45
Uzbekistan #6 - koniec
Siema, dzidki!

To ostatnia część serii o podróży po krajach Azji Środkowej. Linki do poprzednich w komentarzu.

Taszkent (stolica Uzbekistanu, 3 miliony mieszkańców). Około ósmej rano wyszedłem z mieszkania. Napisałem właścicielowi, że kluczyk już leży w umówionym miejscu. Do kosza przed blokiem wyrzuciłem resztki arbuza, który stanowił wczorajszą kolację i dzisiejsze śniadanie.
W Uzbekistanie i Kazachstanie arbuzy są tanie i ogromne. Dwunastokilowe bydle kosztuje 15 złotych, a w środku jest tak słodkie, soczyste i pachnące, że arbuzy sprzedawane w Europie wydają się, jakby były tanimi podróbkami. Tylko, że za kilka razy wyższą cenę. Ryż też mają lepszy.
Minusy? Nie da się kupić kawałka arbuza, jak dobrze trafisz, to ktoś na straganie będzie miał nóż i przetnie ci go na pół. Dwa razy zdarzyło mi się, że poprosiłem o ćwiartkę arbuza - w obu przypadkach pani popatrzyła na mnie tak, jakbym zapytał czy mogę kupić tylko pół jabłka.

W metrze panował ogromny tłok. Nic dziwnego, o tej porze wszyscy jadą do pracy albo szkoły. I tak rzadko jest miejsce siedzące, ale tym razem nawet nie byłem pewny czy na stojące się załapię.
Obowiązuje ustępowanie miejsc i wszyscy stojący to młodzi mężczyźni albo chłopcy. Przez kilka dni roglądałem się i patrzyłem na szyby innych pociągów, aby dostrzec choćby jeden wyjątek. Ale nie zdarzyło się.

Metrem dojechałem do centrum, tuż obok głównego bazaru. Potem krótki spacer na pętlę autobusową. W autobusie mogłem się rozsiąść jak sułtan - był prawie pusty. Jechał z centrum na dalekie obrzeża, w porze, o której wszyscy zmierzają w przeciwnym kierunku. Mógłbym nim dojechać do samego przejścia granicznego, ale celowo wysiadłem półtora kilometra wcześniej.
Jako były busiarz musiałem nacieszyć oko i ucho gwarem pogranicza. Strefą, gdzie kantory, tanie jadłodajnie, taksówki, salony operatorów komórkowych, punkty drobnych napraw - występują w większym zagęszczeniu niż gdziekolwiek indziej.

(Nie dotyczy przejść granicznych wewnątrz UE, te są nudne jak historia feminizmu)
Uzbekistan #6 - koniec
Przed granicą wstąpiłem na herbatę w jednej z kafoszek. Wybrałem tę, przed którą na rozgrzanych węglach stał spory kociołek z plovem. Pachniał tak, że nie mogłem przejść obojętnie.
Uzbekistan #6 - koniec
Starsza pani zagadała skąd jestem i co tu robię. Słyszałem za granicą różne skojarzenia z Polską, ale to był mój faworyt - babuszka powiedziała, że w Polsce mamy dobre sery. Wnuk jej koleżanki jakiś czas pracował w Polsce, w mleczarni. Przywiózł trochę serów, które tam powstają i kto spróbował, temu smakowały.
W sumie, dwa razy dostałem w hotelach do śniadania trochę miejscowego sera i rzeczywiście - polskie są wyraźnie lepsze.

Potem przeprawa pieszo przez granicę. Po drugiej stronie złapałem marszrutkę do Szymkentu. Kazachskie marszrutki są większe od uzbeckich. Tą konkretną był Mercedes Vito. Przejazd kosztował coś około 20 zł za 135 kilometrów.

Ostatnim przystankiem był dworzec autobusowy na obrzeżach Szymkentu. Gdy wysiadałem, akurat odjeżdżał autobus do Astrachania. 2500 kilometrów i pewnie ze dwie doby jazdy. Jeśli miejsca na nogi mają tyle, co w nieboszczyku Polskim Busie... Z dworca do hotelu miałem 9 kilometrów. Mógłbym iść, ale to była dobra okazja, aby sprawdzić tutejszy transport publiczny.

W Yandex Maps dało się sprawdzić która linia najlepiej pasuje. Płatność za przejazd tak samo, jak w Astanie - nie da się ani kartą, ani gotówką. Trzeba mieć specjalną aplikację. Nadal ją miałem zainstalowaną, z jakimiś drobniakami na koncie. Pojedynczy przejazd kosztuje 70 tenge (56 groszy).
Uzbekistan #6 - koniec
Uzbekistan #6 - koniec
Centrum Szymkentu, statua Matki Ziemi
Uzbekistan #6 - koniec
Szymkent, widok na miasto z cytadeli
Uzbekistan #6 - koniec
to samo miejsce.

Następnego dnia o szóstej rano miałem pociąg do Aralska. 1100 kilometrów. Miałem sprytny plan - całą noc siedzieć w necie, sortować zdjęcia w telefonach i robić inne pierdoły, byle tylko nie spać. A potem przespać podróż jak dziecko. I rzeczywiście, przespałem jakieś sześć, może siedem z siedemnastu godzin podróży.
Uzbekistan #6 - koniec
Aralsk oficjalnie ma ponad 30 tysięcy mieszkańców. Ale na miejscu wyglądał, jakby nie miał nawet połowy tej liczby. Około północy dotarłem do hotelu. Pieszo, z trudnościami. W Google Maps obiekt nie istnieje, a z zewnątrz wygląda jak zwykły dom. Dobrze, że obok była jakaś impreza na świeżym powietrzu i było kogo zapytać.

Obudziłem się po 9:00 i jak się okazało, przespałem jedyną okazję, aby zobaczyć resztki Morza (Jeziora) Aralskiego. W okolicy ktoś prowadzi firmę, która o siódmej rano zabiera turystów samochodami terenowymi nad brzeg wody. Potem nikt i nic tam nie kursuje. Nawet nie ma taksówek pod stacją kolejową.
Probowałem dotrzeć tam pieszo. Bo długim marszu w czterdziestostopniowym upale doszedłem tam, gdzie według Map Google'a jest już brzeg morza. Ale w rzeczywistości była tam tylko sucha ziemia, a po horyzont nie widać było jakiejkolwiek wody. Zdecydowałem, że dalej już nie idę, bo został mi mniej niż litr wody. W tych warunkach to nie za wiele.
Uzbekistan #6 - koniec
Uzbekistan #6 - koniec
(muzeum odwołujące się do czasów carskiej Rosji)

Wieczorem kolejny pociąg. Czekając na stacji, trafiłem na małżeństwo w wieku moich rodziców, którzy byli bardzo ciekawi jak się żyje w Polsce.
Uzbekistan #6 - koniec
Kandyagasz to kolejne miasto, które oficjalnie ma ponad 30 tysięcy mieszkańców, ale ni cholery na tyle nie wygląda. Wysiadłem przed ósmą rano, kolejny pociąg około 17:00. Liczyłem, że będzie dokąd pójść i co zobaczyć, bo to w końcu punkt przecięcia dwóch magistrali kolejowych.

Ale nie było tam nic wartego obejrzenia.
Uzbekistan #6 - koniec
Uzbekistan #6 - koniec
799 kilometrów do Astrachania.

Jeszcze nigdy nie wyczekiwałem na pociąg z takim utęsknieniem jak wtedy. Następnego dnia rano dotarłem do Atyrau.
Uzbekistan #6 - koniec
Uzbekistan #6 - koniec
Rzeka Ural. Po drugiej stronie już Europa. Miasto Atyrau leży po obu stronach rzeki (jest wielkości Lublina).

Autobusy opłaca się tą samą aplikacją, co w Astanie i Szymkencie. 56 groszy za jeden przejazd.

Podczas dwóch i pół dnia w Atyrau parę razy odpaliłem Tindera. Wpadły mi cztery dopasowania. Tyle samo, co przez cały czas spędzony w Uzbekistanie. Ale to tylko jedno, niespecjalnie duże miasto i mniej niż trzy dni.
Z tej czwórki jedna dziewczyna miała kolorowe włosy i lekką nadwagę, u drugiej na zdjęciach było widać, że ma tatuaże i najprawdopodobniej prowadzi rozrywkowy tryb życia. Dwie pozostałe wydały się normalne.
Z każdą wymieniłem kilka-kilkanaście wiadomości. Co każdemu polecam - jeśli dziewczyna nie do końca ci się podoba, ale chce z tobą rozmawiać, to rozmawiaj. Zawsze to jakiś trening umiejętności społecznych.
W każdym razie, pod każdą poprzednią dzidą z tej serii było pytanie czy ruchałem jakąś Kazaszkę/Uzbeczkę i prawie zawsze komentarz z tym pytaniem miał najwięcej plusów. Tak, jakby to was najbardziej interesowało. Więc odpowiadam, że pozostałem dzidowcem, ale gdybym został w Atyrau kilka dni dłużej, to kto wie. Na pewno szanse byłyby większe niż w Uzbekistanie.

Zmierzając ku końcowi, na zdjęciu poniżej pomnik Chiuaz Dospanowej. Jedynej kazachskiej kobiety, która służyła w lotnictwie ZSRR podczas wojny z Niemcami.
Uzbekistan #6 - koniec
Pochodziła z okolic Atyrau. W 1942 miała 20 lat. Podczas wojny wykonała ponad 300 lotów bojowych (na bombowcach). Służyła na różnych frontach, również w Polsce. Zmarła w 2008 roku.

Pomnik stoi przed wejściem na lotnisko w Atyrau. Stamtąd odleciałem do Kutaisi (Gruzja) tanimi liniami Fly Arystan. Nie polecam tego przewoźnika.

Wylądowałem około 17:00 czasu miejscowego. Zdecydowałem, że nie będę sobie ogarniał tutejszej karty SIM, bo następny lot mam rano, a na lotnisku i tak jest wifi.
Przed lotniskiem stoją autobusy, które za 5 lari (około 7 złotych) podwożą do centrum miasta. Jakieś 20 kilometrów. Nie było za dużo czasu na zwiedzanie, ale wrażenie odniosłem takie, że gdyby Nałęczów miał 140 tysięcy mieszkańców, to by wyglądał jak Kutaisi.

Na bazarze większość sprzedawców to ludzie w wieku 40 - 80 lat. Normalnie dało się z nimi dogadać po rosyjsku. I na przykład zapytać dziadka sprzedającego pamiątki czy te magnesy ze Stalinem to tak na poważnie. (Stalina nie pamiętał, ale był święcie przekonany, że za jego czasów ludziom dobrze się żyło. No i Stalin pokonał faszyzm...)
O to samo zapytałem panią, która trochę dalej też sprzedawała pamiątki. Mogła jeszcze nie mieć 50 lat.
- A z Gorbaczowem pani nie ma? - zapytałem wskazując palcem magnes z twarzą Stalina.
- Nie, jest tylko Stalin. - wzruszyła ramionami
- Albo Matka Boska... - zauważyłem trochę na uboczu coś jakby miniaturową ikonę z cerkwii. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, zapytałem jak to jest z tym Stalinem, aż przyznała
- Gruzja to mały kraj. Gdyby nie kojarzyła się ze Stalinem, to turystom nie kojarzyłaby się z niczym.
- Córki gruzińskich królów zostawały żonami cesarzy Bizancjum - rzuciłem obojętnie.
- Poważnie? Pierwsze słyszę.

(córka Bagrata IV była żoną dwóch kolejnych cesarzy)

Dla tych, którzy pytają o miejscową kuchnię, wrzucam zdjęcie z restauracji w Kutaisi
Uzbekistan #6 - koniec
Po lewej chinkali (gruzińskie pierogi - najczęściej z mięsem, ale te były z grzybami). Zjada się je w nietypowy sposób - łapiesz palcami za to miejsce, gdzie ciasto się skleja, nadgryzasz i wypijasz bulion, który jest w środku (właściwie, to go wysysasz). A potem normalnie zjadasz resztę.
Po prawej chaczapuri, czyli pieczony placek, ciasto trochę podobne do pizzy, ale delikatniejsze. Są różne odmiany, to konkretne jest adżarskie, czyli z jajkiem i serem.

Autobusy powrotne na lotnisko odjeżdżają z centrum co dwie godziny. Przed północą byłem znowu na terminalu, a w południe - we własnym domu w Polsce.

Na koniec, z tej całej podróży mam jedno przemyślenie. Podróżowanie jest fajne, ale zamiast tego wolałbym siedzieć w domu, z żoną i dziećmi. I ewentualnie czasami gdzieś z nimi wyjeżdżać na weekend albo wakacje.

Dziękuję za doczytanie do końca i pozytywny odzew. Trzymajcie się.

Pozdrawiam i wypierdalam,
obywatelpiwnicy
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
64
Uzbekistan #3
Siema dzidki!

Po pięciu dniach przebyta trasa wyglądała następująco:
Uzbekistan #3
(Każdy dzień innym kolorem. Łącznie około 2200 km)

Piątego dnia o 15:00 siedziałem już w pociągu z Nukus do Buchary. Trzecia klasa. Wagon taki sam, jak jeżdżące w nocy, czyli z miejscami do spania. Miałem miejsce na dole, można było sobie je złożyć i mieć siedzenie plus stolik.

Około 23:30 wysiadłem na dworcu w Bucharze. Nie miałem żadnego planu na tę noc, żadnego zarezerwowanego hotelu. Oczywiście da się znaleźć w necie hotele z opcją późnego zameldowania się, ale te miały chore ceny.
Uzbekistan #3
(odległość między miastami: około 550 km)

Sprawdziłem piętro dworca. Rzeczywiście, mieli tam "pokój odpoczynku" (patrz: poprzednia część), ale przed wejściem stał kontuar, taki jak mają na recepcji w hotelach. Nie było nikogo, kogo dałoby się zapytać czy można wejść i się umyć. Ale drzwi były otwarte na oścież.
We własnym kraju pewnie wbiłbym na krzywy ryj, ale na obczyźnie miałem opory.

Ostatecznie, poszedłem spać bez prysznica, na ławce w dworcowej poczekalni. Była odpowiednio szeroka, a plecak położony pod głową sprawdzał się jako poduszka.

Z dworca do centrum było osiem kilometrów. W carskiej Rosji opracowano tę strategię - w rejonach, które mogły się zbuntować, dworce kolejowe budowano na obrzeżach miast. Aby w razie powstania wojsko mogło dojechać koleją na przedmieścia i w spokoju przystąpić do pacyfikacji.
Słyszeliście te historie z Powstania Wielkopolskiego, gdy niemieckie posiłki przyjeżdżały koleją na dworzec w centrum miasta, a tam już czekali na nich uzbrojeni powstańcy?

To, co było dobre dla ruskiego okupanta, dla polskiego turysty oznaczało wybór między długim spacerem a taksówką.
Uzbekistan #3
Uzbekistan #3
(przed dworcem)

Padło na taksówkę. Za kurs zapłaciłem, w przeliczeniu, około 55 złotych. Czyli mniej więcej połowę taniej niż w Taszkencie, ale nie tak tanio jak w Nukus. Prawdopodobnie cena i tak zawierała "opłatę za bycie białym".
(widok z okna taksówki)

Po drodze zapytałem kierowcę gdzie tu można kupić pocztówki, bo ani na poczcie, ani na bazarach nie mają. A ten zwyczajnie otworzył schowek, wyjął stosik kartek i zapytał czy takie mogą być.

Wyglądały na zrobione metodą "zrób to sam". Zdjęcia zrobione telefonem, wydrukowane na trochę lepszym papierze. Ale na bezrybiu i rak ryba - kupiłem z dziesięć. Pewnie inni turyści tak często pytali taksówkarzy o pocztówki, że ci wyczuli w tym okazję na dodatkowy zarobek.

Pierwszy cel - twierdza.
Uzbekistan #3
Uzbekistan #3
Uzbekistan #3
Zbudowano ją w XVI wieku, gdy Chanatem Buchary rządzili pochodzący z Persji Szaibanidzi. W 1920, podczas oblężenia Buchary przez bolszewików, twierdzę zbombardowano z powietrza.

Nie ma na to twardych dowodów, ale część uszkodzeń mogła być dziełem samych obrońców. Gdy ostatni emir uciekał do Afgansitanu ze skarbami, nakazał wysadzić niektóre pomieszczenia (na przykład harem), aby nie mogły zostać sprofanowane przez bolszewików.
Uzbekistan #3
(ruiny meczetu, który stał wewnątrz twierdzy. W islamie meczet jest świątynią cały czas, nawet jeśli się zawali albo celowo go uszkodzi. A jeśli go zburzysz i wywieziesz gruz, to kawałek gruntu, na którym stał, muzułmanie nadal będą uważać za miejsce kultu)
Uzbekistan #3
Uzbekistan #3
(widok z twierdzy na miasto)
Uzbekistan #3
(wielbłąd spotkany pod twierdzą)
Uzbekistan #3
(to samo zdjęcie, co na początku) Medresa Ulugbeka, jakieś 5 minut pieszo od twierdzy. Najstarszy budynek w Bucharze, który zachował się do naszych czasów w niezmienionym kształcie. Wybudowano ją w 1417, czyli parę lat po bitwie pod Grunwaldem.

Medresy to islamskie szkoły. Niektóre są małe i oferują tylko naukę pisania, czytania i prawa koranicznego. Ale są też takie porządne, a ta konkretna, była jedną z najlepszych w swoich czasach. Uczono tam matematyki, astronomii, języków obcych, prawa koranicznego i pewnie czegoś jeszcze.

A dlaczego to prawo koraniczne jest tam takie ważne? Bo w świecie islamu nie ma rozróżnienia na prawo świeckie i prawo religijne. Jedynym prawem jest to, które Allah podyktował Mahometowi i spisano w Koranie. Wobec tego wszystkie aspekty życia muszą być podporządkowane religii. Dlatego, w świecie islamu, jeśli ktoś skończył teologię to tak, jakby od razu był prawnikiem.

Oczywiście, współcześnie wiele krajów muzułmańskich ma świeckie kodeksy, które czasami mocno rozmijają się z Koranem. Klasyczny przykład to Turcja.
Uzbekistan #3
Tutaj przykład kaligrafii, czyli sztuki odręcznego pisma. Ktoś coś napisał arabskim alfabetem w taki sposób, aby wyglądało jak statek z żaglami i wiosłami.
W islamie nie wolno robić obrazów przedstawiających ludzi i zwierzęta, dlatego pobożni artyści, działając w ramach tego, co wolno, rozwinęli sztukę odręcznego pisania.

Oczywiście dzisiaj ten zakaz nie jest jakoś specjalnie przestrzegany. Prawie nigdzie nie ma problemu, aby kobieta zrobiła sobie zdjęcie do dowodu z widoczną twarzą, a w telewizji normalnie pokazują ludzi i zwierzęta.
Uzbekistan #3
Na przykład tutaj wizerunek jednocześnie człowieka i zwierzęcia. To podobno upamiętnienie jakiegoś kaznodziei żyjącego w średniowieczu. Pani ze straganu z pamiątkami opowiedziała mi, że według legendy ten słynący z pobożności człowiek przyjechał do Buchary, gdy miasto od dłuższego czasu zmagało się z suszą i zaczynało brakować wody pitnej. I podobno wymodlił opady deszczu, wspominając Allahowi, że nigdy nie prosi o nic dla siebie i tym razem też, bo chodzi o wodę dla miasta.
Uzbekistan #3
(ZiŁ 130 z cegłami na pace. Nie dalej niż 500 metrów od Medresy Ulugbeka)

A poniżej coś, co chętnie przeniósłbym z Uzbekistanu do Polski i całej Europy
przy sygnalizacji wyświetla się liczba sekund do zmiany światła. Tak nie jest na pojedynczym skrzyżowaniu albo w pojedynczym mieście - tak jest w całym Uzbekistanie.
Jaka to jest oszczędność nerwów... Również z perspektywy pieszego, bo na przejściach nie zawsze masz sekundnik, ale zawsze możesz spojrzeć ile zostało do zmiany światła dla samochodów.

Oczywiście, na nagraniu prawie same Chevrolety.

Inna fajna rzecz w Bucharze, to uliczna budka, w której sprzedawali świeżo wyciskane soki. Za równowartość mniej niż 10 zł nalewali pół litra soku (do wyboru kilka owoców, np. pomarańcza, arbuz, jabłko, truskawka, kiwi). Przy 47 stopniach coś takiego, z kostkami lodu to była świetna sprawa.

Pokażę wam jeszcze uzbecki mebel.
Uzbekistan #3
Uzbekistan #3
Miejscowi mówią na to tapczan. Można to spotkać w restauracjach i hotelach, ale podobno ludzie mają to też normalnie u siebie w domach. Podobno siada się tam bez butów, po turecku i tak się zjada obiad. Są też wersje bez stolika na środku.

Będąc w tamtej knajpie nie robiłem zdjęć jedzenia.
Uzbekistan #3
Siódmego dnia wyprawy opóściłem Bucharę. Tym razem odjeżdżając koleją dużych prędkości, Afrosiyob. Prędkość maksymalna 250 km/h.
Skład to produkt hiszpańskiej marki Talgo. Lokomotywy i wagony w 2021 roku przepłynęły z Hiszpanii do Petersburga, a dalej pojechały przez Rosję i Kazachstan (podwozia na rosyjską szerokość torów).

Pamiętam jak u nas się jarano kilkanaście lat temu, że z Pendolino pociągi będą jeździć 160 km/h.

Dziękuję za doczytanie do końca i za pozytywny odzew. Staram się nie wrzucać dzid zbyt często, aby się nie przejadły.

Następnej części będzie o krótkiej wizycie w Tadżykistanie.

Pozdrawiam i wypierdalam,
obywatelpiwnicy
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
48
Dzida o statkach cz. 7 - Więzień 1/2
Ahoj dzidowcy!
Kolejna część sagi o przegrywie na statku - dajcie znać wszem i wobec, że jest co czytać, znowu...

Poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4462661/dzida-o-statkach-cz-6-czarny-lad-2-2

Ostatnie dwie części zaliczyły główną - chwała Adminowi!
Zapraszam do lektury!
BETONIARKA

Wracając do Europy statek od Maputo był ładowany w każdym porcie. Pierwszym, gdzie ładowaliśmy głównie materiały sypkie bezpośrednio do ładowni, było Richards Bay. Według ojca wyjątkowo niedużo mieliśmy do zabrania i nasz pobyt był na tyle krótki, że nawet nie zdążyliśmy wyjść gdzieś w pobliżu do sklepu. Po szybkim przystanku kolejnym punktem na trasie powrotnej był Durban. Od momentu kiedy przestałem być majtkiem manewry i ranne wstawanie nie za bardzo mnie już interesowały. Wolałem się wyspać i łazić po statku w pojedynkę.

Dzień, w którym wpływaliśmy do Durbanu po ładunek pamiętam niestety bardzo dobrze. Był to mój najdłuższy okres bez snu jako nastolatek. Z samego rana obudziło mnie bujanie statkiem, ale nie takie standardowe, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, tylko takie jakby twój upośledzony umysłowo kumpel bujał z całej siły hamakiem w którym ucinałeś sobie drzemkę życia. Spałem na boku i rzucało mną dosłownie na plecy, na bok, na plecy, na bok. Idę na kanapę – pomyślałem. Usiadłem na skraju łóżka i przez bulaj w oddali widzę, że statek przechyla się lekko 30-40 stopni lewo prawo. Myślałem przez chwilę, że obali nas na burtę i zatoniemy.

No nic trzeba zaliczyć łazienkę, ubrać się i obczaić co się dzieje. Sztormu nie ma a nami wali w każdą stronę, że nie szło ustać. Siku na siedząco było wyzwaniem, czułem jak o jąderka chlupie mi woda z WC. Idę pod prysznic, odpalam wodę i dociera do mnie że nie da się, buja za mocno, woda wali po całej łazience. Myje słuchawką same jaja i podejmuje wyzwanie umycia zębów. Stojąc w rozkroku dającym najlepszą stabilność puszczam wodę w kranie i w tym momencie dociera do mnie co się dzieje. Statek jest pusty a my stoimy bokiem do fali na kotwicy. Woda z kranu była świetnym wyznacznikiem jak bardzo w czarnej dupie jesteśmy. Stoisz przed umywalką, twój mózg przyzwyczajony, że meble są punktem odniesienia, zaczyna wariować widząc jak strumień zmienia kierunek wypływu od jednej krawędzi umywalki do drugiej. Stoję oparty o umywalkę i po prostu się na to patrzę jakieś dobre 5 minut. Przeżywałem dosłowny mindfuck coś jak w odwróconym domu w Szymbarku. Trzeba dokończyć mycie zębów i ruszyć zobaczyć jak wygląda reszta statku. W mojej kabinie praktycznie nic nie było, trochę ubrań w szafie. Za ścianą u sąsiada słyszałem jak wszystko lata. Kabina ojca! – dotarło do mnie, że tam musi być prawdziwy Armagedon.

Głód zwyciężył, stwierdziłem, że najpierw śniadanie. Schodzę na dół na mesę, słyszę w oddali jak kucharz i steward rzucają kurwami, gdzie popadnie. Nie byli w stanie ogarnąć kuchni. „Dziś obiadu nie będzie, wszystko mi z gara wypierdala!” – podsumował Krzysztof. Ja i tak jechałem głównie na grzankach z masłem orzechowym lub dżemem. Siedziałem zajadając się opiekanym chlebem tostowym i obserwowałem, jak buja się kalendarz na ścianie w mesie, co jakiś czas łapałem się stołu, który był przykręcony do podłogi. Nikt nie pomyślał i zamiast ławek na mesie były zwykłe krzesła takie jak w szkole. Gdybym się nie trzymał to jeździłbym po całej jadalni. Nie mogłem się doczekać obiadu, byłem ciekaw czy do tego czasu wejdziemy do portu, czy będzie mi dane zobaczyć zmagania załogi z jedzeniem w takich warunkach.

Najedzony ruszyłem do maszyny do ojca. Niczym spiderman poruszałem się po samych poręczach, bujający statek dawał nieziemską frajdę. Do czasu… W maszynie u ojca wszechobecny rozpierdol, wszystko co zostało luzem dnia poprzedniego, bo komuś nie chciało się poukładać, leżało teraz na podłodze i zapieprzało z kąta w kąt zgodnie z przechyłami statku. Pomogłem im trochę ogarnąć. Wziąłem klucze od taty i zgodnie z prośbą poszedłem zobaczyć jak wygląda kajuta Kazika.
Otwieram drzwi a tam dosłownie jak w betoniarce. Kwiaty wywalone gonią się z książkami i kasetami na podłodze. Wtóruje im popielniczka i butelka po piwie. Idę spowrotem do ojca, przedstawiam sytuację i pytam się, co wywalamy a co zostaje. To był ostatni raz jak ojciec miał kwiaty doniczkowe w kajucie. Najtrudniejszym etapem sprzątania było przytarganie odkurzacza i zmycie podłogi na finał. Umordowany po pachy poszedłem z ciekawości zobaczyć na mostek.

Na mostku było jeszcze gorzej. Był to najwyższy poziom nadbudówki i mimo, że przechyły miały tę samą wartość w stopniach to siły działające na przedmioty były o wiele wyższe, coś na zasadzie karuzeli osiedlowej, gdzie im dalej od środka tym większa prędkość. Odwróciłem się na pięcie, wszyscy mieli takie miny jakby kapitan zaraz miał zostać wyrzucony za burtę.
Manewry miały odbyć się dopiero późnym wieczorem, w wyniku błędu komunikacyjnego nasza keja była zajęta i musieliśmy czekać aż się zwolni. Nikt nie będzie przerzucał całego naszego ładunku zgromadzonego w jej pobliżu. Obiad wyglądał jak z taniej czeskiej komedii. Marynarze rzucili sobie wyzwanie, że kto da radę zjeść zupę ten jest prawdziwy wilk morski. Było to zadanie niełatwe przy takim bujaniu. Siedzisz, ale nogami kombinujesz, żeby nie pojechać z krzesłem. W jednej ręce talerz z zupą przechylasz w przeciwną stronę co statek, w drugiej masz łyżkę i szuflujesz nią jak najszybciej zupkę do buzi. Zupkę która smakuje jak fabryka firmy Henkel – sama chemia. Gruby Robert jak usiadł tak nic go nie ruszyło, lżejsi marynarze jeździli po całej mesie razem z krzesłami, ja wybrałem drogę taktyki, siedziałem rokraczony jak pająk nad muchą.

Po obiedzie każdy poszedł zobaczyć swoją kajutę. U Czereśniaka było najgorzej, wpadł na genialny pomysł i zakupione wcześniej orzeszki w wielkich workach wsadził na samą górę szafy, jak statek się przechylił to worki uderzyły w drzwiczki. Wszystko wysypało się po kabinie i mieliło od śniadania do obiadu. U Damiana nosorożec zaliczył glebę i ułamał róg. To był moment, gdzie zrozumieliśmy, że jest z nim coś nie tak. Róg był strasznie lekki, a nosorożec cały ważył lekko 50 kg. Okazało się, że miał zakorkowany otwór w dupie – tak wiem każdy ma otwór w tym miejscu – przez który wydrążono go ile się dało i został zalany betonem. Charakterystyczny kolor drzewa Hebanowego uzyskano pastą do butów Kiwi. Afryka proszę Pana!

Do kolacji pomagałem sprzątać kajuty, wieczorem zaczęły się manewry. Znowu coś się nie dogadali i wchodziliśmy do portu kilka godzin. Manewry skończyły się nad ranem, nie poszedłem tego dnia do łóżka bo co chwilę coś się gdzieś działo. Trochę już mi się nudziło więc jak tylko ktoś coś potrzebował, chociażby w stylu „weź idź zrób kawę” – na statku nauczyłem się pić Nescafe 3w1 - to czułem się bardzo potrzebny i nie protestowałem. Następnego dnia po kolacji chciałem zobaczyć czy dam radę jeszcze jeden dzień bez spania, niestety mój młody organizm odmówił posłuszeństwa. Do dziś spanie jest moim ulubionym zajęciem.

Problemy podczas wpłynięcia do portu były pokłosiem narastającego niezadowolenia społecznego wśród pracowników portu, najgorsze dopiero było przed nami.
STRAJK

Pierwszy dzień nie był niczym nadzwyczajnym. Od rana rozpoczęło się ładowanie statku za pośrednictwem żurawi statkowych. Po tym poznać dobry port, ze używany jest sprzęt portowy, a żurawie na statku są tylko na wszelki wypadek. W Europie ani razu nie zostały one użyte, w Durbanie cały załadunek odbył się naszym sprzętem. Dźwigowi byli dostarczani z portu, nie pamiętam czy żaden AB z załogi nie miał uprawnień, czy uparli się w porcie, że muszą to robić ich ludzie. Efekt był taki, że na dźwig przychodził do nas Jeffrey.

Mnie on nie parzył i nie ziębił. Ot murzyn przychodzi i operuje dźwigiem. W przerwie poszedł się zapytać czy może kawę. No spoko czemu nie. Przed obiadem kapitan oznajmił, że zgodnie z wymaganiami zarządcy portu operator powinien dostać obiad na statku. Co mnie to, ale część załogi była rasistami z krwi i kości. Podczas obiadu Jeffrey, który miał lekko ponad 100 kg i tyle samo wzrostu co ja, usiadł na szczycie stołu ekipy z maszyny, czyli naszej. Chyba czuł, że trafił na tych bardziej otwartych umysłowo.

Jeffrey był „szerszy” niż wyższy, wejście do kabiny operatora żurawia zajmowało mu minimum 20 minut, zejście odrobinę mniej. Jak szedł na kawę do nas na mesę, to przerwa w załadunku realnie wynosiła prawie godzinę. Ogólnie nie spieszyło się towarzystwu. Napięcie wśród załogi narastało z dnia na dzień, oczywiście nie usprawiedliwia to zachowania niektórych osób na mesie podczas obiadu, ale daje dobry obraz ogólnej sytuacji w tamtym czasie.

Nasz bohater niejednokrotnie był obrażany za plecami nawet o tym nie wiedząc, na szczęście polskiego nie uczą w RPA. Padały teksty od niektórych osób – niechaj pozostaną anonimowi – typu „co ta małpa tu robi?”, „nie będę jadł obok asfaltu” wziął obiad i poszedł jeść do telwizorni jeden z marynarzy. Kucharz też nie oszczędzał chłopaka, dawał mu najgorsze i najbardziej przypalone mięso życząc smacznego z uśmiechem na twarzy. Takiej ilości rasizmu i cynizmu jak na polskiej mesie nie uraczyłem do tej pory nigdzie. Jeffrey mimo wszystko jadł i nie narzekał, zapewne w domu się nie przelewało, chociaż jego masa sugerowała, że ogólnie nie wybrzydza z jedzeniem. Nie oceniam tylko stwierdzam fakty. Na koniec zawsze grzecznie dziękował.

W pewnym momencie w porcie wybuchł strajk. Taki oficjalny, grupki ludzi z transparentami, głównie czarnoskórzy. Wszystko stanęło po jakiś 3-4 dniach od naszego przypłynięcia. Śmieliśmy się, że to przez jednego z naszych bo za głośno bulwersował się obecnością dźwigowego na mesie. Protesty trwały ponad tydzień i w tym czasie kompletnie nic nie ładowali. Wtedy wiedziałem już, że nie zdążę na rozpoczęcie roku szkolnego. Łącznie w Durbanie byłem uziemiony około dwa tygodnie.
AWARIE

Nasza łajba była niczym włoski samochód. Ładna, stylowa jak na kontenerowiec i awaryjna. Silnik pancerny tyle że osprzęt dookoła z dykty. W przelocie z Europy do Afryki maszyna miała pełne ręce roboty związane z konserwacją żurawi, wtedy nie wiedziałem jeszcze dlaczego. W portach afrykańskich w tamtym czasie głównie operowano na sprzęcie statkowym, który lubił się psuć. Przelot mający prawie dwa tygodnie był idealnym czasem na tego typu czynności.

Jak ogłoszono strajk, to Chief z maszyny zarządził konserwację chłodnic i silnika. Tak profilaktycznie wymieniono jeden z tłoków na nowy, bo nie podobała im się praca silnika. Nad silnikiem w masznowni była suwnica. Wszystko przemyślane, potrzebowałeś wymienić podzespoły, była taka możliwość. Zapasowy tłok wielkości małego samochodu wisiał sobie na specjalnym wsporniku zaraz obok silnika. Obserwowałem cały proces z daleka. W tym czasie Damian czyścił chłodnice. Silnik był chłodzony cieczą, w naszym przypadku wodą morską, nieodsoloną. Wstępnie przefiltrowana morska woda mimo wszystko posiadała resztki planktonu i innych mniejszych organizmów. Osadzało się to na takich pofalowanych płytach miedzianych tworzących rdzeń chłodnicy. Wystarczyło rozkręcić obudowę i te płyty dało się przesuwać, bo były na specjalnych prowadnicach. Czyszczenie polegało na myciu płyty po płycie myjką ciśnieniową, pod nimi była wanna z odpływem połączonym z morzem. Procedura jest mi znana dokładnie, bo Damian był potrzebny przy silniku i z nudów poszedłem robić to za niego. Na koniec roboty waliłem rybą, jak po całym dniu na targu.

Szczęście w nieszczęściu podczas postoju uszkodził się system vacuum, ten od WC. Tym razem się nie wychylałem tak jak podczas czyszczenia chłodnic. Gdzieś jakiś odcinek rury się zapchał, trzeba było sprawdzać kawałek po kawałku. Pamiętam, że były jakieś punkty kontrolne co pozwoliło na dość szybką lokalizację usterki. Od rur niestety był mój ojciec, ale on wiedział z czym to się je. Po rozkręceniu odcinka ostrożnie chciał ją przetkać. Nie pamiętam dlaczego, ale Lechu „Sraczka” uparł się, że to nie ta i musiał osobiście zajrzeć do środka. W tym czasie ktoś na statku kliknął spłuczkę. Fekalia pod ciśnieniem walnęły w II oficera z maszyny. Jeśli myślicie, że przez tę sytuację miał taką ksywę, to się mylicie. Dostał ją o wiele szybciej, ale o tym za chwilę.

Ogólnie gdyby nie awarie, to maszyna na statku za wiele do roboty by nie miała. Niestety polska kadra kierownicza zawsze coś wymyśli, tyle że na Grey Fox nie musieli. U ojca w maszynie praktycznie co drugi dzień był jakiś alarm. Jak nie było alarmu to gorączkowo przygotowywali się do awarii, która wiedzieli, że i tak nastąpi. Chwila wytchnienia to konserwacja. Statek był w dużej mierze na częściach niemieckich, na myśli mam kluczowe elementy. Nie zmienia to faktu, że złożony został w Chinach, ale nie tych, które potrafią współcześnie zaskoczyć jakością. Powstał w końcówce lat 90tych po taniości, co mściło się podczas eksploatacji.
Najczęściej psuły się agregaty prądotwórcze. Na Grey Fox były 3 sztuki 920 kVA każdy, ich sercem był turbodiesel. Do poprawnego funkcjonowania statku musiały działać dwa na 50%. Agregaty były wąskim gardłem. W drodze do Afryki popsuł się jeden, podczas postoju w Durbanie czekaliśmy na serwis, mieli wymienić turbinę. Zanim dojechali, popsuł się drugi. Wtedy zrozumiałem dlaczego Lechu ma ksywę „Sraczka”. Idę jak zwykle po śniadaniu do maszyny, po drodze do sterowni mijało się agregaty, gdzie podest komunikacyjny był między 2 a 3. Widzę że pękła stalowa rura doprowadzająca płyn do chłodnicy i sika sobie delikatnie na podłogę. Alarm wyje, lampy mrugają. Staję przed drzwiami do sterowni, ale jeszcze nie wchodzę. Zastanawiam się czy w ogóle wejść, bo widzę przez szybę jak „Brzoza” się śmieje z Lecha, ten biega od wyświetlacza do wyświetlacza szukając przyczyny alarmu, co chwilę łapie się ze stresu za brzuch, wszyscy wiedzą, że chłop zaraz się posra. Byle co się działo na statku, a on był cały zestresowany. Panika to było jego drugie imię. Wchodzę twardo i rzucam „dzień dobry wszystkim, czy mogę coś powiedzieć?”. Lechu tańczący po całym pomieszczeniu z zaciśniętymi zwieraczami naskoczył na mnie „Piotr proszę cię kurwa nie teraz, coś jebło a my nie wiemy co”, wychodząc grzecznie powiedziałem „może to przez ten płyn co wycieka z agregatu w przejściu”, „jaki kurwa płyn?!” – w tym momencie rozwiązałem powód alarmu. Niestety naprawa nie była wcale prosta, trzeba wyłączyć kolejny agregat i jechać na jednym przez jakiś czas. Zaspawać pęknięcie na zgięciu rury - o kołnierzu nie było mowy - i z powrotem uruchomić agregat. Problem polegał na tym, że ten jeden działający do tej pory uchodził za najbardziej awaryjny, ratowała nas tylko sytuacja strajku i tego, że nie pracują żurawie.

Do teraz zastanawiam się, jakim cudem Leszek nie padł na zawał. Ciekawostką jest to, że chłop miał restaurację gdzieś w trójmieście i też kupował pełno figurek od murzynów jako wystrój knajpy. Kto wie, może czytelnik nawet kiedyś tam jadł. Wszyscy zastanawiali się po co on pływa, drugą ksywę przez to miał „złotówa”.

Po skończonym strajku i ponownym uruchomieniu wszystkich dźwigów praktycznie co chwilę pękały jakieś rury od hydrauliki. Raz poszedłem z Damianem do takiego ala szybu / kanału, mieliśmy założyć kołnierz na pękniętą rurę. Szyb miał może 1x1 m, nie było jakoś ekstra ciasno. Dostałem wtedy lekkiego stracha, bo w środku było strasznie cicho, oświetlenie tylko z latarek, w pewnym momencie statek zaczął skrzypić i wydawać charakterystyczne dźwięki pękania. Damian nastraszył mnie, że zaraz złamiemy się w pół jak Titanic. Wiedziałem, że żartuje ale mimo wszystko ciary po plecach przeszły.
ZŁODZIEJE

Przed pierwszym portem w Afryce marynarze wytłumaczyli mi, po co są wachty na trapie. Nie chodziło tylko o samo pilnowanie, kto wchodzi a kto schodzi ze statku, ale o to jeszcze z czym. Mając piętnaście lat wydawało mi się, że dorośli ludzie pracujący w porcie będą skupieni na pracy. Tymczasem dostałem ostrzeżenie, że obowiązkowo mam zamykać kabinę swoją jak i ojca podczas postoju w portach.

Pewnego dnia jeszcze w Durbanie, postanowiłem, że pójdę się poopalać. W słońcu gdzie nie wiało było całkiem ciepło. Ludzie pokroju Jeffreya chodzili w pikowanych kurtkach. Dla mnie dwadzieścia stopni to było lato. Na samych gaciach położyłem się na ławce na rufie w zaciszu i się opalam, nagle obok mnie przechodzi jakiś murzyn w kamizelce odblaskowej i kasku, więc wiem że pracownik portu, jak mnie zobaczył to zdziwił się podwójnie. Rzucił „what the fuck?” po pierwsze bo byłem na gaciach, po drugie bo nie powinno być nikogo w tym miejscu o tej porze dnia. Twardo odpowiadam do chłopa „Vacation!”, zapamiętałem jego minę i dobrze, bo ten sam Pan godzinę później próbował obrobić kabinę mojego ojca.

System wyglądał tak, pracownik portu wchodził na statek niby coś załatwić z oficerką, wybierali zawsze godziny między przerwami. Zanim dotarł do biura chiefa lub na mostek to na każdym piętrze, gdzie były kajuty maszyny i pokładu, naciskał na klamkę za klamką. Wiem to, bo taka sytuacja zdarzyła się dwa razy. Siedziałem u ojca w kabinie, oglądam film i słyszę, jak ktoś idzie korytarzem i naciska klamki. Pierwszy raz myślałem, że może ktoś z naszych sprawdza czy ktoś nie zapomniał zakluczyć. Nagle wpada mi murzyn do kajuty, ja z nożem w ręku obieram jabłko, chłop rzucił „Sorry” i szybciutko wyszedł. Zamknąłem kajutę i pędem do ojca do maszyny, „Brzoza” dał cynk kapitanowi i na jakiś czas był spokój. W portach wszystkie drzwi do korytarzy były na stałe zamknięte, gdzie w przelocie są na stałe otwarte, żeby ciągle nie wpisywać szyfru. Kolejny raz była podobna sytuacja, komuś zapomniało się zamknąć drzwi do korytarza z wyższego poziomu i znowu wpadł mi do kabiny ojca „Sorry majfrend” tyle, że teraz dokładnie wiedziałem, który to. Ten co był zszokowany moim opalaniem. Nie mogłem skumać, że zamiast zająć się robotą, to próbują za wszelką cenę przykleić coś do rączek. Przez cały pobyt w Afryce takich sytuacji było dość sporo, spowodowały one, że na sam koniec wyrobiła mi się dość negatywna opinia o czarnoskórej społeczności, walczyłem do końca niestety argumentów za brakiem tolerancji nazbierało się więcej. O tym na sam koniec opowieści.
Obrobić nas z kasy próbowano nie tylko na statku. Sytuacje takie na targach były na porządku dziennym, specjalnie się nawet z tym nie kryli. Ojciec chyba chciał mnie w ten sposób nauczyć życia. W Durbanie pojechaliśmy raz na miasto w przestoju. Cel był taki sam jak w Maputo, jakieś figurki, coś na pamiątkę. Wzdłuż plaży przy głównej drodze w mieście co kawałek były stragany, trochę lepszy standard niż w Mozambiku. Była nawet buda z hinduskim żarciem. Najadłem się indyjskich pierogów z chili, były naprawdę dobre, piekły dwa razy. Dostałem bodajże dziesięć dolców w banknotach jednodolarowych od ojca i zostałem puszczony luzem w zasięgu wzroku. Angielski był przećwiczony no to idę zobaczyć co tam mają. Na tych straganach było dosłownie wszystko, nic nie miało cen, prawdziwy targ. Podeszło do mnie trzech łepków, jeden miał zegarki co im wskazówki latały luźno, drugi filmy na DVD a trzeci miał paski do spodni. Akurat to mnie zainteresowało, bo nie miałem paska, schudłem i co chwilę musiałem podciągać galoty. Wręcz prosiłem się, żeby mnie obskubać z kasy. Chłop w kilka sekund założył mi pasek na spodnie, zaciągnął aż mi się słabo zrobiło, dwóch pozostałych pokazuje okejki, że wyglądam zajebiście. Patrzę a pasek Calvin Klein, albo oryginał ukradziony ze sklepu albo super podróbka, bo w dotyku mięciusi. Poluzowałem dziurki, no pasuje jak na złość. Teraz moja kolej, wyciągam jednego dolara i mówię że mam tylko tyle. Targowaliśmy się dobre pięć minut, pasek był już na mnie, machałem jednodolarówką jak szef kartelu dając do zrozumienia, że albo bierzesz albo… Kolega sprzedał pasek, a między czasie zawitał inny delikwent z koszulkami. Ten miał jeszcze szybsze rączki, założył mi na moją swoją i znowu pokazują mi jak super wyglądam. Koszulka była z typowo afrykańskim motywem, żyrafy, słonie itp. Myślę sobie co mi tam, będzie pamiątka. Wyciągam jednego dolara i wiem, że będę smażył się za to w piekle, ale uczucie władzy nad ciemnym ludem było zbyt kuszące. Ojciec zawołał mnie bo był stolik rzeźbiony do kupienia i brakowało mu kilka dolców. Oczywiście panowie koledzy szli ze mną, wiedzieli że w kieszeni jeszcze trochę zieleni jest. W końcu wydałem całe trzy dolary i miałem pasek oraz dwie koszulki. Gdzie byś się nie ruszył, chodzili bardzo blisko ciebie, a ja jak na złość ciągle ręce w kieszeni trzymając kasę. Za całe dziesięć dolarów kupiliśmy stolik kawowy na trzech nogach rzeźbiony z jednego kawałka drewna. Mamy go do dziś. Tym razem to my okradliśmy trochę Afrykę.

Jest to dzida 1 z 2 obejmująca część 7, leci kolejna! - pacz profil w razie czego.
Tymczasem Wypierdalam!
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.099747896194458