Ahoj dzidowcy! Dokończenie części 5 :)
Życzę miłej soboty i miłego czytania, dziś trochę więcej o codzinności na statku... Zapraszam!
Poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4455274/dzida-o-statkach-cz-5-daleko-jeszcze-vol-1
---------------------------------------
SZPITALIK
Życzę miłej soboty i miłego czytania, dziś trochę więcej o codzinności na statku... Zapraszam!
Poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4455274/dzida-o-statkach-cz-5-daleko-jeszcze-vol-1
---------------------------------------
SZPITALIK
(Zdjęcie poglądowe)
Drogi czytelniku, podczas lektury zapewne co jakiś czas zastanawiasz się, co dzieje się w przypadku wypadku, choroby? Selekcja naturalna na statku bywa bardzo surowa. Nieprzemyślane zachowanie bardzo często kończyły się kalectwem lub śmiercią. Niestety to nie są żarty, w mediach, a szczególnie polskich, rzadko mówi się o pojedynczych przypadkach śmiertelnych w marynarce handlowej, nie to co o górnikach, zaraz żałoba narodowa. Tymczasem statystyki w ujęciu globalnym stawiają pracę „na morzu” na równi z branżą wydobywczą, niektóre publikacje w Internecie sugerują, że praca na statkach jest nawet bardziej niebezpieczna. Tu oczywiście zależy co porównujemy, górnictwo w Polsce jest w czołówce wypadków w stosunku do górnictwa na świecie. Jeśli chodzi o transport morski i rybołówstwo, czym zajmował się mój ojciec, globalnie jest na równi.
Podczas postoju w Antwerpii, przed wypłynięciem do Vigo, tankowaliśmy mazut oraz olej napędowy do agregatów. Przy podłączaniu węży od barki z paliwem (bunkierki) pomagał mój ojciec. Przy okazji dopowiem, że kolektor bunkrowy, czyli miejsce, gdzie są końcówki rurociągów z kołnierzami do podłączania węży z paliwem, na Grey Fox znajdowały się na lewej burcie w poziomie pokładu głównego zaraz przy schodach na wyższe poziomy. Z lewą i prawą burtą jest taka sama zasada jak w samochodzie, lewa to ta, gdzie lewa ręka kierowcy jak siedzi na kółkiem i patrzy na drogę, a lewa burta to ta, gdzie lewa ręka jak stoisz na mostku i patrzysz na dziób statku. Oczywiste…
Brakowało jakiegoś klucza, więc trata poszedł go szukać w pobliskim magazynku zlokalizowanym przy przejściu między burtami, zaraz przy nadbudówce. Wracając walnął lekko czołem o jakąś belkę od podestu poziom wyżej, pokład w samym przejściu był podniesiony i normalnie każdy musiał przechodzić pochylony. Rutyna poskutkowała lekkim guzem i zadrapaniem.
Drogi czytelniku, podczas lektury zapewne co jakiś czas zastanawiasz się, co dzieje się w przypadku wypadku, choroby? Selekcja naturalna na statku bywa bardzo surowa. Nieprzemyślane zachowanie bardzo często kończyły się kalectwem lub śmiercią. Niestety to nie są żarty, w mediach, a szczególnie polskich, rzadko mówi się o pojedynczych przypadkach śmiertelnych w marynarce handlowej, nie to co o górnikach, zaraz żałoba narodowa. Tymczasem statystyki w ujęciu globalnym stawiają pracę „na morzu” na równi z branżą wydobywczą, niektóre publikacje w Internecie sugerują, że praca na statkach jest nawet bardziej niebezpieczna. Tu oczywiście zależy co porównujemy, górnictwo w Polsce jest w czołówce wypadków w stosunku do górnictwa na świecie. Jeśli chodzi o transport morski i rybołówstwo, czym zajmował się mój ojciec, globalnie jest na równi.
Podczas postoju w Antwerpii, przed wypłynięciem do Vigo, tankowaliśmy mazut oraz olej napędowy do agregatów. Przy podłączaniu węży od barki z paliwem (bunkierki) pomagał mój ojciec. Przy okazji dopowiem, że kolektor bunkrowy, czyli miejsce, gdzie są końcówki rurociągów z kołnierzami do podłączania węży z paliwem, na Grey Fox znajdowały się na lewej burcie w poziomie pokładu głównego zaraz przy schodach na wyższe poziomy. Z lewą i prawą burtą jest taka sama zasada jak w samochodzie, lewa to ta, gdzie lewa ręka kierowcy jak siedzi na kółkiem i patrzy na drogę, a lewa burta to ta, gdzie lewa ręka jak stoisz na mostku i patrzysz na dziób statku. Oczywiste…
Brakowało jakiegoś klucza, więc trata poszedł go szukać w pobliskim magazynku zlokalizowanym przy przejściu między burtami, zaraz przy nadbudówce. Wracając walnął lekko czołem o jakąś belkę od podestu poziom wyżej, pokład w samym przejściu był podniesiony i normalnie każdy musiał przechodzić pochylony. Rutyna poskutkowała lekkim guzem i zadrapaniem.
Za Vigo, czyli niecały tydzień później, rana zaczęła ropieć, ojciec dostał lekkiej gorączki. Wdała się infekcja bakteryjna. O lekarzu nie było mowy, płyniemy do Afryki, nikt nie będzie zawracał statku. W takich przypadkach jesteś zdany na II oficera z pokładu, który odpowiada za tzw. „szpitalik” statkowy (Sick Bay). Im lepiej wyszkolony w sprawach medycznych oficer, tym masz większe szanse, że nie dopłyniesz do kolejnego portu w chłodni. Ojciec dostał antybiotyk doustny oraz w formie maści. Dodatkowo ibuprofen na gorączkę i stan zapalny. Na szczęście to wystarczyło i w połowie Atlantyku rana była całkowicie wyleczona, blizna pozostała do dziś.
Dla wielu jest to niewyobrażalne, jak człowiek bez tytułu medycznego, jedynie posiadający rozszerzony kurs pierwszej pomocy medycznej potrafił dobrać antybiotyk. Jeśli mamy reformować NFZ to na wzór marynarki handlowej, bo dobór leków to tylko część zabawy. II oficer jest przeszkolony z robienia zastrzyków, szycia ran i zakładania wenflonu. Tak, w Polsce jedziesz na SOR i masz problem, żeby zszyli cię jak nie ma chirurga. Na statku szyje cię oficer pokładowy. Chyba, że jest sierota i mdleje na widok krwi, to masz problem…
Szpitalik na Grey Fox był całkiem dobrze wyposażony, poza łóżkiem szpitalnym był też zestaw do kroplówki, defibrylator i pokaźna lodówka z lekami. Na wypadek poważnego uszczerbku na zdrowiu wymagającego zabrania pacjenta helikopterem była nawet morfina… Pomieszczenie to znajdowało się na tym samym poziomie co mesa, zaraz obok telewizornii (Deck F), czyli jedno piętro wyżej co pokład główny.
Najbardziej ekstremalną sytuację w swojej karierze mój ojciec miał na statku Yellowstone (ten sam armator co Grey Fox). I oficer z pokładu narodowości birmańskiej koordynujący załadunek w porcie Richard’s Bay (RPA) poślizgnął się na drabinie w luku do ładowni i spadł około 10 m w dół. Na statku wszystko jest twarde, sama stal, chwila nieuwagi i lecisz. Chłop uderzył głową o dno ładowni i zmarł zanim ktokolwiek zdążył do niego zejść. Przez trzy dni statek był „zamknięty”, trwało dochodzenie z inspekcji pracy, aby wyjaśnić okoliczności. Po zakończeniu czynności, ze względu na odległość między RPA a Birmą, pogrzeb odbył się na miejscu. Prochy zostały wysłane do rodziny w urnie. Ojciec do dziś ciężko wspomina ten dzień, bo chłopak był młody, miał brać ślub po powrocie. Birmańczycy robili rejsy minimum rok, krótsze im się nie opłacały, przy okazji utrzymywali praktycznie całą rodzinę.
---------------------------------------
KANTYNA
Dla wielu jest to niewyobrażalne, jak człowiek bez tytułu medycznego, jedynie posiadający rozszerzony kurs pierwszej pomocy medycznej potrafił dobrać antybiotyk. Jeśli mamy reformować NFZ to na wzór marynarki handlowej, bo dobór leków to tylko część zabawy. II oficer jest przeszkolony z robienia zastrzyków, szycia ran i zakładania wenflonu. Tak, w Polsce jedziesz na SOR i masz problem, żeby zszyli cię jak nie ma chirurga. Na statku szyje cię oficer pokładowy. Chyba, że jest sierota i mdleje na widok krwi, to masz problem…
Szpitalik na Grey Fox był całkiem dobrze wyposażony, poza łóżkiem szpitalnym był też zestaw do kroplówki, defibrylator i pokaźna lodówka z lekami. Na wypadek poważnego uszczerbku na zdrowiu wymagającego zabrania pacjenta helikopterem była nawet morfina… Pomieszczenie to znajdowało się na tym samym poziomie co mesa, zaraz obok telewizornii (Deck F), czyli jedno piętro wyżej co pokład główny.
Najbardziej ekstremalną sytuację w swojej karierze mój ojciec miał na statku Yellowstone (ten sam armator co Grey Fox). I oficer z pokładu narodowości birmańskiej koordynujący załadunek w porcie Richard’s Bay (RPA) poślizgnął się na drabinie w luku do ładowni i spadł około 10 m w dół. Na statku wszystko jest twarde, sama stal, chwila nieuwagi i lecisz. Chłop uderzył głową o dno ładowni i zmarł zanim ktokolwiek zdążył do niego zejść. Przez trzy dni statek był „zamknięty”, trwało dochodzenie z inspekcji pracy, aby wyjaśnić okoliczności. Po zakończeniu czynności, ze względu na odległość między RPA a Birmą, pogrzeb odbył się na miejscu. Prochy zostały wysłane do rodziny w urnie. Ojciec do dziś ciężko wspomina ten dzień, bo chłopak był młody, miał brać ślub po powrocie. Birmańczycy robili rejsy minimum rok, krótsze im się nie opłacały, przy okazji utrzymywali praktycznie całą rodzinę.
---------------------------------------
KANTYNA
(Przepraszam za AI, ale za hugo nie mogłem poszukać odpowiedniego zdjęcia w necie co by pasowało)
Temat alkoholu na statku jest dla wszystkich oczywisty. Nie od dziś wiadomo, że prawdziwym marynarzem buja nie tylko na statku, ale także i na lądzie. Ojciec opowiadając znajomym historie z rejsów, zawsze był pytany „no ale skąd wy braliście ten cały alkohol i dlaczego tak tanio?” Tata odpowiadał naturalnie „z kantyny”, dla niego było to oczywiste, ale dla rozmówcy już niekoniecznie. „Co to ta kantyna? Jakaś barka podpływała do was niczym sklep obwoźny w porcie i żeście kupowali co chcecie?” Praktycznie pytał o to każdy i tak to sobie wyobrażał.
Kantyna w rzeczywistości jest to zwykłe pomieszczenie magazynowe, na Grey Fox zaraz obok pomieszczenia lodówki, którego drzwi umożliwiały zamknięcie go na kłódkę. W pomieszczeniu tym znajdowały się alkohol, papierosy, napoje gazowane oraz spożywka spoza podstawowego wyżywienia marynarza, czyli chipsy, czekolady, orzeszki solone i inne przekąski. Sklepikiem statkowym zarządzał I oficer. U niego składało się zamówienia na produkty pierwszej potrzeby, a on prowadził ewidencję, ile potrącić Tobie z pensji. Zamówienia wydawane były we wtorki i piątki po kolacji do godziny 19:00. W te dni najpóźniej do godziny 12:00 musiałeś poinformować Chiefa co i ile chcesz, inaczej weekend na sucho. Przed wpłynięciem do portu Kantyna była nie tylko zamykana na kłódkę, co jeszcze plombowana. Był to obowiązek, aby nie dostać kary. Kontrole w portach były regularne.
Wszystkie towary w kantynie były zwolnione z jakichkolwiek podatków i akcyzy. Dziś chciałbym taki sklepik dla siebie. Co, ile kosztowało było wywieszone w mesie na tablicy magnetycznej. Ile daliśmy radę z ojcem sięgnąć pamięcią do cen z tamtego czasu, tyle poniżej:
- Johnny Walker RED 0,7L – 5$ - zwany sikaczem, ze względu na cenę, mój ojciec do dziś się śmieje z „koneserów” tego trunku.
- Chivas Regal 12Y 0,7L – 8$
- Jack Daniels 0,7L – 8$
- Ballantines 0,7L – 6$
- L&M wagon 10 szt. – 6$
- Marlborro wagon 10 szt. – 8$
- Pepsi / Fanta / Cola karton 24 puszki 0,33L – 10$
- Piwo Castle Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - bardzo dobre piwo z RPA, naprawdę przyznalibyście mi rację, ojciec jak tylko miał okazję to zawsze przywoził do PL.
- Piwo Beck’s karton 24 butelki 0,33L – 8$
- Piwo Amstel Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - był tylko lepszy od Black Lagera z RPA
- Piwo Warsteiner karton 24 butelki 0,33L – 8$ - dla mnie 2 miejsce po Castle
- Piwo Carling Black Label karton 24 butelki 0,33L – 6$ - załoga mówiła na nie „Mocz Mandeli”, niektórzy pili, bo tanie.
- Czekolada Ritter Sport – 1$ - nie opłacało się za cholerę, ale tata zawsze coś wziął w piątek na weekend, najlepsza była miętowa, drugiej takiej dobrej nie jadłem.
Jak zapewne zauważyliście, piwo było tańsze od Fanty, weź tu nie pij... Kurs dolara w tamtym czasie to 1,00 USD = 3,53 PLN
W pewnym momencie rejsu Damian wpadł na genialny pomysł, że zaczną brać więcej papierosów niż są w stanie spalić. W Polsce w tamtym czasie paczka L&M kosztowała trochę ponad 4 złote, więc na statku praktycznie dwukrotnie taniej. Mimo wszystko szmuglowanie papierosów do Polski nie było żadnym biznesem, natomiast w UK w tym czasie papierosy kosztowały kilka funtów za paczkę. Statek miał w powrocie zaplanowany port w Anglii. Tata dał się tylko raz namówić na ponadnormatywne kupowanie papierosów. Zysk był niewielki w stosunku do ryzyka. Oficjalnie podczas tamtego rejsu z Damianem palili około 3 paczki papierosów dziennie na osobę…
---------------------------------------
PARTY
Temat alkoholu na statku jest dla wszystkich oczywisty. Nie od dziś wiadomo, że prawdziwym marynarzem buja nie tylko na statku, ale także i na lądzie. Ojciec opowiadając znajomym historie z rejsów, zawsze był pytany „no ale skąd wy braliście ten cały alkohol i dlaczego tak tanio?” Tata odpowiadał naturalnie „z kantyny”, dla niego było to oczywiste, ale dla rozmówcy już niekoniecznie. „Co to ta kantyna? Jakaś barka podpływała do was niczym sklep obwoźny w porcie i żeście kupowali co chcecie?” Praktycznie pytał o to każdy i tak to sobie wyobrażał.
Kantyna w rzeczywistości jest to zwykłe pomieszczenie magazynowe, na Grey Fox zaraz obok pomieszczenia lodówki, którego drzwi umożliwiały zamknięcie go na kłódkę. W pomieszczeniu tym znajdowały się alkohol, papierosy, napoje gazowane oraz spożywka spoza podstawowego wyżywienia marynarza, czyli chipsy, czekolady, orzeszki solone i inne przekąski. Sklepikiem statkowym zarządzał I oficer. U niego składało się zamówienia na produkty pierwszej potrzeby, a on prowadził ewidencję, ile potrącić Tobie z pensji. Zamówienia wydawane były we wtorki i piątki po kolacji do godziny 19:00. W te dni najpóźniej do godziny 12:00 musiałeś poinformować Chiefa co i ile chcesz, inaczej weekend na sucho. Przed wpłynięciem do portu Kantyna była nie tylko zamykana na kłódkę, co jeszcze plombowana. Był to obowiązek, aby nie dostać kary. Kontrole w portach były regularne.
Wszystkie towary w kantynie były zwolnione z jakichkolwiek podatków i akcyzy. Dziś chciałbym taki sklepik dla siebie. Co, ile kosztowało było wywieszone w mesie na tablicy magnetycznej. Ile daliśmy radę z ojcem sięgnąć pamięcią do cen z tamtego czasu, tyle poniżej:
- Johnny Walker RED 0,7L – 5$ - zwany sikaczem, ze względu na cenę, mój ojciec do dziś się śmieje z „koneserów” tego trunku.
- Chivas Regal 12Y 0,7L – 8$
- Jack Daniels 0,7L – 8$
- Ballantines 0,7L – 6$
- L&M wagon 10 szt. – 6$
- Marlborro wagon 10 szt. – 8$
- Pepsi / Fanta / Cola karton 24 puszki 0,33L – 10$
- Piwo Castle Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - bardzo dobre piwo z RPA, naprawdę przyznalibyście mi rację, ojciec jak tylko miał okazję to zawsze przywoził do PL.
- Piwo Beck’s karton 24 butelki 0,33L – 8$
- Piwo Amstel Lager karton 24 butelki 0,33L – 8$ - był tylko lepszy od Black Lagera z RPA
- Piwo Warsteiner karton 24 butelki 0,33L – 8$ - dla mnie 2 miejsce po Castle
- Piwo Carling Black Label karton 24 butelki 0,33L – 6$ - załoga mówiła na nie „Mocz Mandeli”, niektórzy pili, bo tanie.
- Czekolada Ritter Sport – 1$ - nie opłacało się za cholerę, ale tata zawsze coś wziął w piątek na weekend, najlepsza była miętowa, drugiej takiej dobrej nie jadłem.
Jak zapewne zauważyliście, piwo było tańsze od Fanty, weź tu nie pij... Kurs dolara w tamtym czasie to 1,00 USD = 3,53 PLN
W pewnym momencie rejsu Damian wpadł na genialny pomysł, że zaczną brać więcej papierosów niż są w stanie spalić. W Polsce w tamtym czasie paczka L&M kosztowała trochę ponad 4 złote, więc na statku praktycznie dwukrotnie taniej. Mimo wszystko szmuglowanie papierosów do Polski nie było żadnym biznesem, natomiast w UK w tym czasie papierosy kosztowały kilka funtów za paczkę. Statek miał w powrocie zaplanowany port w Anglii. Tata dał się tylko raz namówić na ponadnormatywne kupowanie papierosów. Zysk był niewielki w stosunku do ryzyka. Oficjalnie podczas tamtego rejsu z Damianem palili około 3 paczki papierosów dziennie na osobę…
---------------------------------------
PARTY
Tradycją na Grey Fox był grill po przepłynięciu równika. Odbywał się on w najbliższą sobotę zamiast kolacji. Niedziela następnego dnia była wolna. Dla mnie wybawienie. Nareszcie normalne jedzenie. W końcu zrozumiałem po co ojciec brał kiełbasy z domu i trzymał je w lodówce w kabinie tak długo. Party, bo tak nazywali ten event marynarze, oficjalnie organizował i sponsorował kapitan. Taa na pewno ze swojej pensji, z budżetu statkowego wszystko szło, no ale nie ma co narzekać, czas się najeść.
Cała impreza zlokalizowana była na rufie, dwa poziomy wyżej od pokładu głównego (Deck E). Pod nami były bębny od cum. Na imprezę rozciągana była wielka plandeka, która pełniła funkcję zadaszenia. Grill był z beczki po oleju przeciętej na pół wzdłużnie. Nogi wyspawane w warsztacie w maszynie, wiadomo przez kogo 😉
Nagle nie wiadomo skąd kucharz serwował z grilla cienkie kiełbaski, grube kiełbaski, karkówkę, burgery. Szok, jakby nie mógł tak cały rejs. Ślina mi ciekła jak bezdomnemu psu. Ojciec mówił mi, że jak się wstępnie wszyscy nażrą, dosłownie, nie byłem sam tak cholernie głodny, to wrzucimy na ruszt naszą lokalną kiełbasę, tak na deser 😉Jestem głodny pisząc te wspomnienia, łącznie schudłem przez cały rejs 8kg, pamiętam ten wilczy apetyt po dziś dzień.
Kapitan stawiał dla załogi karton piwa, karton coli i dwie flaszki (z reguły Chivas), po jednej dla pokładu i maszyny. Każdy z załogi też coś przynosił i robił się jeden wielki szwedzki stół. Był to czas integracji, wyrzucania żalów w kuluarach, a także gaszenia konfliktów. Mimo, że następny dzień był wolny to każdy z załogi się pilnował. Nikt nie chciał walnąć gafy przy kapitanie i zapewnić sobie bezrobocia na lądzie. Party z reguły trwało od ok. 17 do 22. Tata prosił mnie, żebym ok 20:00, jak już się najem na kolejny tydzień, poszedł do siebie, co załoga swobodniej sobie pogada i będzie to też lepiej świadczyło o mnie jako piętnastolatku. Nie protestowałem. Dla mnie najważniejsze było napełnić żołądek, czymś innym niż grzanki z dżemem, a także trochę pogadać z członkami załogi z którymi na co dzień nie mam okazji zamienić słowa. Pamiętam jak „Trener” wygarnął mi, że „nie jesteśmy na Ty”, napomknę, że jakoś samo tak wyszło, bo wszyscy mówili Zbyszek to, Zbyszek tamto, do czasu grilla też tak mówiłem i nie protestował ani razu. Trochę wypił i mi wygarnął. Przeprosiłem i powiedział mi „no to od teraz mów mi Zbyszku”. Stuknęliśmy się na zdrowie, ja Fantą (miałem swoją ze sklepiku) a Zbyszek drinkiem. Cała sytuacja miała miejsce w towarzystwie kapitana, Kalafiora i Fasoli, których miny jasno okazywały lekkie ogłupienie.
Cała impreza zlokalizowana była na rufie, dwa poziomy wyżej od pokładu głównego (Deck E). Pod nami były bębny od cum. Na imprezę rozciągana była wielka plandeka, która pełniła funkcję zadaszenia. Grill był z beczki po oleju przeciętej na pół wzdłużnie. Nogi wyspawane w warsztacie w maszynie, wiadomo przez kogo 😉
Nagle nie wiadomo skąd kucharz serwował z grilla cienkie kiełbaski, grube kiełbaski, karkówkę, burgery. Szok, jakby nie mógł tak cały rejs. Ślina mi ciekła jak bezdomnemu psu. Ojciec mówił mi, że jak się wstępnie wszyscy nażrą, dosłownie, nie byłem sam tak cholernie głodny, to wrzucimy na ruszt naszą lokalną kiełbasę, tak na deser 😉Jestem głodny pisząc te wspomnienia, łącznie schudłem przez cały rejs 8kg, pamiętam ten wilczy apetyt po dziś dzień.
Kapitan stawiał dla załogi karton piwa, karton coli i dwie flaszki (z reguły Chivas), po jednej dla pokładu i maszyny. Każdy z załogi też coś przynosił i robił się jeden wielki szwedzki stół. Był to czas integracji, wyrzucania żalów w kuluarach, a także gaszenia konfliktów. Mimo, że następny dzień był wolny to każdy z załogi się pilnował. Nikt nie chciał walnąć gafy przy kapitanie i zapewnić sobie bezrobocia na lądzie. Party z reguły trwało od ok. 17 do 22. Tata prosił mnie, żebym ok 20:00, jak już się najem na kolejny tydzień, poszedł do siebie, co załoga swobodniej sobie pogada i będzie to też lepiej świadczyło o mnie jako piętnastolatku. Nie protestowałem. Dla mnie najważniejsze było napełnić żołądek, czymś innym niż grzanki z dżemem, a także trochę pogadać z członkami załogi z którymi na co dzień nie mam okazji zamienić słowa. Pamiętam jak „Trener” wygarnął mi, że „nie jesteśmy na Ty”, napomknę, że jakoś samo tak wyszło, bo wszyscy mówili Zbyszek to, Zbyszek tamto, do czasu grilla też tak mówiłem i nie protestował ani razu. Trochę wypił i mi wygarnął. Przeprosiłem i powiedział mi „no to od teraz mów mi Zbyszku”. Stuknęliśmy się na zdrowie, ja Fantą (miałem swoją ze sklepiku) a Zbyszek drinkiem. Cała sytuacja miała miejsce w towarzystwie kapitana, Kalafiora i Fasoli, których miny jasno okazywały lekkie ogłupienie.
Poszedłem do kajuty, reszta załogi posiedziała, ile dała radę, Kapitan podobno zmył się około 21. Najgorzej mieli motorzyści z maszyny oraz oficerowie na mostku, kto miał wachtę niestety musiał ją odbyć i mógł przyjść dopiero po, a kto miał po party, musiał się pilnować z alkoholem. Statek mimo wszystko płynął dalej. Pozostała część załogi mogła delektować się wolną niedzielą.
Grill był miłym wydarzeniem, ale dla mnie miał też smutny akcent. Mianowicie w 2004 roku nie miałem odtwarzacza MP3 ani żadnego mini radia. Na równiku byliśmy po około 2 tygodniach od opuszczenia domu. Poza filmami i ich ścieżką dźwiękową, praktycznie nie miałem styczności z muzyką. Radio nie odbierało, ojciec nic w kajucie nie miał. Wziąłem ze sobą jakieś płyty z polskim rapem z Brawo (kto pamięta tę gazetę?), tyle że nie było ich gdzie odtwarzać. U taty w kajucie był jedynie odtwarzacz VHS… Podczas party jeden z marynarzy przyniósł radio- odtwarzacz CD a Jonathan, kotwica w plecy mu za to, afrykańskie szlagiery. Spragniony muzyki przez lekko 3h słuchałem jakiegoś gówna co rozwalało uszy, kto pił to się cieszył z tej muzyki, ja nie piłem... Jak byłem już w kabinie to ktoś puścił całą płytę 18L (jeden osiem L), do teraz zastanawiam się czy tek koleś wie już „jak zapomnieć”.
Finalnie podczas rejsu zostałem zmuszony do zostania fanem Vaya Con Dios, marynarz kajutę obok mnie słuchał jej tak długo aż zasnął, codziennie. Do dziś mam dwie ulubione piosenki tego zespołu, numer 1 to „Time Flies” oraz nr 2 „Puerto Rico”. Jak na złość robił głośniej na „Time Flies” i podczas refrenu robiły mi się szkliste oczy w tęsknocie za domem. O ironio Dani Klein pochodzi z Belgii.
Grill był miłym wydarzeniem, ale dla mnie miał też smutny akcent. Mianowicie w 2004 roku nie miałem odtwarzacza MP3 ani żadnego mini radia. Na równiku byliśmy po około 2 tygodniach od opuszczenia domu. Poza filmami i ich ścieżką dźwiękową, praktycznie nie miałem styczności z muzyką. Radio nie odbierało, ojciec nic w kajucie nie miał. Wziąłem ze sobą jakieś płyty z polskim rapem z Brawo (kto pamięta tę gazetę?), tyle że nie było ich gdzie odtwarzać. U taty w kajucie był jedynie odtwarzacz VHS… Podczas party jeden z marynarzy przyniósł radio- odtwarzacz CD a Jonathan, kotwica w plecy mu za to, afrykańskie szlagiery. Spragniony muzyki przez lekko 3h słuchałem jakiegoś gówna co rozwalało uszy, kto pił to się cieszył z tej muzyki, ja nie piłem... Jak byłem już w kabinie to ktoś puścił całą płytę 18L (jeden osiem L), do teraz zastanawiam się czy tek koleś wie już „jak zapomnieć”.
Finalnie podczas rejsu zostałem zmuszony do zostania fanem Vaya Con Dios, marynarz kajutę obok mnie słuchał jej tak długo aż zasnął, codziennie. Do dziś mam dwie ulubione piosenki tego zespołu, numer 1 to „Time Flies” oraz nr 2 „Puerto Rico”. Jak na złość robił głośniej na „Time Flies” i podczas refrenu robiły mi się szkliste oczy w tęsknocie za domem. O ironio Dani Klein pochodzi z Belgii.