Ahoj dzidowcy!
Dziś trochę krócej, codzienność dopadła człowieka, ale myślę że mi wybaczycie! Jutro nowy odcinek Invincible, nie chcę z nim konkurować o uwagę ;)
Przekażcie znajomym i rodzinie, nadeszła cz. 5 / vol 1.
Klasycznie link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4453454/dzida-o-statkach-cz-4-majtek
Zapraszam!
Dziś trochę krócej, codzienność dopadła człowieka, ale myślę że mi wybaczycie! Jutro nowy odcinek Invincible, nie chcę z nim konkurować o uwagę ;)
Przekażcie znajomym i rodzinie, nadeszła cz. 5 / vol 1.
Klasycznie link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4453454/dzida-o-statkach-cz-4-majtek
Zapraszam!
ŚMIECI
Pierwszy tydzień pracy jako majtek minął dość szybko. Po całodniowym malowaniu lub obstukiwaniu rdzy, po kolacji marzyłeś jedynie o prysznicu i o tym, żeby akurat w tym momencie nie bujało zbyt mocno. Osuszanie całej kabiny po prysznicu nie należy do przyjemności. Słodka woda na statku była dostarczana za pomocą odsalarek. Takich samych jakie stosowane są w przemyśle. Nie była jak destylowana, wręcz przeciwnie, miała kolor. Na białej umywalce miała kolor szary i co klika dni trzeba było ją od tej wody umyć, wiem brzmi absurdalnie. Podczas mycia zębów zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens, skoro sama woda brudzi. Czy nie powinienem ich płukać mineralną? Na szczęście moje uzębienie przez cały okres podróży nie pogorszyło swego stanu, ponieważ słodycze jadłem sporadycznie.
Prysznic wzięty przy użyciu odsolonej, lecz nieprzefiltrowanej wody o kolorku życia większości z nas, wymagał starannego wytarcia się, aby nalot wkomponował się w ręcznik. Szybko orientowałeś się, kiedy czas go wyprać. Pralnia była w poziomie niżej niż mesa i telewizornia, po drodze do maszynowni. Na ubrania, że tak to ujmę „cywilne” była zwykła pralka, obok niej stała suszarka automatyczna. Do pościeli i ręczników wielka przemysłowa f-my MIELE z naklejonym napisem „czyste”, co było idiotyczne, bo gdyby było czyste to bym nie prał. Autorowi naklejki chodziło o to, że ta pralka ma obsługiwać pranie nieubrudzone od smarów. Obok niej stała druga taka sama z naklejką „brudne” sugerującą, że w tej o to pralce pierzesz kombinezon. Jak się czytelnik domyśla, pralki były zasilane taką samą wodą co prysznice, szarą. Mój ręczniczek na początku podróży był biały, potem troszkę zbladł, a na koniec zmienił kolor na stałe i nie pokazywał już czy czas na pranie.
Pierwszy tydzień pracy jako majtek minął dość szybko. Po całodniowym malowaniu lub obstukiwaniu rdzy, po kolacji marzyłeś jedynie o prysznicu i o tym, żeby akurat w tym momencie nie bujało zbyt mocno. Osuszanie całej kabiny po prysznicu nie należy do przyjemności. Słodka woda na statku była dostarczana za pomocą odsalarek. Takich samych jakie stosowane są w przemyśle. Nie była jak destylowana, wręcz przeciwnie, miała kolor. Na białej umywalce miała kolor szary i co klika dni trzeba było ją od tej wody umyć, wiem brzmi absurdalnie. Podczas mycia zębów zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens, skoro sama woda brudzi. Czy nie powinienem ich płukać mineralną? Na szczęście moje uzębienie przez cały okres podróży nie pogorszyło swego stanu, ponieważ słodycze jadłem sporadycznie.
Prysznic wzięty przy użyciu odsolonej, lecz nieprzefiltrowanej wody o kolorku życia większości z nas, wymagał starannego wytarcia się, aby nalot wkomponował się w ręcznik. Szybko orientowałeś się, kiedy czas go wyprać. Pralnia była w poziomie niżej niż mesa i telewizornia, po drodze do maszynowni. Na ubrania, że tak to ujmę „cywilne” była zwykła pralka, obok niej stała suszarka automatyczna. Do pościeli i ręczników wielka przemysłowa f-my MIELE z naklejonym napisem „czyste”, co było idiotyczne, bo gdyby było czyste to bym nie prał. Autorowi naklejki chodziło o to, że ta pralka ma obsługiwać pranie nieubrudzone od smarów. Obok niej stała druga taka sama z naklejką „brudne” sugerującą, że w tej o to pralce pierzesz kombinezon. Jak się czytelnik domyśla, pralki były zasilane taką samą wodą co prysznice, szarą. Mój ręczniczek na początku podróży był biały, potem troszkę zbladł, a na koniec zmienił kolor na stałe i nie pokazywał już czy czas na pranie.
Toaleta na statku działała w systemie próżniowym podciśnieniowym. Wody w syfonie było niezbędne minimum, abyś nie był narażony na fetor ścieków i jednocześnie potencjalne przelanie się jej poza burtę klozetu podczas przechyłów ukochanej łajby. Moja pierwsza reakcja, jeszcze w Antwerpii w kajucie ojca, była wręcz komiczna. Zrobiłem siku, kliknąłem przycisk na spłuczce i w mgnieniu oka zawartość klozetu została wessana pod ciśnieniem z takim impetem, że aż podskoczyłem. „O kurwa, ale zajebiste” powiedziałem pod nosem i zacząłem żałować, że nie chce mi się na dwójkę. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak podekscytowany jak wtedy, kiedy zachce mi się kupę. Dosłownie. Moment chwały nastąpił wieczorem, jak już miałem swoją kajutę i mogłem spokojnie rozsiąść się na tronie. WC statkowe miało trochę inną konstrukcję niż to co masz w domu, muszla przypominała duży lejek, w którego dziurce stale znajdowało się trochę wody. Zrobiłem swoje, odwróciłem się bez podcierania, żeby podziwiać jak próżniowy kibel poradzi sobie ze stolcem. Nacisnąłem spłuczkę, do muszli wlała się woda i system vacuum ruszył do akcji. To co ujrzały me oczy zostało ze mną na resztę życia. Niczym rozmiękczony duży snickers, gówno zostało wessane przez dziurę, z lekkim początkowym oporem, zostawiając charakterystyczną brązową obwódkę wokół wylotu proszącą o wyczyszczenie. Ten widok wywołał we mnie obrzydzenie z jednoczesną ekscytacją, podsumowałem to krótkim polskim „ja pierdole”. Takim o to sposobem przez ponad 2 miesiące kolekcjonowałem wspomnienia wsysanych kup dzień za dniem, co potrafiło być swego rodzaju urozmaiceniem dnia. Nawet teraz jak to piszę mam wewnętrzną nadzieję, że jeszcze kiedyś dostąpię zaszczytu skorzystania z takiej toalety. Niby każdy robi to codziennie, a jednak na statku nawet załatwiania uczysz się na nowo. Pewnie zastanawiacie się, gdzie te wszystkie ścieki całej załogi wędrowały. Rurami do rozdrabniacza a potem do zbiornika, którego wylot otwierany był na otwartych wodach. Gdyby karasie były słonowodne to miałyby co jeść.
Płynąc w kierunku Afryki po przekroczeniu równika coraz częściej spotykaliśmy delfiny, które uwielbiają wyskakiwać z wody w okolicach gruszki dziobowej. Raz chcąc dobrze uchwycić ten widok w pamięci, jak malowaliśmy łańcuch od kotwicy (jego część między burtą a bębnem, tę reprezentacyjną) na dziobie. Poszedłem na sam czubek statku, gdzie była barierka. Postanowiłem, że wychyle się trochę za nią co będę miał najlepszy widok. Statkiem zabujało, stopy straciły kontakt z pokładem. Portki pełne. Baryła wytłumaczył mi wtedy, że najlepszy widok jest, jak usiądziesz przy otworze na łańcuch od kotwicy. Było się czego złapać i widoki nie gorsze. Z jednej strony przyroda, błękit i bezkres oceanu, z drugiej nasz statek trochę jak gigantyczna śmieciarka. Osobiście jestem proekologiczny, ale bez przesady - nienawidzę papierowych słomek. Uważam, że lepiej już wcale nie produkować słomek niż wciskać ludziom to papierowe gówno. Tymczasem nasz statek, aby dostarczyć 20 tys. ton ładunku gubił za sobą ścieki oraz… no właśnie. W połowie trasy na czarny ląd kontenery na śmieci były pełne. Zaczęliśmy gromadzić śmieci w workach dookoła tych kontenerów ryzykując ich zgubienie podczas sztormu. Hipokryzja polegała na tym, że podczas pracy, np. stukając rdzę z resztkami farby, czyszcząc pokład po załadunku rudy itp. to wszystkie odpady lądowały w oceanie. To co mnie przeraziło to to, że w mesie na tablicy magnetycznej wisiała rozpiska, jakie śmieci i ile od brzegu w milach morskich, można wyrzucać zgodnie z międzynarodowymi przepisami. Nie pamiętam dokładnie co na niej było, ale obawiam się, że gdyby na statku odpady radioaktywne zaczęły stanowić problem to ocean musiałby je przyjąć.
Płynąc w kierunku Afryki po przekroczeniu równika coraz częściej spotykaliśmy delfiny, które uwielbiają wyskakiwać z wody w okolicach gruszki dziobowej. Raz chcąc dobrze uchwycić ten widok w pamięci, jak malowaliśmy łańcuch od kotwicy (jego część między burtą a bębnem, tę reprezentacyjną) na dziobie. Poszedłem na sam czubek statku, gdzie była barierka. Postanowiłem, że wychyle się trochę za nią co będę miał najlepszy widok. Statkiem zabujało, stopy straciły kontakt z pokładem. Portki pełne. Baryła wytłumaczył mi wtedy, że najlepszy widok jest, jak usiądziesz przy otworze na łańcuch od kotwicy. Było się czego złapać i widoki nie gorsze. Z jednej strony przyroda, błękit i bezkres oceanu, z drugiej nasz statek trochę jak gigantyczna śmieciarka. Osobiście jestem proekologiczny, ale bez przesady - nienawidzę papierowych słomek. Uważam, że lepiej już wcale nie produkować słomek niż wciskać ludziom to papierowe gówno. Tymczasem nasz statek, aby dostarczyć 20 tys. ton ładunku gubił za sobą ścieki oraz… no właśnie. W połowie trasy na czarny ląd kontenery na śmieci były pełne. Zaczęliśmy gromadzić śmieci w workach dookoła tych kontenerów ryzykując ich zgubienie podczas sztormu. Hipokryzja polegała na tym, że podczas pracy, np. stukając rdzę z resztkami farby, czyszcząc pokład po załadunku rudy itp. to wszystkie odpady lądowały w oceanie. To co mnie przeraziło to to, że w mesie na tablicy magnetycznej wisiała rozpiska, jakie śmieci i ile od brzegu w milach morskich, można wyrzucać zgodnie z międzynarodowymi przepisami. Nie pamiętam dokładnie co na niej było, ale obawiam się, że gdyby na statku odpady radioaktywne zaczęły stanowić problem to ocean musiałby je przyjąć.
Zdjęcia poglądowe ;) Szukamy po rodzinie oryginalnych!
JEDZENIE
O ile w portach jest szansa na wyjście na miasto i zakosztowanie lokalnej kuchni, o tyle między portami załoga skazana jest na kucharza. Mesy, czyli stołówki na GREY FOX były dwie, jedna dla marynarzy druga dla oficerów. Ta pierwsza, czyli ta w której jadłem, przypominała bar mleczny z lat 90tych. Poza dwoma stołami i krzesłami stała w niej jeszcze lodówka, gdzie kucharz po kolacji zostawiał jedzenie dla nocnych pasibrzuchów. Aneks z kuchenka mikrofalową, zlew i suszarka na naczynia. Nie było zmywarki, tę funkcję pełnili członkowie załogi, głównie marynarze dostawali rejony do sprzątania. Pamiętam, jak Daniel zrobił aferę, że dlaczego on ma po wszystkich zmywać naczynia, że ja nie mam co robić to mógłbym się tym zająć. Bosman wybił mu to z głowy, aczkolwiek załoga zrobiła ukłon w stronę OS-ów i po jedzeniu każdy starał się po sobie myć na bieżąco, chyba że sytuacja wymagała zostawienia garów w zlewie, bo szykowały się manewry. Na lewo od wydawki, przez którą było widać kuchnię i Krzysztofa w swoim żywiole, wisiał regał a na nim opiekacz i chleb tostowy. Moje królestwo, wyjaśniam dlaczego w dalszej części. Mesa oficerska miała okrągłe stoły, obrusy. Na środku każdego stołu stała patera z owocami. W rogu pod bulajem mieli nawet kanapę! Jakby się ktoś przypadkiem za mocno nażarł i musiał odpocząć… Skąd to wiem? Chodziłem na wachty do maszyny do Damiana jak miał w nocy, na powrocie zawsze pachtowaliśmy niczym wiejskie gzuby wszystko co lepsze od oficerów. Kamer na GREY FOX nie było…
W firmie ojca armator powierzał budżet kapitanowi na jedzenie. Ilość oraz rodzaj prowiantu z reguły była ustandaryzowana na podstawie statystyki z poprzednich lat. Lecz o jakości decydował kapitan, byli tacy co twierdzili, że kucharz. Jednak mój ojciec przeżył już trochę rejsów i mówił mi, że ten sam kucharz, różni kapitanowie, raz jak u mamy, raz jak u macochy. Chodziły plotki, że ile z budżetu operacyjnego zostaje na koniec to jest premia kapitana. Ciężko mi to udowodnić, ale wszelkie znaki na to wskazywały. Pasztet był jak trociny z tłuszczem i gdyby nie charakterystyczny kolor to byś nie uwierzył co za syf ktoś produkował. Polędwica łososiowa była jak gumowata, że nie szło jej przeciąć a co dopiero przegryźć na grzance. Mogłeś ją co najwyżej porzuć jak gumę i wypluć. Ser sprawiał wrażenie, że wyprodukowano go ze sztucznego mleka.
Krzysztof gotował osobno dla nas i osobno dla oficerów, którzy jako jedyni chwalili jego kuchnię. Nie mogłem wyjść z podziwu, że kucharz w ogóle się nie przejmował pełnym koszem na śmieci niezjedzonego prowiantu, praktycznie codziennie. Największą hipokryzją było dla mnie to, jak przy wydawce brał ktoś obiad. Siadał do stołu, gryzł kawałek mięsa, próbował popychać to ziemniakiem, po czym po pięciu minutach żucia jak gumę rezygnował i wszystko wypierdalał do kosza specjalnie ustawionego w rogu tak, że kucharz go nie widział. Jeśli musiał przejść obok luku podawczego, to trzymał talerz pod parapetem, aby Krzysztof nie widział, ile jedzenia wyrzuca. Wracając od kosza idąc z talerzem w kierunku zlewu, każdy grzecznie dziękował Krzysiowi niczym Bogu za posiłek. Masakra.
O ile w portach jest szansa na wyjście na miasto i zakosztowanie lokalnej kuchni, o tyle między portami załoga skazana jest na kucharza. Mesy, czyli stołówki na GREY FOX były dwie, jedna dla marynarzy druga dla oficerów. Ta pierwsza, czyli ta w której jadłem, przypominała bar mleczny z lat 90tych. Poza dwoma stołami i krzesłami stała w niej jeszcze lodówka, gdzie kucharz po kolacji zostawiał jedzenie dla nocnych pasibrzuchów. Aneks z kuchenka mikrofalową, zlew i suszarka na naczynia. Nie było zmywarki, tę funkcję pełnili członkowie załogi, głównie marynarze dostawali rejony do sprzątania. Pamiętam, jak Daniel zrobił aferę, że dlaczego on ma po wszystkich zmywać naczynia, że ja nie mam co robić to mógłbym się tym zająć. Bosman wybił mu to z głowy, aczkolwiek załoga zrobiła ukłon w stronę OS-ów i po jedzeniu każdy starał się po sobie myć na bieżąco, chyba że sytuacja wymagała zostawienia garów w zlewie, bo szykowały się manewry. Na lewo od wydawki, przez którą było widać kuchnię i Krzysztofa w swoim żywiole, wisiał regał a na nim opiekacz i chleb tostowy. Moje królestwo, wyjaśniam dlaczego w dalszej części. Mesa oficerska miała okrągłe stoły, obrusy. Na środku każdego stołu stała patera z owocami. W rogu pod bulajem mieli nawet kanapę! Jakby się ktoś przypadkiem za mocno nażarł i musiał odpocząć… Skąd to wiem? Chodziłem na wachty do maszyny do Damiana jak miał w nocy, na powrocie zawsze pachtowaliśmy niczym wiejskie gzuby wszystko co lepsze od oficerów. Kamer na GREY FOX nie było…
W firmie ojca armator powierzał budżet kapitanowi na jedzenie. Ilość oraz rodzaj prowiantu z reguły była ustandaryzowana na podstawie statystyki z poprzednich lat. Lecz o jakości decydował kapitan, byli tacy co twierdzili, że kucharz. Jednak mój ojciec przeżył już trochę rejsów i mówił mi, że ten sam kucharz, różni kapitanowie, raz jak u mamy, raz jak u macochy. Chodziły plotki, że ile z budżetu operacyjnego zostaje na koniec to jest premia kapitana. Ciężko mi to udowodnić, ale wszelkie znaki na to wskazywały. Pasztet był jak trociny z tłuszczem i gdyby nie charakterystyczny kolor to byś nie uwierzył co za syf ktoś produkował. Polędwica łososiowa była jak gumowata, że nie szło jej przeciąć a co dopiero przegryźć na grzance. Mogłeś ją co najwyżej porzuć jak gumę i wypluć. Ser sprawiał wrażenie, że wyprodukowano go ze sztucznego mleka.
Krzysztof gotował osobno dla nas i osobno dla oficerów, którzy jako jedyni chwalili jego kuchnię. Nie mogłem wyjść z podziwu, że kucharz w ogóle się nie przejmował pełnym koszem na śmieci niezjedzonego prowiantu, praktycznie codziennie. Największą hipokryzją było dla mnie to, jak przy wydawce brał ktoś obiad. Siadał do stołu, gryzł kawałek mięsa, próbował popychać to ziemniakiem, po czym po pięciu minutach żucia jak gumę rezygnował i wszystko wypierdalał do kosza specjalnie ustawionego w rogu tak, że kucharz go nie widział. Jeśli musiał przejść obok luku podawczego, to trzymał talerz pod parapetem, aby Krzysztof nie widział, ile jedzenia wyrzuca. Wracając od kosza idąc z talerzem w kierunku zlewu, każdy grzecznie dziękował Krzysiowi niczym Bogu za posiłek. Masakra.
Pamiętam jak dziś dzień, w którym na obiad były ozory wieprzowe w sosie musztardowym, ziemniaki i surówka z białej kapusty. Był to już późniejszy etap rejsu i trochę schudłem do tego czasu. Ojciec bojąc się, że mogę zszokować mamę po powrocie swoim wyglądem, namawiał mnie do jedzenia. Zup nie jadłem, chociaż były do każdego obiadu. Szybko nauczyłem się, że smakują wszystkie jednakowo holenderską kostką rosołową (przed moim przyjazdem na statek w Rotterdamie kupili jedzenie na cały rejs) i generują takie wzdęcia, że człowiek z katarem się dusił, jak puściłeś po nich bąka. Dałem się namówić na te ozory. Śniadanie było tego dnia słabe, samych grzanek z dżemem wiecznie jeść nie mogłem. Stwierdziłem, że najwyżej przemęczę same ziemniaki z sosem. Oczywiście usłyszałem standardowe „zjedz mięso, ziemniaki zostaw”. Wydawka była idealnie na wprost stołu ekipy z maszyny, z którą zawsze jadłem. Tacie było głupio, że wywalam prawie każdy obiad poza frytkami (były z paczki, nawet Krzychu nie dał rady ich spierdolić). Ojciec siłą perswazji dopiął swego. Zjadłem to coś zwane daniem głównym. Jakąś godzinę po obiedzie zaczęło mi się odbijać, gównem… Byłem już oswojony z bujaniem, potrafiłem przenieść pełen po rant kubek kawy z mesy do telewizornii, a tymczasem czuję zapach fekaliów w buzi. „Będę rzygał” pomyślałem. No nie wierzę, oswojony z oceanem a tymczasem wracamy do podstaw. „Zrobię sobie rumianek” pomyślałem, zawsze pomagało. Nie tym razem, sos musztardowy Krzysztofa nie dawał za wygraną. Reszta załogi również dzielnie walczyła, po obiedzie część ekipy, w tym ja, szła na kawę do telewizornii. Miny mieli nietęgie, ale ich żołądki chyba mimo wszystko przywykły. Mój piętnastoletni delikatny pojemnik na jedzenie nie był zwyczajny takiej kuchni, mama dbała o bebechy. Po dwóch godzinach od obiadu ruszyły wzdęcia na zmianę z odbijaniem o zapachu obornika. Czułem, że przegrywam tę nierówną walkę. Poszedłem do maszyny do ojca po klucze od jego kajuty. Miał wygodną kanapę, nie to co moja. Tego dnia statek był ustawiony dziobem pod falę. Bujało góra - dół co nie było korzystne dla mojego brzucha. Kanapa ustawiona prostopadle do podłużnego boku statku zachowywała się jak hamak. Po rumianku czas na miętę. Wypiłem, leżę na boku, bekam i pierdzę, kwiaty więdną (tak mój ojciec miał kwiaty i później żałował). Mijała trzecia godzina męczarni, znowu odbiło mi się zapachem kupy, tym razem z lekkim refluksem, zapach zamienił się w smak, który nie zniknął. Ruszyłem pędem do toalety. Wymiotując tym czymś co nazywali obiadem, ze łzami w oczach tęskniłem za kuchnią mamusi.
Ponad dwie trzecie moich posiłków składało się z grzanek z dżemem, mleka, serków wiejskich, jogurtów, bułek (od czasu do czasu Krzysztof piekł, chwała mu za to), kabanosów i jajecznicy. To ostatnie danie jak było na śniadanie, to biłem rekordy w ilości jajek na raz. Wszyscy jak schodzili na śniadanie to przy wydawce kucharz pytał się z ilu kurzych płodów ma ci urobić żółtej brei. Jajecznica jeszcze była spoko, ze szczypiorkiem, także doszedłem do 10 jajek bez problemu, często był to mój jedyny posiłek poza twarożkiem tego dnia. W niedzielę po obiedzie były lody, Algida przy nich śmiało mogła uzyskać status Kraftowych. Każdego dnia nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu będzie port.
Ponad dwie trzecie moich posiłków składało się z grzanek z dżemem, mleka, serków wiejskich, jogurtów, bułek (od czasu do czasu Krzysztof piekł, chwała mu za to), kabanosów i jajecznicy. To ostatnie danie jak było na śniadanie, to biłem rekordy w ilości jajek na raz. Wszyscy jak schodzili na śniadanie to przy wydawce kucharz pytał się z ilu kurzych płodów ma ci urobić żółtej brei. Jajecznica jeszcze była spoko, ze szczypiorkiem, także doszedłem do 10 jajek bez problemu, często był to mój jedyny posiłek poza twarożkiem tego dnia. W niedzielę po obiedzie były lody, Algida przy nich śmiało mogła uzyskać status Kraftowych. Każdego dnia nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu będzie port.
-----------------------------
Ogłoszenia parafialne! Duża część z was pisała do mnie prywatnie, żebym się nie poddawał i dociągnął opowieść do końca. Zaszło to już na tyle daleko i dostałem z Waszej strony takie wsparcie o jakim mogłem do tej pory w życiu tylko pomarzyć, że postanowiłem napisać całość.
Na bieżąco piszę to wszystko w Wordzie, przypominają mi się co jakiś czas różne anegdoty, dzis siedzieliśmy ponad godzinę z ojcem nad tematem, także płyniemy dalej.
Jak juz siadam do pisania to robię dzidę. Mam więcej czasu - to będzie dłuższa, mniej - niestety krótsza. Raz dogodzę jednym, innym razem drugim. Prośba do osób, które czekają na kolejne części o wymienianie się info, że wyszło, do wszystkich napisać nie dam rady.
Dziękuję za wsystkie cenne uwagi, mam przeczytane ok 99% komentarzy, nie na wszystkie odpisuję :P
Tymczasem Wypierdalam!
Ogłoszenia parafialne! Duża część z was pisała do mnie prywatnie, żebym się nie poddawał i dociągnął opowieść do końca. Zaszło to już na tyle daleko i dostałem z Waszej strony takie wsparcie o jakim mogłem do tej pory w życiu tylko pomarzyć, że postanowiłem napisać całość.
Na bieżąco piszę to wszystko w Wordzie, przypominają mi się co jakiś czas różne anegdoty, dzis siedzieliśmy ponad godzinę z ojcem nad tematem, także płyniemy dalej.
Jak juz siadam do pisania to robię dzidę. Mam więcej czasu - to będzie dłuższa, mniej - niestety krótsza. Raz dogodzę jednym, innym razem drugim. Prośba do osób, które czekają na kolejne części o wymienianie się info, że wyszło, do wszystkich napisać nie dam rady.
Dziękuję za wsystkie cenne uwagi, mam przeczytane ok 99% komentarzy, nie na wszystkie odpisuję :P
Tymczasem Wypierdalam!