142
Dzida o statkach cz. 9 - Dom
Ahoj Dzidowcy!

To już koniec naszej podróży, zapraszam na ostatnią część opowieści...

Link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4485152/dzida-o-statkach-cz-8-wracamy
Dzida o statkach cz. 9 - Dom
Od Wysp Kanaryjskich do Rotterdamu mieliśmy jeszcze około 6 dni. Po przebojach z alkoholem byłem już tylko i wyłącznie grzecznym dzieckiem, zastanawiającym się co dalej zrobić ze swoim życiem po ukończeniu gimnazjum. Mam wrażenie, że do dziś się nad tym zastanawiam i rozmyślania trwają już ponad 22 lata. W przerwach obiadowych i wieczorami jak ekipa ojca wpadała na piwo lub dwa, mi za karę nic nie proponowano, pytali się mnie wszyscy jak oceniam rejs, czy nadal planuje zostać kapitanem jak chciałem pierwszego dnia. Pod koniec podróży pytań było mnóstwo od wszystkich. Zostało mi kilka dni bezkresu oceanu i zamiast delektować się widokami, chociaż z pozoru ciągle takimi samymi, moje myśli krążyły gdzieś wyobrażając sobie jak będzie wyglądało moje życie jak dorosnę. Czy skończę tak jak większość marynarzy ze statku?

Snując się po pokładzie raz natrafiłem na kapitana kąpiącego się w basenie. Mimo że byliśmy coraz bliżej Morza Północnego pogoda wyjątkowo dopisywała i była wręcz jak z folderu reklamowego biura podróży. Pamiętam, że przystanąłem z Fantą przy basenie i rzuciłem nieśmiałe „Ahoj Panie Kapitanie, jak woda?” Gościu z pozoru był sztywny, ale wydaje mi się, że prywatnie (czego nie było mi dane) mógł być nawet spoko. Kapitan wyjątkowo uśmiechnął się, odpowiedział „Cześć, mokra jak zwykle” i potem zagadał jak wszyscy, jak oceniam rejs itp. Coś tam pomamrotałem pod nosem, że fajnie, przygoda życia itd. „To czemu jesteś taki podłamany?” No właśnie, dlaczego? Czy nadal trzymał mnie kac, czy za dużo myśli na sam koniec. A może smutek, że wracam do codzienności, dziurawych dróg, błota, głupkowatych kumpli, koleżanek co nie widzą niczego poza czubkiem swojego nosa.

Zapytałem kapitana jaka jest najprostsza ścieżka, żeby zostać Panem Mórz i Oceanów. Sprawa w sumie prosta, po dziś dzień można tę ścieżkę kariery w następujący sposób zrealizować. Kończysz szkołę średnią, robisz kursy podstawowe na OSa, „załatwiasz” sobie wejście na statek i zbierasz praktykę. Mając średnie, nawet bez matury, możesz kursami dojść do kapitana. Tak, kolejno mając wypływane lata robisz potem kurs na AB, potem 4 oficer i tak lecisz na sam szczyt. Jak jesteś ogarnięty, z angielskim nie masz problemów, nie chcesz pieprzyć się ze studiami to oto jest gotowa droga od majtka po szefa łajby. To rozwiązanie ma niestety pewną wadę. Na statki pasażerskie bez wyższego wykształcenia ciężko się dostać. Ogólnie bez studiów jako gwiazdojeb wiele drzwi pozostaje zamkniętych do emerytury, chyba że masz szerokie plecy. Jest jeszcze opcja pośrednia „studium oficerskie” – czyli taka szkoła policealna po której wychodzisz jako oficer marynarki handlowej. Masz już jakiś kwit, podczas szkoły robisz praktykę jak Jonathan, wracasz, zdajesz egzaminy i voila Pan Oficer. Kiedyś problem był taki, że szkoły potrafiły zrzucić obowiązek załatwienia praktyki na ucznia / studenta, nie miałeś kogoś w rodzinie co pływa, miałeś problem.
Zapytałem kapitana, czy jakby miał wybór to czy jeszcze raz wybrałby taki zawód? Odpowiedział wymijająco, bo z jednej strony zaczął opowiadać, ile to jest teraz możliwości zarobkowych na lądzie, a z drugiej, że ta praca ma swoją specyfikę i urok jak żadna inna. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że prawie każdy co ma specyficzny zawód mówi, że jego praca ma urok jak żadna inna, znajomy strażak tak mówi, policjant, żołnierz, pilot a nawet kumpel co jest woźnym w szkole. Po prostu ciężko się ludziom przyznać, że zwyczajnie lubią robić to co robią i akceptują wszelkie wady wynikające z wykonywania danego zawodu, nawet jeśli wymaga on stałej rozłąki z rodziną.

Od tych wszystkich genialnych rad miałem niemały mętlik w głowie. Wtedy nie wiedziałem, że nie muszę podejmować decyzji o dalszym życiu na statku, że mogę cieszyć się ostatnimi pięknymi chwilami mając dosłownie wszystko w dupie. Czas niestety szybko minął i obudziłem się rano, a manewry już trwały. Do Rotterdamu wpływa się kilka godzin rzeką z prędkością przelotową holowników, czyli 5-6 węzłów. Urzekł mnie porządek wzdłuż rzeki, nabrzeża zagospodarowane, ławeczki, starsi ludzie na spacerach. Powiew zachodu na maksa, wszystko od linijki. Holandię znam tylko i wyłącznie z perspektywy rzeki, jeśli tak na tamte czasy wyglądał cały kraj, to było czego zazdrościć Holendrom. Obecnie mnóstwo moich znajomych wraca z tego kraju do Polski, bo jak mówią „nie da się już dłużej tam żyć”. Gdyby nie strajki w Durbanie i awaria w przelocie poszlibyśmy na miasto. Niestety manewry były w porę obiadu, a po nim dojechała załoga na podmiankę. Kierowca robił drzemkę kilka godzin i po kolacji mieliśmy wracać.

Tego dnia poznałem motorka o ksywie Radar, na imię miał Artur, przez wiele lat później był kumplem ojca. Zaczął pływać, bo rzuciła go dziewczyna. Lepsze to niż seminarium. Radar brał kabinę po Damianie, który razem ze mną wracał do Polski. Tata robił jeszcze jedno kółko, więc zostawał na kolejne dwa miesiące. Usiedliśmy w kabinie ojca, był z nami też Damian, żeby pogadać, a raczej ponegocjować kieszonkowe na zakupy w Polsce. W Holandii miałem kupić sobie plecak, spodnie i bluzę, ale nie wyszło, więc tata postanowił, że da mi dolary. Wrócę niczym prawdziwy marynarz z obcą walutą. Chciałem 200, ale za incydent z wódą dostałem 150. Normalnie byłoby paskiem na dupę, jednak, skoro wytrzymałem z samymi chłopami ponad dwa miesiące, nie dałem się murzynom, nie wypadłem za burtę, wracam w jednym kawałku, matka nie weźmie rozwodu, to dostałem kasę.
Spakowany czekałem na sygnał, kiedy zaczynamy ładować się do busa. Sporą część zajął Leszek (Sraczka) z nową partią figurek do restauracji, Damian ze swoim nosorożcem i Kitek, co wykupił chyba pół Afryki zabawek dla swoich wnucząt – wzorowy dziadek. Moje skromne dwie torby zmieściły się pod siedzeniem i nogami. Uściskaliśmy się po męsku z tatą, spojrzałem po raz ostatni na Grey Foxa i zszedłem powoli po trapie. Kaczym chodem doczłapałem się do busa. Po ponad dwóch tygodniach samej wody, jak schodzisz na ląd to idąc po kei bujasz się jak pijany, żeby iść mało wiele prosto wyglądasz trochę jak kaczka. Czułem z jednej strony radość, że w końcu zjem coś naszego polskiego, że się wyśpię itd., a z drugiej smutek, bo codzienność statku wchodzi w krew, szybko uzależnia i wytwarza w tobie złudne poczucie bezpieczeństwa, drugiego domu.

Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że jest to rzeczywiście ostatni raz jak widzę ten statek. W 2017 roku wieść o śmierci Daniela Dempsa nie ruszyła mnie tak, jak informacja, że Grey Fox zostanie zezłomowany po zaledwie dwudziestu latach służby. Byłem na nim tylko jedne wakacje, większość czasu się nudziłem, mimo wszystko na tym statku zostawiłem część siebie. Cały czas jakoś łudziłem się, że jeszcze tam wrócę, przejdę się po pokładzie. Posiedzimy z Fasolą na mostku i popatrzymy na radar, czy aby na pewno płyniemy w dobrym kierunku. Teraz rozumiem, dlaczego mimo wielu możliwości, mój ojciec nie zmienił pracy i nie dał rady przestać pływać. Marynarze podpici na party zgodnie mówili, że będąc na lądzie słyszą wewnętrzny głos, który woła ich z powrotem na morze. Coś musi w tym być, ojciec mimo emerytury wysiedział spokojnie może kilka dni, ciągle musi coś robić. Nawet w niedzielę, gdzie na statku bez problemu odpoczywał, to w domu nie może. Wychodziliśmy w Afryce na miasto na luzie, w Polsce zwiedzanie to wręcz sprint. Mój tata nie był jakimś wyjątkiem pod koniec lat 80tych, miał zrobić tylko kilka rejsów, żeby odbić się po denominacji złotówki. Pływał łącznie 36 lat.

A co ze mną? Wracaliśmy busem do Polski osiemnaście godzin, na holenderskiej autostradzie był duży wypadek i zaliczyliśmy lekko 3h opóźnienia. Mama odbierała mnie z moim starszym kuzynem w Gdyni spod Dworca Głównego. Ze łzami w oczach sprawdzała czy to na pewno ja i czy jestem cały. Wtedy był to dla mnie obciach, dziś robię tak samo moim dzieciom. Największy szok po powrocie do domu – cisza. Po nieustannym hałasie nagle w domu dociera do ciebie jak brzmi prawdziwa cisza. Słyszysz komara w pokoju obok. Siedzimy przy stole, zajadam się kabanosami a mama coś tam opowiada kuzynowi. „Nie krzycz!” mówię do niej, ona zdziwiona, bo mówi standardowym tonem. Przez dwa dni kazałem wszystkim do siebie szeptać. Do domu wróciłem trzeciego września w piątek a do szkoły poszedłem dopiero szóstego. Niewiele mnie ominęło, jeśli chodzi o naukę, natomiast dziewczyna, która obiecywała mi, że za mną poczeka, bo „coś do mnie czuje” miała po wakacjach chłopaka. Moja sentymentalna i romantyczna natura ciężko to zniosła, ale co mi tam. Wróciłem z Afryki, mówię prawie biegle po Angielsku, mam sześciopak na brzuchu (to był ostatni raz), zajebiście jest „po prostu”, pozbierałem się.
W nowych ciuchach, z nowym plecakiem za dolary, ten ostatni rok chodziłem do gimbazy uśmiechnięty praktycznie codziennie. Byłem zdyscyplinowany co zaowocowało najlepszym wynikiem w szkole na koniec roku, rozjebałem system. Nic nie może wiecznie trwać, jak to śpiewała Ania Jantar i przyszedł koniec roku a z nim decyzje życiowe. Zacząłem kminić nad rejsem i tym co mówili mi wszyscy z załogi na temat pływania. Zastanawiałem się, czy iść do liceum, utorować sobie drogę do szkoły morskiej, czy może jednak wybrać inne pasje związane z życiem „na lądzie”. Koniec końców wybrałem ścieżkę szczura lądowego. Mimo, że wtedy nie miałem jeszcze dzieci, sam nim byłem i pomyślałem sobie, czy jakbym miał wybór, to wolałbym trochę mniej kasy, ale ojca w domu, czy wieczną tęsknotę, ale w dostatku? Jako że nauka szła mi dobrze, postanowiłem, że zrobię wszystko, aby zarabiać lepiej na lądzie niż ojciec na morzu. Udało się, ale nie bez wyrzeczeń. Pracuję jako kierownik budowy / project manager na dużych inwestycjach, delegacje są częstym zjawiskiem, aczkolwiek weekend zawsze w domu. Raz tylko dałem się w delegację za granicą i prawie przegapiłem urodziny córki. Nigdy więcej.

Ktoś ten zawód musi wykonywać, marynarz długo nie zniknie z listy zawodów niezastępowalnych przez AI. Osobiście jak ktoś mnie pyta, czy warto pływać, czy się opłaca, to zawsze odpowiem tak samo – jeśli nie ma już innego wyjścia, to tak. Jeśli masz alternatywę to z niej skorzystaj, podróżować można na inne sposoby i o wiele bardziej komfortowo. Do tej pory zawodowo odwiedziłem więcej państw niż turystycznie i zwiedzanie czegokolwiek w pojedynkę bez rodziny to nie to samo. Ludzie zazdroszczą marynarzom podróży, ale nie mają świadomości jak one wyglądają w rzeczywistości. Gdybać można w nieskończoność nad wyższością jednego nad drugim, tutaj nie ma prostej odpowiedzi, każdy musi swoje życie pokierować zgodnie ze swoim sumieniem. Pomyśl tylko, czy dałbyś radę wyjechać na sześć miesięcy żegnając się z zapłakaną żoną i dziećmi krzyczącymi „Tata nie wyjeżdżaj! Tata zostań z nami!”?

Ten rejs nie tyle pozwolił mi zrozumieć, jak wyglądała praca taty, co przede wszystkim zaakceptować rzeczywistość. Zaakceptować fakt, że to się już nie zmieni, że do końca mojego życia będę synem marynarza. Dzieckiem z obojgiem rodziców, a jednak trochę sierotą, która nigdy nie nacieszy się tatą.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
116
Dzida o statkach cz. 8 - Wracamy
Ahoj Dzidowcy!
Witam po delikatnej przerwie, miałem detoks cyfrowy ;)

Link do poprzedniej części (dziękować Adminowi za główną):
https://jbzd.com.pl/obr/4469476/dzida-o-statkach-cz-7-wiezien-2-2

Zapraszam do lektury!
OSTATNI PORT

Naszym ostatnim przystankiem w Afryce był Kapsztad. Klejnot RPA do teraz przywołuje miłe wspomnienia. Nie pamiętam dokładnie jaki to był dzień, ale raczej sobota, bo ruszyliśmy po obiedzie większą ekipą na Waterfront pochodzić po sklepach. Głównie window-shopping, poza marketem Pick’n’Pay. To taki afrykański Lidl, wszystko i nic. Kupiłem sobie koszulki po około 5 zł sztuka na nasze, żel pod prysznic 3w1 i dezodorant. Marka no-name, ale polecana przez marynarzy, rzeczywiście używałem tego zestawu jeszcze długo po powrocie do Polski. Zdziwił mnie strasznie stosunek cena/jakość. Był bardzo wysoki jak na nieoryginalne marki. W tamtych czasach w najbliższym mieście od mojej wioski nie było nawet Rossmanna, o większym sklepie spożywczym zapomnij. Kupowałem dezodoranty marki Bond w kiosku ruchu i mydło Dove (burżuj) w sklepie GS. Byłem trochę zły, że jak wrócę to znowu czeka mnie byle co za te same pieniądze. Bond kosztował 5 zł a trzymał kilka minut i kończył się po tygodniu. Afrykański dezodorant odpowiednik współczesnej ISAN’y trzymał pół dnia i skończył się dopiero po trzech miesiącach…

Na powrocie zahaczyliśmy o sklep z płytami DVD. Nie wiedziałem, że to będzie test mojego angielskiego. Ojciec uparł się, że chce kupić film, komedię afrykańską, którą kiedyś oglądał na innym statku. Oczywiście nie znał tytułu, pamiętał tylko kilka scen. Główny bohater był białym murzyńskim szamanem, nosił na sobie naszyjnik z lwich zębów bodajże. Brzmi dziwnie prawda, a weź teraz wytłumacz to chłopu w sklepie z płytami, który był przeogromny. Dwa piętra, jakieś 400 m2 półek z samymi filmami. Na nasze tytuł klasy B kosztował ok 50 zł za wersję DVD. Wyginam się, tłumaczę panu Murzynowi migawki fabuły, nagle ojciec wyskakuje, że film to „Mister BOM”. Chłop myśli, myśli, szuka coś w komputerze, pyta się czy chodzi nam o film „Mr. Bones” – eureka, o to chodziło. Niestety film tylko po angielsku i z angielskimi napisami. Bierzemy i tak, podobno tak dobra komedia, że nie musisz znać języka… Oglądałem ją dopiero w Polsce, nie powiem wtedy boki zrywać. Jak ktoś lubi klimaty typu „Głupi i głupszy” to polecam. Najlepsze jest to, że mam ten film do dziś i wyszły jeszcze dwie części. Obejrzę kiedyś z dziećmi, co chociaż ich śmiech będzie zachęcał do powtórki z rozrywki.
Na szczęście wypad na zakupy nie był ostatnim wyjściem tego dnia. Poszliśmy zanieść graty na statek, odświeżyć się i padło hasło, że wieczorem wychodzimy na piwo… Mój najlepszy strój wieczorowy w tamtym czasie to były czarne spodnie sztruksowe, buty FILA z Deichmana i szara bluza Adidasa. Prawdziwy polski gimbus klasy premium. Dzięki Bogu zahaczyliśmy Keję 4 na jedzenie, tym razem jadłem powoli delektując się każdym kęsem, wiedziałem, że przez kolejne dwa tygodnie przymusowa dieta i jedynie grill na równiku może mnie uratować. Po jedzeniu poszliśmy do jakiegoś baru na świeżym powietrzu, był wieczór. Dostałem pozwolenie wypić piwo z wszystkimi. Na pewno był z nami Czereśniak, towarzystwo się łączyło i rozchodziło, prawie cały statek poza wachtowymi kursował po Waterfroncie.

Później poszliśmy do restauracji, gdzie na wejściu stał ochroniarz i sprawdzał każdego wykrywaczem metali. Pierwszy raz byłem w takim miejscu. Wchodzimy a tam sama elita przez duże E. Czułem się jak biedne dziecko z Polski, niepotrzebnie. Cały urok polegał na tym, że nikt Cię nie zna i dopóki płacisz to jesteś równo traktowany. RPA to nie Niemcy, wszyscy nas z Ruskimi mylili, nikt nie wchodził w paradę. Rozglądamy się za wolnym stolikiem, pod kominkiem siedzi jakaś para, obok nich jest wolny stolik tylko brakuje jednego krzesła żebyśmy usiedli wszyscy. Pokazałem tacie, że może tam usiądziemy, a zakochani nagle wstają i się przesiadają, że proszę możecie siadać przy kominku. Szybko tłumaczę im, że nie trzeba, że my możemy obok usiąść itd. To było dziwne, ale jednocześnie takie satysfakcjonujące, jak ludzie starali się być nadgorliwie kulturalni wobec ciebie. To był czas, gdzie od 6 tygodni się nie goliłem i wyglądałem lekko na 30stkę. Może to jego urok, a może to wyraz twarzy kryminalisty. Finalnie usiedliśmy na miejscu zakochanej pary, bo bardzo nalegali. Kominek grzał mi plecki, w barze było pianino i mieli wynajętego człowieka co grał. Piwo było drogie nawet jak na Afrykańskie warunki, bodajże 4-5 dolarów za 0.5 L, ale w cenie miałeś niepowtarzalny klimat. Dostałem kolejnego browara, już drugiego i bałem się, że będzie mi chwiejno, bo do tej pory nie piłem nigdy dwóch piw jednego wieczoru. Atmosfera tej restauracji jest nie do zapomnienia, do tej pory nie byłem w drugiej takiej. Kominek, pianino, piwko, przekąski i luźne rozmowy, czego chcieć więcej?

Z niechęcią wracałem na statek wiedząc, że rano manewry i prawdopodobnie nigdy nie wrócę już do tego miejsca. Bilet lotniczy w jedną stronę kosztował wtedy około 2 tys. dolarów. Szedłem powoli starając się zapamiętać każdy detal. Kapsztad nocą był fenomenalny. Było to jedyne miasto, gdzie marynarze wychodzili po zmroku, jedyne które pozwalało białemu wrócić cało w pojedynkę. Przed statkiem mieliśmy ochronę z wojska, dlatego też wyjątkowo prawie cała załoga wyszła się zabawić, o tym szczególe w dalszej części opowieści. Na sam koniec przed wypłynięciem do Rotterdamu sprawdzaliśmy cały statek, czy nie mamy pasażerów na gapę. Pytałem, co w przypadku, gdy by się taki wygramolił z dziury na pełnym oceanie – pokarm dla rekinów, bez zawahania odpowiadali wszyscy.
SUPERCARGO

Jest taki ktoś, od kogo również zależy, czy statek dopłynie cało do kolejnego portu, czy zaliczy pierwszą stronę lokalnej gazety. Tym kimś jest osoba na stanowisku SUPERCARGO. Armator ojca miał w RPA Polaka – Jacka, który mieszkał na stałe w Kapsztadzie. W RPA statek ojca brał lekko 90 procent całego ładunku do Europy, więc swój człowiek od ładowania był uzasadniony ekonomicznie dla firmy.

Jacek zarabiał więcej jak Kapitan, ale mniej jak Pilot, odpowiedzialność wg mnie większa od obu. To on rozplanowywał cały ładunek na statku, gdzie co w jakich ładowniach, które kontenery na rufę, które na dziób itd. Poza tym chłop miał na głowie jeszcze tony innych rzeczy do uzgodnienia z agentem, pierwszym oficerem i kapitanem.

Zwykły człowiek ma czasem problem cało dowieźć dwie torby zakupów. Mało kto się zastanawia, gdzie ułożyć w torbie warzywa, a gdzie mięso. Nie znam wielu osób mających schizy tak jak ja i trzymających się zasady, że twarde na dole a miękkie na górze. Moja żona wrzuca wszystko jak leci, wasze też? Supercargo musiał mieć zboczenie zawodowe na maksa przez to, że układał cały statek niczym wielki wózek sklepowy.

Jak czasami słyszę, jak kurierzy narzekają, że tyle paczek. Jedne duże lekkie, drugie za to małe a ciężkie. Jeszcze inne tak drogie, że strach z nimi jechać. Ludzie skarżą się na jakość dostawy, a oni wylewają swoje żale w Internecie. Człowieku ty pomyśl sobie jak się musiał czuć chłop nadzorujący załadunek ponad 20 tys. ton. Wartość samego ładunku jednego statku, przy założeniu, że przewożony był tzw. słaby miks ładunkowy (proste produkty, tekstylia, ruda itd.), to ok 50 mln USD. Samo ubezpieczenie kosztowało w granicach 50 tys. dolarów. Pamiętam, jak Kapitan mówił, że armator za rejs w jedną stronę zarabia trochę ponad 2 mln USD brutto. Czyli przez cały mój rejs statek zarobił gdzieś 4,5 mln USD brutto.

Jacek jeździł za nami po całej Afryce a między czasie obsługiwał jeszcze inne statki armatora. Do tego musiał jeszcze tak ustawić napełnienie balastu z Maszyną, aby środek ciężkości nadal był w środku statku. Następnym razem, zanim zaczniesz narzekać na swoją pracę i ile masz odpowiedzialności, to pomyśl o Jacku… Stres jaki generowała ta praca był widoczny na każdym skrawku jego ciała. Wtedy zastanawiałem się, jak ludzie mogą chcieć tak pracować i żyć. Dziś już wiem.
BURZA

Podczas rejsu powrotnego miałem okazję być świadkiem zjawiska zwanego „martwą falą”, niektórzy błędnie nazywali je „martwicą” na oceanie. Polega to na tym, że praktycznie nie ma fali, ocean wydaje się płaski jak jezioro. Z jednej strony się cieszyłem, bo mogłem tego dnia trochę odespać, z drugiej strony starzy marynarze mówili, że to nie zwiastuje nic dobrego. Dziś wiem, że jest to efektem nakładania się fal, przez co następuje wygaszanie. Efekt ten często spowodowany jest lokalnym sztormem kilkanaście kilometrów dalej. W naszym przypadku burza dopadła nas dopiero wieczorem, de facto goniliśmy ją.

Poszedłem na dziób wypatrywać tsunami, na horyzoncie nic. Nawet latające ryby zrobiły sobie tego dnia wolne. Z jednej strony byłem podekscytowany, że mam szansę przeżyć sztorm, jednak z drugiej widok zestresowanej załogi powodował czarne myśli, że będziemy dryfować w szalupie i zanim nas ktoś łaskawie znajdzie pośrodku niczego to zjedzą nas rekiny. Brak fali po kilku godzinach przerodził się w takie gładkie fale niczym szlaczek narysowany przez dziecko. Był to jeszcze bardziej niepokojący widok niż ich całkowity brak. Były gładkie, zero zmarszczki. Załoga co chwilę ładowała mnie jakimiś opowieściami, co to się nie dzieje podczas sztormu. Faktem jest, że kiedyś statek mojego ojca podczas burzy zboczył z trasy na tyle, że nadrabiali kurs 4 dni. Miał rejs z USA do RPA i spod Houston pchnęło ich praktycznie do samej Brazylii.

W okolicach kolacji pojawiły się gęste chmury. Uwielbiam burze i nie mogłem się doczekać, kiedy przeżyję konkretne uderzenie, bez komentarzy mamy typu „odejdź od okna” itd. Nie wolno przebywać na pokładzie podczas sztormu, także ustawiłem się przy wejściu do korytarza, gdzie miałem kajutę i czekałem na pierwsze błyskawice. Ciężko opisać ten widok, widzisz ścianę deszczu w którą zaraz wpłyniesz, delikatne gładkie fale, z gęstwiny chmur uderzają błyskawice o taflę wody. Zaczęło padać, musiałem wejść do środka i zamknąć drzwi. Pozostało mi oglądać resztę przez bulaj korytarza, potem w kabinie ojca. Mój niestety był zasłonięty ładunkiem.

Deszcz po prostu nawalał, ulewa konkretna, ale nie taka, żeby nasze polskie burze nie dorównywały. To co robiło niesamowity widok, to słońce z dala na horyzoncie. Anomalia pogodowa była lokalna, a my na jej obrzeżach. Oglądałem pioruny trochę ponad dwie godziny i było po wszystkim. Wyszedłem na rufę trochę zły, oczekiwałem, że porzuca nami minimum jak w Durbanie jak mieliśmy pusty statek. Kapitan zadowolony, z kursu nie zboczyliśmy, piorun w nas nie uderzył, tym razem bez szwanku. Byłem i tak spóźniony do szkoły, więc mi to lotto dzień w tę czy tę, ale nie dla armatora.
Dzida o statkach cz. 8 - Wracamy
NUDY

Powrót spędzałem już jako pasażer, gdzie głównie siedziałem w maszynie u ojca. Miałem przed sobą kolejny raz dwa tygodnie samej wody. Tym razem nie cumowaliśmy w Walvis Bay i Vigo, rejs powrotny zaczynał się w Kapsztadzie a kończył w Rotterdamie, bite minimum 14 dni jednolitego widoku na horyzoncie.

Do teraz został mi tryb nietoperza, który wypracowałem przez ten czas. Nie musząc wstawać rano majtkować, chodziłem spać później. Powód – odwiedzałem motorzystów na wachtach. Z Damianem dużo dyskutowaliśmy o życiu, jaką szkołę powinienem dalej wybrać, co z życiem zrobić. Czasem po jego wachcie piliśmy piwo u niego w kabinie o północy. Raz nawet dał mi zapalić papierosa w sterowni jak miał wachtę od północy do 4 rano (wtedy Brzoza nie chodził na kontrole). Dusiłem się strasznie, obiecałem sobie wtedy, że nigdy nie zacznę palić. Taa…

Dziś wiem, że trochę przeszkadzałem ekipie ojca chodząc do nich po nocach. Wtedy nie mogłem skumać, dlaczego przysypiają, skoro mają całą listę zadań do wykonania od Chiefa. Każdy robił to jak najszybciej a potem w kimę na krześle. Jak się otwierało drzwi od sterowni to była chwila hałasu, a potem znowu cisza. Każdy podskakiwał jak słyszał dźwięk klamki, bali się, że Brzoza, a tu młody nie mógł spać… W zamian za nocne rozmowy o życiu wypisywałem za nich zeszyt ze sprawozdaniami z wachty.

Raz poszedłem w nocy na mostek jak Fasola miał wachtę. To była jedyna okazja, żeby móc na spokojnie obejrzeć centrum dowodzenia i popatrzeć na bezkres oceanu oczami kapitana. Zapukałem, wchodzę i rzucam „Dobry wieczór, mogę na chwilę?”. Oczywiście Fasolę obudziłem, odsypiał czas z portów, gdzie ogarniał załadunek z Supercargo. Mimo wszystko nie był zły, za co jestem mu wdzięczny do teraz, tylko pozwolił usiąść na drugim fotelu obok niego. Był zajebiście wygodny, miał wbudowane amortyzatory, mógłbym przespać w nim cały rejs, normalnie hamak… Fasola wytłumaczył mi do czego służą poszczególne przyrządy, który ekran pokazuje pozycje na mapie, co oznaczają małe kropki na radarze (duże fale) itd. Niebo było bezchmurne, idealna noc dla gwiazdojeba. Posiedziałem może 30 minut, efekt WOW minął, pomyślałem sobie niech się chłop wyśpi i poszedłem coś podebrać z mesy oficerskiej.

Po tygodniu wstawałem praktycznie na obiad, który był moim śniadaniem. Ojciec codziennie próbował mnie budzić na 7:00 żebym coś zjadł, szczególnie jak była jajecznica. Odbierałem telefon, mówiłem, że jeszcze chwilka i robiłem drzemkę do południa. Po powrocie do domu było bardzo ciężko przestawić ten tryb nocnej jazdy. Po kolacji systematycznie chodziłem ćwiczyć na statkowej siłowni, nawet wyhodowałem jakieś mięśnie przez cały rejs. Na koniec podróży zrobiłem życiówkę 67 pompek, niestety rekordu nie pobiłem do dziś. Może czas wziąć się za siebie.
Dzida o statkach cz. 8 - Wracamy
AMBASADOR

Wspominałem Wam, że jak wracaliśmy z miasta w Kapsztadzie to przed statkiem mieliśmy wojsko. Powodem była przesyłka dyplomatyczna w postaci ambasadora RP, który wracał do kraju na emeryturę. Dziś coś tam wiem o pracownikach takich placówek i do teraz nie mogę zrozumieć, dlaczego nie wrócił samolotem. Chłop wracał sam, nie wiemy, ile miał bagażu, może nawet cały kontener był jego. Do dziś zastanawiam się jaki był powód, że akurat statkiem handlowym wysłano takiego człowieka do domu. Fakt cała nasza załoga była polska, dawało to poczucie bezpieczeństwa. Kajuta IV oficera z pokładu była wolna, oferowała komfort na całkiem przyzwoitym poziomie. Podróż trochę ponad dwa tygodnie, hmm… W każdym razie, od momentu, kiedy Pan ambasador został zaokrętowany do momentu wypłynięcia przed statkiem mieliśmy 4 komandosów 24h. Na podstawie dostępnych danych w Internecie oraz tego co pamiętam mogę potwierdzić z czystym sumieniem, że był to Krzysztof Śliwiński we własnej osobie.

Pierwszy raz mieliśmy okazję na żywo poznać Ambasadora podczas drugiego party na równiku. Pan Krzysztof nie stronił od dobrego jedzenia i szklaneczki whisky. Po kilku godzinach jak atmosfera już zluzowała usiadłem obok i twardo zagadałem w stylu ciekawskiego piętnastolatka „Pan naprawdę jest ambasadorem?”. Nie było to może zbyt górnolotne, ale po kilku głębszych na środku oceanu nie przeszkadzało to dyplomacie, żeby pogadać z młodym na luzie. Moim drugim pytaniem było, „Jak się zostaje ambasadorem?”. Pan Krzysztof odpowiedział mi wtedy, że miał iść na medycynę, ale finalnie odpuścił, coś tam studiował, a potem dał się wciągnąć w politykę przez znajomych i tak jakoś wyszło, że został pierwszy raz ambasadorem w Maroku mając 50 lat. Nie był zbyt wylewny w szczegółach, to co pamiętam różni się delikatnie od tego co można dziś poczytać w Wikipedii. Aczkolwiek puenta była taka, że kariera Nikodema Dyzmy wyszła sama z siebie, ale czy zrobiłby to drugi raz, raczej nie. Pan Krzysztof praktycznie cały grill siedział sam. Większość bała się zagadać, bo nie czuli się wystarczająco górnolotni. We mnie takich ograniczeń nie było.

Dostałem wtedy cały monolog o tym jak to życie pisze różne scenariusze, żebym mądrze pokierował karierą zawodową, poświęcił wystarczająco dużo czasu nauce, ale to wszystko i tak „chuj” jak nie ma zdrowia. Czyli taka standardowa gadka kogoś kto idzie na emeryturę, dziś mając 37 lat niczym stary dziad powtarzam to innej młodzieży. Dlaczego? Bo to niestety prawda, smutna, ale prawda. Kilku kumpli z lat szkolnych wącha już kwiatki od spodu, a mogli dalej cieszyć się życiem. Jednych zdrowie opuściło przez ich własną głupotę, inni znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.
KANARY

W RPA kupiliśmy kartę prepaid do telefonu komórkowego. Mój ojciec miał Samsunga V200 z obrotowym aparatem co go Neo z Matrixa reklamował. Kupił go jeszcze w Nigerii zanim zaczął pływać na stałe na Grey Fox. Jakim cudem zwykły Fitter miał taki telefon w tamtym czasie pomyślicie.

Ano w Nigerii mój ojciec był 14 miesięcy ciągiem i musieli handlować ropą z piratami na rzece, żeby przeżyć. Sytuacja wyglądała tak – statek był obstawiony marynarzami z jakiegoś afrykańskiego zadupia, oficerka była z Kuby od Fidela i jeden jedyny biały człowiek, może nawet w całej Nigerii w tamtym czasie – mój ojciec. Jak padły pompy podczas dawania haraczu piratom w postaci paliwa, kapitan zbudził w nocy mojego ojca, żeby coś zrobił, bo wszystkich zabiją. Kazik schodzi do maszyny a tam kilku Mokembe z kałachami. Zobaczyli białego, coś tam pod nosem sobie pogadali, śmiechy chichy, że biały człowiek będzie wiedział, jak naprawić. Mechanik Murzyn był spocony i blady, jak zobaczył, że mój ojciec naprawia pompę to wróciło mu trochę koloru. Próba generalna, wszystko działa, kapitan łzy w oczach ze szczęścia. Od tamtego momentu tata dostawał kasę ekstra od kapitana. Nazbierało się tego tyle w gotówce, że musiał większość wydać w Nigerii, więc kupił kamerę SONY i telefon Samsung V200. Musiało być mało gabarytowe i drogie (samolot). Jak wymienił dolary na nigeryjskie banknoty to miał dwie pełne torby podróżne pieniędzy. Agent nie wiedział, że jadą z taką ilością kasy do sklepu. Jedyne centrum handlowe co miało taki sprzęt było w samej stolicy przy lotnisku. Jak Kazik otworzył torby z pieniędzmi w sklepie, to agent prawie zawału dostał. W powrocie tata nakręcił trochę jak wyglądała Nigeria w 2002 roku. Do dziś wiele się nie zmieniła jakby co.

W każdym razie na wysokości Wysp Kanaryjskich była okazja wysłać smsa do domu, a czasami nawet zadzwonić. Zasięg łapał na dosłownie kilka godzin, tacie często nie udawało się do nas odezwać, bo był środek nocy jak mijali wyspy. Tym razem trafiło się ślepej kurze ziarnko – mieliśmy awarię. Znowu coś padło w maszynie i dryfowaliśmy. Kotwicy nie było sensu rzucać, głębokość lekko ponad 1000 m. Ciekawostka - sama kotwica statku ważyła ponad 8 ton, statek miał ich 3 – po jednej na stronę i jedna zapasowa. Łączna ilość łańcucha ok 630 metrów o wadze ok 115 ton. Każdy łańcuch od kotwicy miał swój niezależny „pojemnik” żeby się nie poplątały. Były one dodatkowo podzielone na sekcje, tak że w przypadku zakleszczenia przecinało się ją na łączeniu i kotwica lądowała na dnie. Jak będziecie kiedyś oglądać jakiś film katastroficzny i kapitan rzuci kotwicę, żeby wyhamować statek czy coś, to miejcie świadomość, że robi się to na płytkim morzu, zatoce itd. Łańcucha na stronę masz trochę ponad 300 m i żeby „trzymał statek” musi go jeszcze leżeć kilkadziesiąt metrów na dnie.
Poszedłem do maszyny, wszyscy zabiegani, Sraczka szukający powodu awarii – dzień jak co dzień pomyślałem. Tata powiedział mi, że mogę zadzwonić do domu z komóry, bo w Europie i tak kupi nową kartę. Afrykański numer na kanarach łapał sieć co pozwalała dzwonić za jakieś 2 zł minuta. Miałem lekko 30 minut na pogaduchy. Zadzwoniłem do mamy, dowiedziałem się aktualności, wstępnie umówiliśmy powrót. Pogadałem trochę z siostrą i musiałem zostawić coś minut na dzień przed portem, żeby dać znać, kiedy mają mnie odebrać z Gdyni. Mimo że była to nasza pierwsza rozmowa po ponad miesiącu, to nie masz zbyt czasu się rozczulać, przekazujesz informacje z grubsza i koniec. Potem popisałem jeszcze trochę smsów z siostrą.

Awaria trwała nadal, Damian miał wolne po obiedzie, bo czekała go wachta o 20stej. Postanowił się odwdzięczyć za nosorożca i zaproponował, że postawi coś do wypicia. Oczywiście jak na bezmózgiego nastolatka przystało – zgodziłem się. Mało tego zaproponowałem film u ojca w kabinie i przekąski. Mogło się skończyć na piwie, może dwóch. Ale oczywiście chciałem być twardziel i zażyczyłem sobie czystą wódkę bez popity. Pod koniec filmu byłem urobiony. Damian widząc, że beblotam, zabrał mnie do siebie do kajuty, a sam poszedł spać, żeby ogarnąć się trochę przed wachtą. Może i skończyłoby się na lekkim wymiotowaniu, gdyby nie fakt, że otworzyłem lodówkę i wyzerowałem z gwinta to co zostało we flaszce, niczym żul pod monopolowym. Położyłem się na kanapie w kajucie Damiana, godzinę później rzygałem pod siebie. Zapach wymiocin był tak mocny, że mój ojciec wracający z kolacji wszedł do Damiana zobaczyć co się dzieje. Pamiętam, że jak tata wszedł to przytulałem muszlę, nogi wystawały mi przez drzwi od łazienki. Nie miałem już czym rzygać, dosłownie. Wydusiłem z siebie „tata ja to wszystko wytłumaczę”. Damian musiał ogarniać się na wachtę, przepraszał Kazika, ale tata nie był zły. Kabina Damiana była tak obrobiona, że następnego dnia sprzątałem ją prawie trzy godziny – miałem za swoje. Zapach utrzymywał się jeszcze kilka dni – Damian też miał za swoje. Tę noc spędziłem w kajucie ojca na kanapie, rano jak wstałem, cokolwiek próbowałem zjeść to kończyło się wymiotowaniem. Piłem wodę i też zwracałem, ale musiałem jakoś wypłukać żołądek. 

Pierwsze jedzenie przyjęło się dopiero następnego dnia, po dziś dzień mam wstręt do wódki i zbyt wiele nie potrafię jej wypić, nawet w drinkach. Od tego wydarzenia do samego końca rejsu byłem wzorowym synem.

Bonusy poniżej - zgodnie z obietnicą z poprzednich dzid ;)
Dzida o statkach cz. 8 - Wracamy
Dzida o statkach cz. 8 - Wracamy
Jeśli dotarłeś do tego miejsca to znaczy, że dzida weszła na raz i czeka Cię jeszcze jedna, niestety już ostatnia część. Przepraszam, że musieliście tyle czekać, siła wyższa...

Tymczasem Wypierdalam!
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
69
Dzida o statkach cz. 7 - Więzień 2/2
Dokończenie części siódmej!

Link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4469461/dzida-o-statkach-cz-7-wiezien-1-2

MASZYNA

Od czasu pożegnania funkcji majtka maszyna stała się moim drugim domem. Czułem się tam o dziwo lepiej niż na pokładzie, chociaż jeśli kazano by mi wybrać ścieżkę kariery morskiej to wybrałbym pokład, ze względu na możliwość awansu do stopnia kapitana. Ludzie z maszyny mówili na oficerów z pokładu „gwiazdojeby”. Pokładałem się ze śmiechu za każdym razem jak słyszałem to określenie. Dlaczego „gwiazdojeby?” zapytałem raz w sterowni. Wytłumaczono mi, że kiedyś nawigowano statkami w oparciu o konstelacje gwiazd na niebie, są nawet specjalne mapy nieba, czy tam mapy gwiazd na podstawie których można całkowicie analogowo jedynie za pomocą kompasu nawigować na morzu, dokładnie tak samo jak wieki temu. Na statku z GPSem nie jest to za bardzo potrzebne, ale nie znasz dnia ani godziny i wszystko może się popsuć, wtedy do akcji wchodzi gwiazdojeb naczelny, czyli kapitan.

Główne wejście do maszyny z korytarza (poziom niżej niż mesa) znajdowały się naprzeciwko drzwi od kantyny, w tej części korytarza był przedsionek a nad nim nie było sufitu, tylko otwierane wrota. Miało to na celu dostarczanie zaopatrzenia na paletach bezpośrednio do części technicznej statku. Wchodząc do maszynowni zaraz za drzwiami był duży podest, na lewo i prawo były jakieś urządzenia o których pojęcia nie mam do dziś, poza kotłem La Monta. Dalej schodami w dół, na właściwy poziom podłogi maszynowni, mijałeś agregaty prądotwórcze. Na samym środku w tyle był silnik wielkości małego domu, a wkoło niego podesty robocze. Mogłeś pójść na tył silnika i zobaczyć wał od śruby, miał on około 60 cm średnicy. Na lewo od silnika była sterownia, tam urzędowali oficerowie z maszyny. Na prawo od silnika był warsztat motorzystów i fittera maszynowego.

Idąc do maszyny zakładałeś słuchawki jeszcze przed głównymi drzwiami, hałas był na poziomie 100 decybeli. Drzwi do warsztatu i sterowni były specjalnie wygłuszone. Szło tam spokojnie rozmawiać i pracować bez słuchawek. Jak ojciec miał do zrobienia coś lżejszego to często pomagałem. Uczyłem się trochę toczyć na tokarce. Dorabialiśmy raz zawiasy do drzwi. Zaliczyłem takie prace jak gwintowanie, szlifowanie, obsługę palnika acetylenowego oraz dużo przykręcania i odkręcania. Było to dla mnie o wiele ciekawsze niż latanie z pędzlem po pokładzie i ciągłe malowanie. Pomagać mogłem, kiedy chciałem, nie było presji, taki elastyczny czas pracy. Dzięki temu czułem się bardziej jak na wakacjach połączonych z warsztatami z majsterkowania.

Ekipa z maszyny uwielbiała naprawiać coś na pokładzie, mogli rozciągnąć robotę na cały dzień. Na początku tego nie kumałem, ale szybko dotarło do mnie, że jeśli nie ma co robić, wszystko działa, bieżące konserwacje zostały wykonane to i tak Chief Brzoza ci coś znajdzie. Pośpiech był bezcelowy. Największy luz był w maszynie jak był sam Kitek (III mechanik), nie wymyślał on z kapelusza niepotrzebnych prac. Przypominam, że statek miał 7 lat (licząc od daty produkcji), a mając 21 lat poszedł na żyletki. Armator nie oczekiwał od maszyny tak samo jak od pokładu, że ma on wyglądać jak nówka cały czas. Miał pływać, zarabiać i nie straszyć. Ogólnie awarie były częste, tyle że przede wszystkim w portach i pomiędzy, sam przelot z Afryki do Europy mógłby być luźniejszym okresem, mógłby... Niestety w maszynie była ta sama zasada co na pokładzie, żeby pokazać, jak Polacy dbają. Luźniejszy dzień trzeba było sobie samemu zorganizować, najlepiej jak padło coś na dziobie pod pokładem. Broza zawsze chodził ubrany na galowo, więc w takie miejsca nie zaglądał.
W Dubranie staliśmy na tyle długo, że keję obok nas zacumował statek Yellowstone od tego samego armatora. Praktycznie cała załoga była birmańska poza fitterem z pokładu. Kumpel ojca Leszek był na tym statku. Poszliśmy tam razem po kolacji, dzięki czemu miałem okazję porównać zarządzanie statkiem w wersji polskiej i azjatyckiej. Lechu nie narzekał na jedzenie czy przepracowanie. Jak się dowiedział, jak wygląda standardowy dzień w maszynie u ojca, to odpuścił zmianę statku (myślał nad tym) i stwierdził, że woli do końca życia pływać z żółtymi i komunikować się na migi, niż malować podłogę w maszynie za agregatem jak nie ma nic innego do roboty. Kilka lat później mój ojciec zmienił statek właśnie na Yellowstone i został zmiennikiem Leszka, tyle że statek ten pływał wtedy na trasie USA – RPA i przelot między kontynentami trwał 29-31 dni samego oceanu.

BIAŁY MURZYN

Przez protesty w porcie pobyt w Afryce wydłużył się nam o ponad tydzień. Nie było potrzeb ani powodu, żeby wychodzić codziennie na miasto. Durban w przeciwieństwie do Kapsztadu nie należał do zbyt bezpiecznych. W przelocie do Afryki pracowałem trochę z Jonathanem i z nudów zaczął szkolić mnie z angielskiego. Sporą część wolnego czasu spędzałem z nim jak miał wachty, dzięki temu się nie nudził a ja ze słownikiem na kolanach się dokształcałem.

Od niego nasłuchałem się rasistowskich żartów, typu co zrobić jak spotkasz murzyna z połową głowy – przeładować strzelbę i strzelić jeszcze raz. Co zrobić, żeby mieć pewność, że murzyn utonie, jak wrzucisz go do wody? Musisz prędzej przekłuć mu wargi. Chyba najbardziej dosadny był kawał a propo koloru skóry. Jonathan twierdził, że murzyni są przezroczyści, standardowo pytasz się, że niby jak skoro są czekoladowi na zewnątrz i wtedy on twardo odpowiadał – bo są gównem wypełnieni. Po powrocie do szkoły mama była kilka razy ze mną na dywaniku u dyrektora za niestosowne żarciki.

Czasami siedzieliśmy u Johnego w kabinie. Miał radio z CD i była to okazja posłuchać innej muzyki niż disco kucharza albo Vaya Con Dios. Nasz biały murzyn, bo tak na niego wszyscy mówili, w końcu mieszkaniec RPA tyle że biały, zakochał się w polskim rapie. Nie kumał kompletnie o czym śpiewają, ale bit Ascetoholix i Owal/Emcedwa wchodził mu gładko. Nawet zaczał pisać jakieś teksty pod te melodie. Miałem jeszcze płytę Eminema nagraną z kompa z ulubionymi kawałkami i coś tam 50 Centa, ale zostałem szybko sprowadzony do parteru, że oni śpiewają ciągle o tym samym. Jonathan uświadomił mnie, że Eminem rapuje ciągle o swojej córce a 50 cent o byle chuju i jakoś mniej zaczęła mi się ta muza podobać.

Jonathan znowu przez to, że nie znał polskiego to śpiewał sobie hej suczki pod nosem jakby to była najlepsza muza na świecie. W tamtym czasie był to hit, nie da się tego ukryć. Muzyka ode mnie zachęciła go do nauki polskiego. Nie wiedzieć czemu, ale najbardziej śmieszyły go wyrazy mucha i kurczak. Jak na obiad były grillowane piersi z kurczaka (jedyne co jedli wszyscy i ratowało nas to od głodówki) to Jonathan jadł i śmiał się cały czas powtarzając pod nosem „kurczak”. Język południowoafrykański był tak naprawdę zmodyfikowanym holenderskim. Mieliśmy mleko z Holandii i Johny czytał etykiety bez problemu. On sam specjalnie nie rozmawiał o apartheidzie, jedyne co to narzekał, że od czasu, kiedy rządzą czarni to kraj się zapada. Jego ojciec był kierowcą autobusu miejskiego i był w stanie wyżywić pięcioosobową rodzinę.
Johny był rudy a mimo wszystko miał dziewczynę. Jako że kręcił rejs dziewięć miesięcy to kapitan zezwolił, aby w Kapsztadzie weszła ona na statek i w Richards Bay go opuściła. Miał chłopak okazję spuścić z krzyża. Załoga była średnio zadowolona, a konkretniej młodzi marynarze, bo też by sobie pobzykali. Sam kadet był z Port Elizabeth, w którym cumowaliśmy po ładunek na powrocie i wtedy dostał on przepustkę na dwa dni, żeby zobaczyć się z rodziną. Kilka lat później ojciec przypadkowo spotkał się z nim w porcie jego rodzinnej miejscowości. Okazało się, że jego dupa w tym czasie jak był kadetem zdradzała go z jego przyjacielem. Dowiedział się o tym dopiero jak został oficerem i mieli się hajtać. No kto by pomyślał.

Jak powstał Facebook to udało mi się go poszukać. Zaakceptował mnie do znajomych, pogadaliśmy trochę na Messenger. Miał nową dziewuchę, z którą wziął ślub, bodajże trójka dzieci. Niestety to nie był ten sam Jonathan co na statku, widać było brak humoru i tej radości z tamtego rejsu, kiedy miał 23 lata. Dla mnie smutnym było to, że wywalił mnie ze znajomych ot tak kilka miesięcy później. Nie zdążyłem mu opowiedzieć co tam u mnie przez te wszystkie lata od ostatniej naszej rozmowy na pokładzie Grey Fox. Teraz wiem, że nawet nie był tym zainteresowany. Przez niego utrwaliło się we mnie przekonanie, że rude to fałszywe – jak mawia moja mama.
To tyle na dziś, wypatrujcie na horyzoncie kolejnej części, tymczasem wypierdalam!
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
48
Dzida o statkach cz. 7 - Więzień 1/2
Ahoj dzidowcy!
Kolejna część sagi o przegrywie na statku - dajcie znać wszem i wobec, że jest co czytać, znowu...

Poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4462661/dzida-o-statkach-cz-6-czarny-lad-2-2

Ostatnie dwie części zaliczyły główną - chwała Adminowi!
Zapraszam do lektury!
BETONIARKA

Wracając do Europy statek od Maputo był ładowany w każdym porcie. Pierwszym, gdzie ładowaliśmy głównie materiały sypkie bezpośrednio do ładowni, było Richards Bay. Według ojca wyjątkowo niedużo mieliśmy do zabrania i nasz pobyt był na tyle krótki, że nawet nie zdążyliśmy wyjść gdzieś w pobliżu do sklepu. Po szybkim przystanku kolejnym punktem na trasie powrotnej był Durban. Od momentu kiedy przestałem być majtkiem manewry i ranne wstawanie nie za bardzo mnie już interesowały. Wolałem się wyspać i łazić po statku w pojedynkę.

Dzień, w którym wpływaliśmy do Durbanu po ładunek pamiętam niestety bardzo dobrze. Był to mój najdłuższy okres bez snu jako nastolatek. Z samego rana obudziło mnie bujanie statkiem, ale nie takie standardowe, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, tylko takie jakby twój upośledzony umysłowo kumpel bujał z całej siły hamakiem w którym ucinałeś sobie drzemkę życia. Spałem na boku i rzucało mną dosłownie na plecy, na bok, na plecy, na bok. Idę na kanapę – pomyślałem. Usiadłem na skraju łóżka i przez bulaj w oddali widzę, że statek przechyla się lekko 30-40 stopni lewo prawo. Myślałem przez chwilę, że obali nas na burtę i zatoniemy.

No nic trzeba zaliczyć łazienkę, ubrać się i obczaić co się dzieje. Sztormu nie ma a nami wali w każdą stronę, że nie szło ustać. Siku na siedząco było wyzwaniem, czułem jak o jąderka chlupie mi woda z WC. Idę pod prysznic, odpalam wodę i dociera do mnie że nie da się, buja za mocno, woda wali po całej łazience. Myje słuchawką same jaja i podejmuje wyzwanie umycia zębów. Stojąc w rozkroku dającym najlepszą stabilność puszczam wodę w kranie i w tym momencie dociera do mnie co się dzieje. Statek jest pusty a my stoimy bokiem do fali na kotwicy. Woda z kranu była świetnym wyznacznikiem jak bardzo w czarnej dupie jesteśmy. Stoisz przed umywalką, twój mózg przyzwyczajony, że meble są punktem odniesienia, zaczyna wariować widząc jak strumień zmienia kierunek wypływu od jednej krawędzi umywalki do drugiej. Stoję oparty o umywalkę i po prostu się na to patrzę jakieś dobre 5 minut. Przeżywałem dosłowny mindfuck coś jak w odwróconym domu w Szymbarku. Trzeba dokończyć mycie zębów i ruszyć zobaczyć jak wygląda reszta statku. W mojej kabinie praktycznie nic nie było, trochę ubrań w szafie. Za ścianą u sąsiada słyszałem jak wszystko lata. Kabina ojca! – dotarło do mnie, że tam musi być prawdziwy Armagedon.

Głód zwyciężył, stwierdziłem, że najpierw śniadanie. Schodzę na dół na mesę, słyszę w oddali jak kucharz i steward rzucają kurwami, gdzie popadnie. Nie byli w stanie ogarnąć kuchni. „Dziś obiadu nie będzie, wszystko mi z gara wypierdala!” – podsumował Krzysztof. Ja i tak jechałem głównie na grzankach z masłem orzechowym lub dżemem. Siedziałem zajadając się opiekanym chlebem tostowym i obserwowałem, jak buja się kalendarz na ścianie w mesie, co jakiś czas łapałem się stołu, który był przykręcony do podłogi. Nikt nie pomyślał i zamiast ławek na mesie były zwykłe krzesła takie jak w szkole. Gdybym się nie trzymał to jeździłbym po całej jadalni. Nie mogłem się doczekać obiadu, byłem ciekaw czy do tego czasu wejdziemy do portu, czy będzie mi dane zobaczyć zmagania załogi z jedzeniem w takich warunkach.

Najedzony ruszyłem do maszyny do ojca. Niczym spiderman poruszałem się po samych poręczach, bujający statek dawał nieziemską frajdę. Do czasu… W maszynie u ojca wszechobecny rozpierdol, wszystko co zostało luzem dnia poprzedniego, bo komuś nie chciało się poukładać, leżało teraz na podłodze i zapieprzało z kąta w kąt zgodnie z przechyłami statku. Pomogłem im trochę ogarnąć. Wziąłem klucze od taty i zgodnie z prośbą poszedłem zobaczyć jak wygląda kajuta Kazika.
Otwieram drzwi a tam dosłownie jak w betoniarce. Kwiaty wywalone gonią się z książkami i kasetami na podłodze. Wtóruje im popielniczka i butelka po piwie. Idę spowrotem do ojca, przedstawiam sytuację i pytam się, co wywalamy a co zostaje. To był ostatni raz jak ojciec miał kwiaty doniczkowe w kajucie. Najtrudniejszym etapem sprzątania było przytarganie odkurzacza i zmycie podłogi na finał. Umordowany po pachy poszedłem z ciekawości zobaczyć na mostek.

Na mostku było jeszcze gorzej. Był to najwyższy poziom nadbudówki i mimo, że przechyły miały tę samą wartość w stopniach to siły działające na przedmioty były o wiele wyższe, coś na zasadzie karuzeli osiedlowej, gdzie im dalej od środka tym większa prędkość. Odwróciłem się na pięcie, wszyscy mieli takie miny jakby kapitan zaraz miał zostać wyrzucony za burtę.
Manewry miały odbyć się dopiero późnym wieczorem, w wyniku błędu komunikacyjnego nasza keja była zajęta i musieliśmy czekać aż się zwolni. Nikt nie będzie przerzucał całego naszego ładunku zgromadzonego w jej pobliżu. Obiad wyglądał jak z taniej czeskiej komedii. Marynarze rzucili sobie wyzwanie, że kto da radę zjeść zupę ten jest prawdziwy wilk morski. Było to zadanie niełatwe przy takim bujaniu. Siedzisz, ale nogami kombinujesz, żeby nie pojechać z krzesłem. W jednej ręce talerz z zupą przechylasz w przeciwną stronę co statek, w drugiej masz łyżkę i szuflujesz nią jak najszybciej zupkę do buzi. Zupkę która smakuje jak fabryka firmy Henkel – sama chemia. Gruby Robert jak usiadł tak nic go nie ruszyło, lżejsi marynarze jeździli po całej mesie razem z krzesłami, ja wybrałem drogę taktyki, siedziałem rokraczony jak pająk nad muchą.

Po obiedzie każdy poszedł zobaczyć swoją kajutę. U Czereśniaka było najgorzej, wpadł na genialny pomysł i zakupione wcześniej orzeszki w wielkich workach wsadził na samą górę szafy, jak statek się przechylił to worki uderzyły w drzwiczki. Wszystko wysypało się po kabinie i mieliło od śniadania do obiadu. U Damiana nosorożec zaliczył glebę i ułamał róg. To był moment, gdzie zrozumieliśmy, że jest z nim coś nie tak. Róg był strasznie lekki, a nosorożec cały ważył lekko 50 kg. Okazało się, że miał zakorkowany otwór w dupie – tak wiem każdy ma otwór w tym miejscu – przez który wydrążono go ile się dało i został zalany betonem. Charakterystyczny kolor drzewa Hebanowego uzyskano pastą do butów Kiwi. Afryka proszę Pana!

Do kolacji pomagałem sprzątać kajuty, wieczorem zaczęły się manewry. Znowu coś się nie dogadali i wchodziliśmy do portu kilka godzin. Manewry skończyły się nad ranem, nie poszedłem tego dnia do łóżka bo co chwilę coś się gdzieś działo. Trochę już mi się nudziło więc jak tylko ktoś coś potrzebował, chociażby w stylu „weź idź zrób kawę” – na statku nauczyłem się pić Nescafe 3w1 - to czułem się bardzo potrzebny i nie protestowałem. Następnego dnia po kolacji chciałem zobaczyć czy dam radę jeszcze jeden dzień bez spania, niestety mój młody organizm odmówił posłuszeństwa. Do dziś spanie jest moim ulubionym zajęciem.

Problemy podczas wpłynięcia do portu były pokłosiem narastającego niezadowolenia społecznego wśród pracowników portu, najgorsze dopiero było przed nami.
STRAJK

Pierwszy dzień nie był niczym nadzwyczajnym. Od rana rozpoczęło się ładowanie statku za pośrednictwem żurawi statkowych. Po tym poznać dobry port, ze używany jest sprzęt portowy, a żurawie na statku są tylko na wszelki wypadek. W Europie ani razu nie zostały one użyte, w Durbanie cały załadunek odbył się naszym sprzętem. Dźwigowi byli dostarczani z portu, nie pamiętam czy żaden AB z załogi nie miał uprawnień, czy uparli się w porcie, że muszą to robić ich ludzie. Efekt był taki, że na dźwig przychodził do nas Jeffrey.

Mnie on nie parzył i nie ziębił. Ot murzyn przychodzi i operuje dźwigiem. W przerwie poszedł się zapytać czy może kawę. No spoko czemu nie. Przed obiadem kapitan oznajmił, że zgodnie z wymaganiami zarządcy portu operator powinien dostać obiad na statku. Co mnie to, ale część załogi była rasistami z krwi i kości. Podczas obiadu Jeffrey, który miał lekko ponad 100 kg i tyle samo wzrostu co ja, usiadł na szczycie stołu ekipy z maszyny, czyli naszej. Chyba czuł, że trafił na tych bardziej otwartych umysłowo.

Jeffrey był „szerszy” niż wyższy, wejście do kabiny operatora żurawia zajmowało mu minimum 20 minut, zejście odrobinę mniej. Jak szedł na kawę do nas na mesę, to przerwa w załadunku realnie wynosiła prawie godzinę. Ogólnie nie spieszyło się towarzystwu. Napięcie wśród załogi narastało z dnia na dzień, oczywiście nie usprawiedliwia to zachowania niektórych osób na mesie podczas obiadu, ale daje dobry obraz ogólnej sytuacji w tamtym czasie.

Nasz bohater niejednokrotnie był obrażany za plecami nawet o tym nie wiedząc, na szczęście polskiego nie uczą w RPA. Padały teksty od niektórych osób – niechaj pozostaną anonimowi – typu „co ta małpa tu robi?”, „nie będę jadł obok asfaltu” wziął obiad i poszedł jeść do telwizorni jeden z marynarzy. Kucharz też nie oszczędzał chłopaka, dawał mu najgorsze i najbardziej przypalone mięso życząc smacznego z uśmiechem na twarzy. Takiej ilości rasizmu i cynizmu jak na polskiej mesie nie uraczyłem do tej pory nigdzie. Jeffrey mimo wszystko jadł i nie narzekał, zapewne w domu się nie przelewało, chociaż jego masa sugerowała, że ogólnie nie wybrzydza z jedzeniem. Nie oceniam tylko stwierdzam fakty. Na koniec zawsze grzecznie dziękował.

W pewnym momencie w porcie wybuchł strajk. Taki oficjalny, grupki ludzi z transparentami, głównie czarnoskórzy. Wszystko stanęło po jakiś 3-4 dniach od naszego przypłynięcia. Śmieliśmy się, że to przez jednego z naszych bo za głośno bulwersował się obecnością dźwigowego na mesie. Protesty trwały ponad tydzień i w tym czasie kompletnie nic nie ładowali. Wtedy wiedziałem już, że nie zdążę na rozpoczęcie roku szkolnego. Łącznie w Durbanie byłem uziemiony około dwa tygodnie.
AWARIE

Nasza łajba była niczym włoski samochód. Ładna, stylowa jak na kontenerowiec i awaryjna. Silnik pancerny tyle że osprzęt dookoła z dykty. W przelocie z Europy do Afryki maszyna miała pełne ręce roboty związane z konserwacją żurawi, wtedy nie wiedziałem jeszcze dlaczego. W portach afrykańskich w tamtym czasie głównie operowano na sprzęcie statkowym, który lubił się psuć. Przelot mający prawie dwa tygodnie był idealnym czasem na tego typu czynności.

Jak ogłoszono strajk, to Chief z maszyny zarządził konserwację chłodnic i silnika. Tak profilaktycznie wymieniono jeden z tłoków na nowy, bo nie podobała im się praca silnika. Nad silnikiem w masznowni była suwnica. Wszystko przemyślane, potrzebowałeś wymienić podzespoły, była taka możliwość. Zapasowy tłok wielkości małego samochodu wisiał sobie na specjalnym wsporniku zaraz obok silnika. Obserwowałem cały proces z daleka. W tym czasie Damian czyścił chłodnice. Silnik był chłodzony cieczą, w naszym przypadku wodą morską, nieodsoloną. Wstępnie przefiltrowana morska woda mimo wszystko posiadała resztki planktonu i innych mniejszych organizmów. Osadzało się to na takich pofalowanych płytach miedzianych tworzących rdzeń chłodnicy. Wystarczyło rozkręcić obudowę i te płyty dało się przesuwać, bo były na specjalnych prowadnicach. Czyszczenie polegało na myciu płyty po płycie myjką ciśnieniową, pod nimi była wanna z odpływem połączonym z morzem. Procedura jest mi znana dokładnie, bo Damian był potrzebny przy silniku i z nudów poszedłem robić to za niego. Na koniec roboty waliłem rybą, jak po całym dniu na targu.

Szczęście w nieszczęściu podczas postoju uszkodził się system vacuum, ten od WC. Tym razem się nie wychylałem tak jak podczas czyszczenia chłodnic. Gdzieś jakiś odcinek rury się zapchał, trzeba było sprawdzać kawałek po kawałku. Pamiętam, że były jakieś punkty kontrolne co pozwoliło na dość szybką lokalizację usterki. Od rur niestety był mój ojciec, ale on wiedział z czym to się je. Po rozkręceniu odcinka ostrożnie chciał ją przetkać. Nie pamiętam dlaczego, ale Lechu „Sraczka” uparł się, że to nie ta i musiał osobiście zajrzeć do środka. W tym czasie ktoś na statku kliknął spłuczkę. Fekalia pod ciśnieniem walnęły w II oficera z maszyny. Jeśli myślicie, że przez tę sytuację miał taką ksywę, to się mylicie. Dostał ją o wiele szybciej, ale o tym za chwilę.

Ogólnie gdyby nie awarie, to maszyna na statku za wiele do roboty by nie miała. Niestety polska kadra kierownicza zawsze coś wymyśli, tyle że na Grey Fox nie musieli. U ojca w maszynie praktycznie co drugi dzień był jakiś alarm. Jak nie było alarmu to gorączkowo przygotowywali się do awarii, która wiedzieli, że i tak nastąpi. Chwila wytchnienia to konserwacja. Statek był w dużej mierze na częściach niemieckich, na myśli mam kluczowe elementy. Nie zmienia to faktu, że złożony został w Chinach, ale nie tych, które potrafią współcześnie zaskoczyć jakością. Powstał w końcówce lat 90tych po taniości, co mściło się podczas eksploatacji.
Najczęściej psuły się agregaty prądotwórcze. Na Grey Fox były 3 sztuki 920 kVA każdy, ich sercem był turbodiesel. Do poprawnego funkcjonowania statku musiały działać dwa na 50%. Agregaty były wąskim gardłem. W drodze do Afryki popsuł się jeden, podczas postoju w Durbanie czekaliśmy na serwis, mieli wymienić turbinę. Zanim dojechali, popsuł się drugi. Wtedy zrozumiałem dlaczego Lechu ma ksywę „Sraczka”. Idę jak zwykle po śniadaniu do maszyny, po drodze do sterowni mijało się agregaty, gdzie podest komunikacyjny był między 2 a 3. Widzę że pękła stalowa rura doprowadzająca płyn do chłodnicy i sika sobie delikatnie na podłogę. Alarm wyje, lampy mrugają. Staję przed drzwiami do sterowni, ale jeszcze nie wchodzę. Zastanawiam się czy w ogóle wejść, bo widzę przez szybę jak „Brzoza” się śmieje z Lecha, ten biega od wyświetlacza do wyświetlacza szukając przyczyny alarmu, co chwilę łapie się ze stresu za brzuch, wszyscy wiedzą, że chłop zaraz się posra. Byle co się działo na statku, a on był cały zestresowany. Panika to było jego drugie imię. Wchodzę twardo i rzucam „dzień dobry wszystkim, czy mogę coś powiedzieć?”. Lechu tańczący po całym pomieszczeniu z zaciśniętymi zwieraczami naskoczył na mnie „Piotr proszę cię kurwa nie teraz, coś jebło a my nie wiemy co”, wychodząc grzecznie powiedziałem „może to przez ten płyn co wycieka z agregatu w przejściu”, „jaki kurwa płyn?!” – w tym momencie rozwiązałem powód alarmu. Niestety naprawa nie była wcale prosta, trzeba wyłączyć kolejny agregat i jechać na jednym przez jakiś czas. Zaspawać pęknięcie na zgięciu rury - o kołnierzu nie było mowy - i z powrotem uruchomić agregat. Problem polegał na tym, że ten jeden działający do tej pory uchodził za najbardziej awaryjny, ratowała nas tylko sytuacja strajku i tego, że nie pracują żurawie.

Do teraz zastanawiam się, jakim cudem Leszek nie padł na zawał. Ciekawostką jest to, że chłop miał restaurację gdzieś w trójmieście i też kupował pełno figurek od murzynów jako wystrój knajpy. Kto wie, może czytelnik nawet kiedyś tam jadł. Wszyscy zastanawiali się po co on pływa, drugą ksywę przez to miał „złotówa”.

Po skończonym strajku i ponownym uruchomieniu wszystkich dźwigów praktycznie co chwilę pękały jakieś rury od hydrauliki. Raz poszedłem z Damianem do takiego ala szybu / kanału, mieliśmy założyć kołnierz na pękniętą rurę. Szyb miał może 1x1 m, nie było jakoś ekstra ciasno. Dostałem wtedy lekkiego stracha, bo w środku było strasznie cicho, oświetlenie tylko z latarek, w pewnym momencie statek zaczął skrzypić i wydawać charakterystyczne dźwięki pękania. Damian nastraszył mnie, że zaraz złamiemy się w pół jak Titanic. Wiedziałem, że żartuje ale mimo wszystko ciary po plecach przeszły.
ZŁODZIEJE

Przed pierwszym portem w Afryce marynarze wytłumaczyli mi, po co są wachty na trapie. Nie chodziło tylko o samo pilnowanie, kto wchodzi a kto schodzi ze statku, ale o to jeszcze z czym. Mając piętnaście lat wydawało mi się, że dorośli ludzie pracujący w porcie będą skupieni na pracy. Tymczasem dostałem ostrzeżenie, że obowiązkowo mam zamykać kabinę swoją jak i ojca podczas postoju w portach.

Pewnego dnia jeszcze w Durbanie, postanowiłem, że pójdę się poopalać. W słońcu gdzie nie wiało było całkiem ciepło. Ludzie pokroju Jeffreya chodzili w pikowanych kurtkach. Dla mnie dwadzieścia stopni to było lato. Na samych gaciach położyłem się na ławce na rufie w zaciszu i się opalam, nagle obok mnie przechodzi jakiś murzyn w kamizelce odblaskowej i kasku, więc wiem że pracownik portu, jak mnie zobaczył to zdziwił się podwójnie. Rzucił „what the fuck?” po pierwsze bo byłem na gaciach, po drugie bo nie powinno być nikogo w tym miejscu o tej porze dnia. Twardo odpowiadam do chłopa „Vacation!”, zapamiętałem jego minę i dobrze, bo ten sam Pan godzinę później próbował obrobić kabinę mojego ojca.

System wyglądał tak, pracownik portu wchodził na statek niby coś załatwić z oficerką, wybierali zawsze godziny między przerwami. Zanim dotarł do biura chiefa lub na mostek to na każdym piętrze, gdzie były kajuty maszyny i pokładu, naciskał na klamkę za klamką. Wiem to, bo taka sytuacja zdarzyła się dwa razy. Siedziałem u ojca w kabinie, oglądam film i słyszę, jak ktoś idzie korytarzem i naciska klamki. Pierwszy raz myślałem, że może ktoś z naszych sprawdza czy ktoś nie zapomniał zakluczyć. Nagle wpada mi murzyn do kajuty, ja z nożem w ręku obieram jabłko, chłop rzucił „Sorry” i szybciutko wyszedł. Zamknąłem kajutę i pędem do ojca do maszyny, „Brzoza” dał cynk kapitanowi i na jakiś czas był spokój. W portach wszystkie drzwi do korytarzy były na stałe zamknięte, gdzie w przelocie są na stałe otwarte, żeby ciągle nie wpisywać szyfru. Kolejny raz była podobna sytuacja, komuś zapomniało się zamknąć drzwi do korytarza z wyższego poziomu i znowu wpadł mi do kabiny ojca „Sorry majfrend” tyle, że teraz dokładnie wiedziałem, który to. Ten co był zszokowany moim opalaniem. Nie mogłem skumać, że zamiast zająć się robotą, to próbują za wszelką cenę przykleić coś do rączek. Przez cały pobyt w Afryce takich sytuacji było dość sporo, spowodowały one, że na sam koniec wyrobiła mi się dość negatywna opinia o czarnoskórej społeczności, walczyłem do końca niestety argumentów za brakiem tolerancji nazbierało się więcej. O tym na sam koniec opowieści.
Obrobić nas z kasy próbowano nie tylko na statku. Sytuacje takie na targach były na porządku dziennym, specjalnie się nawet z tym nie kryli. Ojciec chyba chciał mnie w ten sposób nauczyć życia. W Durbanie pojechaliśmy raz na miasto w przestoju. Cel był taki sam jak w Maputo, jakieś figurki, coś na pamiątkę. Wzdłuż plaży przy głównej drodze w mieście co kawałek były stragany, trochę lepszy standard niż w Mozambiku. Była nawet buda z hinduskim żarciem. Najadłem się indyjskich pierogów z chili, były naprawdę dobre, piekły dwa razy. Dostałem bodajże dziesięć dolców w banknotach jednodolarowych od ojca i zostałem puszczony luzem w zasięgu wzroku. Angielski był przećwiczony no to idę zobaczyć co tam mają. Na tych straganach było dosłownie wszystko, nic nie miało cen, prawdziwy targ. Podeszło do mnie trzech łepków, jeden miał zegarki co im wskazówki latały luźno, drugi filmy na DVD a trzeci miał paski do spodni. Akurat to mnie zainteresowało, bo nie miałem paska, schudłem i co chwilę musiałem podciągać galoty. Wręcz prosiłem się, żeby mnie obskubać z kasy. Chłop w kilka sekund założył mi pasek na spodnie, zaciągnął aż mi się słabo zrobiło, dwóch pozostałych pokazuje okejki, że wyglądam zajebiście. Patrzę a pasek Calvin Klein, albo oryginał ukradziony ze sklepu albo super podróbka, bo w dotyku mięciusi. Poluzowałem dziurki, no pasuje jak na złość. Teraz moja kolej, wyciągam jednego dolara i mówię że mam tylko tyle. Targowaliśmy się dobre pięć minut, pasek był już na mnie, machałem jednodolarówką jak szef kartelu dając do zrozumienia, że albo bierzesz albo… Kolega sprzedał pasek, a między czasie zawitał inny delikwent z koszulkami. Ten miał jeszcze szybsze rączki, założył mi na moją swoją i znowu pokazują mi jak super wyglądam. Koszulka była z typowo afrykańskim motywem, żyrafy, słonie itp. Myślę sobie co mi tam, będzie pamiątka. Wyciągam jednego dolara i wiem, że będę smażył się za to w piekle, ale uczucie władzy nad ciemnym ludem było zbyt kuszące. Ojciec zawołał mnie bo był stolik rzeźbiony do kupienia i brakowało mu kilka dolców. Oczywiście panowie koledzy szli ze mną, wiedzieli że w kieszeni jeszcze trochę zieleni jest. W końcu wydałem całe trzy dolary i miałem pasek oraz dwie koszulki. Gdzie byś się nie ruszył, chodzili bardzo blisko ciebie, a ja jak na złość ciągle ręce w kieszeni trzymając kasę. Za całe dziesięć dolarów kupiliśmy stolik kawowy na trzech nogach rzeźbiony z jednego kawałka drewna. Mamy go do dziś. Tym razem to my okradliśmy trochę Afrykę.

Jest to dzida 1 z 2 obejmująca część 7, leci kolejna! - pacz profil w razie czego.
Tymczasem Wypierdalam!
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
121
Ahoj dzidowcy! Dokończenie części szóstej.

Link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4462648/dzida-o-statkach-cz-6-czarny-lad-1-2

Zapraszam!
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 2/2
RICHARDS BAY (RPA)

Między Durbanem a Richards Bay płynie się niecały jeden dzień. Wieczorem wyruszyliśmy z Durbanu, rano w Sobotę 07.08.2004 r. byliśmy na miejscu. Jest to mała mieścina, nie planowaliśmy wyjścia na miasto. Kapitan zaskoczył załogę informacją, że w niedziele jest opcja wyjazdu na Safari. Lokalna firma organizuje taką atrakcję za około 100 dolarów od osoby.

Ojciec nawet nie miał wyboru i prawa do jakiejkolwiek dyskusji. „Byłeś kiedyś na Safari?” zapytałem go, odpowiedział oczywiście, że nie. „No to będziesz, bo Kapitan organizuje wycieczkę dla chętnych, a my jesteśmy chętni.” odpowiedziałem stanowczo jak na gówniarza z gimbazy przystało.

Ruszyliśmy wcześnie rano, bo o 6:00, pod statkiem czekał BUS coś w stylu VW T4 (nie pamiętam dokładnie jaki, wtedy busy mało mnie interesowały). Biuro podróży należało do Pani, ale była z chłopakiem. Ona miała lekko metr osiemdziesiąt wzrostu, a on był jeszcze od niej wyższy. Oboje byli pochodzenia niemieckiego, w sensie ich dziadkowie. Przewodniczka z reguły jeździła sama, ale tydzień wcześniej miała ekipę z Rosji, która w połowie trasy dosłownie wysypywała się z busa pod wpływem alkoholu. Jak usłyszała, że ma ekipę Polaków, wzięła ze sobą chłopaka. Te informacje wyjawili nam pod koniec, bo byli bardzo zdziwieni, że po całym dniu nikt nie był pijany, wręcz przeciwnie pełna kulturka.

Dzikie afrykańskie zwierzęta ogląda się po prostu jeżdżąc samochodem po parkach krajobrazowych. U nas parkujesz, zostawiasz furę i idziesz na spacer, a w RPA podjeżdżasz pod bramę, kasujesz bilecik i jedziesz szlakiem zgodnie ze strzałkami. Nie wysiadasz poza miejscami do tego przeznaczonymi, nie uchylasz nadmiernie okien, siedzisz na dupie i oglądasz. Powód myślę, że jest oczywisty, aczkolwiek dla osób z ograniczoną wyobraźnią wyjaśniam, żebyś nie został zjedzony lub staranowany przez dziką zwierzynę.

W pierwszym parku były głównie antylopy, bawoły, guźce i wszelkie małpy co tam żyją w Afryce. Po ponad godzinnej objazdówce i oglądania ciągle tego samego nawet safari zaczyna denerwować. Pozostali marynarze trochę zaczęli się wkurzać, że za te pieniądze nie przyjechali oglądać sarenek i dzików. Przyszedł czas na postój. Dotarliśmy do jakiegoś ośrodka, gdzie był punkt widokowy na wodospad. U podnóża była rzeczka i taka mała zatoczka, gdzie wylegiwały się krokodyle. Szczerze nie chciałbym się spotkać sam na sam z taką jaszczurką. Jak tak stałem oparty o barierki to dotarło do mnie, że trzeba się zacząć oglądać, gdzie stawiam kroki, bo przecież pająki czy tutejsze węże mogą być wszędzie. Postój był głównie na siku i przekąski. W cenie wypadu była woda i chipsy w samochodzie, normalnie luksus przez wielkie L.

Pani przewodnik dostała twarde info od ekipy, że ma być bardziej egzotycznie. Ruszyliśmy dalej i dopiero zaczęło się to co każdy chce zobaczyć na safari. Spotkaliśmy żyrafy, słonia oraz ogromne stado zebr. Jedna z nich szła sobie obok samochodu i oczywiście Daniel D. musiał otworzyć okno i ją pogłaskać po zadku. Dostał z kopyta po rękach i o mały włos zebra nie skopała samochodu zanim z impetem ruszyła w krzaki. Zwierzęta były oswojone z samochodami, takich wycieczek na szlaku jak nasza było kilkadziesiąt, tyle że nikt ich nie głaskał. Wszyscy snuli się 10 – 15 km/h co chwile robiąc postoje do zdjęć. Był kategoryczny zakaz opuszczania samochodu, ale Danielowi nauczka z zebrą nie wystarczyła. Wpadł na genialny pomysł, że wyjdzie z busa i podejdzie do Żyrafy, która zajadała się świeżymi liśćmi z drzewa, a mój tata przez okno zrobi mu zdjęcie. Dłuższą chwilę zajęło wytłumaczenie mu, że jak to zrobi to będzie na pierwszych stronach afrykańskich gazet i nie ma takiej opcji. Finalnie odpuścił. Niestety nie spotkaliśmy lwów, bo do miejsca, gdzie z reguły przebywały dojechaliśmy w południe, a to czas drzemki dla kotów. Pochowane w legowiskach nie miały zamiaru się ruszać z miejsca.
Kolejnym przystankiem był obiad na stacji paliw. Tak drogi czytelniku. W cenie wycieczki był ciepły posiłek, marynarze już byli lekko oburzeni wyposażeniem busa, a teraz przyszedł czas na obiad na tamtejszym Orlenie. Robert aka. Wędkarz w ogóle się nie szczypał, po polsku na głos nawijał co mu się nie podoba i miał gdzieś czy go ktoś zrozumie czy nie. Rzucał rasistowskimi tekstami i licznymi przekleństwami wyrażał niezadowolenie z organizacji wypadu, de facto z inicjatywy kapitana. Standardowo wziąłem kalmary z frytkami i surówki. Niestety, były tak gumowate, że nie starczyło mi czasu, aby je przeżuć. Naprzeciwko mnie siedział Robert, który zamówił steka. Podano mu go na plastikowym talerzyku, dostał plastikowy nóż i widelec. Byłem zły na swoje kalmary, ale jak zobaczyłem, jak Robertowi pęka nóż za nożem, gdy próbuje pokroić swój obiadek, zrozumiałem, że u mnie nie jest tak źle.

Ostatnim punktem wypadu była wioska ZULU. Podjechaliśmy pod bramę ośrodka, gdzie stała delegacja powitalna składająca się z dwóch murzynów z bębnami. Czekaliśmy chwilę na jeszcze jakąś grupę turystów, w międzyczasie jeden z delegatów zostawił bębenek przy płocie, nie omieszkałem spróbować zagrać kilka nutek. Nagle patrzę a chłop biegnie do mnie i coś macha. Dotarł do mnie i mówi, że nie wolno, ja grzecznie odpowiadam, że z ciekawości chciałem zobaczyć, że nie popsuję. Pan murzyn twardo, że nie wolno i koniec, no to ja „a dlaczego?”, bo wywołam złe duchy i ściągnę klątwę na wioskę. Koniec dyskusji argument ostateczny.

Pani z ośrodka Zulu, murzynka biegle mówiąca po angielsku, rozpoczęła prezentację. Zostałem wybrany wodzem plemienia białych i ubrany w ich tradycyjne wdzianko. W akompaniamencie afrykańskich bębnów wprowadzono nas do wioski jako gości, ze mną jako wodzem na czele. Przywitali nas mieszkańcy w tradycyjnych strojach Zulu, Panie były topless a Panowie w kusych przepaskach ze słomy, spod których przebijały napisy na bokserkach. Niestety strój musiałem w tym momencie oddać. Młode dziewczyny bez staników wyglądały na bardzo zakłopotane, ponieważ było nas grubo ponad 10 chłopa, do tego druga wycieczka, gdzie była tylko jedna kobieta. Spojrzenia wygłodniałych marynarzy dawały jasno do zrozumienia, że nie interesuje już ich nic podczas tego pokazu poza cyckami. Dostaliśmy do posmakowania tradycyjne piwo drożdżowe, chętni mogli zapalić zioło z „szamanem”. Damian M. jak się dorwał do bongosa to nie mógł skończyć, jako naczelny palacz statkowy wyjarał im wszystko co mieli przeznaczone na pokaz. Skwitował to słowami, że na studiach palili lepsze i w ogóle nie ma kopa to ich zioło. Chwilę później śmiał się z byle czego jak głupi do sera. Dostaliśmy lekcję języka Zulu, pograliśmy na ichnych instrumentach – teraz można było, po czym dziewuchy topless zaprowadziły nas na pokaz tańców i walk najwspanialszych afrykańskich wojowników. Rosłe chłopy przepasane słomianymi gatkami, z tarczami ze skóry bawoła naciągniętymi na kijki oraz z dzidami przygotowywali się do walki. W tym momencie zaczynasz być trochę rasistą, chociaż nie chcesz, ale od razu rozumiesz, dlaczego tak łatwo było skolonizować Afrykę. Postukali się kijkami, zatańczyli ludowy taniec w grupie, załoga patrzyła tylko na podskakujące cycki murzynek i była smutna, że pod sukienkami miały majtki.

Ten dzień pamiętam dobrze, ponieważ na Safari byliśmy w moje 15ste urodziny. Po powrocie na statek ojciec powiedział do mnie, żebym przyszedł jeszcze na chwilę do jego kajuty. Cały dzień byliśmy zabiegani i nie maił okazji złożyć mi życzeń urodzinowych. Było to dla mnie bardzo ważne, bo często urodziny obchodziłem bez ojca, wiele razy nie miał też jak zadzwonić w ten dzień. Było mi bardzo miło, że pamiętał. Wypiliśmy sami we dwójkę po piwie, pogadaliśmy o Safari i kolejnym porcie. Tata przestrzegł mnie, że w Maputo muszę mieć oczy dookoła głowy.
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 2/2
MAPUTO (MOZAMBIK)

O ile RPA to takie afrykańskie Niemcy, o tyle Mozambik to taka afrykańska Rosja, dosłownie. Jak wpływaliśmy do portu z samego rana to była cholernie gęsta mgła, która zeszła dopiero po pierwszej przerwie na kawę. Wtedy to moim oczom ukazał się port oraz miasto. Smród, brud i zacofanie. Foki podpływały do burt statku w nadziei, że rzucisz im coś do jedzenia. Woda w porcie była tak brudna, że foka zlewała się z nią kolorystycznie. Przy kawie tata oznajmił mi, że po obiedzie jedziemy na miasto z agentem.

Byłem trochę wystraszony, nie to co mój ojciec zaprawiony w boju, po Nigerii Mozambik był dla niego rozwiniętą cywilizacją. Dzięki wizycie w Maputo nasza Polska urosła w moich oczach, dotarło do mnie co to znaczy kraj trzeciego świata. Naszym celem były tanie figurki z drzewa hebanowego, orzechy oraz przyprawy. Bez Agenta mającego wtyki u lokalnych władz nie było mowy o samodzielnym poruszaniu się po mieście. W przeciwieństwie do RPA gdzie biały człowiek był na porządku dziennym, w Maputo byłeś atrakcją i miałeś znaczek dolara na plecach.

Podjechaliśmy na pierwsze lokalne targowisko, po wyjściu z samochodu zostaliśmy momentalnie dostrzeżeni przez handlarzy. Pierwszy podszedł do nas jakiś młody chłopak z filmami na DVD, zaczął nawijać po rosyjsku. Ja do ojca „czy mam z nim gadać?”. Tata wytłumaczył mi, że te filmy na 90% i tak nie będą działać, albo będzie nagrane coś zupełnie innego, szkoda kasy. Co do języka, to oni nie mieli pojęcia gdzie jest Polska, miałem mówić że jesteśmy z Niemiec albo Rosji, zaraz czuli respekt. Trochę mnie to wkurzało, dlaczego nie mam mówić że jestem z Polski, ale szybko dotarło do mnie, że lepiej nic nie mówić, bo Pan Murzyn w pewnym momencie gwizdnął dając znać kolegom, że turyści białasy przyjechali na zakupy. Rozejrzałem się i widzę jak biegnie w naszym kierunku z różnych stron lekko dziesięć chłopa. Wpadli na nas niczym fala uderzeniowa. Wytłumaczyliśmy Agentowi, że filmy nas nie interesują. Krzyknął coś po ichniemu i wszyscy byli na baczność.

Wchodzimy na targ w obstawie kolegów z filmami, szli obok nas niczym ochrona jednocześnie szpanując do tubylców, że się niby znamy. Czekali aż wyciągniesz kasę, żeby cię skroić. Chodziliśmy wszyscy w kupie przy Agencie z wiadomych przyczyn. Ceny rosły na targu momentalnie, jak tylko zobaczyli żeś biały, witała cię inflacja. Był na to prosty sposób, wyciągałeś dwa dolary, mówiłeś, że masz tylko tyle i albo Pan sprzedaje figurkę albo jedziemy dalej. Bieda wygrywała, marynarze byli w tej kwestii bezlitośni. Wiedzieli, że ci ludzie klepią biedę i nikt poza turystami nie kupi wyrzeźbionego murzyna. Pani miała sprzedać nam worek 10 kg orzechów nerkowców. Chciała 15 dolarów, my że maks 13, ja się pytam czy randy z RPA też wchodzą w grę, honorowali bardzo chętnie tę walutę. Zaproponowałem 60 randów, czyli 10$. Pani była z miejsca gotowa sprzedać worek orzechów, matematyka tak bardzo.... Mój ojciec stwierdził, że i tak za drogo…

Pojechaliśmy na kolejne targowisko, o ile można je tak nazwać. Wyobraźcie sobie główną drogę w mieście, gdzie dwie jezdnie, każda po dwa pasy ruchu, są przedzielone pasem zieleni i na tym trawniku są stragany, dosłownie. Nasz agent zaparkował samochód na środku głównej drogi w centrum miasta. Wychodzimy, ten sam efekt co poprzednio. Wszyscy widzą w tobie dolary. Targowisko miało jakieś 200 m długości, asortyment wszelkiej maści, nas interesowało rękodzieło. Damian nie mógł jechać, bo miał wachtę w maszynie. Dostałem od niego 100$ i miałem przywieźć największą figurkę jaka tylko będzie, a najlepiej dwie. Chodzę po tych „stanowiskach” i jest nosorożec. Taki sam jak logo firmy na statku. Metr długi i pół metra wysoki. Bardzo ładnie wyrzeźbiony, aż mój ojciec był chętny go kupić. Obok był jeszcze bawół takiej samej wielkości, ale nosorożec miał to coś.
Podchodzę, pytam „How much?”, a ekipa mozambijskich negocjatorów mówi mi, że dwieście dolarów. Wtedy nauczyłem się handlować. Jako gzub bez doświadczenia po prostu bym odpuścił, oni chcą 200 ja mam 100 no trudno, Damian dał za mało. Tata wziął mnie na bok i tłumaczy, chodzimy od budy do budy i zobaczysz za każdym razem jak wrócisz to będzie niższa cena. Mów im 80 to ci jeszcze coś zostanie. Nie do końca w to wierzyłem, jednak potrzeba zapłacenia rachunków wygrała. Finalnie za piątym podejściem stanąłem ze 100$ w ręku i mówię twardo „deal or no deal”. Murzyn wstaje, bierze nosorożca i idziemy do samochodu. Ledwie zmieścił się do bagażnika, samochód usiadł, bo ważył on jakieś 50 kg.

Transakcja ta spowodowała euforię wśród handlarzy, komuś udało się sprzedać towar to mi też musi, zaczęło się handlowanie na całego. Padło hasło spierdalamy, bo byliśmy dosłownie otoczeni jakąś setką ludzi. Agent krzyknął coś po Afrykańsku, nagle cisza i spokój. Wsiadamy do fury, ale Heniek (AB) nie mógł odpuścić dwóch figurek, tyle że chciał je kupić bodajże za pięć dolarów. Handlował się do samego końca, transakcję sfinalizował przez uchyloną szybę samochodu. Agent ruszył dalej, pot po dupie mi się lał widząc jak ze sto ludzi biegnie za nami w nadziei, że jednak uda się im coś jeszcze sprzedać.

Po orzeszki pojechaliśmy do centrum miasta do lokalnego sklepu, gdzie ceny były wywieszone. Każdy kupił po kilka kilo ziemnych w ostrej papryce i zwykłych solonych. Pamiętam, że na nasze to wychodziło coś koło złotówki za kilo. Moją uwagę w Maputo przykuł fakt, że wszędzie na ulicy było wojsko, a każdy kto do nas zagadywał robił to po rosyjsku. Podobno ruski do dziś mają duże wpływy na tamtym terenie. Poszliśmy z ojcem popatrzeć co mają w normalnych sklepach, miałem nadzieję, że może kupi mi jakieś radio, ile można słuchać muzy marynarza z kajuty obok. Zagadał do nas na ulicy jakiś chłopak, miał kradziony aparat fotograficzny na sprzedaż. Był to Sony, zwykły cyfrowy. Chciał od nas 100$ a aparat był wart lekko z 200$. Kasy nie miałem więc powiedziałem mu, że „sorry” ale nie zainteresowani. Tata spojrzał na mnie i powiedział, że trzeba było 20 dolców zaproponować i też by sprzedał. Wtedy nie miałem jeszcze złamanego kręgosłupa moralnego i jakoś wydawało mi się to nieuczciwe.

Po powrocie na statek poczułem dosłownie ulgę, cały czas miałem w pamięci to jak bardzo byliśmy osaczeni i błagalne spojrzenia ludzi, żebyś kupił od nich rzeźbioną małpę, bo nie będzie miał co jeść. Ci ludzie nic innego nie potrafili. Teraz miałem inne zmartwienie, musiałem wtargać ponad pięćdziesięciokilowego nosorożca do kabiny Damiana, po najdłuższym trapie, bo statek był praktycznie pusty, a potem jeszcze po schodach na „deck E”. Damian później postawił za to flaszkę, a nosorożec okazał się podróbką, o tym w dalszej części.

Mozambikiem do teraz rządzi wojsko, tyle że po dwudziestu latach przy współpracy z Chinami trochę się tam poprawiło. Mimo wszystko, nie czuję potrzeby tam wracać nawet na wakacje. Był to nasz ostatni port rozładunkowy, braliśmy jeszcze jakąś drobnicę do RPA. Od tego momentu zaczyna się powolny powrót do Europy.

Ogłoszenia parafialne:
Pytacie mnie czy dociągnę do końca i gdzie kolejne części, odpowiadam - dociągnę, tylko musicie śledzić profil bo pierwsze 5 dzid weszło na główną, kolejne nie wiadomo... Planuję jeszcze trzy części

Dzięki za wsparcie, tymczasem Wypierdalam!
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
80
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 1/2
Ahoj Dzidowcy!
Trochę clickbaitu żebyście nie przegapili kolejnej części...

Poniżej link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4459011/dzida-o-statkach-cz-5-daleko-jeszcze-vol-2

Niestety ostatnia dzidka nie trafiła na główną - chyba podpadłem, a tak dobrze szło... Dajcie znać znajomym dzidowcom co wyczekują kolejnego odcinka, niech się niesie ;)

Życzę miłego czytania, trochę się uzbierało, zapraszam!
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 1/2
WALVIS BAY (NAMIBIA)

Kapitan codziennie aktualizował nasze położenie na mapie, co dawało chociaż odrobinę nadziei, że w końcu dotrzemy do jakiegoś portu. Już prawie dwa tygodnie oglądałem tylko ocean. Jedyną atrakcją były stare filmy. Dzień przed dopłynięciem do Walvis Bay Bosman oznajmił mi, że od momentu, kiedy rozpoczną się manewry koniec z majtkowaniem. Była to kwestia procedur i bezpieczeństwa. Oficjalnie byłem pasażerem, który poza dyplomem morskim, nie posiada żadnych uprawnień do wykonywania jakichkolwiek czynności zawodowych na statku. Z tego względu od momentu pierwszego do ostatniego portu w Afryce byłem znowu pasażerem. Osobiście mając niespełna 15 lat po 2 tygodniach robienia ciągle tego samego nawet się trochę ucieszyłem. W końcu Afryka, nareszcie prawdziwe wakacje.

Znając już trochę lepiej statek, podczas manewrów poszedłem na balkon nadbudówki w poziomie mostku. Nikomu tam nie przeszkadzałem. Nadbudówka statku posiadała zewnętrzną oraz wewnętrzną klatkę schodową. Każde drzwi zewnętrzne, pozwalające na wejście do korytarza danej kondygnacji z klatki zewnętrznej, posiadały klamkę z wbudowanym szyfrem mechanicznym co chroniło przed nieproszonymi gośćmi. Widok z balkonu na mostku był najlepszy, można było z daleka podziwiać panoramę nie tylko portu, ale i każdego miasta.

Pierwsze wrażenie jak zobaczyłem Namibię – o matko bosko, ile piachu. Walvis Bay znajduje się bezpośrednio przy pustyni Namib, która rozciąga się po całym nabrzeżu tego kraju. Dostaliśmy przepustki oraz możliwość pojechania do pobliskiego miasta Swakopmund, gdzie znajdowało się oceanarium. W tamtym czasie było ono średniej wielkości (z czasem podobno je rozbudowano), ale nadal większe niż to w Gdyni. Niewiele pamiętam z tego miejsca, bo oglądanie pływającego jedzenia za szybą nie należy do moich ulubionych zajęć, zresztą po dziś dzień. Fajniejszą rzeczą jak na tamten czas był tunel, gdzie mogłeś popatrzeć na rybki pływające nad tobą. To było takie chwilowe łał.

To co dobrze zapamiętałem z tego kraju to pustynia, gdzie się nie jechało to piach. Myślałem sobie w duchu, jak ludzie mogą tak mieszkać i do tego jeszcze mieć 40-50 stopni latem. W tamtym czasie na południu Afryki była zima, tak drogi czytelniku, jak w Polsce jest lato, to na dolnej części globu jest zimno, pytanie dla kogo… Było około 21 stopni, po upałach okołorównikowych też nie uważałem, że jest super ciepło, ale szybko moja Polska natura dała się we znaki i śmigałem w koszulce z krótkim rękawem z bluzą przewiązaną rękawami w pasie na wszelki wypadek – mama kazała. Naszym Agentem była Pani, imienia nie pamiętam, tylko kolor skóry – biały. Niskopienna szerokodupna, nic specjalnego. W przeciwieństwie do Belgii wolny czas na mieście spędzali ludzie biali, może byli na wakacjach. Aczkolwiek w kluczowych miejscach wymagających wyższego wykształcenia pracowało bardzo dużo białych ludzi, trochę mnie to dziwiło. Pierwszy port w Afryce, pierwsze miasto, a murzynów mniej niż w Antwerpii na ulicy. Co się dzieje z tym światem.
Na powrocie z oceanarium wjechaliśmy na pizzę. Była to knajpa nad samą plażą, o ile mnie pamięć nie myli nadal w Swakopmund. Takie momenty pamięta się najlepiej, szczególnie jak głód narastał z każdym dniem po grillu na równiku. Usiadłem mając przed sobą widok plaży, mimo zimy było bardzo dużo ludzi. Kulturowa mieszanka, ale to biali szastali kasą. Jakieś 200 m naprzeciwko nas był bar na plaży i mała scena. Muzyka leciała stamtąd na tyle głośno, że i moje uszy dostały w końcu coś innego niż Vaya Con Dios. Trwały przygotowania do wyścigów motorówek. Ekipy testowały sprzęt. Głodny czekając na pizzę meksykańską, pytam się jakim cudem w Namibii jest tyle białych? Wytłumaczono mi, że kraj ten był objęty apartheidem tak samo jak RPA, tyle że do 1990 roku. Po 14 latach od uzyskania niepodległości różnice nadal dało się dostrzec. Wjechała moja pizza, była tak nafaszerowana chili, że do teraz pamiętam, jak paliło w język i nie tylko... Nie było mowy o odpuszczeniu sobie, farszu było mnóstwo, ciasto cienkie. Nie poddam się choćby nie wiem co, na statku czeka mnie wędlina z kilkuletnią datą przydatności do spożycia.

Wracając na statek – jechaliśmy około 40 minut – uwagę moją przykuły slumsy, które wyglądały na całkiem przyzwoite, bo murowane. Rząd po uzyskaniu niepodległości budował to w ramach polityki mieszkaniowej jako rozwiązanie przejściowe dla biednej ludności. Slumsy były budowane wzdłuż głównej drogi przy plaży pod miastem. Nasza agentka jako potomkini holenderskich kolonistów mówiła, że już od dłuższego czasu nie czuje się dobrze w „swoim” kraju, że było o wiele lepiej jak rządzili „oni”. W drodze powrotnej pierwszy raz w życiu widziałem na żywo QUADA. Tak, jako dziecko z wioski mającej niecałe 3 tys. mieszkańców, po raz pierwszy w życiu quada widziałem na pustyni w Namibii, jakaś ekipa bawiła się w off-road po wydmach. My niestety musieliśmy wracać. W Walvis Bay byliśmy tylko w trasie do Afryki, zostawialiśmy ładunek, na powrocie nic nie braliśmy. Osobiście czułem, że nic nie tracę, ten kraj był jak jedna wielka kuweta. Fragment bardzo dobrego filmu ZULU z 2013 roku rozgrywa się na namibijskiej pustyni, sam film polecam, bo dobrze oddaje klimat tamtego regionu.
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 1/2
KAPSZTAD (RPA)

Z Walvis Bay płynęliśmy do Kapsztadu blisko lądu, dzięki czemu mogłem przez dwa dni podziwiać piękne górzyste widoki południa Afryki. W tamtych okolicach delfiny wyskakujące z wody przy statku były już czymś normalnym. Pogoda trafiła mi się super, samo słońce, momentami lekkie chmury. Warto było czekać prawie dwa tygodnie, czułem się jak w filmie „Piraci z Karaibów”. Nie musiałem pomagać na pokładzie, więc pół dnia spędzałem oparty o burtę i po prostu patrzyłem się w dal. Wtedy nie wiedziałem, że jest to prawdopodobnie ostatni czas w moim życiu, kiedy nie mam żadnych zmartwień.

Na horyzoncie pojawiły się góry stołowe. Kapsztad jest miastem położonym dookoła nich. Wpływając do portu przypomniało mi się Vigo i tamta dziewczyna. Zastanawiałem się, czy może tutaj uda mi się kogoś poznać. Angielski był drugim językiem urzędowym w RPA, a dzięki Jonathanowi trochę się podszkoliłem, szanse były. Będąc coraz bliżej portu nie mogłem uwierzyć, że takie piękne miejsca istnieją na ziemi. Do tej pory oglądałem takie widoki jedynie w filmach. Nabrzeża portowe znałem jedynie z perspektywy zatoki gdańskiej, a tu nagle taka dawka. Nie mogłem się doczekać, kiedy wyjdziemy na miasto, przede wszystkim, żeby coś zjeść.

Pierwszego dnia miałem szczęście, dostaliśmy przepustki i agent był dostępny na tyle, żeby zrobić nam małą wycieczkę objazdową. Pojechaliśmy samochodem do punktu widokowego, a dokładniej na parking pod przystankiem kolejki linowej u podnóża Góry Stołowej. Z parkingu było widać cały Kapsztad zabudowany niczym Hollywood, czułem wewnętrzną zazdrość. W oddali mogliśmy dostrzec nasz statek. Siedziałem na murku biegnącym wzdłuż drogi i gapiłem się tak po prostu przed siebie, zastanawiając się czy jeszcze kiedyś tam wrócę.

Czas uciekał, a naszym najważniejszym punktem tego dnia był Przylądek Dobrej Nadziei. Samochodem jechało się tam trochę ponad godzinę. Mimo, że parking był praktycznie przy samym punkcie widokowym, Agent polecił nam spacer ścieżką. Do starej latarni morskiej szło się niecałą godzinę, deptak prowadzący do niej był zarządzany przez pawiany. Tak, krajem tym miejscami dosłownie rządzą małpy, całe ich gangi. Agent uprzedził nas, żeby przypadkiem nic nie dawać, a broń boże nie atakować jakiegokolwiek naczelnego, bo inaczej zbierze się zaraz cała grupa i cię pogryzie. Czułem się dziwnie, nieswojo, idąc do jednego z najpiękniejszych i najbardziej wysuniętych na południe punktów widokowych, bacznie obserwowany przez małpy z wyciągniętymi rączkami. Na miejscu poza latarnią niedaleko niej był wielki zegar słoneczny. Otoczony był murkiem około metra wysokości, na którym było pełno wyrytych podpisów. W tym momencie żałowałem, że nie mam ze sobą nic, czym mógłbym wyryć na pamiątkę ślad swojej obecności, coś w stylu „Pjoter z Polska”. Szukałem oznak rodaków, niestety nie znalazłem. Sam widok z przylądka, no fajnie fajnie, ze statku lepszy. Czas wracać do samochodu a na nas czeka gang małp…
Kolejny dzień spędziliśmy z ekipą ojca łażąc z buta. Terminal kontenerowy był bardzo blisko tzw. Waterfrontu. Cała załoga tak mówiła, idziemy na „łoterfront”, wtedy myślałem, że jest to jakieś specjalne miejsce, na szczęście słownik polsko-angielski wytłumaczył mi, że jest to termin urbanistyczny określający zabudowane nabrzeże. Po naszemu – promenada. Wystarczyło 15 minut piechotą ze statku i byliśmy na miejscu Victoria & Alfred Waterfront. Pełno sklepów typowo dla turystów, ceny jak w Zakopanem. Ojciec się zlitował i kupiłem pocztówki oraz laminowane duże zdjęcie formatu A3 Przylądka Dobrej Nadziei – mam do dziś w anty-ramie. Samo chodzenie dookoła było atrakcją. Ta część miasta jak i sam Kapsztad są bardzo bezpieczne, w mieście przeważali ludzie biali. Nic nie sugeruję. Czysto, dookoła same jachty i żaglówki. Niestety lokalne dziewuchy były w tamtym czasie w szkole, ferii zimowych nie mieli, a szkoda.

Nagle wszyscy z ekipy zaczęli do siebie gadać, że idziemy do czwartej kei. Po co mamy iść do jakiejś kei, myślałem, może jest tam jakiś inny firmowy statek ze znajomą załogą. Keja 4 to restauracja, która działa po dziś dzień. Oferowała najlepszy stosunek cena/jakość, dlatego była ulubionym miejscem mojego ojca i jego ekipy. Stołowali się tam regularnie już od kilku lat. Samo miejsce było urokliwe, bezpośrednio w okolicy były keje dla jachtów. W tamtym czasie kilka było zacumowanych. Specjalnością tego miejsca są owoce morza, a ulubionym daniem – również moim – kalmary smażone w panierce na głębokim tłuszczu. Piszę to tak jakbym jeszcze miał tam wrócić, afirmuję i wizualizuję to sobie, podobno kiedyś komuś zadziałało. Będąc na diecie już prawie miesiąc, tego żarcia nie zapomnę do dziś. Niestety jedliśmy na zewnątrz i konsumowałem najlepsze żarło swojego życia w towarzystwie mewy patrzącej prosto w me oczy. Porcja kalmarów ok 200g + frytki + surówki w tamtym czasie kosztowała około 50 randów, do tego coś do picia i razem z ojcem płaciliśmy niecałe 150 randów. Za jednego dolara w kantorze dawali wtedy 6 randów. Matematykę zostawiam czytelnikowi.

Po Waterfroncie można było chodzić tak po prostu, bez końca. Dla mnie chłopaka ze wsi był to przeskok jak z szamba do jacuzzi. Ojciec oswojony z widokiem myślał już o drinku w kabinie. Ja mogłem tam zostać tylko po to żeby posiedzieć. Jachty, drogie fury, ekskluzywne sklepy. My tu w Polsce wiążemy koniec z końcem a w murzynowie żyją lepiej niż polska szlachta. Gdzie jest haczyk?
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 1/2
DURBAN (RPA)

Z Kapsztadu do Durbanu płynęliśmy niecałe 3 dni. Wchodząc do portu nie było już tego efektu łał, Durban ni jak miał się do widoków jakie oferował Kapsztad. Nie zmienia to faktu, że nadal z daleka ładne miasto, rozciągnięta linia brzegowa, kilometry plaż, hotele. Takie małe Miami. Ojciec pokazywał mi palcem plaże, gdzie pływał jak był pierwszy raz w 1997 roku w RPA. Byliśmy w sumie 7 lat później, tyle że krajem od 5 lat rządził komunistyczny prezydent, na co narzekali powoli już wszyscy mieszkańcy niezależnie od pochodzenia.

Pierwszego dnia udało wyrwać mi się na miasto z Brzozą, jechał do dentysty. Agent załatwił nam transport. Prywatny gabinet dentystyczny wyglądał jak z amerykańskich filmów. Recepcja, luksusowe kanapy w poczekalni, telewizor. Na parkingu najnowsze BMW 645 w wersji cabrio. Kurde, gdzie ja jestem. 30 minut i Heniek zostawił 650 randów, znaczy się firma płaciła. Na czas rejsów marynarze byli ubezpieczeni zdrowotnie w takim zakresie, że armator po prostu płacił. Musiałeś mieć zrobiony zabieg gdzieś w Afryce, to armator płacił. Sytuacje takie nie zdarzały się często, poza dentystą. W Polsce drogi, w Afryce jeszcze droższy ale, armator płacił. Nadużycia ze strony załogi spowodowały, że kilka lat później w firmie ojca, bez zaświadczenia od dentysty, że masz wszystko zdrowe, w rejs nie wypływałeś, chyba że podpisałeś kwit, że dentysta z twojej kieszeni.

Kolejnym punktem na mapie tego dnia było wielkie centrum handlowe. Ojciec dał mi jakieś randy jakbym potrzebował coś zjeść itp. Tyle, że ja miałem nadzieję, że może kupie sobie jeszcze jakąś pamiątkę, np. koszulkę. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć, które centrum handlowe dokładnie to było, ale miało ponad 5 pięter i na środku w lobby wodospad od samego sufitu. Do tej pory największym sklepem jaki widziałem był kompleks Matarnia pod Gdańskiem, więc to centrum robiło spore wrażenie. Łaziliśmy bez celu, Brzoza ciągle coś gadał z kierowcą. Snułem się jak smród za dupą. Na szczęście Chief z maszyny zaproponował, że postawi ciacho. „Jadłeś kiedyś Tiramisu młody?”, oczywiście, że nie odpowiedziałem. U nas na wiosce znasz tylko 3 placki: drożdżówkę, babkę i sernik. Tiramisu, co to jest w ogóle… Ciasto to było ręcznie robione przez lokalną cukiernię w galerii, smakowało jak aniołki w buźce, nie to co te pseudo podróbki w plastikowych pudełkach z marketu, którymi później w kraju próbowałem odtworzyć smak wakacji. Jedno dobre tego długiego nudnego dnia.

Na powrocie przykuło moją uwagę, że w Durbanie praktycznie każdy bezdomny lub żebrak był biały. W tym mieście kolonialsi stanowili mniejszość i przy zmianie władzy bardzo mocno to odczuli. Mimo lepszych kwalifikacji preferowani byli rdzenni mieszkańcy. Był to dość szokujący widok dla młodego Piotra z Polski.
Następnego dnia ojciec dostał przepustkę i czekała mnie prawdziwa atrakcja, perła Durbanu, park wodny i oceanarium Ushaka! Niestety nie miałem kąpielówek i do tego to nie był sezon letni, więc część atrakcji była wyłączona z użytku. Nie ma co płakać, może będzie lepiej niż w Namibii. Wielkość samego ośrodka robiła spore wrażenie, po przejściu przez bramki do akwarium prowadziły strzałki na podłodze niczym w Ikei. Ku mojemu zdziwieniu rybki oglądało się w piwnicy, było to bardzo dobrze pomyślane. W poziomie terenu w całym ośrodku były ogrodzone baseny z rybami, a w „podziemiach” wielkie pancerne przeszklenia, gdzie oglądało się okazy. Takie rozwiązanie pozwalało na większe „akwaria” i prawie że naturalny ekosystem dla stworzeń morskich. Tylko gatunki typowo egzotyczne z raf koralowych miały pojedyncze małe akwaria. Podejście projektantów ośrodka zaowocowało tym, że mogłem sobie popatrzeć z bliska na karmienie rekinów żarłaczy, niestety rybami. Wielkie płaszczki, delfiny, foki i wiele innych gatunków, których w europejskich oceanariach nie uraczysz. Na pewno nie w takiej skali. Szyba do podglądania basenu z rekinami miała wymiar jakieś 3 x 3 m. Stałem jak osłupiony patrząc na dwumetrowego rekina. Uwierz mi, nie chcesz się spotkać z takim zwierzęciem sam na sam…

Po zwiedzeniu oceanarium czekała mnie jeszcze jedna atrakcja, ale najpierw pauza na obiad. Zakochany w kalmarach z Kapsztadu postanowiłem, że jak będzie okazja to będę jadł tylko to. Zawiodłem się sromotnie, zrozumiałem, dlaczego tylko Keja 4 była dobrze wspominana przez ojca. Żarcie nadal lepsze niż na statku, jakoś weszło. Kolejny punkt na trasie w centrum Ushaka to pokaz akrobacji delfinów. Dokładnie taki sam jak z filmów, duży basen, scena, rybki we wiadrze. Zgrabna Pani w piance surferskiej. Pomiziała delfiny, coś tam z nimi pogadała, dostały po rybie na zachętę i się zaczęło. Pływała na nich jak na skuterach wodnych. Z jednej strony myślisz biedne zwierzęta, chciałyby być na wolności, a z drugiej „ja chce tak samo, tata weźmy delfina do domu”. Kluczowym momentem show były salta i wynoszenie do góry prowadzącej stojącej na nosach ssaków morskich w akompaniamencie Daft Punk „One more time”. Było to iście zacne show, najbardziej zaskoczyło mnie to, że delfiny są rzeczywiście bardzo radosne z natury i szybko się zaprzyjaźniają z ludźmi. Takie wodne śmieszki heheszki.

Po wszystkim pokręciliśmy się trochę po deptaku wzdłuż plaży czekając na nasz transport na statek. Garstka ludzi była nad brzegiem morza, ktoś próbował surfować, bo był lekki wiatr i fale w okolicach metra. Siedząc na ławce zastanawiałem się, czy doceniłbym to wszystko, gdybym mieszkał tu na stałe. Jakbym postrzegał świat jako rdzenny mieszkaniec RPA. Czy właśnie dlatego powstało powiedzenie „podróże kształcą”?
---------------------------
Całość nie weszła na raz, zaraz wrzucam dokończenie!
Tymczasem Wypierdalam!
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
113
Ahoj dzidowcy! Dokończenie części 5 :)
Życzę miłej soboty i miłego czytania, dziś trochę więcej o codzinności na statku... Zapraszam!

Poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4455274/dzida-o-statkach-cz-5-daleko-jeszcze-vol-1
---------------------------------------
SZPITALIK
Dzida o statkach cz. 5 - Daleko jeszcze? vol. 2
(Zdjęcie poglądowe)

Drogi czytelniku, podczas lektury zapewne co jakiś czas zastanawiasz się, co dzieje się w przypadku wypadku, choroby? Selekcja naturalna na statku bywa bardzo surowa. Nieprzemyślane zachowanie bardzo często kończyły się kalectwem lub śmiercią. Niestety to nie są żarty, w mediach, a szczególnie polskich, rzadko mówi się o pojedynczych przypadkach śmiertelnych w marynarce handlowej, nie to co o górnikach, zaraz żałoba narodowa. Tymczasem statystyki w ujęciu globalnym stawiają pracę „na morzu” na równi z branżą wydobywczą, niektóre publikacje w Internecie sugerują, że praca na statkach jest nawet bardziej niebezpieczna. Tu oczywiście zależy co porównujemy, górnictwo w Polsce jest w czołówce wypadków w stosunku do górnictwa na świecie. Jeśli chodzi o transport morski i rybołówstwo, czym zajmował się mój ojciec, globalnie jest na równi.

Podczas postoju w Antwerpii, przed wypłynięciem do Vigo, tankowaliśmy mazut oraz olej napędowy do agregatów. Przy podłączaniu węży od barki z paliwem (bunkierki) pomagał mój ojciec. Przy okazji dopowiem, że kolektor bunkrowy, czyli miejsce, gdzie są końcówki rurociągów z kołnierzami do podłączania węży z paliwem, na Grey Fox znajdowały się na lewej burcie w poziomie pokładu głównego zaraz przy schodach na wyższe poziomy. Z lewą i prawą burtą jest taka sama zasada jak w samochodzie, lewa to ta, gdzie lewa ręka kierowcy jak siedzi na kółkiem i patrzy na drogę, a lewa burta to ta, gdzie lewa ręka jak stoisz na mostku i patrzysz na dziób statku. Oczywiste…

Brakowało jakiegoś klucza, więc trata poszedł go szukać w pobliskim magazynku zlokalizowanym przy przejściu między burtami, zaraz przy nadbudówce. Wracając walnął lekko czołem o jakąś belkę od podestu poziom wyżej, pokład w samym przejściu był podniesiony i normalnie każdy musiał przechodzić pochylony. Rutyna poskutkowała lekkim guzem i zadrapaniem.
Za Vigo, czyli niecały tydzień później, rana zaczęła ropieć, ojciec dostał lekkiej gorączki. Wdała się infekcja bakteryjna. O lekarzu nie było mowy, płyniemy do Afryki, nikt nie będzie zawracał statku. W takich przypadkach jesteś zdany na II oficera z pokładu, który odpowiada za tzw. „szpitalik” statkowy (Sick Bay). Im lepiej wyszkolony w sprawach medycznych oficer, tym masz większe szanse, że nie dopłyniesz do kolejnego portu w chłodni. Ojciec dostał antybiotyk doustny oraz w formie maści. Dodatkowo ibuprofen na gorączkę i stan zapalny. Na szczęście to wystarczyło i w połowie Atlantyku rana była całkowicie wyleczona, blizna pozostała do dziś.

Dla wielu jest to niewyobrażalne, jak człowiek bez tytułu medycznego, jedynie posiadający rozszerzony kurs pierwszej pomocy medycznej potrafił dobrać antybiotyk. Jeśli mamy reformować NFZ to na wzór marynarki handlowej, bo dobór leków to tylko część zabawy. II oficer jest przeszkolony z robienia zastrzyków, szycia ran i zakładania wenflonu. Tak, w Polsce jedziesz na SOR i masz problem, żeby zszyli cię jak nie ma chirurga. Na statku szyje cię oficer pokładowy. Chyba, że jest sierota i mdleje na widok krwi, to masz problem…
Szpitalik na Grey Fox był całkiem dobrze wyposażony, poza łóżkiem szpitalnym był też zestaw do kroplówki, defibrylator i pokaźna lodówka z lekami. Na wypadek poważnego uszczerbku na zdrowiu wymagającego zabrania pacjenta helikopterem była nawet morfina… Pomieszczenie to znajdowało się na tym samym poziomie co mesa, zaraz obok telewizornii (Deck F), czyli jedno piętro wyżej co pokład główny.

Najbardziej ekstremalną sytuację w swojej karierze mój ojciec miał na statku Yellowstone (ten sam armator co Grey Fox). I oficer z pokładu narodowości birmańskiej koordynujący załadunek w porcie Richard’s Bay (RPA) poślizgnął się na drabinie w luku do ładowni i spadł około 10 m w dół. Na statku wszystko jest twarde, sama stal, chwila nieuwagi i lecisz. Chłop uderzył głową o dno ładowni i zmarł zanim ktokolwiek zdążył do niego zejść. Przez trzy dni statek był „zamknięty”, trwało dochodzenie z inspekcji pracy, aby wyjaśnić okoliczności. Po zakończeniu czynności, ze względu na odległość między RPA a Birmą, pogrzeb odbył się na miejscu. Prochy zostały wysłane do rodziny w urnie. Ojciec do dziś ciężko wspomina ten dzień, bo chłopak był młody, miał brać ślub po powrocie. Birmańczycy robili rejsy minimum rok, krótsze im się nie opłacały, przy okazji utrzymywali praktycznie całą rodzinę.

---------------------------------------
KANTYNA
Dzida o statkach cz. 5 - Daleko jeszcze? vol. 2
(Przepraszam za AI, ale za hugo nie mogłem poszukać odpowiedniego zdjęcia w necie co by pasowało)

Temat alkoholu na statku jest dla wszystkich oczywisty. Nie od dziś wiadomo, że prawdziwym marynarzem buja nie tylko na statku, ale także i na lądzie. Ojciec opowiadając znajomym historie z rejsów, zawsze był pytany „no ale skąd wy braliście ten cały alkohol i dlaczego tak tanio?” Tata odpowiadał naturalnie „z kantyny”, dla niego było to oczywiste, ale dla rozmówcy już niekoniecznie. „Co to ta kantyna? Jakaś barka podpływała do was niczym sklep obwoźny w porcie i żeście kupowali co chcecie?” Praktycznie pytał o to każdy i tak to sobie wyobrażał.

Kantyna w rzeczywistości jest to zwykłe pomieszczenie magazynowe, na Grey Fox zaraz obok pomieszczenia lodówki, którego drzwi umożliwiały zamknięcie go na kłódkę. W pomieszczeniu tym znajdowały się alkohol, papierosy, napoje gazowane oraz spożywka spoza podstawowego wyżywienia marynarza, czyli chipsy, czekolady, orzeszki solone i inne przekąski. Sklepikiem statkowym zarządzał I oficer. U niego składało się zamówienia na produkty pierwszej potrzeby, a on prowadził ewidencję, ile potrącić Tobie z pensji. Zamówienia wydawane były we wtorki i piątki po kolacji do godziny 19:00. W te dni najpóźniej do godziny 12:00 musiałeś poinformować Chiefa co i ile chcesz, inaczej weekend na sucho. Przed wpłynięciem do portu Kantyna była nie tylko zamykana na kłódkę, co jeszcze plombowana. Był to obowiązek, aby nie dostać kary. Kontrole w portach były regularne.

Wszystkie towary w kantynie były zwolnione z jakichkolwiek podatków i akcyzy. Dziś chciałbym taki sklepik dla siebie. Co, ile kosztowało było wywieszone w mesie na tablicy magnetycznej. Ile daliśmy radę z ojcem sięgnąć pamięcią do cen z tamtego czasu, tyle poniżej:
- Johnny Walker RED 0,7L – 5$ - zwany sikaczem, ze względu na cenę, mój ojciec do dziś się śmieje z „koneserów” tego trunku.
- Chivas Regal 12Y 0,7L – 8$
- Jack Daniels 0,7L – 8$
- Ballantines 0,7L – 6$
- L&M wagon 10 szt. – 6$
- Marlborro wagon 10 szt. – 8$
- Pepsi / Fanta / Cola karton 24 puszki 0,33L – 10$
- Piwo Castle Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - bardzo dobre piwo z RPA, naprawdę przyznalibyście mi rację, ojciec jak tylko miał okazję to zawsze przywoził do PL.
- Piwo Beck’s karton 24 butelki 0,33L – 8$
- Piwo Amstel Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - był tylko lepszy od Black Lagera z RPA
- Piwo Warsteiner karton 24 butelki 0,33L – 8$ - dla mnie 2 miejsce po Castle
- Piwo Carling Black Label karton 24 butelki 0,33L – 6$ - załoga mówiła na nie „Mocz Mandeli”, niektórzy pili, bo tanie.
- Czekolada Ritter Sport – 1$ - nie opłacało się za cholerę, ale tata zawsze coś wziął w piątek na weekend, najlepsza była miętowa, drugiej takiej dobrej nie jadłem.
Jak zapewne zauważyliście, piwo było tańsze od Fanty, weź tu nie pij... Kurs dolara w tamtym czasie to 1,00 USD = 3,53 PLN

W pewnym momencie rejsu Damian wpadł na genialny pomysł, że zaczną brać więcej papierosów niż są w stanie spalić. W Polsce w tamtym czasie paczka L&M kosztowała trochę ponad 4 złote, więc na statku praktycznie dwukrotnie taniej. Mimo wszystko szmuglowanie papierosów do Polski nie było żadnym biznesem, natomiast w UK w tym czasie papierosy kosztowały kilka funtów za paczkę. Statek miał w powrocie zaplanowany port w Anglii. Tata dał się tylko raz namówić na ponadnormatywne kupowanie papierosów. Zysk był niewielki w stosunku do ryzyka. Oficjalnie podczas tamtego rejsu z Damianem palili około 3 paczki papierosów dziennie na osobę…

---------------------------------------
PARTY
Dzida o statkach cz. 5 - Daleko jeszcze? vol. 2
Tradycją na Grey Fox był grill po przepłynięciu równika. Odbywał się on w najbliższą sobotę zamiast kolacji. Niedziela następnego dnia była wolna. Dla mnie wybawienie. Nareszcie normalne jedzenie. W końcu zrozumiałem po co ojciec brał kiełbasy z domu i trzymał je w lodówce w kabinie tak długo. Party, bo tak nazywali ten event marynarze, oficjalnie organizował i sponsorował kapitan. Taa na pewno ze swojej pensji, z budżetu statkowego wszystko szło, no ale nie ma co narzekać, czas się najeść.
Cała impreza zlokalizowana była na rufie, dwa poziomy wyżej od pokładu głównego (Deck E). Pod nami były bębny od cum. Na imprezę rozciągana była wielka plandeka, która pełniła funkcję zadaszenia. Grill był z beczki po oleju przeciętej na pół wzdłużnie. Nogi wyspawane w warsztacie w maszynie, wiadomo przez kogo 😉

Nagle nie wiadomo skąd kucharz serwował z grilla cienkie kiełbaski, grube kiełbaski, karkówkę, burgery. Szok, jakby nie mógł tak cały rejs. Ślina mi ciekła jak bezdomnemu psu. Ojciec mówił mi, że jak się wstępnie wszyscy nażrą, dosłownie, nie byłem sam tak cholernie głodny, to wrzucimy na ruszt naszą lokalną kiełbasę, tak na deser 😉Jestem głodny pisząc te wspomnienia, łącznie schudłem przez cały rejs 8kg, pamiętam ten wilczy apetyt po dziś dzień.

Kapitan stawiał dla załogi karton piwa, karton coli i dwie flaszki (z reguły Chivas), po jednej dla pokładu i maszyny. Każdy z załogi też coś przynosił i robił się jeden wielki szwedzki stół. Był to czas integracji, wyrzucania żalów w kuluarach, a także gaszenia konfliktów. Mimo, że następny dzień był wolny to każdy z załogi się pilnował. Nikt nie chciał walnąć gafy przy kapitanie i zapewnić sobie bezrobocia na lądzie. Party z reguły trwało od ok. 17 do 22. Tata prosił mnie, żebym ok 20:00, jak już się najem na kolejny tydzień, poszedł do siebie, co załoga swobodniej sobie pogada i będzie to też lepiej świadczyło o mnie jako piętnastolatku. Nie protestowałem. Dla mnie najważniejsze było napełnić żołądek, czymś innym niż grzanki z dżemem, a także trochę pogadać z członkami załogi z którymi na co dzień nie mam okazji zamienić słowa. Pamiętam jak „Trener” wygarnął mi, że „nie jesteśmy na Ty”, napomknę, że jakoś samo tak wyszło, bo wszyscy mówili Zbyszek to, Zbyszek tamto, do czasu grilla też tak mówiłem i nie protestował ani razu. Trochę wypił i mi wygarnął. Przeprosiłem i powiedział mi „no to od teraz mów mi Zbyszku”. Stuknęliśmy się na zdrowie, ja Fantą (miałem swoją ze sklepiku) a Zbyszek drinkiem. Cała sytuacja miała miejsce w towarzystwie kapitana, Kalafiora i Fasoli, których miny jasno okazywały lekkie ogłupienie.
Poszedłem do kajuty, reszta załogi posiedziała, ile dała radę, Kapitan podobno zmył się około 21. Najgorzej mieli motorzyści z maszyny oraz oficerowie na mostku, kto miał wachtę niestety musiał ją odbyć i mógł przyjść dopiero po, a kto miał po party, musiał się pilnować z alkoholem. Statek mimo wszystko płynął dalej. Pozostała część załogi mogła delektować się wolną niedzielą.

Grill był miłym wydarzeniem, ale dla mnie miał też smutny akcent. Mianowicie w 2004 roku nie miałem odtwarzacza MP3 ani żadnego mini radia. Na równiku byliśmy po około 2 tygodniach od opuszczenia domu. Poza filmami i ich ścieżką dźwiękową, praktycznie nie miałem styczności z muzyką. Radio nie odbierało, ojciec nic w kajucie nie miał. Wziąłem ze sobą jakieś płyty z polskim rapem z Brawo (kto pamięta tę gazetę?), tyle że nie było ich gdzie odtwarzać. U taty w kajucie był jedynie odtwarzacz VHS… Podczas party jeden z marynarzy przyniósł radio- odtwarzacz CD a Jonathan, kotwica w plecy mu za to, afrykańskie szlagiery. Spragniony muzyki przez lekko 3h słuchałem jakiegoś gówna co rozwalało uszy, kto pił to się cieszył z tej muzyki, ja nie piłem... Jak byłem już w kabinie to ktoś puścił całą płytę 18L (jeden osiem L), do teraz zastanawiam się czy tek koleś wie już „jak zapomnieć”.
Finalnie podczas rejsu zostałem zmuszony do zostania fanem Vaya Con Dios, marynarz kajutę obok mnie słuchał jej tak długo aż zasnął, codziennie. Do dziś mam dwie ulubione piosenki tego zespołu, numer 1 to „Time Flies” oraz nr 2 „Puerto Rico”. Jak na złość robił głośniej na „Time Flies” i podczas refrenu robiły mi się szkliste oczy w tęsknocie za domem. O ironio Dani Klein pochodzi z Belgii.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
165
Ahoj dzidowcy!
Dziś trochę krócej, codzienność dopadła człowieka, ale myślę że mi wybaczycie! Jutro nowy odcinek Invincible, nie chcę z nim konkurować o uwagę ;)
Przekażcie znajomym i rodzinie, nadeszła cz. 5 / vol 1.

Klasycznie link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4453454/dzida-o-statkach-cz-4-majtek

Zapraszam!
Dzida o statkach cz. 5 - Daleko jeszcze? vol. 1
ŚMIECI

Pierwszy tydzień pracy jako majtek minął dość szybko. Po całodniowym malowaniu lub obstukiwaniu rdzy, po kolacji marzyłeś jedynie o prysznicu i o tym, żeby akurat w tym momencie nie bujało zbyt mocno. Osuszanie całej kabiny po prysznicu nie należy do przyjemności. Słodka woda na statku była dostarczana za pomocą odsalarek. Takich samych jakie stosowane są w przemyśle. Nie była jak destylowana, wręcz przeciwnie, miała kolor. Na białej umywalce miała kolor szary i co klika dni trzeba było ją od tej wody umyć, wiem brzmi absurdalnie. Podczas mycia zębów zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens, skoro sama woda brudzi. Czy nie powinienem ich płukać mineralną? Na szczęście moje uzębienie przez cały okres podróży nie pogorszyło swego stanu, ponieważ słodycze jadłem sporadycznie.

Prysznic wzięty przy użyciu odsolonej, lecz nieprzefiltrowanej wody o kolorku życia większości z nas, wymagał starannego wytarcia się, aby nalot wkomponował się w ręcznik. Szybko orientowałeś się, kiedy czas go wyprać. Pralnia była w poziomie niżej niż mesa i telewizornia, po drodze do maszynowni. Na ubrania, że tak to ujmę „cywilne” była zwykła pralka, obok niej stała suszarka automatyczna. Do pościeli i ręczników wielka przemysłowa f-my MIELE z naklejonym napisem „czyste”, co było idiotyczne, bo gdyby było czyste to bym nie prał. Autorowi naklejki chodziło o to, że ta pralka ma obsługiwać pranie nieubrudzone od smarów. Obok niej stała druga taka sama z naklejką „brudne” sugerującą, że w tej o to pralce pierzesz kombinezon. Jak się czytelnik domyśla, pralki były zasilane taką samą wodą co prysznice, szarą. Mój ręczniczek na początku podróży był biały, potem troszkę zbladł, a na koniec zmienił kolor na stałe i nie pokazywał już czy czas na pranie.
Toaleta na statku działała w systemie próżniowym podciśnieniowym. Wody w syfonie było niezbędne minimum, abyś nie był narażony na fetor ścieków i jednocześnie potencjalne przelanie się jej poza burtę klozetu podczas przechyłów ukochanej łajby. Moja pierwsza reakcja, jeszcze w Antwerpii w kajucie ojca, była wręcz komiczna. Zrobiłem siku, kliknąłem przycisk na spłuczce i w mgnieniu oka zawartość klozetu została wessana pod ciśnieniem z takim impetem, że aż podskoczyłem. „O kurwa, ale zajebiste” powiedziałem pod nosem i zacząłem żałować, że nie chce mi się na dwójkę. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak podekscytowany jak wtedy, kiedy zachce mi się kupę. Dosłownie. Moment chwały nastąpił wieczorem, jak już miałem swoją kajutę i mogłem spokojnie rozsiąść się na tronie. WC statkowe miało trochę inną konstrukcję niż to co masz w domu, muszla przypominała duży lejek, w którego dziurce stale znajdowało się trochę wody. Zrobiłem swoje, odwróciłem się bez podcierania, żeby podziwiać jak próżniowy kibel poradzi sobie ze stolcem. Nacisnąłem spłuczkę, do muszli wlała się woda i system vacuum ruszył do akcji. To co ujrzały me oczy zostało ze mną na resztę życia. Niczym rozmiękczony duży snickers, gówno zostało wessane przez dziurę, z lekkim początkowym oporem, zostawiając charakterystyczną brązową obwódkę wokół wylotu proszącą o wyczyszczenie. Ten widok wywołał we mnie obrzydzenie z jednoczesną ekscytacją, podsumowałem to krótkim polskim „ja pierdole”. Takim o to sposobem przez ponad 2 miesiące kolekcjonowałem wspomnienia wsysanych kup dzień za dniem, co potrafiło być swego rodzaju urozmaiceniem dnia. Nawet teraz jak to piszę mam wewnętrzną nadzieję, że jeszcze kiedyś dostąpię zaszczytu skorzystania z takiej toalety. Niby każdy robi to codziennie, a jednak na statku nawet załatwiania uczysz się na nowo. Pewnie zastanawiacie się, gdzie te wszystkie ścieki całej załogi wędrowały. Rurami do rozdrabniacza a potem do zbiornika, którego wylot otwierany był na otwartych wodach. Gdyby karasie były słonowodne to miałyby co jeść.

Płynąc w kierunku Afryki po przekroczeniu równika coraz częściej spotykaliśmy delfiny, które uwielbiają wyskakiwać z wody w okolicach gruszki dziobowej. Raz chcąc dobrze uchwycić ten widok w pamięci, jak malowaliśmy łańcuch od kotwicy (jego część między burtą a bębnem, tę reprezentacyjną) na dziobie. Poszedłem na sam czubek statku, gdzie była barierka. Postanowiłem, że wychyle się trochę za nią co będę miał najlepszy widok.  Statkiem zabujało, stopy straciły kontakt z pokładem. Portki pełne. Baryła wytłumaczył mi wtedy, że najlepszy widok jest, jak usiądziesz przy otworze na łańcuch od kotwicy. Było się czego złapać i widoki nie gorsze. Z jednej strony przyroda, błękit i bezkres oceanu, z drugiej nasz statek trochę jak gigantyczna śmieciarka. Osobiście jestem proekologiczny, ale bez przesady -  nienawidzę papierowych słomek. Uważam, że lepiej już wcale nie produkować słomek niż wciskać ludziom to papierowe gówno. Tymczasem nasz statek, aby dostarczyć 20 tys. ton ładunku gubił za sobą ścieki oraz… no właśnie. W połowie trasy na czarny ląd kontenery na śmieci były pełne. Zaczęliśmy gromadzić śmieci w workach dookoła tych kontenerów ryzykując ich zgubienie podczas sztormu. Hipokryzja polegała na tym, że podczas pracy, np. stukając rdzę z resztkami farby, czyszcząc pokład po załadunku rudy itp. to wszystkie odpady lądowały w oceanie. To co mnie przeraziło to to, że w mesie na tablicy magnetycznej wisiała rozpiska, jakie śmieci i ile od brzegu w milach morskich, można wyrzucać zgodnie z międzynarodowymi przepisami. Nie pamiętam dokładnie co na niej było, ale obawiam się, że gdyby na statku odpady radioaktywne zaczęły stanowić problem to ocean musiałby je przyjąć.
Dzida o statkach cz. 5 - Daleko jeszcze? vol. 1
Dzida o statkach cz. 5 - Daleko jeszcze? vol. 1
Zdjęcia poglądowe ;) Szukamy po rodzinie oryginalnych!
JEDZENIE

O ile w portach jest szansa na wyjście na miasto i zakosztowanie lokalnej kuchni, o tyle między portami załoga skazana jest na kucharza. Mesy, czyli stołówki na GREY FOX były dwie, jedna dla marynarzy druga dla oficerów. Ta pierwsza, czyli ta w której jadłem, przypominała bar mleczny z lat 90tych. Poza dwoma stołami i krzesłami stała w niej jeszcze lodówka, gdzie kucharz po kolacji zostawiał jedzenie dla nocnych pasibrzuchów. Aneks z kuchenka mikrofalową, zlew i suszarka na naczynia. Nie było zmywarki, tę funkcję pełnili członkowie załogi, głównie marynarze dostawali rejony do sprzątania. Pamiętam, jak Daniel zrobił aferę, że dlaczego on ma po wszystkich zmywać naczynia, że ja nie mam co robić to mógłbym się tym zająć. Bosman wybił mu to z głowy, aczkolwiek załoga zrobiła ukłon w stronę OS-ów i po jedzeniu każdy starał się po sobie myć na bieżąco, chyba że sytuacja wymagała zostawienia garów w zlewie, bo szykowały się manewry. Na lewo od wydawki, przez którą było widać kuchnię i Krzysztofa w swoim żywiole, wisiał regał a na nim opiekacz i chleb tostowy. Moje królestwo, wyjaśniam dlaczego w dalszej części. Mesa oficerska miała okrągłe stoły, obrusy. Na środku każdego stołu stała patera z owocami. W rogu pod bulajem mieli nawet kanapę! Jakby się ktoś przypadkiem za mocno nażarł i musiał odpocząć… Skąd to wiem? Chodziłem na wachty do maszyny do Damiana jak miał w nocy, na powrocie zawsze pachtowaliśmy niczym wiejskie gzuby wszystko co lepsze od oficerów. Kamer na GREY FOX nie było…

W firmie ojca armator powierzał budżet kapitanowi na jedzenie. Ilość oraz rodzaj prowiantu z reguły była ustandaryzowana na podstawie statystyki z poprzednich lat. Lecz o jakości decydował kapitan, byli tacy co twierdzili, że kucharz. Jednak mój ojciec przeżył już trochę rejsów i mówił mi, że ten sam kucharz, różni kapitanowie, raz jak u mamy, raz jak u macochy. Chodziły plotki, że ile z budżetu operacyjnego zostaje na koniec to jest premia kapitana. Ciężko mi to udowodnić, ale wszelkie znaki na to wskazywały. Pasztet był jak trociny z tłuszczem i gdyby nie charakterystyczny kolor to byś nie uwierzył co za syf ktoś produkował. Polędwica łososiowa była jak gumowata, że nie szło jej przeciąć a co dopiero przegryźć na grzance. Mogłeś ją co najwyżej porzuć jak gumę i wypluć. Ser sprawiał wrażenie, że wyprodukowano go ze sztucznego mleka.

Krzysztof gotował osobno dla nas i osobno dla oficerów, którzy jako jedyni chwalili jego kuchnię. Nie mogłem wyjść z podziwu, że kucharz w ogóle się nie przejmował pełnym koszem na śmieci niezjedzonego prowiantu, praktycznie codziennie. Największą hipokryzją było dla mnie to, jak przy wydawce brał ktoś obiad. Siadał do stołu, gryzł kawałek mięsa, próbował popychać to ziemniakiem, po czym po pięciu minutach żucia jak gumę rezygnował i wszystko wypierdalał do kosza specjalnie ustawionego w rogu tak, że kucharz go nie widział. Jeśli musiał przejść obok luku podawczego, to trzymał talerz pod parapetem, aby Krzysztof nie widział, ile jedzenia wyrzuca. Wracając od kosza idąc z talerzem w kierunku zlewu, każdy grzecznie dziękował Krzysiowi niczym Bogu za posiłek. Masakra.
Pamiętam jak dziś dzień, w którym na obiad były ozory wieprzowe w sosie musztardowym, ziemniaki i surówka z białej kapusty. Był to już późniejszy etap rejsu i trochę schudłem do tego czasu. Ojciec bojąc się, że mogę zszokować mamę po powrocie swoim wyglądem, namawiał mnie do jedzenia. Zup nie jadłem, chociaż były do każdego obiadu. Szybko nauczyłem się, że smakują wszystkie jednakowo holenderską kostką rosołową (przed moim przyjazdem na statek w Rotterdamie kupili jedzenie na cały rejs) i generują takie wzdęcia, że człowiek z katarem się dusił, jak puściłeś po nich bąka. Dałem się namówić na te ozory. Śniadanie było tego dnia słabe, samych grzanek z dżemem wiecznie jeść nie mogłem. Stwierdziłem, że najwyżej przemęczę same ziemniaki z sosem. Oczywiście usłyszałem standardowe „zjedz mięso, ziemniaki zostaw”. Wydawka była idealnie na wprost stołu ekipy z maszyny, z którą zawsze jadłem. Tacie było głupio, że wywalam prawie każdy obiad poza frytkami (były z paczki, nawet Krzychu nie dał rady ich spierdolić). Ojciec siłą perswazji dopiął swego. Zjadłem to coś zwane daniem głównym. Jakąś godzinę po obiedzie zaczęło mi się odbijać, gównem… Byłem już oswojony z bujaniem, potrafiłem przenieść pełen po rant kubek kawy z mesy do telewizornii, a tymczasem czuję zapach fekaliów w buzi. „Będę rzygał” pomyślałem. No nie wierzę, oswojony z oceanem a tymczasem wracamy do podstaw. „Zrobię sobie rumianek” pomyślałem, zawsze pomagało. Nie tym razem, sos musztardowy Krzysztofa nie dawał za wygraną. Reszta załogi również dzielnie walczyła, po obiedzie część ekipy, w tym ja, szła na kawę do telewizornii. Miny mieli nietęgie, ale ich żołądki chyba mimo wszystko przywykły. Mój piętnastoletni delikatny pojemnik na jedzenie nie był zwyczajny takiej kuchni, mama dbała o bebechy. Po dwóch godzinach od obiadu ruszyły wzdęcia na zmianę z odbijaniem o zapachu obornika. Czułem, że przegrywam tę nierówną walkę. Poszedłem do maszyny do ojca po klucze od jego kajuty. Miał wygodną kanapę, nie to co moja. Tego dnia statek był ustawiony dziobem pod falę. Bujało góra - dół co nie było korzystne dla mojego brzucha. Kanapa ustawiona prostopadle do podłużnego boku statku zachowywała się jak hamak. Po rumianku czas na miętę. Wypiłem, leżę na boku, bekam i pierdzę, kwiaty więdną (tak mój ojciec miał kwiaty i później żałował). Mijała trzecia godzina męczarni, znowu odbiło mi się zapachem kupy, tym razem z lekkim refluksem, zapach zamienił się w smak, który nie zniknął. Ruszyłem pędem do toalety. Wymiotując tym czymś co nazywali obiadem, ze łzami w oczach tęskniłem za kuchnią mamusi.

Ponad dwie trzecie moich posiłków składało się z grzanek z dżemem, mleka, serków wiejskich, jogurtów, bułek (od czasu do czasu Krzysztof piekł, chwała mu za to), kabanosów i jajecznicy. To ostatnie danie jak było na śniadanie, to biłem rekordy w ilości jajek na raz. Wszyscy jak schodzili na śniadanie to przy wydawce kucharz pytał się z ilu kurzych płodów ma ci urobić żółtej brei. Jajecznica jeszcze była spoko, ze szczypiorkiem, także doszedłem do 10 jajek bez problemu, często był to mój jedyny posiłek poza twarożkiem tego dnia. W niedzielę po obiedzie były lody, Algida przy nich śmiało mogła uzyskać status Kraftowych. Każdego dnia nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu będzie port.
-----------------------------
Ogłoszenia parafialne! Duża część z was pisała do mnie prywatnie, żebym się nie poddawał i dociągnął opowieść do końca. Zaszło to już na tyle daleko i dostałem z Waszej strony takie wsparcie o jakim mogłem do tej pory w życiu tylko pomarzyć, że postanowiłem napisać całość.

Na bieżąco piszę to wszystko w Wordzie, przypominają mi się co jakiś czas różne anegdoty, dzis siedzieliśmy ponad godzinę z ojcem nad tematem, także płyniemy dalej.

Jak juz siadam do pisania to robię dzidę. Mam więcej czasu - to będzie dłuższa, mniej - niestety krótsza. Raz dogodzę jednym, innym razem drugim. Prośba do osób, które czekają na kolejne części o wymienianie się info, że wyszło, do wszystkich napisać nie dam rady.

Dziękuję za wsystkie cenne uwagi, mam przeczytane ok 99% komentarzy, nie na wszystkie odpisuję :P

Tymczasem Wypierdalam!
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
273
Ahoj dzidowcy!
Uprzejmie sugeruję zająć wygodną pozycję do czytania, zapewnić sobie odpowiednią ilość prowiantu, bo w tej części rzucam moim skarbem udowadniającym autentyczność całej historii.

Klasycznie, poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4452472/dzida-o-statkach-cz-3-pozegnanie-z-europa

Zapraszam!
Dzida o statkach cz. 4 - Majtek
MAJTEK

Następnego dnia manewry odbyły się przed południem. Były to już piąte z kolei, więc tradycyjnie nie wchodziłem nikomu w drogę aż do momentu odcumowania statku od keji. Za każdym razem, niezależnie, ile manewrów marynarz przeżyje, stres związany z nimi jest ogromny. Dopiero po zacumowaniu/odcumowaniu i ustabilizowaniu się lin lub wyprowadzeniu statku z najciaśniejszych zakątków terminalu kontenerowego, następuje rozluźnienie wśród załogi, które da się zauważyć gołym okiem nawet przez laika. Jedynymi osobami, które specjalnie się tym nie przejmują są kucharz i steward. Pozostała część załogi uczestniczy w manewrach bezpośrednio (obsługa lin cumowniczych na dziobie i rufie, koordynowanie i synchronizowanie działań) lub pośrednio (obserwacja maszyn i urządzeń, gotowość w przypadku awarii np. mój ojciec).

Po wyluzowaniu atmosfery poszedłem na rufę, żeby móc ostatni raz popatrzeć na VIGO i dobrze je zapamiętać. Pogoda była cudna, Hiszpania nie zwiodła. Ląd z każdą minutą oddalał się coraz bardziej, a w mojej głowie rodziły się pytania, co dalej ze sobą zrobić? Przespać trasę z Europy do Afryki?
Na rufie Kalafior wyrwał mnie z zadumy i zagadał do mnie:
- Jakie plany młody? Może chcesz zobaczyć, jak wygląda praca marynarza? – zapytał zachęcająco.
- Jeśli jest taka możliwość i nie sprawi to kłopotu, to bardzo chętnie – odpowiedziałem grzecznie.
- Przyjdź jutro do mnie po śniadaniu i znajdziemy ci coś do roboty – odpowiedział spokojnie z uśmiechem.
W ten oto sposób z pasażera stałem się majtkiem. Okazało się, że mój ojciec za kulisami rozmawiał już z oficerką, czy jest taka możliwość, ale decydujący głos miał Bosman. Relacje mieli poprawne służbowo, więc nie było problemu, ale wg mnie zadecydował fakt, że podczas rejsu planowali odmalować cały statek i każda ręka machająca wałkiem malarskim była na wagę złota, żeby zdążyć przed Kapsztadem, który często odwiedzał właściciel firmy i przy okazji doglądał statki.

Pewnie zastanawia was, po co odmalowywać cały statek, jaki sens ma wydawanie lekko 100 tys. Euro na farbę, gdzie wystarczyła bieżąca konserwacja, żeby to ustrojstwo pływało i zarabiało na siebie. Polska załoga wymyśliła sobie, że raz w roku w okresie letnim będzie to robić, żeby statek wyglądał jak nowy. Że my Polacy dbamy i nie warto nas zastępować pracownikami z Birmy (w tamtym czasie firma ojca coraz częściej kontraktowała pracowników z Azji, głównie Birma i Filipiny). Biorąc pod uwagę wynagrodzenia na morzu dla Azjatów i koszt farby raz w roku, arkusz kalkulacyjny kilka lat później pokazał, że statek ma się zużyć i zostać zezłomowany, a nie ładnie wyglądać. W pełni Polska załoga na Grey Fox pływała jeszcze tylko kilka lat.

Następnego dnia po śniadaniu, na które budził mnie rano ojciec telefonem (nie miałem w kajucie nic poza szafą, łóżkiem, kanapą, stołem i jednym krzesłem, a w domu nie pomyślałem, żeby wziąć budzik więc kukułką był tata), poszedłem do Kalafiora zwarty i gotowy oznajmić chęć do pracy na najniższym szczeblu. Razem złożyliśmy wizytę Fasoli, który wydał mi kombinezon z wielkim logiem firmy MACS na plechach oraz obuwie robocze. Rozmiar M był za mały, L za ciasny w tyłku, XL dobry. Niczym wścibska złotowłosa w końcu znalazłem odpowiedni egzemplarz, ale wyglądałem trochę jak raper. Za długa i szeroka część od spodni, idealnie spasowana góra. Para rękawic jedna na tydzień…
Kalafior zapytał mnie jak mój angielski, odpowiadam, że komunikatywnie, intensywnie się uczę itd. Dzięki temu dał mnie do pomocy Jonathanowi. Praktycznie wszyscy pozostali marynarze, poza Baryłą, potrafili się co najwyżej przedstawić w tym języku. Po części to mnie uratowało. Baryła ze względu na język pracował głównie w parze z Jonathanem. Teraz miał nas dwóch. Robert był bardzo miłym i wyluzowanym człowiekiem. Odpalał jednego papierosa od drugiego, nie mogłem wyjść z podziwu jak z taką masą, paleniem i podobno skłonnościami do alkoholu, on jeszcze w ogóle żył i do tego miał tyle energii. Bosman przedstawił sytuację Robertowi, że cokolwiek da do roboty Jonathanowi, to ja pomagam. Zostałem z nimi a Kalafior poszedł załatwiać swoje bosmańskie sprawy.
- Młody co ty odpierdalasz? – zapytał mnie Robert ze zdziwieniem.
- No chcę poznać, jak to wygląda, potrenować angielski przy Jonathanie, marzy mi się praca na morzu. – odpowiedziałem niepewnie.
- Kurwa masz wakacje, zamiast się delektować wolnym to ty chcesz jebać jak Beduin, czy ty masz świadomość co to będzie w okolicach równika? – ciągnął dalej.
- Nie mam zielonego pojęcia, ale filmy się mi już kończą, ojciec musi robić swoje i czas ma dopiero po robocie, myślę że dam radę… - odrzekłem.
- No nic, jeszcze się w życiu napracujesz, ale jak sam chcesz, dziś myjemy pokład po wszystkich załadunkach, na pełnym oceanie nikt nie widzi jak różne resztki wpadają do wody i nikt kary nie da, dlatego robimy to teraz.
- Ok to do dzieła! – i ruszyłem ochoczo do pomocy.

Standardowy dzień statkowy wyglądał następująco:
- 7:00 – 7:45 – śniadanie
- 7:45 – 8:00 – odprawa (ja miałem z Kalafiorem)
- 10:00 – Kawa 15 minut
- 12:00 – 13:00 – Obiad i przerwa (większość załogi piła szybkie piwo i drzemka, w tym czasie siedziałem u ojca żebym nie zaspał do roboty po obiedzie)
- 15:00 – Kawa 15 minut
- 17:30 – 18:00 – kolacja
W teorii po kolacji każdy miał jeszcze pracować do 19:30, ale ze względu na ostry zapierdziel w portach i możliwe nieprzewidziane sytuacje na morzu (sztorm, awarie itd.) wszyscy mieli po kolacji wolne poza stanowiskami mającymi wachty (dyżury): w maszynie - motorzyści, na mostku – oficerowie poza kapitanem, w porcie na trapie - marynarze.

Majtkiem zostałem z założenia dla zabicia czasu oraz zdobycia doświadczenia życiowego. Nie zaoferowano mi żadnego wynagrodzenia z faktu, że oficjalnie byłem pasażerem. Jako młody chłopak po cichu liczyłem, że może coś mimo wszystko wpadnie, ale ojciec kategorycznie zabronił mi poruszania tego tematu poza jego kajutą.

Pierwszy dzień minął mi przede wszystkim na zwijaniu i rozwijaniu węży od myjki ciśnieniowej. Myliśmy pokład i przygotowywaliśmy Grey Fox’a do odmalowania. Na statku była centralna instalacja wody pod ciśnieniem, które regulowało się w warsztacie Fittera pokładowego, na tym rejsie nieobecnego. Miejsca trudnodostępne były myte w sposób tradycyjny, mopem.  Była też centralna instalacja sprężonego powietrza do zasilania urządzeń pneumatycznych takich jak szlifierki, młotki do obstukiwania rdzy, agregaty malarskie i wszystko co mogło mieć potencjalny kontakt z wodą / wilgocią, przez co ze względów bezpieczeństwa nośnikiem energii było powietrze, a nie prąd.

Utrudnieniem tak prostej z pozoru pracy była wszechobecna sól. Zasolenie oceanu atlantyckiego jest około 5 krotnie wyższe niż Bałtyku, stąd możliwości osadzania się soli i korozji adekwatne. W dzień woda morska nagromadzona na statku nocą odparowuje od słońca, sól zostaje, która de facto jest higroskopijna i masz śliską, słoną warstwę białego syfu dzień w dzień na pokładzie. Kolejna z zasad obok trzymania się poręczy, nie biegamy po pokładzie. Statkiem buja, jest ślisko, masz zrobić swoje i nie zginąć. Buja lekko, można podejść do burty, buja mocno chodzisz jak najbliżej szota, woda wdziera się na pokład, bo ocean pokazuje kto tu rządzi, chodzisz jedynie po podestach roboczych i robisz aktualnie to na co pozwala pogoda.
Dzida o statkach cz. 4 - Majtek
RUTYNA

Każdy dzień między portami wyglądał praktycznie tak samo, niedziele kalendarzowe były wolne, chociaż wg mnie było to bez sensu, bo ocean nie miał kalendarza, tak samo jak statek. Czemu nie robimy co trzeba zrobić i leżymy aż dopłyniemy do portu? Armator był niemiecki, więc niemiecki kodeks pracy obowiązywał na międzynarodowych wodach terytorialnych, dla mnie debilizm. Rozumiem, że trzeba naładować baterie, odpocząć itp. Dziś nadal uważam, że można było zorganizować to inaczej a oficerka w prawdziwie polskim stylu wymyślała często robotę na siłę, byle przypadkiem nie trafił się dzień wolny. Żeby jeszcze ktoś to widział poza nimi. Do tego Niemiec sponsorował wypłaty, zero patriotyzmu gospodarczego. W soboty standardowo załoga pracowała do obiadu. Wachty były jak służba, obowiązywały w każdy dzień.

Po kilku dniach robienia ciągle tego samego i oglądania cały czas tego samego widoku zlewającego się nieba z oceanem na horyzoncie, zacząłem dosłownie czuć wewnętrzną potrzebę, żeby coś się zmieniło, cokolwiek. Zacząłem rozumieć, jak ktoś czuje się na bezludnej wyspie lub w więzieniu. Nie ma ucieczki, z prawej woda, z lewej woda, dzień w dzień brak lądu na horyzoncie. A to dopiero kilka dni, jak Kolumb dał radę, nie wiem, ale musiał być twardym skurwysynem. Z nudów raz poszedłem w nocy na dziób bez latarki, to był bardzo głupi pomysł. Na dziobie chmury zasłoniły księżyc. W ułamku sekundy zapierający dech w piersiach widok zafundował zawał. Było ciemno jak w dupie, wracałem niczym Stevie Wonder do kabiny z pełnymi porami przyklejony do szota. Ze względu na oszczędności w nocy włączone było podstawowe oświetlenie. Nie ma poboru prądu, agregat ma lżej, mniej oleju zużywa. Proste prawda.

Introwertycy po pracy zamykali się w kajutach - pili. Ci bardziej towarzyscy chodzili zobaczyć wspólnie jakiś film w telewizornii – też pili. Jak mieli w planach obejrzeć coś „dla dorosłych” to dawali cynk mojemu ojcu, żebym dziś wieczorem nie szedł na film, bo się będą czuć skrępowani. Jak to usłyszałem to wyobrażałem sobie, że będą zbiorowo się masturbować i sama ta myśl powodowała u mnie salwę śmiechu. Nie protestowałem, u mojego ojca w kabinie (mój tata używał naprzemiennie kajuta/kabina) zawsze wieczorem ktoś siedział na piwie lub drinku. Jego kajuta była nazywana pokojem narad, jak trzeba było się spotkać, wyjaśnić jakiś problem, to on był mediatorem lub gospodarzem spotkania. Pilnował, żeby każdy skończył pić przed potencjalnym zgonem i kulturalnie towarzystwo się rozchodziło. Statkowy consigliere.

Po tygodniu pracy z Baryłą i Jonathanem, dzięki któremu mój angielski zaczynał być bardziej użyteczny niż teoretyczny, zostałem przydzielony do pomocy Heńkowi i Danielowi Dempsowi. Zadania w teorii te same, stukać rdzę, malować, czyścić, sprzątać. Tyle, że Daniel i Heniek mieli odmalować wieże żurawi statkowych będąc w koszu (po jakimś towarze) podwieszonym na haku tegoż żurawia, w trakcie statek płynął po wzburzonym oceanie. Byliśmy trochę za równikiem, temperatura 30-35 stopni. Kalafior był genialnym bosmanem. Daniel i Heniek byli zajęci, Piotr robił za nich na pokładzie. Na sam ich widok dyndających kilkanaście metrów nad pokładem i malujących wałkami na kijach wieżę żurawia, każde inne zajęcie było lepsze. Nie mam lęku wysokości, ale mam wewnętrzny strach, że ktoś mógłby zafundować mi zgon przez głupi pomysł, jak ten.
DANIEL DEMPS

Na tym etapie historii pozwolę sobie przybliżyć osobę Daniela. W 2004 roku miał on 28 lat, miał już wtedy dzieci. Niby chłop w porządku, często przychodził też do mojego ojca do kajuty na piwo. Tyle, że dla mnie był dwulicowy. Nie akceptuję przymilania się z jednej strony, a z drugiej ciągłego niezadowolenia z wykonywanych zdań coś na zasadzie posyłania młodego po nieistniejące narzędzia, a potem pretensje.

Tyle że nie to mnie aż tak bolało. Najbardziej w pamięci zapadło mi to, że był to facet wysportowany i jak tylko miał okazje to publicznie wyskakiwał w wyzwaniami, ale tylko takimi w których był dobry. Ile młody podciągniesz się na drążku? I zaraz wyzwanie na poręczy od podestu roboczego, zrobiłem 8, to on musiał 11 chociaż prawie się zesrał ale załoga patrzyła, super pokonał dzieciaka. Grał zajebiście w tenisa stołowego, za każdym razem jak wygrał to zaraz szedł do telewizornii i w drzwiach rzucał: „młody nie miał szans”. Jadłem obok niego obiad, to przy wszystkich że jakoś dziwnie jem zupę, że głowę pochylam jak koń do koryta (btw. Koryto ma świnia a koń żłób – przypis autora xD). Takich docinek z dupy było pełno, mój ojciec nie wiedział jak reagować, nie chciał rozkręcić afery bo miał o wiele więcej do stracenia niż młody OS jakim był Daniel.

Daniel często zaczynał: „Kazik, spójrz co ten Twój syn”, nie mam pojęcia czy myślał, że w ten sposób mnie wzmocni psychicznie na zasadzie co cię nie zabije to wzmocni. Czy może za jego czasów taka była młodzieżowa gadka. Może chciał wyrobić sobie taką pozycję jak mój ojciec (zwykły Fitter a potrafił załatwić wszystko). Wybraliśmy z ojcem drogę akceptacji poprzez ignorancję. Byłem w tej komfortowej sytuacji, że wiedziałem, że to sie kiedyś skończy i żaden chuj nie popsuje mi wycieczki życia.

W 2017 roku ojciec był na urlopie i dostał telefon po majówce od kumpla ze statku, że Daniel zaginął, jest podejrzenie zabójstwa, trwa śledztwo. Chłop po prostu zniknął na statku z dnia na dzień. Zeznania były zbierane od świadków dopiero w pierwszym porcie w Europie. Na 99% wypadł za burtę, w jego kajucie były rano 2 szklanki. Z kimś pił, nikt się nie przyznał. Nie było żadnych hałasów, żadnych odgłosów bójki – tak zeznała cała załoga. Daniel Demps przepadł w rejonie Wysp Kanaryjskich. Miał wtedy 41 lat.

Gdy to usłyszałem na początku poczułem coś w rodzaju smutku i żalu. Miał on dzieci, żonę. Na statku mimo jego zachowania spędziliśmy dużo czasu grając w tenisa, bo dzięki niemu wskoczyłem kilka poziomów wyżej. Jednocześnie poczułem, za co mi trochę wstyd, satysfakcję, że życie jednak weryfikuje ludzi i pycha zawsze kroczy przed upadkiem. Podobno z roku na rok Daniel był coraz bardziej pewny siebie, możliwe że to go finalnie zgubiło.
- Piotr, Daniel Demps nie żyje. – powiedział mi ojciec w kuchni jak byłem u rodziców na kawie.
- Ten Daniel z Grey Fox'a? - dopytałem.
- Tak ten. - potwierdził ojciec.
- No szkoda. – odpowiedziałem sucho.

https://i.pl/daniel-zygmunt-demps-zaginal-w-rejonie-wyspie-las-palmas-de-granie-canaria-rozpoznajesz-go-koniecznie-daj-znac-fundacji-itaka/ar/c1p1-22144457
CHRZEST

O tym, że będę miał chrzest na marynarza wywnioskowałem podczas obiadu, czystym przypadkiem, bo się wszyscy pytali, gdzie będę jak zjem. Mogłem być u siebie, mogłem u ojca. Tata odpowiadał za mnie: „Będzie u siebie”. Jak pytałem o co chodzi, to padło hasło „siedź w kabinie i czekaj, nic strasznego”.

Po przekroczeniu równika z inicjatywy Brzozy (CE) odbył się obrzęd, nie mam zielonego pojęcia czy jest tak na innych statkach, czy zorganizowali to tylko dla mnie. Cierpliwie czekałem w kabinie po obiedzie, aż ktoś łaskawie po mnie przyjdzie. Minęło trochę czasu i zaczęło mi się nudzić. Chodzę w kółko po kabinie, słyszę kroki. Miałem przez chwilę myśl czy nie zakluczyć drzwi, ale szybko odpuściłem, debilny pomysł skoro jest okazja zintegrować się z załogą i przestać definitywnie być powietrzem. Dla żartu schowałem się za szafą. Drzwi się otworzyły i słyszę: „ty Kazik nie ma go, co on odjebał” i w tym momencie ja cały na biało wyskakuje zza szafy z tekstem „haha, tu jestem”. Po minach marynarzy zrozumiałem, żem debil. 

Daniel Demps razem z Robertem S. zostali przebrani za diabły morskie, dlatego to wszystko tak długo trwało. Byli umazani sadzą z kotła lamonta (opiszę co to takiego, bo z tym kotłem jest historia). Oficjalnie porwali mnie z kajuty i prowadzili przed oblicze Neptuna dźgając trójzębami (papierowymi). W poziomie decku D, tam gdzie moja kajuta, był basen, o którym wspominałem (w przelocie go ogarnęliśmy z inicjatywy kapitana – lubił pływać hehe), a przy nim stał Brzoza (CE) oraz Marek C. czyli kapitan oraz reszta załogi. Brzoza niczym konferansjer na najlepszej gali prowadził obrzęd, pierwszym zadaniem było wskoczyć do basenu. Zdjąłem buty i w rzeczach chlup do wody popychany trójzębami diabłów morskich.
- Spójrz Kapitanie, nie utonął, może przystąpić do kolejnej próby! – wykrzyknął Heniek.
- Ze względu na trudy przed jakimi stawia nas ocean, musisz pokazać, że jesteś godzien swego tytułu, człowiekiem jesteś, pić i jeść musisz. Oto chleb twój powszedni a z nim surowa morska ryba doprawiona goryczą życia. – Kapitan wręczył mi kanapkę z surową sardynką i ostrym sosem chili z czosnkiem.
- Oto woda morska, jeśli chcesz nazywać się prawdziwym marynarzem musisz ją wypić do posiłku twego. – i dostałem do ręki szklankę prawdziwej wody z Atlantyku.
Kanapka śmierdziała jak najtańsza portowa kurtyzana a wodę sprawdziłem na początek czubkiem języka, była słona przepotężnie, Bałtyk przy tym to jezioro na Kaszubach.
- Im dłużej się będziesz zastanawiał tym gorzej dla ciebie. – usłyszałem mojego ojca.

Zjadłem, a raczej połknąłem tę kanapkę. Kilka razy przeżułem czując, że znowu będę wymiotował, a miałem już ponad tydzień dobrej passy. Szybko popchnąłem to dwoma konkretnymi łykami atlantyckiej wody. Język szczypał od niej jakbym miał żywego kraba w buzi. Zrobiłem się zielony, ktoś z załogi w oddali krzyknął: „będzie rzygał!”, na szczęście dali mi zwykłej wody butelkowanej i przepchnąłem do żołądka marynarski dowód męskości.

Przy ceremonii była obecna cała załoga, trwało to może 30-40 minut. Łaskawie nie włączył się żaden alarm w tym czasie. Na koniec otrzymałem dyplom morski, którego treść na głos przy wszystkich odczytał kapitan. Od tego momentu jestem DRACO.
Dzida o statkach cz. 4 - Majtek
Trochę przez te 22 lata wyblakł, jedyne co to przymazałem moje imie i nazwisko bo było lepszym pisakiem. Nad wyrazem "prez ten" widać resztki DRACO ;)

Zauważyłem, że z każdą kolejną dzidą zainteresowanie maleje, jeśli macie uwagi / sugestie co może być przyczyną, bo samemu ciężko znaleźć w sobie problem, dlaczego pierwsza dzida była takim fenomenem a kolejne są jej marnym cieniem, to chętnie przyjmę konstruktywną krytykę.

Kończąc na dziś odniosę się do pewnych informacji z poprzednich dzid, w sieci możecie znaleźć teorię odbiegającą od tego jak przedstawiam to co się działo na statku, wśród nas są też osoby co pływają, nie twierdzę że nie macie racji jak poprawiacie mnie w komentarzach, piszę z pamięci jak to wyglądało w praktyce na tym konkretnym statku. Każdy rejs, załoga, wewnętrzne wytyczne firmy, przyzwyczajenia, to wszystko trochę się różni. Coś na zasadzie, prawojazdy zdane i teraz jedziemy po swojemu. Tak wyglądało to na Grey Fox ;)
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
159
Dzida o statkach cz. 3 – pożegnanie z Europą
Ahoj Dzidowcy! Przygody ciąg dalszy, kto nie załapał się na poprzednie części, poniżej linki:

https://jbzd.com.pl/obr/4450825/dzida-o-statkach-cz-1
https://jbzd.com.pl/obr/4451286/dzida-o-statkach-cz-2-czarna-belgia

Po wypłynięciu z Antwerpii znaleźliśmy się na wodach kanału La Manche łączącego Morze Północne z Celtyckim. Na szczęście dla mnie, statek został konkretnie załadowany i mniej reagował na fale. Dało to taki efekt, że z uporczywego bólu głowy i wiecznego uczucia nadchodzących wymiotów, czułem się jakby na lekkim kacu, chociaż wtedy mając niespełna 15 lat nie wiedziałem jeszcze, że tak właśnie czuje się człowiek na drugi dzień po imprezie. Mniej umordowany skupiłem się na poznawaniu statku, załogi, planowaniu co będę robił przez cały ten czas, bo jakby nie patrzeć w ciągu około 10 – 11 tygodni rejsu 2 z nich to porty, gdzie nie zawsze dostaniesz przepustkę od kapitana, reszta to bezkres mórz i oceanu.

Muszę was przeprosić za nieprawdziwą informację na temat ilości załogi. Jak rozpisałem sobie, kto płynął i jakie stanowisko piastował, to wyszło 23 osoby, a te 28 z pierwszej dzidy wziąłem, bo tak to pamiętam, że to była maksymalna ilość załogi jaką statek był w stanie pomieścić, ale ręki uciąć nie dam, bo ojciec twierdzi, że 26.

Kapitan po zaokrętowaniu całości załogi zawsze wywieszał aktualną listę osób w mesie i kto jaki ma numer telefonu. Nie, to nie był telefon komórkowy. Mamy 2004 rok i każdy w kajucie miał zwykły telefon stacjonarny. Cały statek miał wewnętrzną sieć telefoniczną na potrzeby bezpieczeństwa / organizacyjne. Lista była drukowana nawet jak w danej kajucie ktoś nie mieszkał i z tego co pamiętam były na niej wszystkie pozycje telefonów jakie są tylko na statku łącznie z mostkiem. Tyle że było ich więcej niż 28, nawet warsztat ojca w maszynie też miał telefon. Do teraz kminie skąd mam w pamięci tę liczbę. To trochę tak jak każdy Polak patrzy na zegarek o 21:37 i ma to dziwne przeczucie, że skądś zna tę godzinę i ona jest ważna.
Statek taki jak Grey Fox (IMO 9151905) będący średniej wielkości kontenerowcem podczas naszego rejsu był obsadzony następującą ilością załogi:

POKŁAD:
- Captain / Master - Kapitan – Marek C.
- Chief Officer – I oficer – Zbyszek aka. Fasola
- 2nd Officer – II oficer – za hugo nie pamiętam, rozmawiałem dziś z ojcem i wujkiem co też pływał na tym statku, i za cholerę nie możemy sobie przypomnieć, człowiek widmo.
- 3rd Officer – III oficer – Marek G.
- Bosun – Bossman – Kalafior, tutaj też przypał, bo chłop miał łeb jak kalafior i do tego krótkie loczki, nikt nie mówił mu po imieniu i za cholerę nie możemy sobie w całej rodzinie przypomnieć, jak on miał na imię. Najlepsze jest to, że wujas (brat ojca) pływał jako OS od 2005 roku na Grey Fox i Kalafior był jego przełożonym, i też nie pamięta, jak miał na imię 😉
- Able Seaman (AB) – Starszy Marynarz – Heniek
- AB – Robert aka. Baryła – ten co mi kazał tosty jeść i pić miętę
- AB – Zdzichu – potem gadali na niego golonka, bo jak raz na obiad była golonka to wjebał pół świni i nawet skóry nie ściągał, bo jak sam mówił, golonka z włosem łaskocze, jak srasz
- AB – Zbyszek aka. Trener
- Ordinary Seaman (OS) – Młodszy marynarz – Robert S. aka. Wędkarz
- OS – Daniel Demps – tego gościa podaje po pełnych danych, bo już nie żyje, a że trochę mi uprzykrzał pobyt to poświęcę mu nawet cały akapit, bo karma wraca…
- Cook – kucharz – Krzysztof aka. Kitek
- Steward – Zbyszek aka. Batory – bo ciągle chodził w krótkich pedalskich spodenkach, które kucharz twierdził, że ma jeszcze z praktyk na Batorym
- Deckhand / Cadet – Majtek / Kadet – Jonathan Murphy – biały człowiek z RPA, kręcił 9 mcy w ramach praktyki studenckiej wydziału nawigacji, jedyny obcokrajowiec na statku.

MASZYNA:
- Chief Engineer – I mechanik – Heniek B. aka. Brzoza
- 2nd Engineer – II mechanik - Lechu aka. Sraczka
- 3rd Engineer – III mechanik – Witek aka. Korniszon
- Motorman (MM) – Motorzysta / Marynarz Maszynowy – Damian M.
- MM – Jasiu K. aka Czereśniak
- MM – Tadeusz aka. Puchacz
- Fitter/Welder – Ślusarz/Spawacz/Monter okrętowy – mój ojciec
- Electrical Officer (ETO) - Elektryk – Marek, kolejny człowiek widmo…

Także razem ze mną fizycznie na statku było nas 23 osoby. W kolejnych dzidach opowiem wam trochę o każdej z tych osób. 

Tymczasem kapitan przestawił pozycję statku na mapie w świetlicy zwanej telewizornią (robił to codziennie), gdzie była pokaźna biblioteka filmów nagranych na kasetach VHS. Biblioteka ta była regularnie wymieniana i aktualizowana przez jedną z osób z firmy pośredniczącej w zatrudnianiu załogi. Nagrywała ona filmy bez reklam z HBO głównie i takie kasety trafiały na statek co wymianę załogi. The Piratebay wydanie analogowe. Dzięki temu szło jakoś zabić czas wieczorami. Poza tym był jeszcze basen 2x4 m na pokładzie, który był pusty (bo przeciekał), atlas do ćwiczeń YORK ze stosem całe 50 kg oraz stół do tenisa przyspawany do podłogi. Te dwie ostatnie atrakcje znajdowały się po drodze do głównej maszynowni obok takich pomieszczeń jak lodówka, chłodnia, szatnia ekipy z maszyny, maszynownia, gdzie były odsalarki wody oraz najważniejsze – kantyna.
Dzida o statkach cz. 3 – pożegnanie z Europą
Zbliżaliśmy się do VIGO, większość załogi nadal traktowała mnie jak powietrze. Uważali mnie za zbędny balast. Duża część pod nosem mówiła, że nie wzięłaby nikogo z rodziny na statek, bo to żadna przyjemność, nudy i niebezpieczeństwo. Te osoby też nie mówiły, że cenią sobie pracę na morzu przede wszystkim za to, że rodzina zostaje w domu. Coś na zasadzie, po cholerę mój ojciec zawlókł drewno do lasu. Dziś wiem, że głównym celem podróży było to, abym zrozumiał jak najszybciej jak działa świat i jakie są konsekwencje braku samodyscypliny. Rodzice mieli też nadzieję, że wrócę z innym spojrzeniem na pracę ojca i przestanę gadać, że jak dorosnę to zostanę kapitanem…

Do Vigo wpływaliśmy coś koło 7-8 rano. W tamtym czasie był to średniej wielkości port, przynajmniej terminal kontenerowy, samo miasto niecałe 300 tyś mieszkańców, czyli trochę mniejsza Bydgoszcz. Pierwsze wrażenie jak wyszedłem na dziób – o kurwa jak tu pięknie. To był bardzo słoneczny, ale nie upalny dzień. Miałem nadzieję, że będziemy tak płynąć w nieskończoność. Mijaliśmy jachty, żaglówki. Ludzie do nas machali, a kapitan robił tuuu tuuu. Normalnie jak w Galileo, nic tylko wyjść na ląd, wyciągnąć gary jak Makłowicz i nagrać odcinek o lokalnej kuchni. Manewry na szczęście nie trwały długo. Około 10tej spuszczaliśmy trap.
Dzida o statkach cz. 3 – pożegnanie z Europą
Brzoza załatwił u kapitana przepustki: mojemu ojcu, Damianowi i Czereśniakowi. Wyszliśmy na miasto chwilę po 12stej, bo o 12 na statku był obiad. Jak prawdziwi Polacy, najpierw tanio zjeść w domu i na spacerek z pełnym żołądkiem, żeby nie kusiło. Po Antwerpii w Vigo to ja się zakochałem z miejsca. Czysto, zero kolorowych w tamtym czasie, ludzie uprzejmi. Przemieszczaliśmy się pieszo, bo statek opuściliśmy jeszcze w trakcie trwania sjesty, a że miasto nieduże i z portu wszędzie było blisko, taksówka była zbędna. Naszym głównym celem było znalezienie sklepu z kartami telefonicznymi i budki. To była ostatnia szansa, żeby zadzwonić do domu przed wypłynięciem do Afryki, z telefonu satelitarnego na statku nikt nie chciał korzystać, bo w tamtym czasie minuta kosztowała około 6 dolarów. Ekipa ojca stwierdziła, że najpierw idziemy na piwo, to się będzie potem łatwiej szukało. Pierwszy lepszy napotkany bar, wchodzimy 13:05 w środku ani żywej duszy. Barman od razu poznał, że my nie tutejsi, więc sam zagadał „Beer?”. Wszyscy zgodnie odpowiedzieli „Yes, yes!” po czym patrzą na mnie, ja na nich, na ojca, ojciec na mnie „tylko ani słowa matce…” Barman do piwka dał gratis orzeszki ziemne i oliwki zielone z pestkami. Pogadali, wypili, zapalili papierosa (oczywiście poza mną), w tamtym czasie można było jeszcze w barze puścić dyma, i poszliśmy szukać sklepu z kartami telefonicznymi.
Damian stwierdził, że ogarnie temat. Idzie jakiś Hiszpan a on podbija do niego niczym kibol:
- „English? English?” – twardo pyta Hiszpana.
- No, no ingles – odpowiada nasz przechodzień.
- Where phone cards? – wali twardo Damian.
Chłop poszedł, bo myślał, że chcemy mu zajebać telefon. Tłumaczę Damianowi, że musimy zapytać kogoś młodszego, to będzie większa szansa na znajomość angielskiego powiedzmy na „naszym” poziomie. Przechodził w tym czasie ktoś obok nas, a ten znowu twardo swoją gadkę. Bezskutecznie. Mój ojciec oaza spokoju w takich sytuacjach, tłumaczy mu: „daj Piotrowi, uczy się intensywnie angielskiego, niech spróbuje”. Miało to sens, bo w czterech chłopa wyglądaliśmy jak agresywna ekipa rusków próbująca ukraść komuś telefon.
Tutaj małe wtrącenie a propo Damiana. Chłop był magistrem inżynierem wydziału mechanicznego wtedy jeszcze Akademii Morskiej w Gdyni i docelowo miał zostać I oficerem w maszynie, co na samą myśl przerażało starszych członków załogi. Mnie osobiście martwił jego poziom angielskiego i to, że zachowywał się jak mój starszy przygłupi kuzyn. Damian pochodził z Darłowa i pływał głownie po to, żeby zarobić na kolejnego busa, bo równolegle miał firmę z przewozem osób w sezonie letnim, co wg niego było żyłą złota. Był wtedy przed 30stką.

Ludzi na mieście jak na lekarstwo, jak na (wtedy) białą, lecz opaloną Hiszpanię jeszcze przed lewicowymi rządami, większość była w pracy. Szczęśliwie idzie człowiek płci męskiej, lat około 25, którego grzecznie zagaduję:
- Excuse me, do you speak English?
- A little bit – odpowiada.
- Do You know, where can I buy phone cards? – zapytałem.
-  Around this corner, shop – I pokazał palcem, że za rogiem ulicy, na której staliśmy jest sklep i poszedł dość szybciutko w swoim kierunku.
No dobra, idziemy, jesteśmy coraz bliżej wykonania naszego głównego questa. Jest sklep, wchodzimy, za ladą Pani około 60 lat wyglądająca jak moja babcia. Usmiechnięta, jeszcze nie miała pojęcia co ją czeka. Damian wyrywa do przodu, mój ojciec go przytrzymuje, Czereśniak puszcza mnie przodem. Uprzejmie staram się wytłumaczyć o co nam chodzi. Ku mojemu zdziwieniu starsza Pani za ladą kumała z miejsca, bo nie byliśmy pierwszymi marynarzami, których dziś obsługiwała. Karta do budki telefonicznej, dokładnie taka jak za starych dobrych czasów na impulsy, kosztowała 5 euro i oferowała 3h połączeń do Polski. Wystarczyło dla wszystkich.
Po drugiej stronie ulicy na rogu obok bankomatu, takiego do którego się wchodzi do środka, żeby wypłacić kasę, stała budka telefoniczna. Ktoś pomyślał i obok budki była ławka. Czereśniak dzwonił pierwszy, bo jak twierdził, długo to nie potrwa. Nie kłamał. Kolejny był Damian, którego trzeba było namawiać, typowy marynarz „niech stara tęskni to się będzie lepiej ruchać, jak wrócę”. Ojciec wytłumaczył mu, że na powrocie do Europy do Vigo nie wpływamy, więc szkoda karty. Zadzwonił na moje szczęście, bo w tym czasie z wnęki bankomatowej wyszła zakochana para. On wyglądał jak typowy latino raper, niczym Dady Yankee, ona niska, szczupła z cycem miseczki B, pofarbowane pasemka na blond, idealna dupka, z buzi niczym Doda jak miała 16 lat. Obdarzyła mnie spojrzeniem takiego zainteresowania, mniemam, że z faktu innego języka i definitywnie wyglądu słowiańskiego, że poczułem się jebany wzrokiem. Jej chłopak chciał, żeby szli dalej, pierdolił coś tam „Vamonos” a ona do niego „Tranquilo”. Kręcili się przy nas może z 5 minut, ale dla mnie to było najważniejsze 5 minut, bo przez resztę podróży wspomnienie o niej trzymało mnie w trudnych chwilach. Przytulała się do swojego chłopaka, żeby móc patrzeć mi w oczy przez jego ramię. Ja niczym opóźniony w rozwoju uśmiechałem się, ale tylko na tyle było mnie stać. Damian skończył gadać, mówię do ojca „dzwoń pierwszy”. Oczywiście Damian musiał jebnąć na cały głos „ale dupa” wychodząc z założenia, że hiszpanka nie zna polskiego. W tym momencie para poszła w swoją stronę. Odwróciła się do mnie po raz ostatni, pomachaliśmy sobie, nogi miałem miękkie, bo cała krew popłynęła w innym kierunku. Ojciec puknął mnie w ramię „Twoja kolej, pogadaj z mamą” i czar prysł. Zadzwoniłem jeszcze do mojego przyjaciela z tamtych lat, impulsów mieliśmy w pytę, numery znało się kiedyś na pamięć. Fuksa miałem, że był w domu.
Wróciliśmy na statek, nie mogłem się doczekać wieczoru, kiedy będę sam w swojej kajucie i wezmę prysznic, dopóki statek nie buja i kutasa idzie utrzymać w ręku. To był pierwszy raz, kiedy udało mi się zwalić konia, bo nareszcie miałem kim robić pamięciówkę. To była wyczerpująca noc. Następnego dnia manewry, kolejny przystanek Walvis Bay (Namibia). W Vigo zostawiłem kawałek siebie i wiem, że muszę tam jeszcze pojechać, żeby go odzyskać.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.13334012031555