Ahoj dzidowcy!
Kolejna część sagi o przegrywie na statku - dajcie znać wszem i wobec, że jest co czytać, znowu...
Poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4462661/dzida-o-statkach-cz-6-czarny-lad-2-2
Ostatnie dwie części zaliczyły główną - chwała Adminowi!
Zapraszam do lektury!
Kolejna część sagi o przegrywie na statku - dajcie znać wszem i wobec, że jest co czytać, znowu...
Poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4462661/dzida-o-statkach-cz-6-czarny-lad-2-2
Ostatnie dwie części zaliczyły główną - chwała Adminowi!
Zapraszam do lektury!
BETONIARKA
Wracając do Europy statek od Maputo był ładowany w każdym porcie. Pierwszym, gdzie ładowaliśmy głównie materiały sypkie bezpośrednio do ładowni, było Richards Bay. Według ojca wyjątkowo niedużo mieliśmy do zabrania i nasz pobyt był na tyle krótki, że nawet nie zdążyliśmy wyjść gdzieś w pobliżu do sklepu. Po szybkim przystanku kolejnym punktem na trasie powrotnej był Durban. Od momentu kiedy przestałem być majtkiem manewry i ranne wstawanie nie za bardzo mnie już interesowały. Wolałem się wyspać i łazić po statku w pojedynkę.
Dzień, w którym wpływaliśmy do Durbanu po ładunek pamiętam niestety bardzo dobrze. Był to mój najdłuższy okres bez snu jako nastolatek. Z samego rana obudziło mnie bujanie statkiem, ale nie takie standardowe, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, tylko takie jakby twój upośledzony umysłowo kumpel bujał z całej siły hamakiem w którym ucinałeś sobie drzemkę życia. Spałem na boku i rzucało mną dosłownie na plecy, na bok, na plecy, na bok. Idę na kanapę – pomyślałem. Usiadłem na skraju łóżka i przez bulaj w oddali widzę, że statek przechyla się lekko 30-40 stopni lewo prawo. Myślałem przez chwilę, że obali nas na burtę i zatoniemy.
No nic trzeba zaliczyć łazienkę, ubrać się i obczaić co się dzieje. Sztormu nie ma a nami wali w każdą stronę, że nie szło ustać. Siku na siedząco było wyzwaniem, czułem jak o jąderka chlupie mi woda z WC. Idę pod prysznic, odpalam wodę i dociera do mnie że nie da się, buja za mocno, woda wali po całej łazience. Myje słuchawką same jaja i podejmuje wyzwanie umycia zębów. Stojąc w rozkroku dającym najlepszą stabilność puszczam wodę w kranie i w tym momencie dociera do mnie co się dzieje. Statek jest pusty a my stoimy bokiem do fali na kotwicy. Woda z kranu była świetnym wyznacznikiem jak bardzo w czarnej dupie jesteśmy. Stoisz przed umywalką, twój mózg przyzwyczajony, że meble są punktem odniesienia, zaczyna wariować widząc jak strumień zmienia kierunek wypływu od jednej krawędzi umywalki do drugiej. Stoję oparty o umywalkę i po prostu się na to patrzę jakieś dobre 5 minut. Przeżywałem dosłowny mindfuck coś jak w odwróconym domu w Szymbarku. Trzeba dokończyć mycie zębów i ruszyć zobaczyć jak wygląda reszta statku. W mojej kabinie praktycznie nic nie było, trochę ubrań w szafie. Za ścianą u sąsiada słyszałem jak wszystko lata. Kabina ojca! – dotarło do mnie, że tam musi być prawdziwy Armagedon.
Głód zwyciężył, stwierdziłem, że najpierw śniadanie. Schodzę na dół na mesę, słyszę w oddali jak kucharz i steward rzucają kurwami, gdzie popadnie. Nie byli w stanie ogarnąć kuchni. „Dziś obiadu nie będzie, wszystko mi z gara wypierdala!” – podsumował Krzysztof. Ja i tak jechałem głównie na grzankach z masłem orzechowym lub dżemem. Siedziałem zajadając się opiekanym chlebem tostowym i obserwowałem, jak buja się kalendarz na ścianie w mesie, co jakiś czas łapałem się stołu, który był przykręcony do podłogi. Nikt nie pomyślał i zamiast ławek na mesie były zwykłe krzesła takie jak w szkole. Gdybym się nie trzymał to jeździłbym po całej jadalni. Nie mogłem się doczekać obiadu, byłem ciekaw czy do tego czasu wejdziemy do portu, czy będzie mi dane zobaczyć zmagania załogi z jedzeniem w takich warunkach.
Najedzony ruszyłem do maszyny do ojca. Niczym spiderman poruszałem się po samych poręczach, bujający statek dawał nieziemską frajdę. Do czasu… W maszynie u ojca wszechobecny rozpierdol, wszystko co zostało luzem dnia poprzedniego, bo komuś nie chciało się poukładać, leżało teraz na podłodze i zapieprzało z kąta w kąt zgodnie z przechyłami statku. Pomogłem im trochę ogarnąć. Wziąłem klucze od taty i zgodnie z prośbą poszedłem zobaczyć jak wygląda kajuta Kazika.
Wracając do Europy statek od Maputo był ładowany w każdym porcie. Pierwszym, gdzie ładowaliśmy głównie materiały sypkie bezpośrednio do ładowni, było Richards Bay. Według ojca wyjątkowo niedużo mieliśmy do zabrania i nasz pobyt był na tyle krótki, że nawet nie zdążyliśmy wyjść gdzieś w pobliżu do sklepu. Po szybkim przystanku kolejnym punktem na trasie powrotnej był Durban. Od momentu kiedy przestałem być majtkiem manewry i ranne wstawanie nie za bardzo mnie już interesowały. Wolałem się wyspać i łazić po statku w pojedynkę.
Dzień, w którym wpływaliśmy do Durbanu po ładunek pamiętam niestety bardzo dobrze. Był to mój najdłuższy okres bez snu jako nastolatek. Z samego rana obudziło mnie bujanie statkiem, ale nie takie standardowe, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, tylko takie jakby twój upośledzony umysłowo kumpel bujał z całej siły hamakiem w którym ucinałeś sobie drzemkę życia. Spałem na boku i rzucało mną dosłownie na plecy, na bok, na plecy, na bok. Idę na kanapę – pomyślałem. Usiadłem na skraju łóżka i przez bulaj w oddali widzę, że statek przechyla się lekko 30-40 stopni lewo prawo. Myślałem przez chwilę, że obali nas na burtę i zatoniemy.
No nic trzeba zaliczyć łazienkę, ubrać się i obczaić co się dzieje. Sztormu nie ma a nami wali w każdą stronę, że nie szło ustać. Siku na siedząco było wyzwaniem, czułem jak o jąderka chlupie mi woda z WC. Idę pod prysznic, odpalam wodę i dociera do mnie że nie da się, buja za mocno, woda wali po całej łazience. Myje słuchawką same jaja i podejmuje wyzwanie umycia zębów. Stojąc w rozkroku dającym najlepszą stabilność puszczam wodę w kranie i w tym momencie dociera do mnie co się dzieje. Statek jest pusty a my stoimy bokiem do fali na kotwicy. Woda z kranu była świetnym wyznacznikiem jak bardzo w czarnej dupie jesteśmy. Stoisz przed umywalką, twój mózg przyzwyczajony, że meble są punktem odniesienia, zaczyna wariować widząc jak strumień zmienia kierunek wypływu od jednej krawędzi umywalki do drugiej. Stoję oparty o umywalkę i po prostu się na to patrzę jakieś dobre 5 minut. Przeżywałem dosłowny mindfuck coś jak w odwróconym domu w Szymbarku. Trzeba dokończyć mycie zębów i ruszyć zobaczyć jak wygląda reszta statku. W mojej kabinie praktycznie nic nie było, trochę ubrań w szafie. Za ścianą u sąsiada słyszałem jak wszystko lata. Kabina ojca! – dotarło do mnie, że tam musi być prawdziwy Armagedon.
Głód zwyciężył, stwierdziłem, że najpierw śniadanie. Schodzę na dół na mesę, słyszę w oddali jak kucharz i steward rzucają kurwami, gdzie popadnie. Nie byli w stanie ogarnąć kuchni. „Dziś obiadu nie będzie, wszystko mi z gara wypierdala!” – podsumował Krzysztof. Ja i tak jechałem głównie na grzankach z masłem orzechowym lub dżemem. Siedziałem zajadając się opiekanym chlebem tostowym i obserwowałem, jak buja się kalendarz na ścianie w mesie, co jakiś czas łapałem się stołu, który był przykręcony do podłogi. Nikt nie pomyślał i zamiast ławek na mesie były zwykłe krzesła takie jak w szkole. Gdybym się nie trzymał to jeździłbym po całej jadalni. Nie mogłem się doczekać obiadu, byłem ciekaw czy do tego czasu wejdziemy do portu, czy będzie mi dane zobaczyć zmagania załogi z jedzeniem w takich warunkach.
Najedzony ruszyłem do maszyny do ojca. Niczym spiderman poruszałem się po samych poręczach, bujający statek dawał nieziemską frajdę. Do czasu… W maszynie u ojca wszechobecny rozpierdol, wszystko co zostało luzem dnia poprzedniego, bo komuś nie chciało się poukładać, leżało teraz na podłodze i zapieprzało z kąta w kąt zgodnie z przechyłami statku. Pomogłem im trochę ogarnąć. Wziąłem klucze od taty i zgodnie z prośbą poszedłem zobaczyć jak wygląda kajuta Kazika.
Otwieram drzwi a tam dosłownie jak w betoniarce. Kwiaty wywalone gonią się z książkami i kasetami na podłodze. Wtóruje im popielniczka i butelka po piwie. Idę spowrotem do ojca, przedstawiam sytuację i pytam się, co wywalamy a co zostaje. To był ostatni raz jak ojciec miał kwiaty doniczkowe w kajucie. Najtrudniejszym etapem sprzątania było przytarganie odkurzacza i zmycie podłogi na finał. Umordowany po pachy poszedłem z ciekawości zobaczyć na mostek.
Na mostku było jeszcze gorzej. Był to najwyższy poziom nadbudówki i mimo, że przechyły miały tę samą wartość w stopniach to siły działające na przedmioty były o wiele wyższe, coś na zasadzie karuzeli osiedlowej, gdzie im dalej od środka tym większa prędkość. Odwróciłem się na pięcie, wszyscy mieli takie miny jakby kapitan zaraz miał zostać wyrzucony za burtę.
Manewry miały odbyć się dopiero późnym wieczorem, w wyniku błędu komunikacyjnego nasza keja była zajęta i musieliśmy czekać aż się zwolni. Nikt nie będzie przerzucał całego naszego ładunku zgromadzonego w jej pobliżu. Obiad wyglądał jak z taniej czeskiej komedii. Marynarze rzucili sobie wyzwanie, że kto da radę zjeść zupę ten jest prawdziwy wilk morski. Było to zadanie niełatwe przy takim bujaniu. Siedzisz, ale nogami kombinujesz, żeby nie pojechać z krzesłem. W jednej ręce talerz z zupą przechylasz w przeciwną stronę co statek, w drugiej masz łyżkę i szuflujesz nią jak najszybciej zupkę do buzi. Zupkę która smakuje jak fabryka firmy Henkel – sama chemia. Gruby Robert jak usiadł tak nic go nie ruszyło, lżejsi marynarze jeździli po całej mesie razem z krzesłami, ja wybrałem drogę taktyki, siedziałem rokraczony jak pająk nad muchą.
Po obiedzie każdy poszedł zobaczyć swoją kajutę. U Czereśniaka było najgorzej, wpadł na genialny pomysł i zakupione wcześniej orzeszki w wielkich workach wsadził na samą górę szafy, jak statek się przechylił to worki uderzyły w drzwiczki. Wszystko wysypało się po kabinie i mieliło od śniadania do obiadu. U Damiana nosorożec zaliczył glebę i ułamał róg. To był moment, gdzie zrozumieliśmy, że jest z nim coś nie tak. Róg był strasznie lekki, a nosorożec cały ważył lekko 50 kg. Okazało się, że miał zakorkowany otwór w dupie – tak wiem każdy ma otwór w tym miejscu – przez który wydrążono go ile się dało i został zalany betonem. Charakterystyczny kolor drzewa Hebanowego uzyskano pastą do butów Kiwi. Afryka proszę Pana!
Do kolacji pomagałem sprzątać kajuty, wieczorem zaczęły się manewry. Znowu coś się nie dogadali i wchodziliśmy do portu kilka godzin. Manewry skończyły się nad ranem, nie poszedłem tego dnia do łóżka bo co chwilę coś się gdzieś działo. Trochę już mi się nudziło więc jak tylko ktoś coś potrzebował, chociażby w stylu „weź idź zrób kawę” – na statku nauczyłem się pić Nescafe 3w1 - to czułem się bardzo potrzebny i nie protestowałem. Następnego dnia po kolacji chciałem zobaczyć czy dam radę jeszcze jeden dzień bez spania, niestety mój młody organizm odmówił posłuszeństwa. Do dziś spanie jest moim ulubionym zajęciem.
Problemy podczas wpłynięcia do portu były pokłosiem narastającego niezadowolenia społecznego wśród pracowników portu, najgorsze dopiero było przed nami.
Na mostku było jeszcze gorzej. Był to najwyższy poziom nadbudówki i mimo, że przechyły miały tę samą wartość w stopniach to siły działające na przedmioty były o wiele wyższe, coś na zasadzie karuzeli osiedlowej, gdzie im dalej od środka tym większa prędkość. Odwróciłem się na pięcie, wszyscy mieli takie miny jakby kapitan zaraz miał zostać wyrzucony za burtę.
Manewry miały odbyć się dopiero późnym wieczorem, w wyniku błędu komunikacyjnego nasza keja była zajęta i musieliśmy czekać aż się zwolni. Nikt nie będzie przerzucał całego naszego ładunku zgromadzonego w jej pobliżu. Obiad wyglądał jak z taniej czeskiej komedii. Marynarze rzucili sobie wyzwanie, że kto da radę zjeść zupę ten jest prawdziwy wilk morski. Było to zadanie niełatwe przy takim bujaniu. Siedzisz, ale nogami kombinujesz, żeby nie pojechać z krzesłem. W jednej ręce talerz z zupą przechylasz w przeciwną stronę co statek, w drugiej masz łyżkę i szuflujesz nią jak najszybciej zupkę do buzi. Zupkę która smakuje jak fabryka firmy Henkel – sama chemia. Gruby Robert jak usiadł tak nic go nie ruszyło, lżejsi marynarze jeździli po całej mesie razem z krzesłami, ja wybrałem drogę taktyki, siedziałem rokraczony jak pająk nad muchą.
Po obiedzie każdy poszedł zobaczyć swoją kajutę. U Czereśniaka było najgorzej, wpadł na genialny pomysł i zakupione wcześniej orzeszki w wielkich workach wsadził na samą górę szafy, jak statek się przechylił to worki uderzyły w drzwiczki. Wszystko wysypało się po kabinie i mieliło od śniadania do obiadu. U Damiana nosorożec zaliczył glebę i ułamał róg. To był moment, gdzie zrozumieliśmy, że jest z nim coś nie tak. Róg był strasznie lekki, a nosorożec cały ważył lekko 50 kg. Okazało się, że miał zakorkowany otwór w dupie – tak wiem każdy ma otwór w tym miejscu – przez który wydrążono go ile się dało i został zalany betonem. Charakterystyczny kolor drzewa Hebanowego uzyskano pastą do butów Kiwi. Afryka proszę Pana!
Do kolacji pomagałem sprzątać kajuty, wieczorem zaczęły się manewry. Znowu coś się nie dogadali i wchodziliśmy do portu kilka godzin. Manewry skończyły się nad ranem, nie poszedłem tego dnia do łóżka bo co chwilę coś się gdzieś działo. Trochę już mi się nudziło więc jak tylko ktoś coś potrzebował, chociażby w stylu „weź idź zrób kawę” – na statku nauczyłem się pić Nescafe 3w1 - to czułem się bardzo potrzebny i nie protestowałem. Następnego dnia po kolacji chciałem zobaczyć czy dam radę jeszcze jeden dzień bez spania, niestety mój młody organizm odmówił posłuszeństwa. Do dziś spanie jest moim ulubionym zajęciem.
Problemy podczas wpłynięcia do portu były pokłosiem narastającego niezadowolenia społecznego wśród pracowników portu, najgorsze dopiero było przed nami.
STRAJK
Pierwszy dzień nie był niczym nadzwyczajnym. Od rana rozpoczęło się ładowanie statku za pośrednictwem żurawi statkowych. Po tym poznać dobry port, ze używany jest sprzęt portowy, a żurawie na statku są tylko na wszelki wypadek. W Europie ani razu nie zostały one użyte, w Durbanie cały załadunek odbył się naszym sprzętem. Dźwigowi byli dostarczani z portu, nie pamiętam czy żaden AB z załogi nie miał uprawnień, czy uparli się w porcie, że muszą to robić ich ludzie. Efekt był taki, że na dźwig przychodził do nas Jeffrey.
Mnie on nie parzył i nie ziębił. Ot murzyn przychodzi i operuje dźwigiem. W przerwie poszedł się zapytać czy może kawę. No spoko czemu nie. Przed obiadem kapitan oznajmił, że zgodnie z wymaganiami zarządcy portu operator powinien dostać obiad na statku. Co mnie to, ale część załogi była rasistami z krwi i kości. Podczas obiadu Jeffrey, który miał lekko ponad 100 kg i tyle samo wzrostu co ja, usiadł na szczycie stołu ekipy z maszyny, czyli naszej. Chyba czuł, że trafił na tych bardziej otwartych umysłowo.
Jeffrey był „szerszy” niż wyższy, wejście do kabiny operatora żurawia zajmowało mu minimum 20 minut, zejście odrobinę mniej. Jak szedł na kawę do nas na mesę, to przerwa w załadunku realnie wynosiła prawie godzinę. Ogólnie nie spieszyło się towarzystwu. Napięcie wśród załogi narastało z dnia na dzień, oczywiście nie usprawiedliwia to zachowania niektórych osób na mesie podczas obiadu, ale daje dobry obraz ogólnej sytuacji w tamtym czasie.
Nasz bohater niejednokrotnie był obrażany za plecami nawet o tym nie wiedząc, na szczęście polskiego nie uczą w RPA. Padały teksty od niektórych osób – niechaj pozostaną anonimowi – typu „co ta małpa tu robi?”, „nie będę jadł obok asfaltu” wziął obiad i poszedł jeść do telwizorni jeden z marynarzy. Kucharz też nie oszczędzał chłopaka, dawał mu najgorsze i najbardziej przypalone mięso życząc smacznego z uśmiechem na twarzy. Takiej ilości rasizmu i cynizmu jak na polskiej mesie nie uraczyłem do tej pory nigdzie. Jeffrey mimo wszystko jadł i nie narzekał, zapewne w domu się nie przelewało, chociaż jego masa sugerowała, że ogólnie nie wybrzydza z jedzeniem. Nie oceniam tylko stwierdzam fakty. Na koniec zawsze grzecznie dziękował.
W pewnym momencie w porcie wybuchł strajk. Taki oficjalny, grupki ludzi z transparentami, głównie czarnoskórzy. Wszystko stanęło po jakiś 3-4 dniach od naszego przypłynięcia. Śmieliśmy się, że to przez jednego z naszych bo za głośno bulwersował się obecnością dźwigowego na mesie. Protesty trwały ponad tydzień i w tym czasie kompletnie nic nie ładowali. Wtedy wiedziałem już, że nie zdążę na rozpoczęcie roku szkolnego. Łącznie w Durbanie byłem uziemiony około dwa tygodnie.
Pierwszy dzień nie był niczym nadzwyczajnym. Od rana rozpoczęło się ładowanie statku za pośrednictwem żurawi statkowych. Po tym poznać dobry port, ze używany jest sprzęt portowy, a żurawie na statku są tylko na wszelki wypadek. W Europie ani razu nie zostały one użyte, w Durbanie cały załadunek odbył się naszym sprzętem. Dźwigowi byli dostarczani z portu, nie pamiętam czy żaden AB z załogi nie miał uprawnień, czy uparli się w porcie, że muszą to robić ich ludzie. Efekt był taki, że na dźwig przychodził do nas Jeffrey.
Mnie on nie parzył i nie ziębił. Ot murzyn przychodzi i operuje dźwigiem. W przerwie poszedł się zapytać czy może kawę. No spoko czemu nie. Przed obiadem kapitan oznajmił, że zgodnie z wymaganiami zarządcy portu operator powinien dostać obiad na statku. Co mnie to, ale część załogi była rasistami z krwi i kości. Podczas obiadu Jeffrey, który miał lekko ponad 100 kg i tyle samo wzrostu co ja, usiadł na szczycie stołu ekipy z maszyny, czyli naszej. Chyba czuł, że trafił na tych bardziej otwartych umysłowo.
Jeffrey był „szerszy” niż wyższy, wejście do kabiny operatora żurawia zajmowało mu minimum 20 minut, zejście odrobinę mniej. Jak szedł na kawę do nas na mesę, to przerwa w załadunku realnie wynosiła prawie godzinę. Ogólnie nie spieszyło się towarzystwu. Napięcie wśród załogi narastało z dnia na dzień, oczywiście nie usprawiedliwia to zachowania niektórych osób na mesie podczas obiadu, ale daje dobry obraz ogólnej sytuacji w tamtym czasie.
Nasz bohater niejednokrotnie był obrażany za plecami nawet o tym nie wiedząc, na szczęście polskiego nie uczą w RPA. Padały teksty od niektórych osób – niechaj pozostaną anonimowi – typu „co ta małpa tu robi?”, „nie będę jadł obok asfaltu” wziął obiad i poszedł jeść do telwizorni jeden z marynarzy. Kucharz też nie oszczędzał chłopaka, dawał mu najgorsze i najbardziej przypalone mięso życząc smacznego z uśmiechem na twarzy. Takiej ilości rasizmu i cynizmu jak na polskiej mesie nie uraczyłem do tej pory nigdzie. Jeffrey mimo wszystko jadł i nie narzekał, zapewne w domu się nie przelewało, chociaż jego masa sugerowała, że ogólnie nie wybrzydza z jedzeniem. Nie oceniam tylko stwierdzam fakty. Na koniec zawsze grzecznie dziękował.
W pewnym momencie w porcie wybuchł strajk. Taki oficjalny, grupki ludzi z transparentami, głównie czarnoskórzy. Wszystko stanęło po jakiś 3-4 dniach od naszego przypłynięcia. Śmieliśmy się, że to przez jednego z naszych bo za głośno bulwersował się obecnością dźwigowego na mesie. Protesty trwały ponad tydzień i w tym czasie kompletnie nic nie ładowali. Wtedy wiedziałem już, że nie zdążę na rozpoczęcie roku szkolnego. Łącznie w Durbanie byłem uziemiony około dwa tygodnie.
AWARIE
Nasza łajba była niczym włoski samochód. Ładna, stylowa jak na kontenerowiec i awaryjna. Silnik pancerny tyle że osprzęt dookoła z dykty. W przelocie z Europy do Afryki maszyna miała pełne ręce roboty związane z konserwacją żurawi, wtedy nie wiedziałem jeszcze dlaczego. W portach afrykańskich w tamtym czasie głównie operowano na sprzęcie statkowym, który lubił się psuć. Przelot mający prawie dwa tygodnie był idealnym czasem na tego typu czynności.
Jak ogłoszono strajk, to Chief z maszyny zarządził konserwację chłodnic i silnika. Tak profilaktycznie wymieniono jeden z tłoków na nowy, bo nie podobała im się praca silnika. Nad silnikiem w masznowni była suwnica. Wszystko przemyślane, potrzebowałeś wymienić podzespoły, była taka możliwość. Zapasowy tłok wielkości małego samochodu wisiał sobie na specjalnym wsporniku zaraz obok silnika. Obserwowałem cały proces z daleka. W tym czasie Damian czyścił chłodnice. Silnik był chłodzony cieczą, w naszym przypadku wodą morską, nieodsoloną. Wstępnie przefiltrowana morska woda mimo wszystko posiadała resztki planktonu i innych mniejszych organizmów. Osadzało się to na takich pofalowanych płytach miedzianych tworzących rdzeń chłodnicy. Wystarczyło rozkręcić obudowę i te płyty dało się przesuwać, bo były na specjalnych prowadnicach. Czyszczenie polegało na myciu płyty po płycie myjką ciśnieniową, pod nimi była wanna z odpływem połączonym z morzem. Procedura jest mi znana dokładnie, bo Damian był potrzebny przy silniku i z nudów poszedłem robić to za niego. Na koniec roboty waliłem rybą, jak po całym dniu na targu.
Szczęście w nieszczęściu podczas postoju uszkodził się system vacuum, ten od WC. Tym razem się nie wychylałem tak jak podczas czyszczenia chłodnic. Gdzieś jakiś odcinek rury się zapchał, trzeba było sprawdzać kawałek po kawałku. Pamiętam, że były jakieś punkty kontrolne co pozwoliło na dość szybką lokalizację usterki. Od rur niestety był mój ojciec, ale on wiedział z czym to się je. Po rozkręceniu odcinka ostrożnie chciał ją przetkać. Nie pamiętam dlaczego, ale Lechu „Sraczka” uparł się, że to nie ta i musiał osobiście zajrzeć do środka. W tym czasie ktoś na statku kliknął spłuczkę. Fekalia pod ciśnieniem walnęły w II oficera z maszyny. Jeśli myślicie, że przez tę sytuację miał taką ksywę, to się mylicie. Dostał ją o wiele szybciej, ale o tym za chwilę.
Ogólnie gdyby nie awarie, to maszyna na statku za wiele do roboty by nie miała. Niestety polska kadra kierownicza zawsze coś wymyśli, tyle że na Grey Fox nie musieli. U ojca w maszynie praktycznie co drugi dzień był jakiś alarm. Jak nie było alarmu to gorączkowo przygotowywali się do awarii, która wiedzieli, że i tak nastąpi. Chwila wytchnienia to konserwacja. Statek był w dużej mierze na częściach niemieckich, na myśli mam kluczowe elementy. Nie zmienia to faktu, że złożony został w Chinach, ale nie tych, które potrafią współcześnie zaskoczyć jakością. Powstał w końcówce lat 90tych po taniości, co mściło się podczas eksploatacji.
Nasza łajba była niczym włoski samochód. Ładna, stylowa jak na kontenerowiec i awaryjna. Silnik pancerny tyle że osprzęt dookoła z dykty. W przelocie z Europy do Afryki maszyna miała pełne ręce roboty związane z konserwacją żurawi, wtedy nie wiedziałem jeszcze dlaczego. W portach afrykańskich w tamtym czasie głównie operowano na sprzęcie statkowym, który lubił się psuć. Przelot mający prawie dwa tygodnie był idealnym czasem na tego typu czynności.
Jak ogłoszono strajk, to Chief z maszyny zarządził konserwację chłodnic i silnika. Tak profilaktycznie wymieniono jeden z tłoków na nowy, bo nie podobała im się praca silnika. Nad silnikiem w masznowni była suwnica. Wszystko przemyślane, potrzebowałeś wymienić podzespoły, była taka możliwość. Zapasowy tłok wielkości małego samochodu wisiał sobie na specjalnym wsporniku zaraz obok silnika. Obserwowałem cały proces z daleka. W tym czasie Damian czyścił chłodnice. Silnik był chłodzony cieczą, w naszym przypadku wodą morską, nieodsoloną. Wstępnie przefiltrowana morska woda mimo wszystko posiadała resztki planktonu i innych mniejszych organizmów. Osadzało się to na takich pofalowanych płytach miedzianych tworzących rdzeń chłodnicy. Wystarczyło rozkręcić obudowę i te płyty dało się przesuwać, bo były na specjalnych prowadnicach. Czyszczenie polegało na myciu płyty po płycie myjką ciśnieniową, pod nimi była wanna z odpływem połączonym z morzem. Procedura jest mi znana dokładnie, bo Damian był potrzebny przy silniku i z nudów poszedłem robić to za niego. Na koniec roboty waliłem rybą, jak po całym dniu na targu.
Szczęście w nieszczęściu podczas postoju uszkodził się system vacuum, ten od WC. Tym razem się nie wychylałem tak jak podczas czyszczenia chłodnic. Gdzieś jakiś odcinek rury się zapchał, trzeba było sprawdzać kawałek po kawałku. Pamiętam, że były jakieś punkty kontrolne co pozwoliło na dość szybką lokalizację usterki. Od rur niestety był mój ojciec, ale on wiedział z czym to się je. Po rozkręceniu odcinka ostrożnie chciał ją przetkać. Nie pamiętam dlaczego, ale Lechu „Sraczka” uparł się, że to nie ta i musiał osobiście zajrzeć do środka. W tym czasie ktoś na statku kliknął spłuczkę. Fekalia pod ciśnieniem walnęły w II oficera z maszyny. Jeśli myślicie, że przez tę sytuację miał taką ksywę, to się mylicie. Dostał ją o wiele szybciej, ale o tym za chwilę.
Ogólnie gdyby nie awarie, to maszyna na statku za wiele do roboty by nie miała. Niestety polska kadra kierownicza zawsze coś wymyśli, tyle że na Grey Fox nie musieli. U ojca w maszynie praktycznie co drugi dzień był jakiś alarm. Jak nie było alarmu to gorączkowo przygotowywali się do awarii, która wiedzieli, że i tak nastąpi. Chwila wytchnienia to konserwacja. Statek był w dużej mierze na częściach niemieckich, na myśli mam kluczowe elementy. Nie zmienia to faktu, że złożony został w Chinach, ale nie tych, które potrafią współcześnie zaskoczyć jakością. Powstał w końcówce lat 90tych po taniości, co mściło się podczas eksploatacji.
Najczęściej psuły się agregaty prądotwórcze. Na Grey Fox były 3 sztuki 920 kVA każdy, ich sercem był turbodiesel. Do poprawnego funkcjonowania statku musiały działać dwa na 50%. Agregaty były wąskim gardłem. W drodze do Afryki popsuł się jeden, podczas postoju w Durbanie czekaliśmy na serwis, mieli wymienić turbinę. Zanim dojechali, popsuł się drugi. Wtedy zrozumiałem dlaczego Lechu ma ksywę „Sraczka”. Idę jak zwykle po śniadaniu do maszyny, po drodze do sterowni mijało się agregaty, gdzie podest komunikacyjny był między 2 a 3. Widzę że pękła stalowa rura doprowadzająca płyn do chłodnicy i sika sobie delikatnie na podłogę. Alarm wyje, lampy mrugają. Staję przed drzwiami do sterowni, ale jeszcze nie wchodzę. Zastanawiam się czy w ogóle wejść, bo widzę przez szybę jak „Brzoza” się śmieje z Lecha, ten biega od wyświetlacza do wyświetlacza szukając przyczyny alarmu, co chwilę łapie się ze stresu za brzuch, wszyscy wiedzą, że chłop zaraz się posra. Byle co się działo na statku, a on był cały zestresowany. Panika to było jego drugie imię. Wchodzę twardo i rzucam „dzień dobry wszystkim, czy mogę coś powiedzieć?”. Lechu tańczący po całym pomieszczeniu z zaciśniętymi zwieraczami naskoczył na mnie „Piotr proszę cię kurwa nie teraz, coś jebło a my nie wiemy co”, wychodząc grzecznie powiedziałem „może to przez ten płyn co wycieka z agregatu w przejściu”, „jaki kurwa płyn?!” – w tym momencie rozwiązałem powód alarmu. Niestety naprawa nie była wcale prosta, trzeba wyłączyć kolejny agregat i jechać na jednym przez jakiś czas. Zaspawać pęknięcie na zgięciu rury - o kołnierzu nie było mowy - i z powrotem uruchomić agregat. Problem polegał na tym, że ten jeden działający do tej pory uchodził za najbardziej awaryjny, ratowała nas tylko sytuacja strajku i tego, że nie pracują żurawie.
Do teraz zastanawiam się, jakim cudem Leszek nie padł na zawał. Ciekawostką jest to, że chłop miał restaurację gdzieś w trójmieście i też kupował pełno figurek od murzynów jako wystrój knajpy. Kto wie, może czytelnik nawet kiedyś tam jadł. Wszyscy zastanawiali się po co on pływa, drugą ksywę przez to miał „złotówa”.
Po skończonym strajku i ponownym uruchomieniu wszystkich dźwigów praktycznie co chwilę pękały jakieś rury od hydrauliki. Raz poszedłem z Damianem do takiego ala szybu / kanału, mieliśmy założyć kołnierz na pękniętą rurę. Szyb miał może 1x1 m, nie było jakoś ekstra ciasno. Dostałem wtedy lekkiego stracha, bo w środku było strasznie cicho, oświetlenie tylko z latarek, w pewnym momencie statek zaczął skrzypić i wydawać charakterystyczne dźwięki pękania. Damian nastraszył mnie, że zaraz złamiemy się w pół jak Titanic. Wiedziałem, że żartuje ale mimo wszystko ciary po plecach przeszły.
Do teraz zastanawiam się, jakim cudem Leszek nie padł na zawał. Ciekawostką jest to, że chłop miał restaurację gdzieś w trójmieście i też kupował pełno figurek od murzynów jako wystrój knajpy. Kto wie, może czytelnik nawet kiedyś tam jadł. Wszyscy zastanawiali się po co on pływa, drugą ksywę przez to miał „złotówa”.
Po skończonym strajku i ponownym uruchomieniu wszystkich dźwigów praktycznie co chwilę pękały jakieś rury od hydrauliki. Raz poszedłem z Damianem do takiego ala szybu / kanału, mieliśmy założyć kołnierz na pękniętą rurę. Szyb miał może 1x1 m, nie było jakoś ekstra ciasno. Dostałem wtedy lekkiego stracha, bo w środku było strasznie cicho, oświetlenie tylko z latarek, w pewnym momencie statek zaczął skrzypić i wydawać charakterystyczne dźwięki pękania. Damian nastraszył mnie, że zaraz złamiemy się w pół jak Titanic. Wiedziałem, że żartuje ale mimo wszystko ciary po plecach przeszły.
ZŁODZIEJE
Przed pierwszym portem w Afryce marynarze wytłumaczyli mi, po co są wachty na trapie. Nie chodziło tylko o samo pilnowanie, kto wchodzi a kto schodzi ze statku, ale o to jeszcze z czym. Mając piętnaście lat wydawało mi się, że dorośli ludzie pracujący w porcie będą skupieni na pracy. Tymczasem dostałem ostrzeżenie, że obowiązkowo mam zamykać kabinę swoją jak i ojca podczas postoju w portach.
Pewnego dnia jeszcze w Durbanie, postanowiłem, że pójdę się poopalać. W słońcu gdzie nie wiało było całkiem ciepło. Ludzie pokroju Jeffreya chodzili w pikowanych kurtkach. Dla mnie dwadzieścia stopni to było lato. Na samych gaciach położyłem się na ławce na rufie w zaciszu i się opalam, nagle obok mnie przechodzi jakiś murzyn w kamizelce odblaskowej i kasku, więc wiem że pracownik portu, jak mnie zobaczył to zdziwił się podwójnie. Rzucił „what the fuck?” po pierwsze bo byłem na gaciach, po drugie bo nie powinno być nikogo w tym miejscu o tej porze dnia. Twardo odpowiadam do chłopa „Vacation!”, zapamiętałem jego minę i dobrze, bo ten sam Pan godzinę później próbował obrobić kabinę mojego ojca.
System wyglądał tak, pracownik portu wchodził na statek niby coś załatwić z oficerką, wybierali zawsze godziny między przerwami. Zanim dotarł do biura chiefa lub na mostek to na każdym piętrze, gdzie były kajuty maszyny i pokładu, naciskał na klamkę za klamką. Wiem to, bo taka sytuacja zdarzyła się dwa razy. Siedziałem u ojca w kabinie, oglądam film i słyszę, jak ktoś idzie korytarzem i naciska klamki. Pierwszy raz myślałem, że może ktoś z naszych sprawdza czy ktoś nie zapomniał zakluczyć. Nagle wpada mi murzyn do kajuty, ja z nożem w ręku obieram jabłko, chłop rzucił „Sorry” i szybciutko wyszedł. Zamknąłem kajutę i pędem do ojca do maszyny, „Brzoza” dał cynk kapitanowi i na jakiś czas był spokój. W portach wszystkie drzwi do korytarzy były na stałe zamknięte, gdzie w przelocie są na stałe otwarte, żeby ciągle nie wpisywać szyfru. Kolejny raz była podobna sytuacja, komuś zapomniało się zamknąć drzwi do korytarza z wyższego poziomu i znowu wpadł mi do kabiny ojca „Sorry majfrend” tyle, że teraz dokładnie wiedziałem, który to. Ten co był zszokowany moim opalaniem. Nie mogłem skumać, że zamiast zająć się robotą, to próbują za wszelką cenę przykleić coś do rączek. Przez cały pobyt w Afryce takich sytuacji było dość sporo, spowodowały one, że na sam koniec wyrobiła mi się dość negatywna opinia o czarnoskórej społeczności, walczyłem do końca niestety argumentów za brakiem tolerancji nazbierało się więcej. O tym na sam koniec opowieści.
Przed pierwszym portem w Afryce marynarze wytłumaczyli mi, po co są wachty na trapie. Nie chodziło tylko o samo pilnowanie, kto wchodzi a kto schodzi ze statku, ale o to jeszcze z czym. Mając piętnaście lat wydawało mi się, że dorośli ludzie pracujący w porcie będą skupieni na pracy. Tymczasem dostałem ostrzeżenie, że obowiązkowo mam zamykać kabinę swoją jak i ojca podczas postoju w portach.
Pewnego dnia jeszcze w Durbanie, postanowiłem, że pójdę się poopalać. W słońcu gdzie nie wiało było całkiem ciepło. Ludzie pokroju Jeffreya chodzili w pikowanych kurtkach. Dla mnie dwadzieścia stopni to było lato. Na samych gaciach położyłem się na ławce na rufie w zaciszu i się opalam, nagle obok mnie przechodzi jakiś murzyn w kamizelce odblaskowej i kasku, więc wiem że pracownik portu, jak mnie zobaczył to zdziwił się podwójnie. Rzucił „what the fuck?” po pierwsze bo byłem na gaciach, po drugie bo nie powinno być nikogo w tym miejscu o tej porze dnia. Twardo odpowiadam do chłopa „Vacation!”, zapamiętałem jego minę i dobrze, bo ten sam Pan godzinę później próbował obrobić kabinę mojego ojca.
System wyglądał tak, pracownik portu wchodził na statek niby coś załatwić z oficerką, wybierali zawsze godziny między przerwami. Zanim dotarł do biura chiefa lub na mostek to na każdym piętrze, gdzie były kajuty maszyny i pokładu, naciskał na klamkę za klamką. Wiem to, bo taka sytuacja zdarzyła się dwa razy. Siedziałem u ojca w kabinie, oglądam film i słyszę, jak ktoś idzie korytarzem i naciska klamki. Pierwszy raz myślałem, że może ktoś z naszych sprawdza czy ktoś nie zapomniał zakluczyć. Nagle wpada mi murzyn do kajuty, ja z nożem w ręku obieram jabłko, chłop rzucił „Sorry” i szybciutko wyszedł. Zamknąłem kajutę i pędem do ojca do maszyny, „Brzoza” dał cynk kapitanowi i na jakiś czas był spokój. W portach wszystkie drzwi do korytarzy były na stałe zamknięte, gdzie w przelocie są na stałe otwarte, żeby ciągle nie wpisywać szyfru. Kolejny raz była podobna sytuacja, komuś zapomniało się zamknąć drzwi do korytarza z wyższego poziomu i znowu wpadł mi do kabiny ojca „Sorry majfrend” tyle, że teraz dokładnie wiedziałem, który to. Ten co był zszokowany moim opalaniem. Nie mogłem skumać, że zamiast zająć się robotą, to próbują za wszelką cenę przykleić coś do rączek. Przez cały pobyt w Afryce takich sytuacji było dość sporo, spowodowały one, że na sam koniec wyrobiła mi się dość negatywna opinia o czarnoskórej społeczności, walczyłem do końca niestety argumentów za brakiem tolerancji nazbierało się więcej. O tym na sam koniec opowieści.
Obrobić nas z kasy próbowano nie tylko na statku. Sytuacje takie na targach były na porządku dziennym, specjalnie się nawet z tym nie kryli. Ojciec chyba chciał mnie w ten sposób nauczyć życia. W Durbanie pojechaliśmy raz na miasto w przestoju. Cel był taki sam jak w Maputo, jakieś figurki, coś na pamiątkę. Wzdłuż plaży przy głównej drodze w mieście co kawałek były stragany, trochę lepszy standard niż w Mozambiku. Była nawet buda z hinduskim żarciem. Najadłem się indyjskich pierogów z chili, były naprawdę dobre, piekły dwa razy. Dostałem bodajże dziesięć dolców w banknotach jednodolarowych od ojca i zostałem puszczony luzem w zasięgu wzroku. Angielski był przećwiczony no to idę zobaczyć co tam mają. Na tych straganach było dosłownie wszystko, nic nie miało cen, prawdziwy targ. Podeszło do mnie trzech łepków, jeden miał zegarki co im wskazówki latały luźno, drugi filmy na DVD a trzeci miał paski do spodni. Akurat to mnie zainteresowało, bo nie miałem paska, schudłem i co chwilę musiałem podciągać galoty. Wręcz prosiłem się, żeby mnie obskubać z kasy. Chłop w kilka sekund założył mi pasek na spodnie, zaciągnął aż mi się słabo zrobiło, dwóch pozostałych pokazuje okejki, że wyglądam zajebiście. Patrzę a pasek Calvin Klein, albo oryginał ukradziony ze sklepu albo super podróbka, bo w dotyku mięciusi. Poluzowałem dziurki, no pasuje jak na złość. Teraz moja kolej, wyciągam jednego dolara i mówię że mam tylko tyle. Targowaliśmy się dobre pięć minut, pasek był już na mnie, machałem jednodolarówką jak szef kartelu dając do zrozumienia, że albo bierzesz albo… Kolega sprzedał pasek, a między czasie zawitał inny delikwent z koszulkami. Ten miał jeszcze szybsze rączki, założył mi na moją swoją i znowu pokazują mi jak super wyglądam. Koszulka była z typowo afrykańskim motywem, żyrafy, słonie itp. Myślę sobie co mi tam, będzie pamiątka. Wyciągam jednego dolara i wiem, że będę smażył się za to w piekle, ale uczucie władzy nad ciemnym ludem było zbyt kuszące. Ojciec zawołał mnie bo był stolik rzeźbiony do kupienia i brakowało mu kilka dolców. Oczywiście panowie koledzy szli ze mną, wiedzieli że w kieszeni jeszcze trochę zieleni jest. W końcu wydałem całe trzy dolary i miałem pasek oraz dwie koszulki. Gdzie byś się nie ruszył, chodzili bardzo blisko ciebie, a ja jak na złość ciągle ręce w kieszeni trzymając kasę. Za całe dziesięć dolarów kupiliśmy stolik kawowy na trzech nogach rzeźbiony z jednego kawałka drewna. Mamy go do dziś. Tym razem to my okradliśmy trochę Afrykę.
Jest to dzida 1 z 2 obejmująca część 7, leci kolejna! - pacz profil w razie czego.
Tymczasem Wypierdalam!
Jest to dzida 1 z 2 obejmująca część 7, leci kolejna! - pacz profil w razie czego.
Tymczasem Wypierdalam!