Ahoj Dzidowcy!
To już koniec naszej podróży, zapraszam na ostatnią część opowieści...
Link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4485152/dzida-o-statkach-cz-8-wracamy
To już koniec naszej podróży, zapraszam na ostatnią część opowieści...
Link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4485152/dzida-o-statkach-cz-8-wracamy
Od Wysp Kanaryjskich do Rotterdamu mieliśmy jeszcze około 6 dni. Po przebojach z alkoholem byłem już tylko i wyłącznie grzecznym dzieckiem, zastanawiającym się co dalej zrobić ze swoim życiem po ukończeniu gimnazjum. Mam wrażenie, że do dziś się nad tym zastanawiam i rozmyślania trwają już ponad 22 lata. W przerwach obiadowych i wieczorami jak ekipa ojca wpadała na piwo lub dwa, mi za karę nic nie proponowano, pytali się mnie wszyscy jak oceniam rejs, czy nadal planuje zostać kapitanem jak chciałem pierwszego dnia. Pod koniec podróży pytań było mnóstwo od wszystkich. Zostało mi kilka dni bezkresu oceanu i zamiast delektować się widokami, chociaż z pozoru ciągle takimi samymi, moje myśli krążyły gdzieś wyobrażając sobie jak będzie wyglądało moje życie jak dorosnę. Czy skończę tak jak większość marynarzy ze statku?
Snując się po pokładzie raz natrafiłem na kapitana kąpiącego się w basenie. Mimo że byliśmy coraz bliżej Morza Północnego pogoda wyjątkowo dopisywała i była wręcz jak z folderu reklamowego biura podróży. Pamiętam, że przystanąłem z Fantą przy basenie i rzuciłem nieśmiałe „Ahoj Panie Kapitanie, jak woda?” Gościu z pozoru był sztywny, ale wydaje mi się, że prywatnie (czego nie było mi dane) mógł być nawet spoko. Kapitan wyjątkowo uśmiechnął się, odpowiedział „Cześć, mokra jak zwykle” i potem zagadał jak wszyscy, jak oceniam rejs itp. Coś tam pomamrotałem pod nosem, że fajnie, przygoda życia itd. „To czemu jesteś taki podłamany?” No właśnie, dlaczego? Czy nadal trzymał mnie kac, czy za dużo myśli na sam koniec. A może smutek, że wracam do codzienności, dziurawych dróg, błota, głupkowatych kumpli, koleżanek co nie widzą niczego poza czubkiem swojego nosa.
Zapytałem kapitana jaka jest najprostsza ścieżka, żeby zostać Panem Mórz i Oceanów. Sprawa w sumie prosta, po dziś dzień można tę ścieżkę kariery w następujący sposób zrealizować. Kończysz szkołę średnią, robisz kursy podstawowe na OSa, „załatwiasz” sobie wejście na statek i zbierasz praktykę. Mając średnie, nawet bez matury, możesz kursami dojść do kapitana. Tak, kolejno mając wypływane lata robisz potem kurs na AB, potem 4 oficer i tak lecisz na sam szczyt. Jak jesteś ogarnięty, z angielskim nie masz problemów, nie chcesz pieprzyć się ze studiami to oto jest gotowa droga od majtka po szefa łajby. To rozwiązanie ma niestety pewną wadę. Na statki pasażerskie bez wyższego wykształcenia ciężko się dostać. Ogólnie bez studiów jako gwiazdojeb wiele drzwi pozostaje zamkniętych do emerytury, chyba że masz szerokie plecy. Jest jeszcze opcja pośrednia „studium oficerskie” – czyli taka szkoła policealna po której wychodzisz jako oficer marynarki handlowej. Masz już jakiś kwit, podczas szkoły robisz praktykę jak Jonathan, wracasz, zdajesz egzaminy i voila Pan Oficer. Kiedyś problem był taki, że szkoły potrafiły zrzucić obowiązek załatwienia praktyki na ucznia / studenta, nie miałeś kogoś w rodzinie co pływa, miałeś problem.
Snując się po pokładzie raz natrafiłem na kapitana kąpiącego się w basenie. Mimo że byliśmy coraz bliżej Morza Północnego pogoda wyjątkowo dopisywała i była wręcz jak z folderu reklamowego biura podróży. Pamiętam, że przystanąłem z Fantą przy basenie i rzuciłem nieśmiałe „Ahoj Panie Kapitanie, jak woda?” Gościu z pozoru był sztywny, ale wydaje mi się, że prywatnie (czego nie było mi dane) mógł być nawet spoko. Kapitan wyjątkowo uśmiechnął się, odpowiedział „Cześć, mokra jak zwykle” i potem zagadał jak wszyscy, jak oceniam rejs itp. Coś tam pomamrotałem pod nosem, że fajnie, przygoda życia itd. „To czemu jesteś taki podłamany?” No właśnie, dlaczego? Czy nadal trzymał mnie kac, czy za dużo myśli na sam koniec. A może smutek, że wracam do codzienności, dziurawych dróg, błota, głupkowatych kumpli, koleżanek co nie widzą niczego poza czubkiem swojego nosa.
Zapytałem kapitana jaka jest najprostsza ścieżka, żeby zostać Panem Mórz i Oceanów. Sprawa w sumie prosta, po dziś dzień można tę ścieżkę kariery w następujący sposób zrealizować. Kończysz szkołę średnią, robisz kursy podstawowe na OSa, „załatwiasz” sobie wejście na statek i zbierasz praktykę. Mając średnie, nawet bez matury, możesz kursami dojść do kapitana. Tak, kolejno mając wypływane lata robisz potem kurs na AB, potem 4 oficer i tak lecisz na sam szczyt. Jak jesteś ogarnięty, z angielskim nie masz problemów, nie chcesz pieprzyć się ze studiami to oto jest gotowa droga od majtka po szefa łajby. To rozwiązanie ma niestety pewną wadę. Na statki pasażerskie bez wyższego wykształcenia ciężko się dostać. Ogólnie bez studiów jako gwiazdojeb wiele drzwi pozostaje zamkniętych do emerytury, chyba że masz szerokie plecy. Jest jeszcze opcja pośrednia „studium oficerskie” – czyli taka szkoła policealna po której wychodzisz jako oficer marynarki handlowej. Masz już jakiś kwit, podczas szkoły robisz praktykę jak Jonathan, wracasz, zdajesz egzaminy i voila Pan Oficer. Kiedyś problem był taki, że szkoły potrafiły zrzucić obowiązek załatwienia praktyki na ucznia / studenta, nie miałeś kogoś w rodzinie co pływa, miałeś problem.
Zapytałem kapitana, czy jakby miał wybór to czy jeszcze raz wybrałby taki zawód? Odpowiedział wymijająco, bo z jednej strony zaczął opowiadać, ile to jest teraz możliwości zarobkowych na lądzie, a z drugiej, że ta praca ma swoją specyfikę i urok jak żadna inna. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że prawie każdy co ma specyficzny zawód mówi, że jego praca ma urok jak żadna inna, znajomy strażak tak mówi, policjant, żołnierz, pilot a nawet kumpel co jest woźnym w szkole. Po prostu ciężko się ludziom przyznać, że zwyczajnie lubią robić to co robią i akceptują wszelkie wady wynikające z wykonywania danego zawodu, nawet jeśli wymaga on stałej rozłąki z rodziną.
Od tych wszystkich genialnych rad miałem niemały mętlik w głowie. Wtedy nie wiedziałem, że nie muszę podejmować decyzji o dalszym życiu na statku, że mogę cieszyć się ostatnimi pięknymi chwilami mając dosłownie wszystko w dupie. Czas niestety szybko minął i obudziłem się rano, a manewry już trwały. Do Rotterdamu wpływa się kilka godzin rzeką z prędkością przelotową holowników, czyli 5-6 węzłów. Urzekł mnie porządek wzdłuż rzeki, nabrzeża zagospodarowane, ławeczki, starsi ludzie na spacerach. Powiew zachodu na maksa, wszystko od linijki. Holandię znam tylko i wyłącznie z perspektywy rzeki, jeśli tak na tamte czasy wyglądał cały kraj, to było czego zazdrościć Holendrom. Obecnie mnóstwo moich znajomych wraca z tego kraju do Polski, bo jak mówią „nie da się już dłużej tam żyć”. Gdyby nie strajki w Durbanie i awaria w przelocie poszlibyśmy na miasto. Niestety manewry były w porę obiadu, a po nim dojechała załoga na podmiankę. Kierowca robił drzemkę kilka godzin i po kolacji mieliśmy wracać.
Tego dnia poznałem motorka o ksywie Radar, na imię miał Artur, przez wiele lat później był kumplem ojca. Zaczął pływać, bo rzuciła go dziewczyna. Lepsze to niż seminarium. Radar brał kabinę po Damianie, który razem ze mną wracał do Polski. Tata robił jeszcze jedno kółko, więc zostawał na kolejne dwa miesiące. Usiedliśmy w kabinie ojca, był z nami też Damian, żeby pogadać, a raczej ponegocjować kieszonkowe na zakupy w Polsce. W Holandii miałem kupić sobie plecak, spodnie i bluzę, ale nie wyszło, więc tata postanowił, że da mi dolary. Wrócę niczym prawdziwy marynarz z obcą walutą. Chciałem 200, ale za incydent z wódą dostałem 150. Normalnie byłoby paskiem na dupę, jednak, skoro wytrzymałem z samymi chłopami ponad dwa miesiące, nie dałem się murzynom, nie wypadłem za burtę, wracam w jednym kawałku, matka nie weźmie rozwodu, to dostałem kasę.
Od tych wszystkich genialnych rad miałem niemały mętlik w głowie. Wtedy nie wiedziałem, że nie muszę podejmować decyzji o dalszym życiu na statku, że mogę cieszyć się ostatnimi pięknymi chwilami mając dosłownie wszystko w dupie. Czas niestety szybko minął i obudziłem się rano, a manewry już trwały. Do Rotterdamu wpływa się kilka godzin rzeką z prędkością przelotową holowników, czyli 5-6 węzłów. Urzekł mnie porządek wzdłuż rzeki, nabrzeża zagospodarowane, ławeczki, starsi ludzie na spacerach. Powiew zachodu na maksa, wszystko od linijki. Holandię znam tylko i wyłącznie z perspektywy rzeki, jeśli tak na tamte czasy wyglądał cały kraj, to było czego zazdrościć Holendrom. Obecnie mnóstwo moich znajomych wraca z tego kraju do Polski, bo jak mówią „nie da się już dłużej tam żyć”. Gdyby nie strajki w Durbanie i awaria w przelocie poszlibyśmy na miasto. Niestety manewry były w porę obiadu, a po nim dojechała załoga na podmiankę. Kierowca robił drzemkę kilka godzin i po kolacji mieliśmy wracać.
Tego dnia poznałem motorka o ksywie Radar, na imię miał Artur, przez wiele lat później był kumplem ojca. Zaczął pływać, bo rzuciła go dziewczyna. Lepsze to niż seminarium. Radar brał kabinę po Damianie, który razem ze mną wracał do Polski. Tata robił jeszcze jedno kółko, więc zostawał na kolejne dwa miesiące. Usiedliśmy w kabinie ojca, był z nami też Damian, żeby pogadać, a raczej ponegocjować kieszonkowe na zakupy w Polsce. W Holandii miałem kupić sobie plecak, spodnie i bluzę, ale nie wyszło, więc tata postanowił, że da mi dolary. Wrócę niczym prawdziwy marynarz z obcą walutą. Chciałem 200, ale za incydent z wódą dostałem 150. Normalnie byłoby paskiem na dupę, jednak, skoro wytrzymałem z samymi chłopami ponad dwa miesiące, nie dałem się murzynom, nie wypadłem za burtę, wracam w jednym kawałku, matka nie weźmie rozwodu, to dostałem kasę.
Spakowany czekałem na sygnał, kiedy zaczynamy ładować się do busa. Sporą część zajął Leszek (Sraczka) z nową partią figurek do restauracji, Damian ze swoim nosorożcem i Kitek, co wykupił chyba pół Afryki zabawek dla swoich wnucząt – wzorowy dziadek. Moje skromne dwie torby zmieściły się pod siedzeniem i nogami. Uściskaliśmy się po męsku z tatą, spojrzałem po raz ostatni na Grey Foxa i zszedłem powoli po trapie. Kaczym chodem doczłapałem się do busa. Po ponad dwóch tygodniach samej wody, jak schodzisz na ląd to idąc po kei bujasz się jak pijany, żeby iść mało wiele prosto wyglądasz trochę jak kaczka. Czułem z jednej strony radość, że w końcu zjem coś naszego polskiego, że się wyśpię itd., a z drugiej smutek, bo codzienność statku wchodzi w krew, szybko uzależnia i wytwarza w tobie złudne poczucie bezpieczeństwa, drugiego domu.
Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że jest to rzeczywiście ostatni raz jak widzę ten statek. W 2017 roku wieść o śmierci Daniela Dempsa nie ruszyła mnie tak, jak informacja, że Grey Fox zostanie zezłomowany po zaledwie dwudziestu latach służby. Byłem na nim tylko jedne wakacje, większość czasu się nudziłem, mimo wszystko na tym statku zostawiłem część siebie. Cały czas jakoś łudziłem się, że jeszcze tam wrócę, przejdę się po pokładzie. Posiedzimy z Fasolą na mostku i popatrzymy na radar, czy aby na pewno płyniemy w dobrym kierunku. Teraz rozumiem, dlaczego mimo wielu możliwości, mój ojciec nie zmienił pracy i nie dał rady przestać pływać. Marynarze podpici na party zgodnie mówili, że będąc na lądzie słyszą wewnętrzny głos, który woła ich z powrotem na morze. Coś musi w tym być, ojciec mimo emerytury wysiedział spokojnie może kilka dni, ciągle musi coś robić. Nawet w niedzielę, gdzie na statku bez problemu odpoczywał, to w domu nie może. Wychodziliśmy w Afryce na miasto na luzie, w Polsce zwiedzanie to wręcz sprint. Mój tata nie był jakimś wyjątkiem pod koniec lat 80tych, miał zrobić tylko kilka rejsów, żeby odbić się po denominacji złotówki. Pływał łącznie 36 lat.
A co ze mną? Wracaliśmy busem do Polski osiemnaście godzin, na holenderskiej autostradzie był duży wypadek i zaliczyliśmy lekko 3h opóźnienia. Mama odbierała mnie z moim starszym kuzynem w Gdyni spod Dworca Głównego. Ze łzami w oczach sprawdzała czy to na pewno ja i czy jestem cały. Wtedy był to dla mnie obciach, dziś robię tak samo moim dzieciom. Największy szok po powrocie do domu – cisza. Po nieustannym hałasie nagle w domu dociera do ciebie jak brzmi prawdziwa cisza. Słyszysz komara w pokoju obok. Siedzimy przy stole, zajadam się kabanosami a mama coś tam opowiada kuzynowi. „Nie krzycz!” mówię do niej, ona zdziwiona, bo mówi standardowym tonem. Przez dwa dni kazałem wszystkim do siebie szeptać. Do domu wróciłem trzeciego września w piątek a do szkoły poszedłem dopiero szóstego. Niewiele mnie ominęło, jeśli chodzi o naukę, natomiast dziewczyna, która obiecywała mi, że za mną poczeka, bo „coś do mnie czuje” miała po wakacjach chłopaka. Moja sentymentalna i romantyczna natura ciężko to zniosła, ale co mi tam. Wróciłem z Afryki, mówię prawie biegle po Angielsku, mam sześciopak na brzuchu (to był ostatni raz), zajebiście jest „po prostu”, pozbierałem się.
Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że jest to rzeczywiście ostatni raz jak widzę ten statek. W 2017 roku wieść o śmierci Daniela Dempsa nie ruszyła mnie tak, jak informacja, że Grey Fox zostanie zezłomowany po zaledwie dwudziestu latach służby. Byłem na nim tylko jedne wakacje, większość czasu się nudziłem, mimo wszystko na tym statku zostawiłem część siebie. Cały czas jakoś łudziłem się, że jeszcze tam wrócę, przejdę się po pokładzie. Posiedzimy z Fasolą na mostku i popatrzymy na radar, czy aby na pewno płyniemy w dobrym kierunku. Teraz rozumiem, dlaczego mimo wielu możliwości, mój ojciec nie zmienił pracy i nie dał rady przestać pływać. Marynarze podpici na party zgodnie mówili, że będąc na lądzie słyszą wewnętrzny głos, który woła ich z powrotem na morze. Coś musi w tym być, ojciec mimo emerytury wysiedział spokojnie może kilka dni, ciągle musi coś robić. Nawet w niedzielę, gdzie na statku bez problemu odpoczywał, to w domu nie może. Wychodziliśmy w Afryce na miasto na luzie, w Polsce zwiedzanie to wręcz sprint. Mój tata nie był jakimś wyjątkiem pod koniec lat 80tych, miał zrobić tylko kilka rejsów, żeby odbić się po denominacji złotówki. Pływał łącznie 36 lat.
A co ze mną? Wracaliśmy busem do Polski osiemnaście godzin, na holenderskiej autostradzie był duży wypadek i zaliczyliśmy lekko 3h opóźnienia. Mama odbierała mnie z moim starszym kuzynem w Gdyni spod Dworca Głównego. Ze łzami w oczach sprawdzała czy to na pewno ja i czy jestem cały. Wtedy był to dla mnie obciach, dziś robię tak samo moim dzieciom. Największy szok po powrocie do domu – cisza. Po nieustannym hałasie nagle w domu dociera do ciebie jak brzmi prawdziwa cisza. Słyszysz komara w pokoju obok. Siedzimy przy stole, zajadam się kabanosami a mama coś tam opowiada kuzynowi. „Nie krzycz!” mówię do niej, ona zdziwiona, bo mówi standardowym tonem. Przez dwa dni kazałem wszystkim do siebie szeptać. Do domu wróciłem trzeciego września w piątek a do szkoły poszedłem dopiero szóstego. Niewiele mnie ominęło, jeśli chodzi o naukę, natomiast dziewczyna, która obiecywała mi, że za mną poczeka, bo „coś do mnie czuje” miała po wakacjach chłopaka. Moja sentymentalna i romantyczna natura ciężko to zniosła, ale co mi tam. Wróciłem z Afryki, mówię prawie biegle po Angielsku, mam sześciopak na brzuchu (to był ostatni raz), zajebiście jest „po prostu”, pozbierałem się.
W nowych ciuchach, z nowym plecakiem za dolary, ten ostatni rok chodziłem do gimbazy uśmiechnięty praktycznie codziennie. Byłem zdyscyplinowany co zaowocowało najlepszym wynikiem w szkole na koniec roku, rozjebałem system. Nic nie może wiecznie trwać, jak to śpiewała Ania Jantar i przyszedł koniec roku a z nim decyzje życiowe. Zacząłem kminić nad rejsem i tym co mówili mi wszyscy z załogi na temat pływania. Zastanawiałem się, czy iść do liceum, utorować sobie drogę do szkoły morskiej, czy może jednak wybrać inne pasje związane z życiem „na lądzie”. Koniec końców wybrałem ścieżkę szczura lądowego. Mimo, że wtedy nie miałem jeszcze dzieci, sam nim byłem i pomyślałem sobie, czy jakbym miał wybór, to wolałbym trochę mniej kasy, ale ojca w domu, czy wieczną tęsknotę, ale w dostatku? Jako że nauka szła mi dobrze, postanowiłem, że zrobię wszystko, aby zarabiać lepiej na lądzie niż ojciec na morzu. Udało się, ale nie bez wyrzeczeń. Pracuję jako kierownik budowy / project manager na dużych inwestycjach, delegacje są częstym zjawiskiem, aczkolwiek weekend zawsze w domu. Raz tylko dałem się w delegację za granicą i prawie przegapiłem urodziny córki. Nigdy więcej.
Ktoś ten zawód musi wykonywać, marynarz długo nie zniknie z listy zawodów niezastępowalnych przez AI. Osobiście jak ktoś mnie pyta, czy warto pływać, czy się opłaca, to zawsze odpowiem tak samo – jeśli nie ma już innego wyjścia, to tak. Jeśli masz alternatywę to z niej skorzystaj, podróżować można na inne sposoby i o wiele bardziej komfortowo. Do tej pory zawodowo odwiedziłem więcej państw niż turystycznie i zwiedzanie czegokolwiek w pojedynkę bez rodziny to nie to samo. Ludzie zazdroszczą marynarzom podróży, ale nie mają świadomości jak one wyglądają w rzeczywistości. Gdybać można w nieskończoność nad wyższością jednego nad drugim, tutaj nie ma prostej odpowiedzi, każdy musi swoje życie pokierować zgodnie ze swoim sumieniem. Pomyśl tylko, czy dałbyś radę wyjechać na sześć miesięcy żegnając się z zapłakaną żoną i dziećmi krzyczącymi „Tata nie wyjeżdżaj! Tata zostań z nami!”?
Ten rejs nie tyle pozwolił mi zrozumieć, jak wyglądała praca taty, co przede wszystkim zaakceptować rzeczywistość. Zaakceptować fakt, że to się już nie zmieni, że do końca mojego życia będę synem marynarza. Dzieckiem z obojgiem rodziców, a jednak trochę sierotą, która nigdy nie nacieszy się tatą.
Ktoś ten zawód musi wykonywać, marynarz długo nie zniknie z listy zawodów niezastępowalnych przez AI. Osobiście jak ktoś mnie pyta, czy warto pływać, czy się opłaca, to zawsze odpowiem tak samo – jeśli nie ma już innego wyjścia, to tak. Jeśli masz alternatywę to z niej skorzystaj, podróżować można na inne sposoby i o wiele bardziej komfortowo. Do tej pory zawodowo odwiedziłem więcej państw niż turystycznie i zwiedzanie czegokolwiek w pojedynkę bez rodziny to nie to samo. Ludzie zazdroszczą marynarzom podróży, ale nie mają świadomości jak one wyglądają w rzeczywistości. Gdybać można w nieskończoność nad wyższością jednego nad drugim, tutaj nie ma prostej odpowiedzi, każdy musi swoje życie pokierować zgodnie ze swoim sumieniem. Pomyśl tylko, czy dałbyś radę wyjechać na sześć miesięcy żegnając się z zapłakaną żoną i dziećmi krzyczącymi „Tata nie wyjeżdżaj! Tata zostań z nami!”?
Ten rejs nie tyle pozwolił mi zrozumieć, jak wyglądała praca taty, co przede wszystkim zaakceptować rzeczywistość. Zaakceptować fakt, że to się już nie zmieni, że do końca mojego życia będę synem marynarza. Dzieckiem z obojgiem rodziców, a jednak trochę sierotą, która nigdy nie nacieszy się tatą.