawny ster sprawił, że okręt nagle zszedł na większą głębokość. Gdy znów wynurzył się na peryskopową, niemieckiej jednostki już nie było. Wydarzenie to wspominał tak wspominał w liście "Niedokończony patrol" jeden z członków załogi pan Andrzej Guzowski:
"O trzeciej buczek alarmu bojowego poderwał wszystkich na nogi. Dowódca w ‘sudwestce’ na głowie dla ochrony przed kapiącą z dławnic peryskopu wodą, podaje mi dane na kalkulator torpedowy. Jest niemiecka łódź podwodna, wynurzyła się właśnie z naszej lewej burty. Robimy zwrot do strzału torpedowego… Brak jeszcze pięćdziesięciu stopni… Cholera, zanurzyła się! Wzięli prawdopodobnie obserwację słońca, które na chwilę pokazało się przez chmury i schowali się.
Podsłuch tylko przez kilka sekund słyszał ich śruby, potem stracił kontakt.
– Taki pech – narzekał dowódca. – Że też nie mogli na tę chwilę wynurzyć się przed naszym dziobem zamiast z burty!"
Tymczasem pogarszające się warunki dały się we znaki również konwojowi – na jego trasie pojawił się lód, a ryzyko kolizji z górą lodową stało się realne. Dlatego trasę przesunięto bardziej na południe – przypadkowo przez sektor patrolowany przez „Jastrzębia”. Co gorsza, nie przekazano tej informacji dowódcom eskorty, więc każda niezidentyfikowana jednostka była traktowana jak wróg.
Tego samego dnia, około godziny 19:40, załoga „Jastrzębia” znów usłyszała dźwięki śrub. Po wynurzeniu Romanowski rozpoznał amerykański niszczyciel i brytyjski trałowiec. Wkrótce polski okręt ponownie zanurkował, a potem znów wyszedł na peryskopową – wtedy dało się już słyszeć sonarowe „pingi”, oznaczające, że został wykryty.
Polska załoga miała wybór – albo zejść na dużą głębokość, albo wynurzyć się i zidentyfikować jako sojusznicy. Romanowski wybrał drugą opcję i dał sygnał rozpoznawczy w postaci żółtej flary. Mimo to niszczyciel zaatakował bombami głębinowymi. Kolejna flara wywołała drugą serię. Później do akcji przystąpił trałowiec, ale i tym razem udało się uniknąć bezpośrednich trafień. Niestety, bliskie wybuchy poważnie uszkodziły okręt: zgasło światło, silniki przestały działać, akumulatory zaczęły wydzielać trujący chlor, a kadłub przeciekał.
Tego samego dnia, około godziny 19:40, załoga „Jastrzębia” znów usłyszała dźwięki śrub. Po wynurzeniu Romanowski rozpoznał amerykański niszczyciel i brytyjski trałowiec. Wkrótce polski okręt ponownie zanurkował, a potem znów wyszedł na peryskopową – wtedy dało się już słyszeć sonarowe „pingi”, oznaczające, że został wykryty.
Polska załoga miała wybór – albo zejść na dużą głębokość, albo wynurzyć się i zidentyfikować jako sojusznicy. Romanowski wybrał drugą opcję i dał sygnał rozpoznawczy w postaci żółtej flary. Mimo to niszczyciel zaatakował bombami głębinowymi. Kolejna flara wywołała drugą serię. Później do akcji przystąpił trałowiec, ale i tym razem udało się uniknąć bezpośrednich trafień. Niestety, bliskie wybuchy poważnie uszkodziły okręt: zgasło światło, silniki przestały działać, akumulatory zaczęły wydzielać trujący chlor, a kadłub przeciekał.
Romanowski zarządził wynurzenie. Gdy „Jastrząb” pojawił się między alianckimi jednostkami, obie otworzyły ogień. Jako pierwszy na pokład wyskoczył sygnalista Thomas Beard – zginął natychmiast. Romanowski został ranny w nogi. Widząc, że niszczyciel próbuje staranować okręt, rozkazał otworzyć włazy i wyprowadzić załogę na pokład. Radiotelegrafista Martin Dowd nadał znaki rozpoznawcze i trałowiec natychmiast przerwał ogień. Niszczyciel jednak ponownie otworzył ogień z bliska, doszło do prawdziwej masakry. Romanowski uniósł zakrwawioną polską banderę. Dopiero wtedy ogień ustał. Z niszczyciela padło pytanie:
– Are you German?
– We are Polish submarine “Jastrząb”! Can’t you see “P-551”? Bloody fool! – odpowiedział kapitan.
Jak się okazało, ataku dokonały norweski niszczyciel „St. Albans” i brytyjski trałowiec HMS „Seagull”. Obie jednostki przystąpiły do ratowania załogi. „Jastrząb” był jednak zbyt mocno uszkodzony i musiał zostać dobity ogniem artylerii.
A tak pisał o tym pan Andrzej Guzowski:
Obudził mnie wzmożony ruch. Wylazłem z koi i usłyszałem rozkaz:
– Odpalić świecę rozpoznawczą!
W tej samej chwili, tuż przy burcie, trzasnęła przeraźliwie bomba. Z lampy spadła żarówka i rozbiła się u moich stóp. W centrali dowódca mówi spokojnie:
– To nic, to tylko pierwsza bomba… Po chwili peryskop idzie w górę i….
– Zejść głęboko! Czy świeca rozpoznawcza odpalona?
– Tak!
Wybuchają cztery bomby, jedna po drugiej. Urywają się manometry głębokości i szkło z jednego wali mi się na łeb.
– Dyziu, niech pan idzie na dziób i podaje głębokości stamtąd przez telefon – mówi mi dowódca.
Strzelamy jeszcze dwie świece rozpoznawcze. Przecież to nasi nas atakują. Dostajemy jeszcze pięć serii bomb. Bardzo bliskich. Pęka przewód sprężonego powietrza do aparatów torpedowych. Gwizd jak diabli… W maszynowni dwie blachy kadłuba ścięły nity i woda trysnęła do wewnątrz. Rozwalony i pęknięty twornik prądnicy straszy poplątanymi kablami i szczerzy błyszczące jak złote zęby segmenty. Brudne, żółtozielone kłęby gazu wydobywają się z rufowej baterii…
Otwarto szas. Powietrze wysokiego ciśnienia wyrzuciło okręt na powierzchnię. Po chwili doszły do moich uszu stuki strzałów z broni automatycznej. Okręt nasz powoli pochylił się na rufę, nabierając wody…
W wyniku tragicznej pomyłki zginęło trzech Polaków i dwóch Brytyjczyków, a 16 członków załogi, w tym kapitan, zostało rannych. Komisja Admiralicji uznała, że doszło do nieszczęśliwego splotu okoliczności: złych warunków pogodowych, awarii technicznych oraz błędów w komunikacji. Choć działania alianckich jednostek uznano za usprawiedliwione, doceniono bohaterską postawę załogi „Jastrzębia” i dowódcy. Niezrozumiałe jednak jest to, dlaczego Admiralicja od tak "machnęła ręką" na karygonde zachowanie załóg okrętów, a bardziej dowodzących, którzy nie zwracali uwagi na żółte race sygnałowe identyfikujące sojuszniczą jednostkę, za co dostali tylko nagany...
W ramach rekompensaty Polsce przekazano nowoczesny okręt podwodny – ORP „Dzik”, bliźniaka słynnego „Sokoła”. Dowództwo objął ponownie kpt. Romanowski, a jego załogę stanowili w dużej części ocaleni z „Jastrzębia”. Niestety, życia tych, którzy zginęli, nic już nie mogło przywrócić.
Źródła:
Borowiak M., Mała flota bez mitów, Warszawa 2010.
Borowiak M., Stalowe drapieżniki. Polskie okręty podwodne 1926-1947, Warszawa 2013.
Jarski A., ORP Jastrząb. Przejęcie okrętu, „Morze, Statki i Okręty”, 2018, nr 7-8.
Romanowski B., Torpeda w celu, Warszawa 1985.
– Are you German?
– We are Polish submarine “Jastrząb”! Can’t you see “P-551”? Bloody fool! – odpowiedział kapitan.
Jak się okazało, ataku dokonały norweski niszczyciel „St. Albans” i brytyjski trałowiec HMS „Seagull”. Obie jednostki przystąpiły do ratowania załogi. „Jastrząb” był jednak zbyt mocno uszkodzony i musiał zostać dobity ogniem artylerii.
A tak pisał o tym pan Andrzej Guzowski:
Obudził mnie wzmożony ruch. Wylazłem z koi i usłyszałem rozkaz:
– Odpalić świecę rozpoznawczą!
W tej samej chwili, tuż przy burcie, trzasnęła przeraźliwie bomba. Z lampy spadła żarówka i rozbiła się u moich stóp. W centrali dowódca mówi spokojnie:
– To nic, to tylko pierwsza bomba… Po chwili peryskop idzie w górę i….
– Zejść głęboko! Czy świeca rozpoznawcza odpalona?
– Tak!
Wybuchają cztery bomby, jedna po drugiej. Urywają się manometry głębokości i szkło z jednego wali mi się na łeb.
– Dyziu, niech pan idzie na dziób i podaje głębokości stamtąd przez telefon – mówi mi dowódca.
Strzelamy jeszcze dwie świece rozpoznawcze. Przecież to nasi nas atakują. Dostajemy jeszcze pięć serii bomb. Bardzo bliskich. Pęka przewód sprężonego powietrza do aparatów torpedowych. Gwizd jak diabli… W maszynowni dwie blachy kadłuba ścięły nity i woda trysnęła do wewnątrz. Rozwalony i pęknięty twornik prądnicy straszy poplątanymi kablami i szczerzy błyszczące jak złote zęby segmenty. Brudne, żółtozielone kłęby gazu wydobywają się z rufowej baterii…
Otwarto szas. Powietrze wysokiego ciśnienia wyrzuciło okręt na powierzchnię. Po chwili doszły do moich uszu stuki strzałów z broni automatycznej. Okręt nasz powoli pochylił się na rufę, nabierając wody…
W wyniku tragicznej pomyłki zginęło trzech Polaków i dwóch Brytyjczyków, a 16 członków załogi, w tym kapitan, zostało rannych. Komisja Admiralicji uznała, że doszło do nieszczęśliwego splotu okoliczności: złych warunków pogodowych, awarii technicznych oraz błędów w komunikacji. Choć działania alianckich jednostek uznano za usprawiedliwione, doceniono bohaterską postawę załogi „Jastrzębia” i dowódcy. Niezrozumiałe jednak jest to, dlaczego Admiralicja od tak "machnęła ręką" na karygonde zachowanie załóg okrętów, a bardziej dowodzących, którzy nie zwracali uwagi na żółte race sygnałowe identyfikujące sojuszniczą jednostkę, za co dostali tylko nagany...
W ramach rekompensaty Polsce przekazano nowoczesny okręt podwodny – ORP „Dzik”, bliźniaka słynnego „Sokoła”. Dowództwo objął ponownie kpt. Romanowski, a jego załogę stanowili w dużej części ocaleni z „Jastrzębia”. Niestety, życia tych, którzy zginęli, nic już nie mogło przywrócić.
Źródła:
Borowiak M., Mała flota bez mitów, Warszawa 2010.
Borowiak M., Stalowe drapieżniki. Polskie okręty podwodne 1926-1947, Warszawa 2013.
Jarski A., ORP Jastrząb. Przejęcie okrętu, „Morze, Statki i Okręty”, 2018, nr 7-8.
Romanowski B., Torpeda w celu, Warszawa 1985.
2
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Od kilku lat z krótkimi przerwami podnoszona jest sprawa zakupienia przez Polskę okrętów podwodnych w ramach programu „Orka”. Dzieje się tak, ponieważ z roku na rok Dywizjon Okrętów Podwodnych był stale uszczuplany o kolejne jednostki, które z powodu swojego złego stanu technicznego i przestarzałych systemów były skreślane z listy floty. W ostatnich latach wycofano kilka jednostek typu „Kobben” (jednym z nich jest wyeksponowany w Muzeum Marynarki wojennej i lada dzień udostępniony do zwiedzania ORP „Sokół”), a ostatnią jednostką która podtrzymuje jeszcze podwodną tradycję w Polskiej Marynarce Wojennej (a raczej skansenem lat 80, którą nikt nie zdecydował się zmodernizować) jest ORP „Orzeł” – jednostka typu Kilo. Problem zakupienia nowych okrętów nie jest jednak żadną nowością, ponieważ ciągnie się nieprzerwanie od lat 90 XX w., kiedy to zdano sobie sprawę z konieczności zmodernizowania sypiącej się marynarki, zwłaszcza, gdy Polska przystępowała do NATO. I tak, wymienione wyżej małe okręty typu „Kobben” (produkcji niemieckiej mające wyporność zaledwie ok. 450 t) zostały zakupione w 2002 r. przez PMW w celu zastąpienia przestarzałych radzieckich jednostek typu „Foxtrot”, co miało być tylko działaniem tymczasowym, które jednak zamiast max 5 lat trwało 20.
Za każdym razem gdy podnoszony jest temat zakupu tego typu jednostek, to automatycznie zaczyna się wielka narodowa dyskusja o zasadności posiadania takich okrętów. Wśród wielu słów sprzeciwu z narodowych gardeł „fachowców” sprzed telewizora pada argument o bezsensowności posiadania takowej broni na takiej „kałuży” jaką według ludzi jest Bałtyk. Ci bardziej zacięci przytaczają jako przykład losy polskich okrętów podwodnych w trakcie Kampanii Polskiej z 1939 r. nie mając jednak przy tym żadnego pojęcia i wiedzy, oprócz przyjętej i zakorzenionej w latach PRL-u oceny działań i skutków. No właśnie – wiedza. Nie będę ukrywał, że jest ona istotna i chodzi tu o tą taktyczną i tą historyczną, by zrozumieć zasadność posiadania przez Polskę okrętów podwodnych. Opierając się na tej drugiej postaram się zaprezentować skuteczność owej broni na akwenie do którego mamy dostęp.
Za każdym razem gdy podnoszony jest temat zakupu tego typu jednostek, to automatycznie zaczyna się wielka narodowa dyskusja o zasadności posiadania takich okrętów. Wśród wielu słów sprzeciwu z narodowych gardeł „fachowców” sprzed telewizora pada argument o bezsensowności posiadania takowej broni na takiej „kałuży” jaką według ludzi jest Bałtyk. Ci bardziej zacięci przytaczają jako przykład losy polskich okrętów podwodnych w trakcie Kampanii Polskiej z 1939 r. nie mając jednak przy tym żadnego pojęcia i wiedzy, oprócz przyjętej i zakorzenionej w latach PRL-u oceny działań i skutków. No właśnie – wiedza. Nie będę ukrywał, że jest ona istotna i chodzi tu o tą taktyczną i tą historyczną, by zrozumieć zasadność posiadania przez Polskę okrętów podwodnych. Opierając się na tej drugiej postaram się zaprezentować skuteczność owej broni na akwenie do którego mamy dostęp.
Żeby dogłębniej zrozumieć istotę zasadności okrętów podwodnych (dalej OP) na Bałtyku, zapoznać się trzeba z pierwszymi większymi jej działaniami, które miały miejsce podczas I wojny światowej (opieram się przy tym na wiedzy jaką nabyłem podczas zapoznawania się z działaniami minowymi na tym akwenie podczas tej wojny). W latach 1914-1918 Bałtyk stał się istotnym terenem działań frontu wschodniego, gdzie starła się Flota Bałtycka Carskiej Rosji i Kaiserliche Marine Niemiec, a także pojedyncze jednostki podwodne Royal Navy. Wydarzenia te oparły się przy tym na działaniach minowych i okrętach podwodnych, gdzie te dwa rodzaje broni skutecznie paraliżowały ruch na praktycznie całym akwenie doprowadzając do dużych strat po jednej i drugiej stronie (gdzie jednak Kaiserliche Marine poniosło większe). Już w pierwszym roku wojny OP zaczęły ukazywać swoją skuteczność posyłając na dno lub ciężko uszkadzając kolejne jednostki jednej i drugiej strony, jednak to w kolejnych latach począwszy od 1915 ten typ jednostek stał się istną zmorą. Niemieckie u-booty skutecznie zatapiały kolejne jednostki rosyjskie (a także pojedyncze neutralnych państw), jednak to działalność rosyjskich, a zwłaszcza brytyjskich OP pokazała prawdziwy potencjał tej broni, gdzie na masową skalę zatapiane były transportowce z rudą żelaza ze Szwecji, a którą tak bardzo potrzebowały Niemcy. Liczne sukcesy oparte były przy tym na dobrym skierowywaniu jednostek do konkretnych sektorów dozorowania i na odpowiednim ich dowodzeniu.
Wbrew powielanym bzdurom Bałtyk jest dobrym akwenem dla tego typu broni. Jest to morze, które można łatwo skontrolować, ale daje ono mnóstwo możliwości jak np.: słaba przejrzystość wody, liczne głębie, rowy morskie i stosunkowo mała powierzchnia. No ale chwila, czy to ostatnie co wymieniłem jest atutem? Odpowiedź brzmi – tak. Mała powierzchnia umożliwia łatwiejsze kontrolowanie ruchów statków i okrętów po akwenie dla jednej, ale i dla drugiej strony. Dzięki temu szybko informowane OP mogą w miarę szybko przejść do innego sektora dozorowania, gdzie wykryty został np. ruch jednostek przeciwnika, i tak przy mniejszej ilości tej broni można skutecznie na danym morzu zagrażać stronie przeciwnej, a nawet w razie wykrycia wymienione wyżej uwarunkowania mogą zostać wykorzystane do skutecznego umknięcia. Mała powierzchnia przekłada się także na bądź co bądź małe odległości do własnych baz i portów neutralnych, gdzie można uzupełnić zapasy i dokonać potrzebnych napraw. To wszystko było z powodzeniem wykorzystane właśnie podczas I wojny światowej.
Wbrew powielanym bzdurom Bałtyk jest dobrym akwenem dla tego typu broni. Jest to morze, które można łatwo skontrolować, ale daje ono mnóstwo możliwości jak np.: słaba przejrzystość wody, liczne głębie, rowy morskie i stosunkowo mała powierzchnia. No ale chwila, czy to ostatnie co wymieniłem jest atutem? Odpowiedź brzmi – tak. Mała powierzchnia umożliwia łatwiejsze kontrolowanie ruchów statków i okrętów po akwenie dla jednej, ale i dla drugiej strony. Dzięki temu szybko informowane OP mogą w miarę szybko przejść do innego sektora dozorowania, gdzie wykryty został np. ruch jednostek przeciwnika, i tak przy mniejszej ilości tej broni można skutecznie na danym morzu zagrażać stronie przeciwnej, a nawet w razie wykrycia wymienione wyżej uwarunkowania mogą zostać wykorzystane do skutecznego umknięcia. Mała powierzchnia przekłada się także na bądź co bądź małe odległości do własnych baz i portów neutralnych, gdzie można uzupełnić zapasy i dokonać potrzebnych napraw. To wszystko było z powodzeniem wykorzystane właśnie podczas I wojny światowej.
W czasie dwudziestolecia międzywojennego opierając się o ówcześnie funkcjonujące doktryny morskie, a także o doświadczenia Wielkiej Wojny Odrodzona Polska również skłoniła się do budowy OP, które przez pewien czas były jednostkami priorytetowymi do posiadania, doceniając ich możliwości i potencjał jaki dawał im właśnie Bałtyk. W II RP powstało 5 jednostek tego typu: OORP „Ryś”, „Wilk” (o którym już pisałem), „Żbik”, „Orzeł” (także o nim było) i „Sęp” (dwie kolejne nie zostały ukończone do wybuchu wojny, a planowana była budowa następnych), które nie zostały jednak właściwie wykorzystane po wybuchu II wojny światowej mimo ich dużego potencjału. Ukazał się przy tym rozwój, który nastąpił w trakcie 20 lat, a mianowicie to, że OP może i mogą na głębszym morzu działać w pojedynkę, ale nie znajduje to zastosowania do działań przybrzeżnych, gdzie doskwierał brak odpowiednio rozwiniętego lotnictwa morskiego i posiadania odpowiedniego sprzętu hydrograficznego (brak aparatów nasłuchowych), w obliczu wzrostu znaczenia lotnictwa, co zostało wykorzystane przez Niemców. Polskie OP, które umknęły na głębsze wody były jednak ciężkie do zlokalizowania, co dawało dobre warunki do polowań na jednostki przeciwnika, ale tu przeszkodził nikły ruch niemieckich okrętów na głębszym morzu i liczne uszkodzenia, których te doznały w rejonie Półwyspu Helskiego (beznadziejne decyzje dowodzących zawsze doprowadzą do porażki choćby posiadano dobry sprzęt i wykwalifikowanych ludzi). Działania czasu Kampanii Polskiej nie były jednak finałem walk na Bałtyku podczas II wojny światowej. Ubootwafe w pierwszych latach skutecznie działało, jednak po zmianie sytuacji na lądzie i po przejęciu inicjatywy przez Rosjan to właśnie ich OP zaczęły siać istne spustoszenie w składzie Kriegsmarine i Handelsmarine, co kolejny raz pokazało skuteczność tej broni na tej naszej bałtyckiej „kałuży”, co jednak było możliwe w obliczu zmniejszonej aktywności niemieckiego lotnictwa.
Po zakończeniu II wojny światowej, mimo wzrostu znaczenia lotnictwa, które pokazało swoją skuteczność w trakcie działań wojennych, a także rozwinięcia się urządzeń przeciw broni podwodnej i stałego jej modernizowania dalej widziano potrzebę posiadania w składach flot jednostek podwodnych. Prawdą jest, że rozwinęły się przeróżne sonary i szumonamierniki, jednak modernizowanie jednostek podwodnych nie zostawało w tyle. Okres tzw. Zimnej Wojny znacząco wpłynął no rozwinięcie napędu OP, ich niewykrywalności, itd. dostosowując je do potrzeb aktualnych czasów, a tym samym unowocześnione OP dalej zachowały swoją zasadność działania na Morzu Bałtyckim, uwzględniając przy nich jednak wsparcie innych rodzajów sił – zwłaszcza lotnictwa morskiego.
Podsumowując. Czy Polsce potrzebne są okręty podwodne? Odpowiedź brzmi – TAK, jednak nie zapominając o tym, by były to jednostki nowoczesne, odpowiednie na bałtyckie warunki (tu muszą się wykazać fachowcy oceniający projekty, dla których nie ważna będzie polityka, ale dobro państwa), a także odpowiednio wsparte przez również rozwijane pozostałe rodzaje uzbrojenia lotniczego i morskiego.
Po zakończeniu II wojny światowej, mimo wzrostu znaczenia lotnictwa, które pokazało swoją skuteczność w trakcie działań wojennych, a także rozwinięcia się urządzeń przeciw broni podwodnej i stałego jej modernizowania dalej widziano potrzebę posiadania w składach flot jednostek podwodnych. Prawdą jest, że rozwinęły się przeróżne sonary i szumonamierniki, jednak modernizowanie jednostek podwodnych nie zostawało w tyle. Okres tzw. Zimnej Wojny znacząco wpłynął no rozwinięcie napędu OP, ich niewykrywalności, itd. dostosowując je do potrzeb aktualnych czasów, a tym samym unowocześnione OP dalej zachowały swoją zasadność działania na Morzu Bałtyckim, uwzględniając przy nich jednak wsparcie innych rodzajów sił – zwłaszcza lotnictwa morskiego.
Podsumowując. Czy Polsce potrzebne są okręty podwodne? Odpowiedź brzmi – TAK, jednak nie zapominając o tym, by były to jednostki nowoczesne, odpowiednie na bałtyckie warunki (tu muszą się wykazać fachowcy oceniający projekty, dla których nie ważna będzie polityka, ale dobro państwa), a także odpowiednio wsparte przez również rozwijane pozostałe rodzaje uzbrojenia lotniczego i morskiego.