Wiedza
6 m
3
„W tradycyjnej wersji legendy, zachowanej wśród mieszkańców archipelagu, Dakuwaqa nie jest zwykłym morskim stworzeniem, lecz jedną z dawnych istot, która przybrała postać rekina i zaczęła walczyć o dominację nad wyspami. ”
- na podstawie materiałów z The Fijian Myth of the Greedy God
- na podstawie materiałów z The Fijian Myth of the Greedy God
Dakuwaqa (wym. da-ku-wa-nga) to postać z tradycji Fidżi, zwykle opisywana jako bóg-rekin należąca do szerokiego kręgu dawnych wierzeń morskich archipelagu. W przekazach nie jest jedynie symbolem zagrożenia, pełni także funkcję opiekuna ludzi morza, zwłaszcza rybaków i żeglarzy. Smithsonian Ocean przedstawia go wręcz jako fidżyjskiego, półludzkiego, półrekiniego boga-wojownika, uważanego za życzliwego protektora rybaków. Z kolei lokalna prasa fidżyjska podkreśla, że w starszej tradycji był on zarazem pomocny podczas katastrof morskich i groźny dla tych, którzy nie okazywali mu szacunku.
Jeśli chodzi o wygląd, tradycja nie przypisuje Dakuwaqi jednego, ustalonego wizerunku. Niekiedy pojawia się on po prostu jako rekin, co odpowiada jego morskiej funkcji i związkowi z niebezpieczeństwami oceanu. W innych przekazach ma charakter hybrydalny. Opisuje się go jako istotę półludzką, półrekinią, a lokalne tradycje fidżyjskie podkreślają jego zmiennokształtność. W ujęciu popularnonaukowym można więc powiedzieć, że Dakuwaqa nie miał jednej oficjalnej anatomii, lecz był wyobrażany zgodnie z logiką tradycji ustnej. Raz jako wielki rekin, innym razem jako istota zdolna przybrać ludzką lub odmienną postać, zależnie od kontekstu danej opowieści.
Najbardziej znana legenda wiąże Dakuwaqę z próbą podporządkowania sobie kolejnych wysp i ich morskich strażników. Artykuły przedstawiają go jako boga, który popadł w pychę i zapragnął zapanować nad całym archipelagiem. W tej wersji pokonuje kolejnych przeciwników, aż dociera w okolice Kadavu [1], gdzie napotyka potężnego strażnika przejścia w rafie. W wielu wariantach jego przeciwnikiem jest wielka ośmiornica, często identyfikowana jako Rokobakaniceva. Starcie kończy się porażką Dakuwaqi. Przeciwnik powstrzymuje go w wąskim przesmyku i zmusza do złożenia obietnicy, że nigdy nie zaatakuje Kadavu. W późniejszej tradycji to właśnie z tej porażki wywodzi się jego funkcja opiekuna określonych wód i związanych z nimi społeczności.
[1] Czwarta co do wielkości, wulkaniczna wyspa Fidżi, słynąca z dzikiej przyrody.
[1] Czwarta co do wielkości, wulkaniczna wyspa Fidżi, słynąca z dzikiej przyrody.
W literaturze Dakuwaqa pojawia się przede wszystkim jako bohater zbiorów legend i opracowań poświęconych tradycjom Fidżi. Już w książce sir Reginalda St.-Johnstona The Lau Islands (Fiji) and Their Fairy Tales and Folklore z 1918 roku znajduje się rozdział zatytułowany The Shark God and the Father. Co pokazuje, że motywy związane z bogiem-rekinem były utrwalane drukiem co najmniej od początku XX wieku. Nowsze opracowania i popularyzatorskie ujęcia, takie jak The Fijian myth of the greedy god , czy teksty lokalnej prasy fidżyjskiej, nie tyle kreują tę postać na nowo a przekazują starszy materiał tradycji ustnej w formie bardziej przystępnej dla współczesnego odbiorcy.
Ahoj dzidowcy! Dokończenie części 5 :)
Życzę miłej soboty i miłego czytania, dziś trochę więcej o codzinności na statku... Zapraszam!
Poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4455274/dzida-o-statkach-cz-5-daleko-jeszcze-vol-1
---------------------------------------
SZPITALIK
Życzę miłej soboty i miłego czytania, dziś trochę więcej o codzinności na statku... Zapraszam!
Poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4455274/dzida-o-statkach-cz-5-daleko-jeszcze-vol-1
---------------------------------------
SZPITALIK
(Zdjęcie poglądowe)
Drogi czytelniku, podczas lektury zapewne co jakiś czas zastanawiasz się, co dzieje się w przypadku wypadku, choroby? Selekcja naturalna na statku bywa bardzo surowa. Nieprzemyślane zachowanie bardzo często kończyły się kalectwem lub śmiercią. Niestety to nie są żarty, w mediach, a szczególnie polskich, rzadko mówi się o pojedynczych przypadkach śmiertelnych w marynarce handlowej, nie to co o górnikach, zaraz żałoba narodowa. Tymczasem statystyki w ujęciu globalnym stawiają pracę „na morzu” na równi z branżą wydobywczą, niektóre publikacje w Internecie sugerują, że praca na statkach jest nawet bardziej niebezpieczna. Tu oczywiście zależy co porównujemy, górnictwo w Polsce jest w czołówce wypadków w stosunku do górnictwa na świecie. Jeśli chodzi o transport morski i rybołówstwo, czym zajmował się mój ojciec, globalnie jest na równi.
Podczas postoju w Antwerpii, przed wypłynięciem do Vigo, tankowaliśmy mazut oraz olej napędowy do agregatów. Przy podłączaniu węży od barki z paliwem (bunkierki) pomagał mój ojciec. Przy okazji dopowiem, że kolektor bunkrowy, czyli miejsce, gdzie są końcówki rurociągów z kołnierzami do podłączania węży z paliwem, na Grey Fox znajdowały się na lewej burcie w poziomie pokładu głównego zaraz przy schodach na wyższe poziomy. Z lewą i prawą burtą jest taka sama zasada jak w samochodzie, lewa to ta, gdzie lewa ręka kierowcy jak siedzi na kółkiem i patrzy na drogę, a lewa burta to ta, gdzie lewa ręka jak stoisz na mostku i patrzysz na dziób statku. Oczywiste…
Brakowało jakiegoś klucza, więc trata poszedł go szukać w pobliskim magazynku zlokalizowanym przy przejściu między burtami, zaraz przy nadbudówce. Wracając walnął lekko czołem o jakąś belkę od podestu poziom wyżej, pokład w samym przejściu był podniesiony i normalnie każdy musiał przechodzić pochylony. Rutyna poskutkowała lekkim guzem i zadrapaniem.
Drogi czytelniku, podczas lektury zapewne co jakiś czas zastanawiasz się, co dzieje się w przypadku wypadku, choroby? Selekcja naturalna na statku bywa bardzo surowa. Nieprzemyślane zachowanie bardzo często kończyły się kalectwem lub śmiercią. Niestety to nie są żarty, w mediach, a szczególnie polskich, rzadko mówi się o pojedynczych przypadkach śmiertelnych w marynarce handlowej, nie to co o górnikach, zaraz żałoba narodowa. Tymczasem statystyki w ujęciu globalnym stawiają pracę „na morzu” na równi z branżą wydobywczą, niektóre publikacje w Internecie sugerują, że praca na statkach jest nawet bardziej niebezpieczna. Tu oczywiście zależy co porównujemy, górnictwo w Polsce jest w czołówce wypadków w stosunku do górnictwa na świecie. Jeśli chodzi o transport morski i rybołówstwo, czym zajmował się mój ojciec, globalnie jest na równi.
Podczas postoju w Antwerpii, przed wypłynięciem do Vigo, tankowaliśmy mazut oraz olej napędowy do agregatów. Przy podłączaniu węży od barki z paliwem (bunkierki) pomagał mój ojciec. Przy okazji dopowiem, że kolektor bunkrowy, czyli miejsce, gdzie są końcówki rurociągów z kołnierzami do podłączania węży z paliwem, na Grey Fox znajdowały się na lewej burcie w poziomie pokładu głównego zaraz przy schodach na wyższe poziomy. Z lewą i prawą burtą jest taka sama zasada jak w samochodzie, lewa to ta, gdzie lewa ręka kierowcy jak siedzi na kółkiem i patrzy na drogę, a lewa burta to ta, gdzie lewa ręka jak stoisz na mostku i patrzysz na dziób statku. Oczywiste…
Brakowało jakiegoś klucza, więc trata poszedł go szukać w pobliskim magazynku zlokalizowanym przy przejściu między burtami, zaraz przy nadbudówce. Wracając walnął lekko czołem o jakąś belkę od podestu poziom wyżej, pokład w samym przejściu był podniesiony i normalnie każdy musiał przechodzić pochylony. Rutyna poskutkowała lekkim guzem i zadrapaniem.
Za Vigo, czyli niecały tydzień później, rana zaczęła ropieć, ojciec dostał lekkiej gorączki. Wdała się infekcja bakteryjna. O lekarzu nie było mowy, płyniemy do Afryki, nikt nie będzie zawracał statku. W takich przypadkach jesteś zdany na II oficera z pokładu, który odpowiada za tzw. „szpitalik” statkowy (Sick Bay). Im lepiej wyszkolony w sprawach medycznych oficer, tym masz większe szanse, że nie dopłyniesz do kolejnego portu w chłodni. Ojciec dostał antybiotyk doustny oraz w formie maści. Dodatkowo ibuprofen na gorączkę i stan zapalny. Na szczęście to wystarczyło i w połowie Atlantyku rana była całkowicie wyleczona, blizna pozostała do dziś.
Dla wielu jest to niewyobrażalne, jak człowiek bez tytułu medycznego, jedynie posiadający rozszerzony kurs pierwszej pomocy medycznej potrafił dobrać antybiotyk. Jeśli mamy reformować NFZ to na wzór marynarki handlowej, bo dobór leków to tylko część zabawy. II oficer jest przeszkolony z robienia zastrzyków, szycia ran i zakładania wenflonu. Tak, w Polsce jedziesz na SOR i masz problem, żeby zszyli cię jak nie ma chirurga. Na statku szyje cię oficer pokładowy. Chyba, że jest sierota i mdleje na widok krwi, to masz problem…
Szpitalik na Grey Fox był całkiem dobrze wyposażony, poza łóżkiem szpitalnym był też zestaw do kroplówki, defibrylator i pokaźna lodówka z lekami. Na wypadek poważnego uszczerbku na zdrowiu wymagającego zabrania pacjenta helikopterem była nawet morfina… Pomieszczenie to znajdowało się na tym samym poziomie co mesa, zaraz obok telewizornii (Deck F), czyli jedno piętro wyżej co pokład główny.
Najbardziej ekstremalną sytuację w swojej karierze mój ojciec miał na statku Yellowstone (ten sam armator co Grey Fox). I oficer z pokładu narodowości birmańskiej koordynujący załadunek w porcie Richard’s Bay (RPA) poślizgnął się na drabinie w luku do ładowni i spadł około 10 m w dół. Na statku wszystko jest twarde, sama stal, chwila nieuwagi i lecisz. Chłop uderzył głową o dno ładowni i zmarł zanim ktokolwiek zdążył do niego zejść. Przez trzy dni statek był „zamknięty”, trwało dochodzenie z inspekcji pracy, aby wyjaśnić okoliczności. Po zakończeniu czynności, ze względu na odległość między RPA a Birmą, pogrzeb odbył się na miejscu. Prochy zostały wysłane do rodziny w urnie. Ojciec do dziś ciężko wspomina ten dzień, bo chłopak był młody, miał brać ślub po powrocie. Birmańczycy robili rejsy minimum rok, krótsze im się nie opłacały, przy okazji utrzymywali praktycznie całą rodzinę.
---------------------------------------
KANTYNA
Dla wielu jest to niewyobrażalne, jak człowiek bez tytułu medycznego, jedynie posiadający rozszerzony kurs pierwszej pomocy medycznej potrafił dobrać antybiotyk. Jeśli mamy reformować NFZ to na wzór marynarki handlowej, bo dobór leków to tylko część zabawy. II oficer jest przeszkolony z robienia zastrzyków, szycia ran i zakładania wenflonu. Tak, w Polsce jedziesz na SOR i masz problem, żeby zszyli cię jak nie ma chirurga. Na statku szyje cię oficer pokładowy. Chyba, że jest sierota i mdleje na widok krwi, to masz problem…
Szpitalik na Grey Fox był całkiem dobrze wyposażony, poza łóżkiem szpitalnym był też zestaw do kroplówki, defibrylator i pokaźna lodówka z lekami. Na wypadek poważnego uszczerbku na zdrowiu wymagającego zabrania pacjenta helikopterem była nawet morfina… Pomieszczenie to znajdowało się na tym samym poziomie co mesa, zaraz obok telewizornii (Deck F), czyli jedno piętro wyżej co pokład główny.
Najbardziej ekstremalną sytuację w swojej karierze mój ojciec miał na statku Yellowstone (ten sam armator co Grey Fox). I oficer z pokładu narodowości birmańskiej koordynujący załadunek w porcie Richard’s Bay (RPA) poślizgnął się na drabinie w luku do ładowni i spadł około 10 m w dół. Na statku wszystko jest twarde, sama stal, chwila nieuwagi i lecisz. Chłop uderzył głową o dno ładowni i zmarł zanim ktokolwiek zdążył do niego zejść. Przez trzy dni statek był „zamknięty”, trwało dochodzenie z inspekcji pracy, aby wyjaśnić okoliczności. Po zakończeniu czynności, ze względu na odległość między RPA a Birmą, pogrzeb odbył się na miejscu. Prochy zostały wysłane do rodziny w urnie. Ojciec do dziś ciężko wspomina ten dzień, bo chłopak był młody, miał brać ślub po powrocie. Birmańczycy robili rejsy minimum rok, krótsze im się nie opłacały, przy okazji utrzymywali praktycznie całą rodzinę.
---------------------------------------
KANTYNA
(Przepraszam za AI, ale za hugo nie mogłem poszukać odpowiedniego zdjęcia w necie co by pasowało)
Temat alkoholu na statku jest dla wszystkich oczywisty. Nie od dziś wiadomo, że prawdziwym marynarzem buja nie tylko na statku, ale także i na lądzie. Ojciec opowiadając znajomym historie z rejsów, zawsze był pytany „no ale skąd wy braliście ten cały alkohol i dlaczego tak tanio?” Tata odpowiadał naturalnie „z kantyny”, dla niego było to oczywiste, ale dla rozmówcy już niekoniecznie. „Co to ta kantyna? Jakaś barka podpływała do was niczym sklep obwoźny w porcie i żeście kupowali co chcecie?” Praktycznie pytał o to każdy i tak to sobie wyobrażał.
Kantyna w rzeczywistości jest to zwykłe pomieszczenie magazynowe, na Grey Fox zaraz obok pomieszczenia lodówki, którego drzwi umożliwiały zamknięcie go na kłódkę. W pomieszczeniu tym znajdowały się alkohol, papierosy, napoje gazowane oraz spożywka spoza podstawowego wyżywienia marynarza, czyli chipsy, czekolady, orzeszki solone i inne przekąski. Sklepikiem statkowym zarządzał I oficer. U niego składało się zamówienia na produkty pierwszej potrzeby, a on prowadził ewidencję, ile potrącić Tobie z pensji. Zamówienia wydawane były we wtorki i piątki po kolacji do godziny 19:00. W te dni najpóźniej do godziny 12:00 musiałeś poinformować Chiefa co i ile chcesz, inaczej weekend na sucho. Przed wpłynięciem do portu Kantyna była nie tylko zamykana na kłódkę, co jeszcze plombowana. Był to obowiązek, aby nie dostać kary. Kontrole w portach były regularne.
Wszystkie towary w kantynie były zwolnione z jakichkolwiek podatków i akcyzy. Dziś chciałbym taki sklepik dla siebie. Co, ile kosztowało było wywieszone w mesie na tablicy magnetycznej. Ile daliśmy radę z ojcem sięgnąć pamięcią do cen z tamtego czasu, tyle poniżej:
- Johnny Walker RED 0,7L – 5$ - zwany sikaczem, ze względu na cenę, mój ojciec do dziś się śmieje z „koneserów” tego trunku.
- Chivas Regal 12Y 0,7L – 8$
- Jack Daniels 0,7L – 8$
- Ballantines 0,7L – 6$
- L&M wagon 10 szt. – 6$
- Marlborro wagon 10 szt. – 8$
- Pepsi / Fanta / Cola karton 24 puszki 0,33L – 10$
- Piwo Castle Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - bardzo dobre piwo z RPA, naprawdę przyznalibyście mi rację, ojciec jak tylko miał okazję to zawsze przywoził do PL.
- Piwo Beck’s karton 24 butelki 0,33L – 8$
- Piwo Amstel Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - był tylko lepszy od Black Lagera z RPA
- Piwo Warsteiner karton 24 butelki 0,33L – 8$ - dla mnie 2 miejsce po Castle
- Piwo Carling Black Label karton 24 butelki 0,33L – 6$ - załoga mówiła na nie „Mocz Mandeli”, niektórzy pili, bo tanie.
- Czekolada Ritter Sport – 1$ - nie opłacało się za cholerę, ale tata zawsze coś wziął w piątek na weekend, najlepsza była miętowa, drugiej takiej dobrej nie jadłem.
Jak zapewne zauważyliście, piwo było tańsze od Fanty, weź tu nie pij... Kurs dolara w tamtym czasie to 1,00 USD = 3,53 PLN
W pewnym momencie rejsu Damian wpadł na genialny pomysł, że zaczną brać więcej papierosów niż są w stanie spalić. W Polsce w tamtym czasie paczka L&M kosztowała trochę ponad 4 złote, więc na statku praktycznie dwukrotnie taniej. Mimo wszystko szmuglowanie papierosów do Polski nie było żadnym biznesem, natomiast w UK w tym czasie papierosy kosztowały kilka funtów za paczkę. Statek miał w powrocie zaplanowany port w Anglii. Tata dał się tylko raz namówić na ponadnormatywne kupowanie papierosów. Zysk był niewielki w stosunku do ryzyka. Oficjalnie podczas tamtego rejsu z Damianem palili około 3 paczki papierosów dziennie na osobę…
---------------------------------------
PARTY
Temat alkoholu na statku jest dla wszystkich oczywisty. Nie od dziś wiadomo, że prawdziwym marynarzem buja nie tylko na statku, ale także i na lądzie. Ojciec opowiadając znajomym historie z rejsów, zawsze był pytany „no ale skąd wy braliście ten cały alkohol i dlaczego tak tanio?” Tata odpowiadał naturalnie „z kantyny”, dla niego było to oczywiste, ale dla rozmówcy już niekoniecznie. „Co to ta kantyna? Jakaś barka podpływała do was niczym sklep obwoźny w porcie i żeście kupowali co chcecie?” Praktycznie pytał o to każdy i tak to sobie wyobrażał.
Kantyna w rzeczywistości jest to zwykłe pomieszczenie magazynowe, na Grey Fox zaraz obok pomieszczenia lodówki, którego drzwi umożliwiały zamknięcie go na kłódkę. W pomieszczeniu tym znajdowały się alkohol, papierosy, napoje gazowane oraz spożywka spoza podstawowego wyżywienia marynarza, czyli chipsy, czekolady, orzeszki solone i inne przekąski. Sklepikiem statkowym zarządzał I oficer. U niego składało się zamówienia na produkty pierwszej potrzeby, a on prowadził ewidencję, ile potrącić Tobie z pensji. Zamówienia wydawane były we wtorki i piątki po kolacji do godziny 19:00. W te dni najpóźniej do godziny 12:00 musiałeś poinformować Chiefa co i ile chcesz, inaczej weekend na sucho. Przed wpłynięciem do portu Kantyna była nie tylko zamykana na kłódkę, co jeszcze plombowana. Był to obowiązek, aby nie dostać kary. Kontrole w portach były regularne.
Wszystkie towary w kantynie były zwolnione z jakichkolwiek podatków i akcyzy. Dziś chciałbym taki sklepik dla siebie. Co, ile kosztowało było wywieszone w mesie na tablicy magnetycznej. Ile daliśmy radę z ojcem sięgnąć pamięcią do cen z tamtego czasu, tyle poniżej:
- Johnny Walker RED 0,7L – 5$ - zwany sikaczem, ze względu na cenę, mój ojciec do dziś się śmieje z „koneserów” tego trunku.
- Chivas Regal 12Y 0,7L – 8$
- Jack Daniels 0,7L – 8$
- Ballantines 0,7L – 6$
- L&M wagon 10 szt. – 6$
- Marlborro wagon 10 szt. – 8$
- Pepsi / Fanta / Cola karton 24 puszki 0,33L – 10$
- Piwo Castle Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - bardzo dobre piwo z RPA, naprawdę przyznalibyście mi rację, ojciec jak tylko miał okazję to zawsze przywoził do PL.
- Piwo Beck’s karton 24 butelki 0,33L – 8$
- Piwo Amstel Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - był tylko lepszy od Black Lagera z RPA
- Piwo Warsteiner karton 24 butelki 0,33L – 8$ - dla mnie 2 miejsce po Castle
- Piwo Carling Black Label karton 24 butelki 0,33L – 6$ - załoga mówiła na nie „Mocz Mandeli”, niektórzy pili, bo tanie.
- Czekolada Ritter Sport – 1$ - nie opłacało się za cholerę, ale tata zawsze coś wziął w piątek na weekend, najlepsza była miętowa, drugiej takiej dobrej nie jadłem.
Jak zapewne zauważyliście, piwo było tańsze od Fanty, weź tu nie pij... Kurs dolara w tamtym czasie to 1,00 USD = 3,53 PLN
W pewnym momencie rejsu Damian wpadł na genialny pomysł, że zaczną brać więcej papierosów niż są w stanie spalić. W Polsce w tamtym czasie paczka L&M kosztowała trochę ponad 4 złote, więc na statku praktycznie dwukrotnie taniej. Mimo wszystko szmuglowanie papierosów do Polski nie było żadnym biznesem, natomiast w UK w tym czasie papierosy kosztowały kilka funtów za paczkę. Statek miał w powrocie zaplanowany port w Anglii. Tata dał się tylko raz namówić na ponadnormatywne kupowanie papierosów. Zysk był niewielki w stosunku do ryzyka. Oficjalnie podczas tamtego rejsu z Damianem palili około 3 paczki papierosów dziennie na osobę…
---------------------------------------
PARTY
Tradycją na Grey Fox był grill po przepłynięciu równika. Odbywał się on w najbliższą sobotę zamiast kolacji. Niedziela następnego dnia była wolna. Dla mnie wybawienie. Nareszcie normalne jedzenie. W końcu zrozumiałem po co ojciec brał kiełbasy z domu i trzymał je w lodówce w kabinie tak długo. Party, bo tak nazywali ten event marynarze, oficjalnie organizował i sponsorował kapitan. Taa na pewno ze swojej pensji, z budżetu statkowego wszystko szło, no ale nie ma co narzekać, czas się najeść.
Cała impreza zlokalizowana była na rufie, dwa poziomy wyżej od pokładu głównego (Deck E). Pod nami były bębny od cum. Na imprezę rozciągana była wielka plandeka, która pełniła funkcję zadaszenia. Grill był z beczki po oleju przeciętej na pół wzdłużnie. Nogi wyspawane w warsztacie w maszynie, wiadomo przez kogo 😉
Nagle nie wiadomo skąd kucharz serwował z grilla cienkie kiełbaski, grube kiełbaski, karkówkę, burgery. Szok, jakby nie mógł tak cały rejs. Ślina mi ciekła jak bezdomnemu psu. Ojciec mówił mi, że jak się wstępnie wszyscy nażrą, dosłownie, nie byłem sam tak cholernie głodny, to wrzucimy na ruszt naszą lokalną kiełbasę, tak na deser 😉Jestem głodny pisząc te wspomnienia, łącznie schudłem przez cały rejs 8kg, pamiętam ten wilczy apetyt po dziś dzień.
Kapitan stawiał dla załogi karton piwa, karton coli i dwie flaszki (z reguły Chivas), po jednej dla pokładu i maszyny. Każdy z załogi też coś przynosił i robił się jeden wielki szwedzki stół. Był to czas integracji, wyrzucania żalów w kuluarach, a także gaszenia konfliktów. Mimo, że następny dzień był wolny to każdy z załogi się pilnował. Nikt nie chciał walnąć gafy przy kapitanie i zapewnić sobie bezrobocia na lądzie. Party z reguły trwało od ok. 17 do 22. Tata prosił mnie, żebym ok 20:00, jak już się najem na kolejny tydzień, poszedł do siebie, co załoga swobodniej sobie pogada i będzie to też lepiej świadczyło o mnie jako piętnastolatku. Nie protestowałem. Dla mnie najważniejsze było napełnić żołądek, czymś innym niż grzanki z dżemem, a także trochę pogadać z członkami załogi z którymi na co dzień nie mam okazji zamienić słowa. Pamiętam jak „Trener” wygarnął mi, że „nie jesteśmy na Ty”, napomknę, że jakoś samo tak wyszło, bo wszyscy mówili Zbyszek to, Zbyszek tamto, do czasu grilla też tak mówiłem i nie protestował ani razu. Trochę wypił i mi wygarnął. Przeprosiłem i powiedział mi „no to od teraz mów mi Zbyszku”. Stuknęliśmy się na zdrowie, ja Fantą (miałem swoją ze sklepiku) a Zbyszek drinkiem. Cała sytuacja miała miejsce w towarzystwie kapitana, Kalafiora i Fasoli, których miny jasno okazywały lekkie ogłupienie.
Cała impreza zlokalizowana była na rufie, dwa poziomy wyżej od pokładu głównego (Deck E). Pod nami były bębny od cum. Na imprezę rozciągana była wielka plandeka, która pełniła funkcję zadaszenia. Grill był z beczki po oleju przeciętej na pół wzdłużnie. Nogi wyspawane w warsztacie w maszynie, wiadomo przez kogo 😉
Nagle nie wiadomo skąd kucharz serwował z grilla cienkie kiełbaski, grube kiełbaski, karkówkę, burgery. Szok, jakby nie mógł tak cały rejs. Ślina mi ciekła jak bezdomnemu psu. Ojciec mówił mi, że jak się wstępnie wszyscy nażrą, dosłownie, nie byłem sam tak cholernie głodny, to wrzucimy na ruszt naszą lokalną kiełbasę, tak na deser 😉Jestem głodny pisząc te wspomnienia, łącznie schudłem przez cały rejs 8kg, pamiętam ten wilczy apetyt po dziś dzień.
Kapitan stawiał dla załogi karton piwa, karton coli i dwie flaszki (z reguły Chivas), po jednej dla pokładu i maszyny. Każdy z załogi też coś przynosił i robił się jeden wielki szwedzki stół. Był to czas integracji, wyrzucania żalów w kuluarach, a także gaszenia konfliktów. Mimo, że następny dzień był wolny to każdy z załogi się pilnował. Nikt nie chciał walnąć gafy przy kapitanie i zapewnić sobie bezrobocia na lądzie. Party z reguły trwało od ok. 17 do 22. Tata prosił mnie, żebym ok 20:00, jak już się najem na kolejny tydzień, poszedł do siebie, co załoga swobodniej sobie pogada i będzie to też lepiej świadczyło o mnie jako piętnastolatku. Nie protestowałem. Dla mnie najważniejsze było napełnić żołądek, czymś innym niż grzanki z dżemem, a także trochę pogadać z członkami załogi z którymi na co dzień nie mam okazji zamienić słowa. Pamiętam jak „Trener” wygarnął mi, że „nie jesteśmy na Ty”, napomknę, że jakoś samo tak wyszło, bo wszyscy mówili Zbyszek to, Zbyszek tamto, do czasu grilla też tak mówiłem i nie protestował ani razu. Trochę wypił i mi wygarnął. Przeprosiłem i powiedział mi „no to od teraz mów mi Zbyszku”. Stuknęliśmy się na zdrowie, ja Fantą (miałem swoją ze sklepiku) a Zbyszek drinkiem. Cała sytuacja miała miejsce w towarzystwie kapitana, Kalafiora i Fasoli, których miny jasno okazywały lekkie ogłupienie.
Poszedłem do kajuty, reszta załogi posiedziała, ile dała radę, Kapitan podobno zmył się około 21. Najgorzej mieli motorzyści z maszyny oraz oficerowie na mostku, kto miał wachtę niestety musiał ją odbyć i mógł przyjść dopiero po, a kto miał po party, musiał się pilnować z alkoholem. Statek mimo wszystko płynął dalej. Pozostała część załogi mogła delektować się wolną niedzielą.
Grill był miłym wydarzeniem, ale dla mnie miał też smutny akcent. Mianowicie w 2004 roku nie miałem odtwarzacza MP3 ani żadnego mini radia. Na równiku byliśmy po około 2 tygodniach od opuszczenia domu. Poza filmami i ich ścieżką dźwiękową, praktycznie nie miałem styczności z muzyką. Radio nie odbierało, ojciec nic w kajucie nie miał. Wziąłem ze sobą jakieś płyty z polskim rapem z Brawo (kto pamięta tę gazetę?), tyle że nie było ich gdzie odtwarzać. U taty w kajucie był jedynie odtwarzacz VHS… Podczas party jeden z marynarzy przyniósł radio- odtwarzacz CD a Jonathan, kotwica w plecy mu za to, afrykańskie szlagiery. Spragniony muzyki przez lekko 3h słuchałem jakiegoś gówna co rozwalało uszy, kto pił to się cieszył z tej muzyki, ja nie piłem... Jak byłem już w kabinie to ktoś puścił całą płytę 18L (jeden osiem L), do teraz zastanawiam się czy tek koleś wie już „jak zapomnieć”.
Finalnie podczas rejsu zostałem zmuszony do zostania fanem Vaya Con Dios, marynarz kajutę obok mnie słuchał jej tak długo aż zasnął, codziennie. Do dziś mam dwie ulubione piosenki tego zespołu, numer 1 to „Time Flies” oraz nr 2 „Puerto Rico”. Jak na złość robił głośniej na „Time Flies” i podczas refrenu robiły mi się szkliste oczy w tęsknocie za domem. O ironio Dani Klein pochodzi z Belgii.
Grill był miłym wydarzeniem, ale dla mnie miał też smutny akcent. Mianowicie w 2004 roku nie miałem odtwarzacza MP3 ani żadnego mini radia. Na równiku byliśmy po około 2 tygodniach od opuszczenia domu. Poza filmami i ich ścieżką dźwiękową, praktycznie nie miałem styczności z muzyką. Radio nie odbierało, ojciec nic w kajucie nie miał. Wziąłem ze sobą jakieś płyty z polskim rapem z Brawo (kto pamięta tę gazetę?), tyle że nie było ich gdzie odtwarzać. U taty w kajucie był jedynie odtwarzacz VHS… Podczas party jeden z marynarzy przyniósł radio- odtwarzacz CD a Jonathan, kotwica w plecy mu za to, afrykańskie szlagiery. Spragniony muzyki przez lekko 3h słuchałem jakiegoś gówna co rozwalało uszy, kto pił to się cieszył z tej muzyki, ja nie piłem... Jak byłem już w kabinie to ktoś puścił całą płytę 18L (jeden osiem L), do teraz zastanawiam się czy tek koleś wie już „jak zapomnieć”.
Finalnie podczas rejsu zostałem zmuszony do zostania fanem Vaya Con Dios, marynarz kajutę obok mnie słuchał jej tak długo aż zasnął, codziennie. Do dziś mam dwie ulubione piosenki tego zespołu, numer 1 to „Time Flies” oraz nr 2 „Puerto Rico”. Jak na złość robił głośniej na „Time Flies” i podczas refrenu robiły mi się szkliste oczy w tęsknocie za domem. O ironio Dani Klein pochodzi z Belgii.
Ahoj dzidowcy!
Dziś trochę krócej, codzienność dopadła człowieka, ale myślę że mi wybaczycie! Jutro nowy odcinek Invincible, nie chcę z nim konkurować o uwagę ;)
Przekażcie znajomym i rodzinie, nadeszła cz. 5 / vol 1.
Klasycznie link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4453454/dzida-o-statkach-cz-4-majtek
Zapraszam!
Dziś trochę krócej, codzienność dopadła człowieka, ale myślę że mi wybaczycie! Jutro nowy odcinek Invincible, nie chcę z nim konkurować o uwagę ;)
Przekażcie znajomym i rodzinie, nadeszła cz. 5 / vol 1.
Klasycznie link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4453454/dzida-o-statkach-cz-4-majtek
Zapraszam!
ŚMIECI
Pierwszy tydzień pracy jako majtek minął dość szybko. Po całodniowym malowaniu lub obstukiwaniu rdzy, po kolacji marzyłeś jedynie o prysznicu i o tym, żeby akurat w tym momencie nie bujało zbyt mocno. Osuszanie całej kabiny po prysznicu nie należy do przyjemności. Słodka woda na statku była dostarczana za pomocą odsalarek. Takich samych jakie stosowane są w przemyśle. Nie była jak destylowana, wręcz przeciwnie, miała kolor. Na białej umywalce miała kolor szary i co klika dni trzeba było ją od tej wody umyć, wiem brzmi absurdalnie. Podczas mycia zębów zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens, skoro sama woda brudzi. Czy nie powinienem ich płukać mineralną? Na szczęście moje uzębienie przez cały okres podróży nie pogorszyło swego stanu, ponieważ słodycze jadłem sporadycznie.
Prysznic wzięty przy użyciu odsolonej, lecz nieprzefiltrowanej wody o kolorku życia większości z nas, wymagał starannego wytarcia się, aby nalot wkomponował się w ręcznik. Szybko orientowałeś się, kiedy czas go wyprać. Pralnia była w poziomie niżej niż mesa i telewizornia, po drodze do maszynowni. Na ubrania, że tak to ujmę „cywilne” była zwykła pralka, obok niej stała suszarka automatyczna. Do pościeli i ręczników wielka przemysłowa f-my MIELE z naklejonym napisem „czyste”, co było idiotyczne, bo gdyby było czyste to bym nie prał. Autorowi naklejki chodziło o to, że ta pralka ma obsługiwać pranie nieubrudzone od smarów. Obok niej stała druga taka sama z naklejką „brudne” sugerującą, że w tej o to pralce pierzesz kombinezon. Jak się czytelnik domyśla, pralki były zasilane taką samą wodą co prysznice, szarą. Mój ręczniczek na początku podróży był biały, potem troszkę zbladł, a na koniec zmienił kolor na stałe i nie pokazywał już czy czas na pranie.
Pierwszy tydzień pracy jako majtek minął dość szybko. Po całodniowym malowaniu lub obstukiwaniu rdzy, po kolacji marzyłeś jedynie o prysznicu i o tym, żeby akurat w tym momencie nie bujało zbyt mocno. Osuszanie całej kabiny po prysznicu nie należy do przyjemności. Słodka woda na statku była dostarczana za pomocą odsalarek. Takich samych jakie stosowane są w przemyśle. Nie była jak destylowana, wręcz przeciwnie, miała kolor. Na białej umywalce miała kolor szary i co klika dni trzeba było ją od tej wody umyć, wiem brzmi absurdalnie. Podczas mycia zębów zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens, skoro sama woda brudzi. Czy nie powinienem ich płukać mineralną? Na szczęście moje uzębienie przez cały okres podróży nie pogorszyło swego stanu, ponieważ słodycze jadłem sporadycznie.
Prysznic wzięty przy użyciu odsolonej, lecz nieprzefiltrowanej wody o kolorku życia większości z nas, wymagał starannego wytarcia się, aby nalot wkomponował się w ręcznik. Szybko orientowałeś się, kiedy czas go wyprać. Pralnia była w poziomie niżej niż mesa i telewizornia, po drodze do maszynowni. Na ubrania, że tak to ujmę „cywilne” była zwykła pralka, obok niej stała suszarka automatyczna. Do pościeli i ręczników wielka przemysłowa f-my MIELE z naklejonym napisem „czyste”, co było idiotyczne, bo gdyby było czyste to bym nie prał. Autorowi naklejki chodziło o to, że ta pralka ma obsługiwać pranie nieubrudzone od smarów. Obok niej stała druga taka sama z naklejką „brudne” sugerującą, że w tej o to pralce pierzesz kombinezon. Jak się czytelnik domyśla, pralki były zasilane taką samą wodą co prysznice, szarą. Mój ręczniczek na początku podróży był biały, potem troszkę zbladł, a na koniec zmienił kolor na stałe i nie pokazywał już czy czas na pranie.
Toaleta na statku działała w systemie próżniowym podciśnieniowym. Wody w syfonie było niezbędne minimum, abyś nie był narażony na fetor ścieków i jednocześnie potencjalne przelanie się jej poza burtę klozetu podczas przechyłów ukochanej łajby. Moja pierwsza reakcja, jeszcze w Antwerpii w kajucie ojca, była wręcz komiczna. Zrobiłem siku, kliknąłem przycisk na spłuczce i w mgnieniu oka zawartość klozetu została wessana pod ciśnieniem z takim impetem, że aż podskoczyłem. „O kurwa, ale zajebiste” powiedziałem pod nosem i zacząłem żałować, że nie chce mi się na dwójkę. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak podekscytowany jak wtedy, kiedy zachce mi się kupę. Dosłownie. Moment chwały nastąpił wieczorem, jak już miałem swoją kajutę i mogłem spokojnie rozsiąść się na tronie. WC statkowe miało trochę inną konstrukcję niż to co masz w domu, muszla przypominała duży lejek, w którego dziurce stale znajdowało się trochę wody. Zrobiłem swoje, odwróciłem się bez podcierania, żeby podziwiać jak próżniowy kibel poradzi sobie ze stolcem. Nacisnąłem spłuczkę, do muszli wlała się woda i system vacuum ruszył do akcji. To co ujrzały me oczy zostało ze mną na resztę życia. Niczym rozmiękczony duży snickers, gówno zostało wessane przez dziurę, z lekkim początkowym oporem, zostawiając charakterystyczną brązową obwódkę wokół wylotu proszącą o wyczyszczenie. Ten widok wywołał we mnie obrzydzenie z jednoczesną ekscytacją, podsumowałem to krótkim polskim „ja pierdole”. Takim o to sposobem przez ponad 2 miesiące kolekcjonowałem wspomnienia wsysanych kup dzień za dniem, co potrafiło być swego rodzaju urozmaiceniem dnia. Nawet teraz jak to piszę mam wewnętrzną nadzieję, że jeszcze kiedyś dostąpię zaszczytu skorzystania z takiej toalety. Niby każdy robi to codziennie, a jednak na statku nawet załatwiania uczysz się na nowo. Pewnie zastanawiacie się, gdzie te wszystkie ścieki całej załogi wędrowały. Rurami do rozdrabniacza a potem do zbiornika, którego wylot otwierany był na otwartych wodach. Gdyby karasie były słonowodne to miałyby co jeść.
Płynąc w kierunku Afryki po przekroczeniu równika coraz częściej spotykaliśmy delfiny, które uwielbiają wyskakiwać z wody w okolicach gruszki dziobowej. Raz chcąc dobrze uchwycić ten widok w pamięci, jak malowaliśmy łańcuch od kotwicy (jego część między burtą a bębnem, tę reprezentacyjną) na dziobie. Poszedłem na sam czubek statku, gdzie była barierka. Postanowiłem, że wychyle się trochę za nią co będę miał najlepszy widok. Statkiem zabujało, stopy straciły kontakt z pokładem. Portki pełne. Baryła wytłumaczył mi wtedy, że najlepszy widok jest, jak usiądziesz przy otworze na łańcuch od kotwicy. Było się czego złapać i widoki nie gorsze. Z jednej strony przyroda, błękit i bezkres oceanu, z drugiej nasz statek trochę jak gigantyczna śmieciarka. Osobiście jestem proekologiczny, ale bez przesady - nienawidzę papierowych słomek. Uważam, że lepiej już wcale nie produkować słomek niż wciskać ludziom to papierowe gówno. Tymczasem nasz statek, aby dostarczyć 20 tys. ton ładunku gubił za sobą ścieki oraz… no właśnie. W połowie trasy na czarny ląd kontenery na śmieci były pełne. Zaczęliśmy gromadzić śmieci w workach dookoła tych kontenerów ryzykując ich zgubienie podczas sztormu. Hipokryzja polegała na tym, że podczas pracy, np. stukając rdzę z resztkami farby, czyszcząc pokład po załadunku rudy itp. to wszystkie odpady lądowały w oceanie. To co mnie przeraziło to to, że w mesie na tablicy magnetycznej wisiała rozpiska, jakie śmieci i ile od brzegu w milach morskich, można wyrzucać zgodnie z międzynarodowymi przepisami. Nie pamiętam dokładnie co na niej było, ale obawiam się, że gdyby na statku odpady radioaktywne zaczęły stanowić problem to ocean musiałby je przyjąć.
Płynąc w kierunku Afryki po przekroczeniu równika coraz częściej spotykaliśmy delfiny, które uwielbiają wyskakiwać z wody w okolicach gruszki dziobowej. Raz chcąc dobrze uchwycić ten widok w pamięci, jak malowaliśmy łańcuch od kotwicy (jego część między burtą a bębnem, tę reprezentacyjną) na dziobie. Poszedłem na sam czubek statku, gdzie była barierka. Postanowiłem, że wychyle się trochę za nią co będę miał najlepszy widok. Statkiem zabujało, stopy straciły kontakt z pokładem. Portki pełne. Baryła wytłumaczył mi wtedy, że najlepszy widok jest, jak usiądziesz przy otworze na łańcuch od kotwicy. Było się czego złapać i widoki nie gorsze. Z jednej strony przyroda, błękit i bezkres oceanu, z drugiej nasz statek trochę jak gigantyczna śmieciarka. Osobiście jestem proekologiczny, ale bez przesady - nienawidzę papierowych słomek. Uważam, że lepiej już wcale nie produkować słomek niż wciskać ludziom to papierowe gówno. Tymczasem nasz statek, aby dostarczyć 20 tys. ton ładunku gubił za sobą ścieki oraz… no właśnie. W połowie trasy na czarny ląd kontenery na śmieci były pełne. Zaczęliśmy gromadzić śmieci w workach dookoła tych kontenerów ryzykując ich zgubienie podczas sztormu. Hipokryzja polegała na tym, że podczas pracy, np. stukając rdzę z resztkami farby, czyszcząc pokład po załadunku rudy itp. to wszystkie odpady lądowały w oceanie. To co mnie przeraziło to to, że w mesie na tablicy magnetycznej wisiała rozpiska, jakie śmieci i ile od brzegu w milach morskich, można wyrzucać zgodnie z międzynarodowymi przepisami. Nie pamiętam dokładnie co na niej było, ale obawiam się, że gdyby na statku odpady radioaktywne zaczęły stanowić problem to ocean musiałby je przyjąć.
Zdjęcia poglądowe ;) Szukamy po rodzinie oryginalnych!
JEDZENIE
O ile w portach jest szansa na wyjście na miasto i zakosztowanie lokalnej kuchni, o tyle między portami załoga skazana jest na kucharza. Mesy, czyli stołówki na GREY FOX były dwie, jedna dla marynarzy druga dla oficerów. Ta pierwsza, czyli ta w której jadłem, przypominała bar mleczny z lat 90tych. Poza dwoma stołami i krzesłami stała w niej jeszcze lodówka, gdzie kucharz po kolacji zostawiał jedzenie dla nocnych pasibrzuchów. Aneks z kuchenka mikrofalową, zlew i suszarka na naczynia. Nie było zmywarki, tę funkcję pełnili członkowie załogi, głównie marynarze dostawali rejony do sprzątania. Pamiętam, jak Daniel zrobił aferę, że dlaczego on ma po wszystkich zmywać naczynia, że ja nie mam co robić to mógłbym się tym zająć. Bosman wybił mu to z głowy, aczkolwiek załoga zrobiła ukłon w stronę OS-ów i po jedzeniu każdy starał się po sobie myć na bieżąco, chyba że sytuacja wymagała zostawienia garów w zlewie, bo szykowały się manewry. Na lewo od wydawki, przez którą było widać kuchnię i Krzysztofa w swoim żywiole, wisiał regał a na nim opiekacz i chleb tostowy. Moje królestwo, wyjaśniam dlaczego w dalszej części. Mesa oficerska miała okrągłe stoły, obrusy. Na środku każdego stołu stała patera z owocami. W rogu pod bulajem mieli nawet kanapę! Jakby się ktoś przypadkiem za mocno nażarł i musiał odpocząć… Skąd to wiem? Chodziłem na wachty do maszyny do Damiana jak miał w nocy, na powrocie zawsze pachtowaliśmy niczym wiejskie gzuby wszystko co lepsze od oficerów. Kamer na GREY FOX nie było…
W firmie ojca armator powierzał budżet kapitanowi na jedzenie. Ilość oraz rodzaj prowiantu z reguły była ustandaryzowana na podstawie statystyki z poprzednich lat. Lecz o jakości decydował kapitan, byli tacy co twierdzili, że kucharz. Jednak mój ojciec przeżył już trochę rejsów i mówił mi, że ten sam kucharz, różni kapitanowie, raz jak u mamy, raz jak u macochy. Chodziły plotki, że ile z budżetu operacyjnego zostaje na koniec to jest premia kapitana. Ciężko mi to udowodnić, ale wszelkie znaki na to wskazywały. Pasztet był jak trociny z tłuszczem i gdyby nie charakterystyczny kolor to byś nie uwierzył co za syf ktoś produkował. Polędwica łososiowa była jak gumowata, że nie szło jej przeciąć a co dopiero przegryźć na grzance. Mogłeś ją co najwyżej porzuć jak gumę i wypluć. Ser sprawiał wrażenie, że wyprodukowano go ze sztucznego mleka.
Krzysztof gotował osobno dla nas i osobno dla oficerów, którzy jako jedyni chwalili jego kuchnię. Nie mogłem wyjść z podziwu, że kucharz w ogóle się nie przejmował pełnym koszem na śmieci niezjedzonego prowiantu, praktycznie codziennie. Największą hipokryzją było dla mnie to, jak przy wydawce brał ktoś obiad. Siadał do stołu, gryzł kawałek mięsa, próbował popychać to ziemniakiem, po czym po pięciu minutach żucia jak gumę rezygnował i wszystko wypierdalał do kosza specjalnie ustawionego w rogu tak, że kucharz go nie widział. Jeśli musiał przejść obok luku podawczego, to trzymał talerz pod parapetem, aby Krzysztof nie widział, ile jedzenia wyrzuca. Wracając od kosza idąc z talerzem w kierunku zlewu, każdy grzecznie dziękował Krzysiowi niczym Bogu za posiłek. Masakra.
O ile w portach jest szansa na wyjście na miasto i zakosztowanie lokalnej kuchni, o tyle między portami załoga skazana jest na kucharza. Mesy, czyli stołówki na GREY FOX były dwie, jedna dla marynarzy druga dla oficerów. Ta pierwsza, czyli ta w której jadłem, przypominała bar mleczny z lat 90tych. Poza dwoma stołami i krzesłami stała w niej jeszcze lodówka, gdzie kucharz po kolacji zostawiał jedzenie dla nocnych pasibrzuchów. Aneks z kuchenka mikrofalową, zlew i suszarka na naczynia. Nie było zmywarki, tę funkcję pełnili członkowie załogi, głównie marynarze dostawali rejony do sprzątania. Pamiętam, jak Daniel zrobił aferę, że dlaczego on ma po wszystkich zmywać naczynia, że ja nie mam co robić to mógłbym się tym zająć. Bosman wybił mu to z głowy, aczkolwiek załoga zrobiła ukłon w stronę OS-ów i po jedzeniu każdy starał się po sobie myć na bieżąco, chyba że sytuacja wymagała zostawienia garów w zlewie, bo szykowały się manewry. Na lewo od wydawki, przez którą było widać kuchnię i Krzysztofa w swoim żywiole, wisiał regał a na nim opiekacz i chleb tostowy. Moje królestwo, wyjaśniam dlaczego w dalszej części. Mesa oficerska miała okrągłe stoły, obrusy. Na środku każdego stołu stała patera z owocami. W rogu pod bulajem mieli nawet kanapę! Jakby się ktoś przypadkiem za mocno nażarł i musiał odpocząć… Skąd to wiem? Chodziłem na wachty do maszyny do Damiana jak miał w nocy, na powrocie zawsze pachtowaliśmy niczym wiejskie gzuby wszystko co lepsze od oficerów. Kamer na GREY FOX nie było…
W firmie ojca armator powierzał budżet kapitanowi na jedzenie. Ilość oraz rodzaj prowiantu z reguły była ustandaryzowana na podstawie statystyki z poprzednich lat. Lecz o jakości decydował kapitan, byli tacy co twierdzili, że kucharz. Jednak mój ojciec przeżył już trochę rejsów i mówił mi, że ten sam kucharz, różni kapitanowie, raz jak u mamy, raz jak u macochy. Chodziły plotki, że ile z budżetu operacyjnego zostaje na koniec to jest premia kapitana. Ciężko mi to udowodnić, ale wszelkie znaki na to wskazywały. Pasztet był jak trociny z tłuszczem i gdyby nie charakterystyczny kolor to byś nie uwierzył co za syf ktoś produkował. Polędwica łososiowa była jak gumowata, że nie szło jej przeciąć a co dopiero przegryźć na grzance. Mogłeś ją co najwyżej porzuć jak gumę i wypluć. Ser sprawiał wrażenie, że wyprodukowano go ze sztucznego mleka.
Krzysztof gotował osobno dla nas i osobno dla oficerów, którzy jako jedyni chwalili jego kuchnię. Nie mogłem wyjść z podziwu, że kucharz w ogóle się nie przejmował pełnym koszem na śmieci niezjedzonego prowiantu, praktycznie codziennie. Największą hipokryzją było dla mnie to, jak przy wydawce brał ktoś obiad. Siadał do stołu, gryzł kawałek mięsa, próbował popychać to ziemniakiem, po czym po pięciu minutach żucia jak gumę rezygnował i wszystko wypierdalał do kosza specjalnie ustawionego w rogu tak, że kucharz go nie widział. Jeśli musiał przejść obok luku podawczego, to trzymał talerz pod parapetem, aby Krzysztof nie widział, ile jedzenia wyrzuca. Wracając od kosza idąc z talerzem w kierunku zlewu, każdy grzecznie dziękował Krzysiowi niczym Bogu za posiłek. Masakra.
Pamiętam jak dziś dzień, w którym na obiad były ozory wieprzowe w sosie musztardowym, ziemniaki i surówka z białej kapusty. Był to już późniejszy etap rejsu i trochę schudłem do tego czasu. Ojciec bojąc się, że mogę zszokować mamę po powrocie swoim wyglądem, namawiał mnie do jedzenia. Zup nie jadłem, chociaż były do każdego obiadu. Szybko nauczyłem się, że smakują wszystkie jednakowo holenderską kostką rosołową (przed moim przyjazdem na statek w Rotterdamie kupili jedzenie na cały rejs) i generują takie wzdęcia, że człowiek z katarem się dusił, jak puściłeś po nich bąka. Dałem się namówić na te ozory. Śniadanie było tego dnia słabe, samych grzanek z dżemem wiecznie jeść nie mogłem. Stwierdziłem, że najwyżej przemęczę same ziemniaki z sosem. Oczywiście usłyszałem standardowe „zjedz mięso, ziemniaki zostaw”. Wydawka była idealnie na wprost stołu ekipy z maszyny, z którą zawsze jadłem. Tacie było głupio, że wywalam prawie każdy obiad poza frytkami (były z paczki, nawet Krzychu nie dał rady ich spierdolić). Ojciec siłą perswazji dopiął swego. Zjadłem to coś zwane daniem głównym. Jakąś godzinę po obiedzie zaczęło mi się odbijać, gównem… Byłem już oswojony z bujaniem, potrafiłem przenieść pełen po rant kubek kawy z mesy do telewizornii, a tymczasem czuję zapach fekaliów w buzi. „Będę rzygał” pomyślałem. No nie wierzę, oswojony z oceanem a tymczasem wracamy do podstaw. „Zrobię sobie rumianek” pomyślałem, zawsze pomagało. Nie tym razem, sos musztardowy Krzysztofa nie dawał za wygraną. Reszta załogi również dzielnie walczyła, po obiedzie część ekipy, w tym ja, szła na kawę do telewizornii. Miny mieli nietęgie, ale ich żołądki chyba mimo wszystko przywykły. Mój piętnastoletni delikatny pojemnik na jedzenie nie był zwyczajny takiej kuchni, mama dbała o bebechy. Po dwóch godzinach od obiadu ruszyły wzdęcia na zmianę z odbijaniem o zapachu obornika. Czułem, że przegrywam tę nierówną walkę. Poszedłem do maszyny do ojca po klucze od jego kajuty. Miał wygodną kanapę, nie to co moja. Tego dnia statek był ustawiony dziobem pod falę. Bujało góra - dół co nie było korzystne dla mojego brzucha. Kanapa ustawiona prostopadle do podłużnego boku statku zachowywała się jak hamak. Po rumianku czas na miętę. Wypiłem, leżę na boku, bekam i pierdzę, kwiaty więdną (tak mój ojciec miał kwiaty i później żałował). Mijała trzecia godzina męczarni, znowu odbiło mi się zapachem kupy, tym razem z lekkim refluksem, zapach zamienił się w smak, który nie zniknął. Ruszyłem pędem do toalety. Wymiotując tym czymś co nazywali obiadem, ze łzami w oczach tęskniłem za kuchnią mamusi.
Ponad dwie trzecie moich posiłków składało się z grzanek z dżemem, mleka, serków wiejskich, jogurtów, bułek (od czasu do czasu Krzysztof piekł, chwała mu za to), kabanosów i jajecznicy. To ostatnie danie jak było na śniadanie, to biłem rekordy w ilości jajek na raz. Wszyscy jak schodzili na śniadanie to przy wydawce kucharz pytał się z ilu kurzych płodów ma ci urobić żółtej brei. Jajecznica jeszcze była spoko, ze szczypiorkiem, także doszedłem do 10 jajek bez problemu, często był to mój jedyny posiłek poza twarożkiem tego dnia. W niedzielę po obiedzie były lody, Algida przy nich śmiało mogła uzyskać status Kraftowych. Każdego dnia nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu będzie port.
Ponad dwie trzecie moich posiłków składało się z grzanek z dżemem, mleka, serków wiejskich, jogurtów, bułek (od czasu do czasu Krzysztof piekł, chwała mu za to), kabanosów i jajecznicy. To ostatnie danie jak było na śniadanie, to biłem rekordy w ilości jajek na raz. Wszyscy jak schodzili na śniadanie to przy wydawce kucharz pytał się z ilu kurzych płodów ma ci urobić żółtej brei. Jajecznica jeszcze była spoko, ze szczypiorkiem, także doszedłem do 10 jajek bez problemu, często był to mój jedyny posiłek poza twarożkiem tego dnia. W niedzielę po obiedzie były lody, Algida przy nich śmiało mogła uzyskać status Kraftowych. Każdego dnia nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu będzie port.
-----------------------------
Ogłoszenia parafialne! Duża część z was pisała do mnie prywatnie, żebym się nie poddawał i dociągnął opowieść do końca. Zaszło to już na tyle daleko i dostałem z Waszej strony takie wsparcie o jakim mogłem do tej pory w życiu tylko pomarzyć, że postanowiłem napisać całość.
Na bieżąco piszę to wszystko w Wordzie, przypominają mi się co jakiś czas różne anegdoty, dzis siedzieliśmy ponad godzinę z ojcem nad tematem, także płyniemy dalej.
Jak juz siadam do pisania to robię dzidę. Mam więcej czasu - to będzie dłuższa, mniej - niestety krótsza. Raz dogodzę jednym, innym razem drugim. Prośba do osób, które czekają na kolejne części o wymienianie się info, że wyszło, do wszystkich napisać nie dam rady.
Dziękuję za wsystkie cenne uwagi, mam przeczytane ok 99% komentarzy, nie na wszystkie odpisuję :P
Tymczasem Wypierdalam!
Ogłoszenia parafialne! Duża część z was pisała do mnie prywatnie, żebym się nie poddawał i dociągnął opowieść do końca. Zaszło to już na tyle daleko i dostałem z Waszej strony takie wsparcie o jakim mogłem do tej pory w życiu tylko pomarzyć, że postanowiłem napisać całość.
Na bieżąco piszę to wszystko w Wordzie, przypominają mi się co jakiś czas różne anegdoty, dzis siedzieliśmy ponad godzinę z ojcem nad tematem, także płyniemy dalej.
Jak juz siadam do pisania to robię dzidę. Mam więcej czasu - to będzie dłuższa, mniej - niestety krótsza. Raz dogodzę jednym, innym razem drugim. Prośba do osób, które czekają na kolejne części o wymienianie się info, że wyszło, do wszystkich napisać nie dam rady.
Dziękuję za wsystkie cenne uwagi, mam przeczytane ok 99% komentarzy, nie na wszystkie odpisuję :P
Tymczasem Wypierdalam!
Ahoj dzidowcy!
Uprzejmie sugeruję zająć wygodną pozycję do czytania, zapewnić sobie odpowiednią ilość prowiantu, bo w tej części rzucam moim skarbem udowadniającym autentyczność całej historii.
Klasycznie, poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4452472/dzida-o-statkach-cz-3-pozegnanie-z-europa
Zapraszam!
Uprzejmie sugeruję zająć wygodną pozycję do czytania, zapewnić sobie odpowiednią ilość prowiantu, bo w tej części rzucam moim skarbem udowadniającym autentyczność całej historii.
Klasycznie, poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4452472/dzida-o-statkach-cz-3-pozegnanie-z-europa
Zapraszam!
MAJTEK
Następnego dnia manewry odbyły się przed południem. Były to już piąte z kolei, więc tradycyjnie nie wchodziłem nikomu w drogę aż do momentu odcumowania statku od keji. Za każdym razem, niezależnie, ile manewrów marynarz przeżyje, stres związany z nimi jest ogromny. Dopiero po zacumowaniu/odcumowaniu i ustabilizowaniu się lin lub wyprowadzeniu statku z najciaśniejszych zakątków terminalu kontenerowego, następuje rozluźnienie wśród załogi, które da się zauważyć gołym okiem nawet przez laika. Jedynymi osobami, które specjalnie się tym nie przejmują są kucharz i steward. Pozostała część załogi uczestniczy w manewrach bezpośrednio (obsługa lin cumowniczych na dziobie i rufie, koordynowanie i synchronizowanie działań) lub pośrednio (obserwacja maszyn i urządzeń, gotowość w przypadku awarii np. mój ojciec).
Po wyluzowaniu atmosfery poszedłem na rufę, żeby móc ostatni raz popatrzeć na VIGO i dobrze je zapamiętać. Pogoda była cudna, Hiszpania nie zwiodła. Ląd z każdą minutą oddalał się coraz bardziej, a w mojej głowie rodziły się pytania, co dalej ze sobą zrobić? Przespać trasę z Europy do Afryki?
Na rufie Kalafior wyrwał mnie z zadumy i zagadał do mnie:
- Jakie plany młody? Może chcesz zobaczyć, jak wygląda praca marynarza? – zapytał zachęcająco.
- Jeśli jest taka możliwość i nie sprawi to kłopotu, to bardzo chętnie – odpowiedziałem grzecznie.
- Przyjdź jutro do mnie po śniadaniu i znajdziemy ci coś do roboty – odpowiedział spokojnie z uśmiechem.
W ten oto sposób z pasażera stałem się majtkiem. Okazało się, że mój ojciec za kulisami rozmawiał już z oficerką, czy jest taka możliwość, ale decydujący głos miał Bosman. Relacje mieli poprawne służbowo, więc nie było problemu, ale wg mnie zadecydował fakt, że podczas rejsu planowali odmalować cały statek i każda ręka machająca wałkiem malarskim była na wagę złota, żeby zdążyć przed Kapsztadem, który często odwiedzał właściciel firmy i przy okazji doglądał statki.
Pewnie zastanawia was, po co odmalowywać cały statek, jaki sens ma wydawanie lekko 100 tys. Euro na farbę, gdzie wystarczyła bieżąca konserwacja, żeby to ustrojstwo pływało i zarabiało na siebie. Polska załoga wymyśliła sobie, że raz w roku w okresie letnim będzie to robić, żeby statek wyglądał jak nowy. Że my Polacy dbamy i nie warto nas zastępować pracownikami z Birmy (w tamtym czasie firma ojca coraz częściej kontraktowała pracowników z Azji, głównie Birma i Filipiny). Biorąc pod uwagę wynagrodzenia na morzu dla Azjatów i koszt farby raz w roku, arkusz kalkulacyjny kilka lat później pokazał, że statek ma się zużyć i zostać zezłomowany, a nie ładnie wyglądać. W pełni Polska załoga na Grey Fox pływała jeszcze tylko kilka lat.
Następnego dnia po śniadaniu, na które budził mnie rano ojciec telefonem (nie miałem w kajucie nic poza szafą, łóżkiem, kanapą, stołem i jednym krzesłem, a w domu nie pomyślałem, żeby wziąć budzik więc kukułką był tata), poszedłem do Kalafiora zwarty i gotowy oznajmić chęć do pracy na najniższym szczeblu. Razem złożyliśmy wizytę Fasoli, który wydał mi kombinezon z wielkim logiem firmy MACS na plechach oraz obuwie robocze. Rozmiar M był za mały, L za ciasny w tyłku, XL dobry. Niczym wścibska złotowłosa w końcu znalazłem odpowiedni egzemplarz, ale wyglądałem trochę jak raper. Za długa i szeroka część od spodni, idealnie spasowana góra. Para rękawic jedna na tydzień…
Następnego dnia manewry odbyły się przed południem. Były to już piąte z kolei, więc tradycyjnie nie wchodziłem nikomu w drogę aż do momentu odcumowania statku od keji. Za każdym razem, niezależnie, ile manewrów marynarz przeżyje, stres związany z nimi jest ogromny. Dopiero po zacumowaniu/odcumowaniu i ustabilizowaniu się lin lub wyprowadzeniu statku z najciaśniejszych zakątków terminalu kontenerowego, następuje rozluźnienie wśród załogi, które da się zauważyć gołym okiem nawet przez laika. Jedynymi osobami, które specjalnie się tym nie przejmują są kucharz i steward. Pozostała część załogi uczestniczy w manewrach bezpośrednio (obsługa lin cumowniczych na dziobie i rufie, koordynowanie i synchronizowanie działań) lub pośrednio (obserwacja maszyn i urządzeń, gotowość w przypadku awarii np. mój ojciec).
Po wyluzowaniu atmosfery poszedłem na rufę, żeby móc ostatni raz popatrzeć na VIGO i dobrze je zapamiętać. Pogoda była cudna, Hiszpania nie zwiodła. Ląd z każdą minutą oddalał się coraz bardziej, a w mojej głowie rodziły się pytania, co dalej ze sobą zrobić? Przespać trasę z Europy do Afryki?
Na rufie Kalafior wyrwał mnie z zadumy i zagadał do mnie:
- Jakie plany młody? Może chcesz zobaczyć, jak wygląda praca marynarza? – zapytał zachęcająco.
- Jeśli jest taka możliwość i nie sprawi to kłopotu, to bardzo chętnie – odpowiedziałem grzecznie.
- Przyjdź jutro do mnie po śniadaniu i znajdziemy ci coś do roboty – odpowiedział spokojnie z uśmiechem.
W ten oto sposób z pasażera stałem się majtkiem. Okazało się, że mój ojciec za kulisami rozmawiał już z oficerką, czy jest taka możliwość, ale decydujący głos miał Bosman. Relacje mieli poprawne służbowo, więc nie było problemu, ale wg mnie zadecydował fakt, że podczas rejsu planowali odmalować cały statek i każda ręka machająca wałkiem malarskim była na wagę złota, żeby zdążyć przed Kapsztadem, który często odwiedzał właściciel firmy i przy okazji doglądał statki.
Pewnie zastanawia was, po co odmalowywać cały statek, jaki sens ma wydawanie lekko 100 tys. Euro na farbę, gdzie wystarczyła bieżąca konserwacja, żeby to ustrojstwo pływało i zarabiało na siebie. Polska załoga wymyśliła sobie, że raz w roku w okresie letnim będzie to robić, żeby statek wyglądał jak nowy. Że my Polacy dbamy i nie warto nas zastępować pracownikami z Birmy (w tamtym czasie firma ojca coraz częściej kontraktowała pracowników z Azji, głównie Birma i Filipiny). Biorąc pod uwagę wynagrodzenia na morzu dla Azjatów i koszt farby raz w roku, arkusz kalkulacyjny kilka lat później pokazał, że statek ma się zużyć i zostać zezłomowany, a nie ładnie wyglądać. W pełni Polska załoga na Grey Fox pływała jeszcze tylko kilka lat.
Następnego dnia po śniadaniu, na które budził mnie rano ojciec telefonem (nie miałem w kajucie nic poza szafą, łóżkiem, kanapą, stołem i jednym krzesłem, a w domu nie pomyślałem, żeby wziąć budzik więc kukułką był tata), poszedłem do Kalafiora zwarty i gotowy oznajmić chęć do pracy na najniższym szczeblu. Razem złożyliśmy wizytę Fasoli, który wydał mi kombinezon z wielkim logiem firmy MACS na plechach oraz obuwie robocze. Rozmiar M był za mały, L za ciasny w tyłku, XL dobry. Niczym wścibska złotowłosa w końcu znalazłem odpowiedni egzemplarz, ale wyglądałem trochę jak raper. Za długa i szeroka część od spodni, idealnie spasowana góra. Para rękawic jedna na tydzień…
Kalafior zapytał mnie jak mój angielski, odpowiadam, że komunikatywnie, intensywnie się uczę itd. Dzięki temu dał mnie do pomocy Jonathanowi. Praktycznie wszyscy pozostali marynarze, poza Baryłą, potrafili się co najwyżej przedstawić w tym języku. Po części to mnie uratowało. Baryła ze względu na język pracował głównie w parze z Jonathanem. Teraz miał nas dwóch. Robert był bardzo miłym i wyluzowanym człowiekiem. Odpalał jednego papierosa od drugiego, nie mogłem wyjść z podziwu jak z taką masą, paleniem i podobno skłonnościami do alkoholu, on jeszcze w ogóle żył i do tego miał tyle energii. Bosman przedstawił sytuację Robertowi, że cokolwiek da do roboty Jonathanowi, to ja pomagam. Zostałem z nimi a Kalafior poszedł załatwiać swoje bosmańskie sprawy.
- Młody co ty odpierdalasz? – zapytał mnie Robert ze zdziwieniem.
- No chcę poznać, jak to wygląda, potrenować angielski przy Jonathanie, marzy mi się praca na morzu. – odpowiedziałem niepewnie.
- Kurwa masz wakacje, zamiast się delektować wolnym to ty chcesz jebać jak Beduin, czy ty masz świadomość co to będzie w okolicach równika? – ciągnął dalej.
- Nie mam zielonego pojęcia, ale filmy się mi już kończą, ojciec musi robić swoje i czas ma dopiero po robocie, myślę że dam radę… - odrzekłem.
- No nic, jeszcze się w życiu napracujesz, ale jak sam chcesz, dziś myjemy pokład po wszystkich załadunkach, na pełnym oceanie nikt nie widzi jak różne resztki wpadają do wody i nikt kary nie da, dlatego robimy to teraz.
- Ok to do dzieła! – i ruszyłem ochoczo do pomocy.
Standardowy dzień statkowy wyglądał następująco:
- 7:00 – 7:45 – śniadanie
- 7:45 – 8:00 – odprawa (ja miałem z Kalafiorem)
- 10:00 – Kawa 15 minut
- 12:00 – 13:00 – Obiad i przerwa (większość załogi piła szybkie piwo i drzemka, w tym czasie siedziałem u ojca żebym nie zaspał do roboty po obiedzie)
- 15:00 – Kawa 15 minut
- 17:30 – 18:00 – kolacja
W teorii po kolacji każdy miał jeszcze pracować do 19:30, ale ze względu na ostry zapierdziel w portach i możliwe nieprzewidziane sytuacje na morzu (sztorm, awarie itd.) wszyscy mieli po kolacji wolne poza stanowiskami mającymi wachty (dyżury): w maszynie - motorzyści, na mostku – oficerowie poza kapitanem, w porcie na trapie - marynarze.
Majtkiem zostałem z założenia dla zabicia czasu oraz zdobycia doświadczenia życiowego. Nie zaoferowano mi żadnego wynagrodzenia z faktu, że oficjalnie byłem pasażerem. Jako młody chłopak po cichu liczyłem, że może coś mimo wszystko wpadnie, ale ojciec kategorycznie zabronił mi poruszania tego tematu poza jego kajutą.
Pierwszy dzień minął mi przede wszystkim na zwijaniu i rozwijaniu węży od myjki ciśnieniowej. Myliśmy pokład i przygotowywaliśmy Grey Fox’a do odmalowania. Na statku była centralna instalacja wody pod ciśnieniem, które regulowało się w warsztacie Fittera pokładowego, na tym rejsie nieobecnego. Miejsca trudnodostępne były myte w sposób tradycyjny, mopem. Była też centralna instalacja sprężonego powietrza do zasilania urządzeń pneumatycznych takich jak szlifierki, młotki do obstukiwania rdzy, agregaty malarskie i wszystko co mogło mieć potencjalny kontakt z wodą / wilgocią, przez co ze względów bezpieczeństwa nośnikiem energii było powietrze, a nie prąd.
Utrudnieniem tak prostej z pozoru pracy była wszechobecna sól. Zasolenie oceanu atlantyckiego jest około 5 krotnie wyższe niż Bałtyku, stąd możliwości osadzania się soli i korozji adekwatne. W dzień woda morska nagromadzona na statku nocą odparowuje od słońca, sól zostaje, która de facto jest higroskopijna i masz śliską, słoną warstwę białego syfu dzień w dzień na pokładzie. Kolejna z zasad obok trzymania się poręczy, nie biegamy po pokładzie. Statkiem buja, jest ślisko, masz zrobić swoje i nie zginąć. Buja lekko, można podejść do burty, buja mocno chodzisz jak najbliżej szota, woda wdziera się na pokład, bo ocean pokazuje kto tu rządzi, chodzisz jedynie po podestach roboczych i robisz aktualnie to na co pozwala pogoda.
- Młody co ty odpierdalasz? – zapytał mnie Robert ze zdziwieniem.
- No chcę poznać, jak to wygląda, potrenować angielski przy Jonathanie, marzy mi się praca na morzu. – odpowiedziałem niepewnie.
- Kurwa masz wakacje, zamiast się delektować wolnym to ty chcesz jebać jak Beduin, czy ty masz świadomość co to będzie w okolicach równika? – ciągnął dalej.
- Nie mam zielonego pojęcia, ale filmy się mi już kończą, ojciec musi robić swoje i czas ma dopiero po robocie, myślę że dam radę… - odrzekłem.
- No nic, jeszcze się w życiu napracujesz, ale jak sam chcesz, dziś myjemy pokład po wszystkich załadunkach, na pełnym oceanie nikt nie widzi jak różne resztki wpadają do wody i nikt kary nie da, dlatego robimy to teraz.
- Ok to do dzieła! – i ruszyłem ochoczo do pomocy.
Standardowy dzień statkowy wyglądał następująco:
- 7:00 – 7:45 – śniadanie
- 7:45 – 8:00 – odprawa (ja miałem z Kalafiorem)
- 10:00 – Kawa 15 minut
- 12:00 – 13:00 – Obiad i przerwa (większość załogi piła szybkie piwo i drzemka, w tym czasie siedziałem u ojca żebym nie zaspał do roboty po obiedzie)
- 15:00 – Kawa 15 minut
- 17:30 – 18:00 – kolacja
W teorii po kolacji każdy miał jeszcze pracować do 19:30, ale ze względu na ostry zapierdziel w portach i możliwe nieprzewidziane sytuacje na morzu (sztorm, awarie itd.) wszyscy mieli po kolacji wolne poza stanowiskami mającymi wachty (dyżury): w maszynie - motorzyści, na mostku – oficerowie poza kapitanem, w porcie na trapie - marynarze.
Majtkiem zostałem z założenia dla zabicia czasu oraz zdobycia doświadczenia życiowego. Nie zaoferowano mi żadnego wynagrodzenia z faktu, że oficjalnie byłem pasażerem. Jako młody chłopak po cichu liczyłem, że może coś mimo wszystko wpadnie, ale ojciec kategorycznie zabronił mi poruszania tego tematu poza jego kajutą.
Pierwszy dzień minął mi przede wszystkim na zwijaniu i rozwijaniu węży od myjki ciśnieniowej. Myliśmy pokład i przygotowywaliśmy Grey Fox’a do odmalowania. Na statku była centralna instalacja wody pod ciśnieniem, które regulowało się w warsztacie Fittera pokładowego, na tym rejsie nieobecnego. Miejsca trudnodostępne były myte w sposób tradycyjny, mopem. Była też centralna instalacja sprężonego powietrza do zasilania urządzeń pneumatycznych takich jak szlifierki, młotki do obstukiwania rdzy, agregaty malarskie i wszystko co mogło mieć potencjalny kontakt z wodą / wilgocią, przez co ze względów bezpieczeństwa nośnikiem energii było powietrze, a nie prąd.
Utrudnieniem tak prostej z pozoru pracy była wszechobecna sól. Zasolenie oceanu atlantyckiego jest około 5 krotnie wyższe niż Bałtyku, stąd możliwości osadzania się soli i korozji adekwatne. W dzień woda morska nagromadzona na statku nocą odparowuje od słońca, sól zostaje, która de facto jest higroskopijna i masz śliską, słoną warstwę białego syfu dzień w dzień na pokładzie. Kolejna z zasad obok trzymania się poręczy, nie biegamy po pokładzie. Statkiem buja, jest ślisko, masz zrobić swoje i nie zginąć. Buja lekko, można podejść do burty, buja mocno chodzisz jak najbliżej szota, woda wdziera się na pokład, bo ocean pokazuje kto tu rządzi, chodzisz jedynie po podestach roboczych i robisz aktualnie to na co pozwala pogoda.
RUTYNA
Każdy dzień między portami wyglądał praktycznie tak samo, niedziele kalendarzowe były wolne, chociaż wg mnie było to bez sensu, bo ocean nie miał kalendarza, tak samo jak statek. Czemu nie robimy co trzeba zrobić i leżymy aż dopłyniemy do portu? Armator był niemiecki, więc niemiecki kodeks pracy obowiązywał na międzynarodowych wodach terytorialnych, dla mnie debilizm. Rozumiem, że trzeba naładować baterie, odpocząć itp. Dziś nadal uważam, że można było zorganizować to inaczej a oficerka w prawdziwie polskim stylu wymyślała często robotę na siłę, byle przypadkiem nie trafił się dzień wolny. Żeby jeszcze ktoś to widział poza nimi. Do tego Niemiec sponsorował wypłaty, zero patriotyzmu gospodarczego. W soboty standardowo załoga pracowała do obiadu. Wachty były jak służba, obowiązywały w każdy dzień.
Po kilku dniach robienia ciągle tego samego i oglądania cały czas tego samego widoku zlewającego się nieba z oceanem na horyzoncie, zacząłem dosłownie czuć wewnętrzną potrzebę, żeby coś się zmieniło, cokolwiek. Zacząłem rozumieć, jak ktoś czuje się na bezludnej wyspie lub w więzieniu. Nie ma ucieczki, z prawej woda, z lewej woda, dzień w dzień brak lądu na horyzoncie. A to dopiero kilka dni, jak Kolumb dał radę, nie wiem, ale musiał być twardym skurwysynem. Z nudów raz poszedłem w nocy na dziób bez latarki, to był bardzo głupi pomysł. Na dziobie chmury zasłoniły księżyc. W ułamku sekundy zapierający dech w piersiach widok zafundował zawał. Było ciemno jak w dupie, wracałem niczym Stevie Wonder do kabiny z pełnymi porami przyklejony do szota. Ze względu na oszczędności w nocy włączone było podstawowe oświetlenie. Nie ma poboru prądu, agregat ma lżej, mniej oleju zużywa. Proste prawda.
Introwertycy po pracy zamykali się w kajutach - pili. Ci bardziej towarzyscy chodzili zobaczyć wspólnie jakiś film w telewizornii – też pili. Jak mieli w planach obejrzeć coś „dla dorosłych” to dawali cynk mojemu ojcu, żebym dziś wieczorem nie szedł na film, bo się będą czuć skrępowani. Jak to usłyszałem to wyobrażałem sobie, że będą zbiorowo się masturbować i sama ta myśl powodowała u mnie salwę śmiechu. Nie protestowałem, u mojego ojca w kabinie (mój tata używał naprzemiennie kajuta/kabina) zawsze wieczorem ktoś siedział na piwie lub drinku. Jego kajuta była nazywana pokojem narad, jak trzeba było się spotkać, wyjaśnić jakiś problem, to on był mediatorem lub gospodarzem spotkania. Pilnował, żeby każdy skończył pić przed potencjalnym zgonem i kulturalnie towarzystwo się rozchodziło. Statkowy consigliere.
Po tygodniu pracy z Baryłą i Jonathanem, dzięki któremu mój angielski zaczynał być bardziej użyteczny niż teoretyczny, zostałem przydzielony do pomocy Heńkowi i Danielowi Dempsowi. Zadania w teorii te same, stukać rdzę, malować, czyścić, sprzątać. Tyle, że Daniel i Heniek mieli odmalować wieże żurawi statkowych będąc w koszu (po jakimś towarze) podwieszonym na haku tegoż żurawia, w trakcie statek płynął po wzburzonym oceanie. Byliśmy trochę za równikiem, temperatura 30-35 stopni. Kalafior był genialnym bosmanem. Daniel i Heniek byli zajęci, Piotr robił za nich na pokładzie. Na sam ich widok dyndających kilkanaście metrów nad pokładem i malujących wałkami na kijach wieżę żurawia, każde inne zajęcie było lepsze. Nie mam lęku wysokości, ale mam wewnętrzny strach, że ktoś mógłby zafundować mi zgon przez głupi pomysł, jak ten.
Każdy dzień między portami wyglądał praktycznie tak samo, niedziele kalendarzowe były wolne, chociaż wg mnie było to bez sensu, bo ocean nie miał kalendarza, tak samo jak statek. Czemu nie robimy co trzeba zrobić i leżymy aż dopłyniemy do portu? Armator był niemiecki, więc niemiecki kodeks pracy obowiązywał na międzynarodowych wodach terytorialnych, dla mnie debilizm. Rozumiem, że trzeba naładować baterie, odpocząć itp. Dziś nadal uważam, że można było zorganizować to inaczej a oficerka w prawdziwie polskim stylu wymyślała często robotę na siłę, byle przypadkiem nie trafił się dzień wolny. Żeby jeszcze ktoś to widział poza nimi. Do tego Niemiec sponsorował wypłaty, zero patriotyzmu gospodarczego. W soboty standardowo załoga pracowała do obiadu. Wachty były jak służba, obowiązywały w każdy dzień.
Po kilku dniach robienia ciągle tego samego i oglądania cały czas tego samego widoku zlewającego się nieba z oceanem na horyzoncie, zacząłem dosłownie czuć wewnętrzną potrzebę, żeby coś się zmieniło, cokolwiek. Zacząłem rozumieć, jak ktoś czuje się na bezludnej wyspie lub w więzieniu. Nie ma ucieczki, z prawej woda, z lewej woda, dzień w dzień brak lądu na horyzoncie. A to dopiero kilka dni, jak Kolumb dał radę, nie wiem, ale musiał być twardym skurwysynem. Z nudów raz poszedłem w nocy na dziób bez latarki, to był bardzo głupi pomysł. Na dziobie chmury zasłoniły księżyc. W ułamku sekundy zapierający dech w piersiach widok zafundował zawał. Było ciemno jak w dupie, wracałem niczym Stevie Wonder do kabiny z pełnymi porami przyklejony do szota. Ze względu na oszczędności w nocy włączone było podstawowe oświetlenie. Nie ma poboru prądu, agregat ma lżej, mniej oleju zużywa. Proste prawda.
Introwertycy po pracy zamykali się w kajutach - pili. Ci bardziej towarzyscy chodzili zobaczyć wspólnie jakiś film w telewizornii – też pili. Jak mieli w planach obejrzeć coś „dla dorosłych” to dawali cynk mojemu ojcu, żebym dziś wieczorem nie szedł na film, bo się będą czuć skrępowani. Jak to usłyszałem to wyobrażałem sobie, że będą zbiorowo się masturbować i sama ta myśl powodowała u mnie salwę śmiechu. Nie protestowałem, u mojego ojca w kabinie (mój tata używał naprzemiennie kajuta/kabina) zawsze wieczorem ktoś siedział na piwie lub drinku. Jego kajuta była nazywana pokojem narad, jak trzeba było się spotkać, wyjaśnić jakiś problem, to on był mediatorem lub gospodarzem spotkania. Pilnował, żeby każdy skończył pić przed potencjalnym zgonem i kulturalnie towarzystwo się rozchodziło. Statkowy consigliere.
Po tygodniu pracy z Baryłą i Jonathanem, dzięki któremu mój angielski zaczynał być bardziej użyteczny niż teoretyczny, zostałem przydzielony do pomocy Heńkowi i Danielowi Dempsowi. Zadania w teorii te same, stukać rdzę, malować, czyścić, sprzątać. Tyle, że Daniel i Heniek mieli odmalować wieże żurawi statkowych będąc w koszu (po jakimś towarze) podwieszonym na haku tegoż żurawia, w trakcie statek płynął po wzburzonym oceanie. Byliśmy trochę za równikiem, temperatura 30-35 stopni. Kalafior był genialnym bosmanem. Daniel i Heniek byli zajęci, Piotr robił za nich na pokładzie. Na sam ich widok dyndających kilkanaście metrów nad pokładem i malujących wałkami na kijach wieżę żurawia, każde inne zajęcie było lepsze. Nie mam lęku wysokości, ale mam wewnętrzny strach, że ktoś mógłby zafundować mi zgon przez głupi pomysł, jak ten.
DANIEL DEMPS
Na tym etapie historii pozwolę sobie przybliżyć osobę Daniela. W 2004 roku miał on 28 lat, miał już wtedy dzieci. Niby chłop w porządku, często przychodził też do mojego ojca do kajuty na piwo. Tyle, że dla mnie był dwulicowy. Nie akceptuję przymilania się z jednej strony, a z drugiej ciągłego niezadowolenia z wykonywanych zdań coś na zasadzie posyłania młodego po nieistniejące narzędzia, a potem pretensje.
Tyle że nie to mnie aż tak bolało. Najbardziej w pamięci zapadło mi to, że był to facet wysportowany i jak tylko miał okazje to publicznie wyskakiwał w wyzwaniami, ale tylko takimi w których był dobry. Ile młody podciągniesz się na drążku? I zaraz wyzwanie na poręczy od podestu roboczego, zrobiłem 8, to on musiał 11 chociaż prawie się zesrał ale załoga patrzyła, super pokonał dzieciaka. Grał zajebiście w tenisa stołowego, za każdym razem jak wygrał to zaraz szedł do telewizornii i w drzwiach rzucał: „młody nie miał szans”. Jadłem obok niego obiad, to przy wszystkich że jakoś dziwnie jem zupę, że głowę pochylam jak koń do koryta (btw. Koryto ma świnia a koń żłób – przypis autora xD). Takich docinek z dupy było pełno, mój ojciec nie wiedział jak reagować, nie chciał rozkręcić afery bo miał o wiele więcej do stracenia niż młody OS jakim był Daniel.
Daniel często zaczynał: „Kazik, spójrz co ten Twój syn”, nie mam pojęcia czy myślał, że w ten sposób mnie wzmocni psychicznie na zasadzie co cię nie zabije to wzmocni. Czy może za jego czasów taka była młodzieżowa gadka. Może chciał wyrobić sobie taką pozycję jak mój ojciec (zwykły Fitter a potrafił załatwić wszystko). Wybraliśmy z ojcem drogę akceptacji poprzez ignorancję. Byłem w tej komfortowej sytuacji, że wiedziałem, że to sie kiedyś skończy i żaden chuj nie popsuje mi wycieczki życia.
W 2017 roku ojciec był na urlopie i dostał telefon po majówce od kumpla ze statku, że Daniel zaginął, jest podejrzenie zabójstwa, trwa śledztwo. Chłop po prostu zniknął na statku z dnia na dzień. Zeznania były zbierane od świadków dopiero w pierwszym porcie w Europie. Na 99% wypadł za burtę, w jego kajucie były rano 2 szklanki. Z kimś pił, nikt się nie przyznał. Nie było żadnych hałasów, żadnych odgłosów bójki – tak zeznała cała załoga. Daniel Demps przepadł w rejonie Wysp Kanaryjskich. Miał wtedy 41 lat.
Gdy to usłyszałem na początku poczułem coś w rodzaju smutku i żalu. Miał on dzieci, żonę. Na statku mimo jego zachowania spędziliśmy dużo czasu grając w tenisa, bo dzięki niemu wskoczyłem kilka poziomów wyżej. Jednocześnie poczułem, za co mi trochę wstyd, satysfakcję, że życie jednak weryfikuje ludzi i pycha zawsze kroczy przed upadkiem. Podobno z roku na rok Daniel był coraz bardziej pewny siebie, możliwe że to go finalnie zgubiło.
- Piotr, Daniel Demps nie żyje. – powiedział mi ojciec w kuchni jak byłem u rodziców na kawie.
- Ten Daniel z Grey Fox'a? - dopytałem.
- Tak ten. - potwierdził ojciec.
- No szkoda. – odpowiedziałem sucho.
https://i.pl/daniel-zygmunt-demps-zaginal-w-rejonie-wyspie-las-palmas-de-granie-canaria-rozpoznajesz-go-koniecznie-daj-znac-fundacji-itaka/ar/c1p1-22144457
Na tym etapie historii pozwolę sobie przybliżyć osobę Daniela. W 2004 roku miał on 28 lat, miał już wtedy dzieci. Niby chłop w porządku, często przychodził też do mojego ojca do kajuty na piwo. Tyle, że dla mnie był dwulicowy. Nie akceptuję przymilania się z jednej strony, a z drugiej ciągłego niezadowolenia z wykonywanych zdań coś na zasadzie posyłania młodego po nieistniejące narzędzia, a potem pretensje.
Tyle że nie to mnie aż tak bolało. Najbardziej w pamięci zapadło mi to, że był to facet wysportowany i jak tylko miał okazje to publicznie wyskakiwał w wyzwaniami, ale tylko takimi w których był dobry. Ile młody podciągniesz się na drążku? I zaraz wyzwanie na poręczy od podestu roboczego, zrobiłem 8, to on musiał 11 chociaż prawie się zesrał ale załoga patrzyła, super pokonał dzieciaka. Grał zajebiście w tenisa stołowego, za każdym razem jak wygrał to zaraz szedł do telewizornii i w drzwiach rzucał: „młody nie miał szans”. Jadłem obok niego obiad, to przy wszystkich że jakoś dziwnie jem zupę, że głowę pochylam jak koń do koryta (btw. Koryto ma świnia a koń żłób – przypis autora xD). Takich docinek z dupy było pełno, mój ojciec nie wiedział jak reagować, nie chciał rozkręcić afery bo miał o wiele więcej do stracenia niż młody OS jakim był Daniel.
Daniel często zaczynał: „Kazik, spójrz co ten Twój syn”, nie mam pojęcia czy myślał, że w ten sposób mnie wzmocni psychicznie na zasadzie co cię nie zabije to wzmocni. Czy może za jego czasów taka była młodzieżowa gadka. Może chciał wyrobić sobie taką pozycję jak mój ojciec (zwykły Fitter a potrafił załatwić wszystko). Wybraliśmy z ojcem drogę akceptacji poprzez ignorancję. Byłem w tej komfortowej sytuacji, że wiedziałem, że to sie kiedyś skończy i żaden chuj nie popsuje mi wycieczki życia.
W 2017 roku ojciec był na urlopie i dostał telefon po majówce od kumpla ze statku, że Daniel zaginął, jest podejrzenie zabójstwa, trwa śledztwo. Chłop po prostu zniknął na statku z dnia na dzień. Zeznania były zbierane od świadków dopiero w pierwszym porcie w Europie. Na 99% wypadł za burtę, w jego kajucie były rano 2 szklanki. Z kimś pił, nikt się nie przyznał. Nie było żadnych hałasów, żadnych odgłosów bójki – tak zeznała cała załoga. Daniel Demps przepadł w rejonie Wysp Kanaryjskich. Miał wtedy 41 lat.
Gdy to usłyszałem na początku poczułem coś w rodzaju smutku i żalu. Miał on dzieci, żonę. Na statku mimo jego zachowania spędziliśmy dużo czasu grając w tenisa, bo dzięki niemu wskoczyłem kilka poziomów wyżej. Jednocześnie poczułem, za co mi trochę wstyd, satysfakcję, że życie jednak weryfikuje ludzi i pycha zawsze kroczy przed upadkiem. Podobno z roku na rok Daniel był coraz bardziej pewny siebie, możliwe że to go finalnie zgubiło.
- Piotr, Daniel Demps nie żyje. – powiedział mi ojciec w kuchni jak byłem u rodziców na kawie.
- Ten Daniel z Grey Fox'a? - dopytałem.
- Tak ten. - potwierdził ojciec.
- No szkoda. – odpowiedziałem sucho.
https://i.pl/daniel-zygmunt-demps-zaginal-w-rejonie-wyspie-las-palmas-de-granie-canaria-rozpoznajesz-go-koniecznie-daj-znac-fundacji-itaka/ar/c1p1-22144457
CHRZEST
O tym, że będę miał chrzest na marynarza wywnioskowałem podczas obiadu, czystym przypadkiem, bo się wszyscy pytali, gdzie będę jak zjem. Mogłem być u siebie, mogłem u ojca. Tata odpowiadał za mnie: „Będzie u siebie”. Jak pytałem o co chodzi, to padło hasło „siedź w kabinie i czekaj, nic strasznego”.
Po przekroczeniu równika z inicjatywy Brzozy (CE) odbył się obrzęd, nie mam zielonego pojęcia czy jest tak na innych statkach, czy zorganizowali to tylko dla mnie. Cierpliwie czekałem w kabinie po obiedzie, aż ktoś łaskawie po mnie przyjdzie. Minęło trochę czasu i zaczęło mi się nudzić. Chodzę w kółko po kabinie, słyszę kroki. Miałem przez chwilę myśl czy nie zakluczyć drzwi, ale szybko odpuściłem, debilny pomysł skoro jest okazja zintegrować się z załogą i przestać definitywnie być powietrzem. Dla żartu schowałem się za szafą. Drzwi się otworzyły i słyszę: „ty Kazik nie ma go, co on odjebał” i w tym momencie ja cały na biało wyskakuje zza szafy z tekstem „haha, tu jestem”. Po minach marynarzy zrozumiałem, żem debil.
Daniel Demps razem z Robertem S. zostali przebrani za diabły morskie, dlatego to wszystko tak długo trwało. Byli umazani sadzą z kotła lamonta (opiszę co to takiego, bo z tym kotłem jest historia). Oficjalnie porwali mnie z kajuty i prowadzili przed oblicze Neptuna dźgając trójzębami (papierowymi). W poziomie decku D, tam gdzie moja kajuta, był basen, o którym wspominałem (w przelocie go ogarnęliśmy z inicjatywy kapitana – lubił pływać hehe), a przy nim stał Brzoza (CE) oraz Marek C. czyli kapitan oraz reszta załogi. Brzoza niczym konferansjer na najlepszej gali prowadził obrzęd, pierwszym zadaniem było wskoczyć do basenu. Zdjąłem buty i w rzeczach chlup do wody popychany trójzębami diabłów morskich.
- Spójrz Kapitanie, nie utonął, może przystąpić do kolejnej próby! – wykrzyknął Heniek.
- Ze względu na trudy przed jakimi stawia nas ocean, musisz pokazać, że jesteś godzien swego tytułu, człowiekiem jesteś, pić i jeść musisz. Oto chleb twój powszedni a z nim surowa morska ryba doprawiona goryczą życia. – Kapitan wręczył mi kanapkę z surową sardynką i ostrym sosem chili z czosnkiem.
- Oto woda morska, jeśli chcesz nazywać się prawdziwym marynarzem musisz ją wypić do posiłku twego. – i dostałem do ręki szklankę prawdziwej wody z Atlantyku.
Kanapka śmierdziała jak najtańsza portowa kurtyzana a wodę sprawdziłem na początek czubkiem języka, była słona przepotężnie, Bałtyk przy tym to jezioro na Kaszubach.
- Im dłużej się będziesz zastanawiał tym gorzej dla ciebie. – usłyszałem mojego ojca.
Zjadłem, a raczej połknąłem tę kanapkę. Kilka razy przeżułem czując, że znowu będę wymiotował, a miałem już ponad tydzień dobrej passy. Szybko popchnąłem to dwoma konkretnymi łykami atlantyckiej wody. Język szczypał od niej jakbym miał żywego kraba w buzi. Zrobiłem się zielony, ktoś z załogi w oddali krzyknął: „będzie rzygał!”, na szczęście dali mi zwykłej wody butelkowanej i przepchnąłem do żołądka marynarski dowód męskości.
Przy ceremonii była obecna cała załoga, trwało to może 30-40 minut. Łaskawie nie włączył się żaden alarm w tym czasie. Na koniec otrzymałem dyplom morski, którego treść na głos przy wszystkich odczytał kapitan. Od tego momentu jestem DRACO.
O tym, że będę miał chrzest na marynarza wywnioskowałem podczas obiadu, czystym przypadkiem, bo się wszyscy pytali, gdzie będę jak zjem. Mogłem być u siebie, mogłem u ojca. Tata odpowiadał za mnie: „Będzie u siebie”. Jak pytałem o co chodzi, to padło hasło „siedź w kabinie i czekaj, nic strasznego”.
Po przekroczeniu równika z inicjatywy Brzozy (CE) odbył się obrzęd, nie mam zielonego pojęcia czy jest tak na innych statkach, czy zorganizowali to tylko dla mnie. Cierpliwie czekałem w kabinie po obiedzie, aż ktoś łaskawie po mnie przyjdzie. Minęło trochę czasu i zaczęło mi się nudzić. Chodzę w kółko po kabinie, słyszę kroki. Miałem przez chwilę myśl czy nie zakluczyć drzwi, ale szybko odpuściłem, debilny pomysł skoro jest okazja zintegrować się z załogą i przestać definitywnie być powietrzem. Dla żartu schowałem się za szafą. Drzwi się otworzyły i słyszę: „ty Kazik nie ma go, co on odjebał” i w tym momencie ja cały na biało wyskakuje zza szafy z tekstem „haha, tu jestem”. Po minach marynarzy zrozumiałem, żem debil.
Daniel Demps razem z Robertem S. zostali przebrani za diabły morskie, dlatego to wszystko tak długo trwało. Byli umazani sadzą z kotła lamonta (opiszę co to takiego, bo z tym kotłem jest historia). Oficjalnie porwali mnie z kajuty i prowadzili przed oblicze Neptuna dźgając trójzębami (papierowymi). W poziomie decku D, tam gdzie moja kajuta, był basen, o którym wspominałem (w przelocie go ogarnęliśmy z inicjatywy kapitana – lubił pływać hehe), a przy nim stał Brzoza (CE) oraz Marek C. czyli kapitan oraz reszta załogi. Brzoza niczym konferansjer na najlepszej gali prowadził obrzęd, pierwszym zadaniem było wskoczyć do basenu. Zdjąłem buty i w rzeczach chlup do wody popychany trójzębami diabłów morskich.
- Spójrz Kapitanie, nie utonął, może przystąpić do kolejnej próby! – wykrzyknął Heniek.
- Ze względu na trudy przed jakimi stawia nas ocean, musisz pokazać, że jesteś godzien swego tytułu, człowiekiem jesteś, pić i jeść musisz. Oto chleb twój powszedni a z nim surowa morska ryba doprawiona goryczą życia. – Kapitan wręczył mi kanapkę z surową sardynką i ostrym sosem chili z czosnkiem.
- Oto woda morska, jeśli chcesz nazywać się prawdziwym marynarzem musisz ją wypić do posiłku twego. – i dostałem do ręki szklankę prawdziwej wody z Atlantyku.
Kanapka śmierdziała jak najtańsza portowa kurtyzana a wodę sprawdziłem na początek czubkiem języka, była słona przepotężnie, Bałtyk przy tym to jezioro na Kaszubach.
- Im dłużej się będziesz zastanawiał tym gorzej dla ciebie. – usłyszałem mojego ojca.
Zjadłem, a raczej połknąłem tę kanapkę. Kilka razy przeżułem czując, że znowu będę wymiotował, a miałem już ponad tydzień dobrej passy. Szybko popchnąłem to dwoma konkretnymi łykami atlantyckiej wody. Język szczypał od niej jakbym miał żywego kraba w buzi. Zrobiłem się zielony, ktoś z załogi w oddali krzyknął: „będzie rzygał!”, na szczęście dali mi zwykłej wody butelkowanej i przepchnąłem do żołądka marynarski dowód męskości.
Przy ceremonii była obecna cała załoga, trwało to może 30-40 minut. Łaskawie nie włączył się żaden alarm w tym czasie. Na koniec otrzymałem dyplom morski, którego treść na głos przy wszystkich odczytał kapitan. Od tego momentu jestem DRACO.
Trochę przez te 22 lata wyblakł, jedyne co to przymazałem moje imie i nazwisko bo było lepszym pisakiem. Nad wyrazem "prez ten" widać resztki DRACO ;)
Zauważyłem, że z każdą kolejną dzidą zainteresowanie maleje, jeśli macie uwagi / sugestie co może być przyczyną, bo samemu ciężko znaleźć w sobie problem, dlaczego pierwsza dzida była takim fenomenem a kolejne są jej marnym cieniem, to chętnie przyjmę konstruktywną krytykę.
Kończąc na dziś odniosę się do pewnych informacji z poprzednich dzid, w sieci możecie znaleźć teorię odbiegającą od tego jak przedstawiam to co się działo na statku, wśród nas są też osoby co pływają, nie twierdzę że nie macie racji jak poprawiacie mnie w komentarzach, piszę z pamięci jak to wyglądało w praktyce na tym konkretnym statku. Każdy rejs, załoga, wewnętrzne wytyczne firmy, przyzwyczajenia, to wszystko trochę się różni. Coś na zasadzie, prawojazdy zdane i teraz jedziemy po swojemu. Tak wyglądało to na Grey Fox ;)
Zauważyłem, że z każdą kolejną dzidą zainteresowanie maleje, jeśli macie uwagi / sugestie co może być przyczyną, bo samemu ciężko znaleźć w sobie problem, dlaczego pierwsza dzida była takim fenomenem a kolejne są jej marnym cieniem, to chętnie przyjmę konstruktywną krytykę.
Kończąc na dziś odniosę się do pewnych informacji z poprzednich dzid, w sieci możecie znaleźć teorię odbiegającą od tego jak przedstawiam to co się działo na statku, wśród nas są też osoby co pływają, nie twierdzę że nie macie racji jak poprawiacie mnie w komentarzach, piszę z pamięci jak to wyglądało w praktyce na tym konkretnym statku. Każdy rejs, załoga, wewnętrzne wytyczne firmy, przyzwyczajenia, to wszystko trochę się różni. Coś na zasadzie, prawojazdy zdane i teraz jedziemy po swojemu. Tak wyglądało to na Grey Fox ;)