Ahoj Dzidowcy!
Witam po delikatnej przerwie, miałem detoks cyfrowy ;)
Link do poprzedniej części (dziękować Adminowi za główną):
https://jbzd.com.pl/obr/4469476/dzida-o-statkach-cz-7-wiezien-2-2
Zapraszam do lektury!
Witam po delikatnej przerwie, miałem detoks cyfrowy ;)
Link do poprzedniej części (dziękować Adminowi za główną):
https://jbzd.com.pl/obr/4469476/dzida-o-statkach-cz-7-wiezien-2-2
Zapraszam do lektury!
OSTATNI PORT
Naszym ostatnim przystankiem w Afryce był Kapsztad. Klejnot RPA do teraz przywołuje miłe wspomnienia. Nie pamiętam dokładnie jaki to był dzień, ale raczej sobota, bo ruszyliśmy po obiedzie większą ekipą na Waterfront pochodzić po sklepach. Głównie window-shopping, poza marketem Pick’n’Pay. To taki afrykański Lidl, wszystko i nic. Kupiłem sobie koszulki po około 5 zł sztuka na nasze, żel pod prysznic 3w1 i dezodorant. Marka no-name, ale polecana przez marynarzy, rzeczywiście używałem tego zestawu jeszcze długo po powrocie do Polski. Zdziwił mnie strasznie stosunek cena/jakość. Był bardzo wysoki jak na nieoryginalne marki. W tamtych czasach w najbliższym mieście od mojej wioski nie było nawet Rossmanna, o większym sklepie spożywczym zapomnij. Kupowałem dezodoranty marki Bond w kiosku ruchu i mydło Dove (burżuj) w sklepie GS. Byłem trochę zły, że jak wrócę to znowu czeka mnie byle co za te same pieniądze. Bond kosztował 5 zł a trzymał kilka minut i kończył się po tygodniu. Afrykański dezodorant odpowiednik współczesnej ISAN’y trzymał pół dnia i skończył się dopiero po trzech miesiącach…
Na powrocie zahaczyliśmy o sklep z płytami DVD. Nie wiedziałem, że to będzie test mojego angielskiego. Ojciec uparł się, że chce kupić film, komedię afrykańską, którą kiedyś oglądał na innym statku. Oczywiście nie znał tytułu, pamiętał tylko kilka scen. Główny bohater był białym murzyńskim szamanem, nosił na sobie naszyjnik z lwich zębów bodajże. Brzmi dziwnie prawda, a weź teraz wytłumacz to chłopu w sklepie z płytami, który był przeogromny. Dwa piętra, jakieś 400 m2 półek z samymi filmami. Na nasze tytuł klasy B kosztował ok 50 zł za wersję DVD. Wyginam się, tłumaczę panu Murzynowi migawki fabuły, nagle ojciec wyskakuje, że film to „Mister BOM”. Chłop myśli, myśli, szuka coś w komputerze, pyta się czy chodzi nam o film „Mr. Bones” – eureka, o to chodziło. Niestety film tylko po angielsku i z angielskimi napisami. Bierzemy i tak, podobno tak dobra komedia, że nie musisz znać języka… Oglądałem ją dopiero w Polsce, nie powiem wtedy boki zrywać. Jak ktoś lubi klimaty typu „Głupi i głupszy” to polecam. Najlepsze jest to, że mam ten film do dziś i wyszły jeszcze dwie części. Obejrzę kiedyś z dziećmi, co chociaż ich śmiech będzie zachęcał do powtórki z rozrywki.
Naszym ostatnim przystankiem w Afryce był Kapsztad. Klejnot RPA do teraz przywołuje miłe wspomnienia. Nie pamiętam dokładnie jaki to był dzień, ale raczej sobota, bo ruszyliśmy po obiedzie większą ekipą na Waterfront pochodzić po sklepach. Głównie window-shopping, poza marketem Pick’n’Pay. To taki afrykański Lidl, wszystko i nic. Kupiłem sobie koszulki po około 5 zł sztuka na nasze, żel pod prysznic 3w1 i dezodorant. Marka no-name, ale polecana przez marynarzy, rzeczywiście używałem tego zestawu jeszcze długo po powrocie do Polski. Zdziwił mnie strasznie stosunek cena/jakość. Był bardzo wysoki jak na nieoryginalne marki. W tamtych czasach w najbliższym mieście od mojej wioski nie było nawet Rossmanna, o większym sklepie spożywczym zapomnij. Kupowałem dezodoranty marki Bond w kiosku ruchu i mydło Dove (burżuj) w sklepie GS. Byłem trochę zły, że jak wrócę to znowu czeka mnie byle co za te same pieniądze. Bond kosztował 5 zł a trzymał kilka minut i kończył się po tygodniu. Afrykański dezodorant odpowiednik współczesnej ISAN’y trzymał pół dnia i skończył się dopiero po trzech miesiącach…
Na powrocie zahaczyliśmy o sklep z płytami DVD. Nie wiedziałem, że to będzie test mojego angielskiego. Ojciec uparł się, że chce kupić film, komedię afrykańską, którą kiedyś oglądał na innym statku. Oczywiście nie znał tytułu, pamiętał tylko kilka scen. Główny bohater był białym murzyńskim szamanem, nosił na sobie naszyjnik z lwich zębów bodajże. Brzmi dziwnie prawda, a weź teraz wytłumacz to chłopu w sklepie z płytami, który był przeogromny. Dwa piętra, jakieś 400 m2 półek z samymi filmami. Na nasze tytuł klasy B kosztował ok 50 zł za wersję DVD. Wyginam się, tłumaczę panu Murzynowi migawki fabuły, nagle ojciec wyskakuje, że film to „Mister BOM”. Chłop myśli, myśli, szuka coś w komputerze, pyta się czy chodzi nam o film „Mr. Bones” – eureka, o to chodziło. Niestety film tylko po angielsku i z angielskimi napisami. Bierzemy i tak, podobno tak dobra komedia, że nie musisz znać języka… Oglądałem ją dopiero w Polsce, nie powiem wtedy boki zrywać. Jak ktoś lubi klimaty typu „Głupi i głupszy” to polecam. Najlepsze jest to, że mam ten film do dziś i wyszły jeszcze dwie części. Obejrzę kiedyś z dziećmi, co chociaż ich śmiech będzie zachęcał do powtórki z rozrywki.
Na szczęście wypad na zakupy nie był ostatnim wyjściem tego dnia. Poszliśmy zanieść graty na statek, odświeżyć się i padło hasło, że wieczorem wychodzimy na piwo… Mój najlepszy strój wieczorowy w tamtym czasie to były czarne spodnie sztruksowe, buty FILA z Deichmana i szara bluza Adidasa. Prawdziwy polski gimbus klasy premium. Dzięki Bogu zahaczyliśmy Keję 4 na jedzenie, tym razem jadłem powoli delektując się każdym kęsem, wiedziałem, że przez kolejne dwa tygodnie przymusowa dieta i jedynie grill na równiku może mnie uratować. Po jedzeniu poszliśmy do jakiegoś baru na świeżym powietrzu, był wieczór. Dostałem pozwolenie wypić piwo z wszystkimi. Na pewno był z nami Czereśniak, towarzystwo się łączyło i rozchodziło, prawie cały statek poza wachtowymi kursował po Waterfroncie.
Później poszliśmy do restauracji, gdzie na wejściu stał ochroniarz i sprawdzał każdego wykrywaczem metali. Pierwszy raz byłem w takim miejscu. Wchodzimy a tam sama elita przez duże E. Czułem się jak biedne dziecko z Polski, niepotrzebnie. Cały urok polegał na tym, że nikt Cię nie zna i dopóki płacisz to jesteś równo traktowany. RPA to nie Niemcy, wszyscy nas z Ruskimi mylili, nikt nie wchodził w paradę. Rozglądamy się za wolnym stolikiem, pod kominkiem siedzi jakaś para, obok nich jest wolny stolik tylko brakuje jednego krzesła żebyśmy usiedli wszyscy. Pokazałem tacie, że może tam usiądziemy, a zakochani nagle wstają i się przesiadają, że proszę możecie siadać przy kominku. Szybko tłumaczę im, że nie trzeba, że my możemy obok usiąść itd. To było dziwne, ale jednocześnie takie satysfakcjonujące, jak ludzie starali się być nadgorliwie kulturalni wobec ciebie. To był czas, gdzie od 6 tygodni się nie goliłem i wyglądałem lekko na 30stkę. Może to jego urok, a może to wyraz twarzy kryminalisty. Finalnie usiedliśmy na miejscu zakochanej pary, bo bardzo nalegali. Kominek grzał mi plecki, w barze było pianino i mieli wynajętego człowieka co grał. Piwo było drogie nawet jak na Afrykańskie warunki, bodajże 4-5 dolarów za 0.5 L, ale w cenie miałeś niepowtarzalny klimat. Dostałem kolejnego browara, już drugiego i bałem się, że będzie mi chwiejno, bo do tej pory nie piłem nigdy dwóch piw jednego wieczoru. Atmosfera tej restauracji jest nie do zapomnienia, do tej pory nie byłem w drugiej takiej. Kominek, pianino, piwko, przekąski i luźne rozmowy, czego chcieć więcej?
Z niechęcią wracałem na statek wiedząc, że rano manewry i prawdopodobnie nigdy nie wrócę już do tego miejsca. Bilet lotniczy w jedną stronę kosztował wtedy około 2 tys. dolarów. Szedłem powoli starając się zapamiętać każdy detal. Kapsztad nocą był fenomenalny. Było to jedyne miasto, gdzie marynarze wychodzili po zmroku, jedyne które pozwalało białemu wrócić cało w pojedynkę. Przed statkiem mieliśmy ochronę z wojska, dlatego też wyjątkowo prawie cała załoga wyszła się zabawić, o tym szczególe w dalszej części opowieści. Na sam koniec przed wypłynięciem do Rotterdamu sprawdzaliśmy cały statek, czy nie mamy pasażerów na gapę. Pytałem, co w przypadku, gdy by się taki wygramolił z dziury na pełnym oceanie – pokarm dla rekinów, bez zawahania odpowiadali wszyscy.
Później poszliśmy do restauracji, gdzie na wejściu stał ochroniarz i sprawdzał każdego wykrywaczem metali. Pierwszy raz byłem w takim miejscu. Wchodzimy a tam sama elita przez duże E. Czułem się jak biedne dziecko z Polski, niepotrzebnie. Cały urok polegał na tym, że nikt Cię nie zna i dopóki płacisz to jesteś równo traktowany. RPA to nie Niemcy, wszyscy nas z Ruskimi mylili, nikt nie wchodził w paradę. Rozglądamy się za wolnym stolikiem, pod kominkiem siedzi jakaś para, obok nich jest wolny stolik tylko brakuje jednego krzesła żebyśmy usiedli wszyscy. Pokazałem tacie, że może tam usiądziemy, a zakochani nagle wstają i się przesiadają, że proszę możecie siadać przy kominku. Szybko tłumaczę im, że nie trzeba, że my możemy obok usiąść itd. To było dziwne, ale jednocześnie takie satysfakcjonujące, jak ludzie starali się być nadgorliwie kulturalni wobec ciebie. To był czas, gdzie od 6 tygodni się nie goliłem i wyglądałem lekko na 30stkę. Może to jego urok, a może to wyraz twarzy kryminalisty. Finalnie usiedliśmy na miejscu zakochanej pary, bo bardzo nalegali. Kominek grzał mi plecki, w barze było pianino i mieli wynajętego człowieka co grał. Piwo było drogie nawet jak na Afrykańskie warunki, bodajże 4-5 dolarów za 0.5 L, ale w cenie miałeś niepowtarzalny klimat. Dostałem kolejnego browara, już drugiego i bałem się, że będzie mi chwiejno, bo do tej pory nie piłem nigdy dwóch piw jednego wieczoru. Atmosfera tej restauracji jest nie do zapomnienia, do tej pory nie byłem w drugiej takiej. Kominek, pianino, piwko, przekąski i luźne rozmowy, czego chcieć więcej?
Z niechęcią wracałem na statek wiedząc, że rano manewry i prawdopodobnie nigdy nie wrócę już do tego miejsca. Bilet lotniczy w jedną stronę kosztował wtedy około 2 tys. dolarów. Szedłem powoli starając się zapamiętać każdy detal. Kapsztad nocą był fenomenalny. Było to jedyne miasto, gdzie marynarze wychodzili po zmroku, jedyne które pozwalało białemu wrócić cało w pojedynkę. Przed statkiem mieliśmy ochronę z wojska, dlatego też wyjątkowo prawie cała załoga wyszła się zabawić, o tym szczególe w dalszej części opowieści. Na sam koniec przed wypłynięciem do Rotterdamu sprawdzaliśmy cały statek, czy nie mamy pasażerów na gapę. Pytałem, co w przypadku, gdy by się taki wygramolił z dziury na pełnym oceanie – pokarm dla rekinów, bez zawahania odpowiadali wszyscy.
SUPERCARGO
Jest taki ktoś, od kogo również zależy, czy statek dopłynie cało do kolejnego portu, czy zaliczy pierwszą stronę lokalnej gazety. Tym kimś jest osoba na stanowisku SUPERCARGO. Armator ojca miał w RPA Polaka – Jacka, który mieszkał na stałe w Kapsztadzie. W RPA statek ojca brał lekko 90 procent całego ładunku do Europy, więc swój człowiek od ładowania był uzasadniony ekonomicznie dla firmy.
Jacek zarabiał więcej jak Kapitan, ale mniej jak Pilot, odpowiedzialność wg mnie większa od obu. To on rozplanowywał cały ładunek na statku, gdzie co w jakich ładowniach, które kontenery na rufę, które na dziób itd. Poza tym chłop miał na głowie jeszcze tony innych rzeczy do uzgodnienia z agentem, pierwszym oficerem i kapitanem.
Zwykły człowiek ma czasem problem cało dowieźć dwie torby zakupów. Mało kto się zastanawia, gdzie ułożyć w torbie warzywa, a gdzie mięso. Nie znam wielu osób mających schizy tak jak ja i trzymających się zasady, że twarde na dole a miękkie na górze. Moja żona wrzuca wszystko jak leci, wasze też? Supercargo musiał mieć zboczenie zawodowe na maksa przez to, że układał cały statek niczym wielki wózek sklepowy.
Jak czasami słyszę, jak kurierzy narzekają, że tyle paczek. Jedne duże lekkie, drugie za to małe a ciężkie. Jeszcze inne tak drogie, że strach z nimi jechać. Ludzie skarżą się na jakość dostawy, a oni wylewają swoje żale w Internecie. Człowieku ty pomyśl sobie jak się musiał czuć chłop nadzorujący załadunek ponad 20 tys. ton. Wartość samego ładunku jednego statku, przy założeniu, że przewożony był tzw. słaby miks ładunkowy (proste produkty, tekstylia, ruda itd.), to ok 50 mln USD. Samo ubezpieczenie kosztowało w granicach 50 tys. dolarów. Pamiętam, jak Kapitan mówił, że armator za rejs w jedną stronę zarabia trochę ponad 2 mln USD brutto. Czyli przez cały mój rejs statek zarobił gdzieś 4,5 mln USD brutto.
Jacek jeździł za nami po całej Afryce a między czasie obsługiwał jeszcze inne statki armatora. Do tego musiał jeszcze tak ustawić napełnienie balastu z Maszyną, aby środek ciężkości nadal był w środku statku. Następnym razem, zanim zaczniesz narzekać na swoją pracę i ile masz odpowiedzialności, to pomyśl o Jacku… Stres jaki generowała ta praca był widoczny na każdym skrawku jego ciała. Wtedy zastanawiałem się, jak ludzie mogą chcieć tak pracować i żyć. Dziś już wiem.
Jest taki ktoś, od kogo również zależy, czy statek dopłynie cało do kolejnego portu, czy zaliczy pierwszą stronę lokalnej gazety. Tym kimś jest osoba na stanowisku SUPERCARGO. Armator ojca miał w RPA Polaka – Jacka, który mieszkał na stałe w Kapsztadzie. W RPA statek ojca brał lekko 90 procent całego ładunku do Europy, więc swój człowiek od ładowania był uzasadniony ekonomicznie dla firmy.
Jacek zarabiał więcej jak Kapitan, ale mniej jak Pilot, odpowiedzialność wg mnie większa od obu. To on rozplanowywał cały ładunek na statku, gdzie co w jakich ładowniach, które kontenery na rufę, które na dziób itd. Poza tym chłop miał na głowie jeszcze tony innych rzeczy do uzgodnienia z agentem, pierwszym oficerem i kapitanem.
Zwykły człowiek ma czasem problem cało dowieźć dwie torby zakupów. Mało kto się zastanawia, gdzie ułożyć w torbie warzywa, a gdzie mięso. Nie znam wielu osób mających schizy tak jak ja i trzymających się zasady, że twarde na dole a miękkie na górze. Moja żona wrzuca wszystko jak leci, wasze też? Supercargo musiał mieć zboczenie zawodowe na maksa przez to, że układał cały statek niczym wielki wózek sklepowy.
Jak czasami słyszę, jak kurierzy narzekają, że tyle paczek. Jedne duże lekkie, drugie za to małe a ciężkie. Jeszcze inne tak drogie, że strach z nimi jechać. Ludzie skarżą się na jakość dostawy, a oni wylewają swoje żale w Internecie. Człowieku ty pomyśl sobie jak się musiał czuć chłop nadzorujący załadunek ponad 20 tys. ton. Wartość samego ładunku jednego statku, przy założeniu, że przewożony był tzw. słaby miks ładunkowy (proste produkty, tekstylia, ruda itd.), to ok 50 mln USD. Samo ubezpieczenie kosztowało w granicach 50 tys. dolarów. Pamiętam, jak Kapitan mówił, że armator za rejs w jedną stronę zarabia trochę ponad 2 mln USD brutto. Czyli przez cały mój rejs statek zarobił gdzieś 4,5 mln USD brutto.
Jacek jeździł za nami po całej Afryce a między czasie obsługiwał jeszcze inne statki armatora. Do tego musiał jeszcze tak ustawić napełnienie balastu z Maszyną, aby środek ciężkości nadal był w środku statku. Następnym razem, zanim zaczniesz narzekać na swoją pracę i ile masz odpowiedzialności, to pomyśl o Jacku… Stres jaki generowała ta praca był widoczny na każdym skrawku jego ciała. Wtedy zastanawiałem się, jak ludzie mogą chcieć tak pracować i żyć. Dziś już wiem.
BURZA
Podczas rejsu powrotnego miałem okazję być świadkiem zjawiska zwanego „martwą falą”, niektórzy błędnie nazywali je „martwicą” na oceanie. Polega to na tym, że praktycznie nie ma fali, ocean wydaje się płaski jak jezioro. Z jednej strony się cieszyłem, bo mogłem tego dnia trochę odespać, z drugiej strony starzy marynarze mówili, że to nie zwiastuje nic dobrego. Dziś wiem, że jest to efektem nakładania się fal, przez co następuje wygaszanie. Efekt ten często spowodowany jest lokalnym sztormem kilkanaście kilometrów dalej. W naszym przypadku burza dopadła nas dopiero wieczorem, de facto goniliśmy ją.
Poszedłem na dziób wypatrywać tsunami, na horyzoncie nic. Nawet latające ryby zrobiły sobie tego dnia wolne. Z jednej strony byłem podekscytowany, że mam szansę przeżyć sztorm, jednak z drugiej widok zestresowanej załogi powodował czarne myśli, że będziemy dryfować w szalupie i zanim nas ktoś łaskawie znajdzie pośrodku niczego to zjedzą nas rekiny. Brak fali po kilku godzinach przerodził się w takie gładkie fale niczym szlaczek narysowany przez dziecko. Był to jeszcze bardziej niepokojący widok niż ich całkowity brak. Były gładkie, zero zmarszczki. Załoga co chwilę ładowała mnie jakimiś opowieściami, co to się nie dzieje podczas sztormu. Faktem jest, że kiedyś statek mojego ojca podczas burzy zboczył z trasy na tyle, że nadrabiali kurs 4 dni. Miał rejs z USA do RPA i spod Houston pchnęło ich praktycznie do samej Brazylii.
W okolicach kolacji pojawiły się gęste chmury. Uwielbiam burze i nie mogłem się doczekać, kiedy przeżyję konkretne uderzenie, bez komentarzy mamy typu „odejdź od okna” itd. Nie wolno przebywać na pokładzie podczas sztormu, także ustawiłem się przy wejściu do korytarza, gdzie miałem kajutę i czekałem na pierwsze błyskawice. Ciężko opisać ten widok, widzisz ścianę deszczu w którą zaraz wpłyniesz, delikatne gładkie fale, z gęstwiny chmur uderzają błyskawice o taflę wody. Zaczęło padać, musiałem wejść do środka i zamknąć drzwi. Pozostało mi oglądać resztę przez bulaj korytarza, potem w kabinie ojca. Mój niestety był zasłonięty ładunkiem.
Deszcz po prostu nawalał, ulewa konkretna, ale nie taka, żeby nasze polskie burze nie dorównywały. To co robiło niesamowity widok, to słońce z dala na horyzoncie. Anomalia pogodowa była lokalna, a my na jej obrzeżach. Oglądałem pioruny trochę ponad dwie godziny i było po wszystkim. Wyszedłem na rufę trochę zły, oczekiwałem, że porzuca nami minimum jak w Durbanie jak mieliśmy pusty statek. Kapitan zadowolony, z kursu nie zboczyliśmy, piorun w nas nie uderzył, tym razem bez szwanku. Byłem i tak spóźniony do szkoły, więc mi to lotto dzień w tę czy tę, ale nie dla armatora.
Podczas rejsu powrotnego miałem okazję być świadkiem zjawiska zwanego „martwą falą”, niektórzy błędnie nazywali je „martwicą” na oceanie. Polega to na tym, że praktycznie nie ma fali, ocean wydaje się płaski jak jezioro. Z jednej strony się cieszyłem, bo mogłem tego dnia trochę odespać, z drugiej strony starzy marynarze mówili, że to nie zwiastuje nic dobrego. Dziś wiem, że jest to efektem nakładania się fal, przez co następuje wygaszanie. Efekt ten często spowodowany jest lokalnym sztormem kilkanaście kilometrów dalej. W naszym przypadku burza dopadła nas dopiero wieczorem, de facto goniliśmy ją.
Poszedłem na dziób wypatrywać tsunami, na horyzoncie nic. Nawet latające ryby zrobiły sobie tego dnia wolne. Z jednej strony byłem podekscytowany, że mam szansę przeżyć sztorm, jednak z drugiej widok zestresowanej załogi powodował czarne myśli, że będziemy dryfować w szalupie i zanim nas ktoś łaskawie znajdzie pośrodku niczego to zjedzą nas rekiny. Brak fali po kilku godzinach przerodził się w takie gładkie fale niczym szlaczek narysowany przez dziecko. Był to jeszcze bardziej niepokojący widok niż ich całkowity brak. Były gładkie, zero zmarszczki. Załoga co chwilę ładowała mnie jakimiś opowieściami, co to się nie dzieje podczas sztormu. Faktem jest, że kiedyś statek mojego ojca podczas burzy zboczył z trasy na tyle, że nadrabiali kurs 4 dni. Miał rejs z USA do RPA i spod Houston pchnęło ich praktycznie do samej Brazylii.
W okolicach kolacji pojawiły się gęste chmury. Uwielbiam burze i nie mogłem się doczekać, kiedy przeżyję konkretne uderzenie, bez komentarzy mamy typu „odejdź od okna” itd. Nie wolno przebywać na pokładzie podczas sztormu, także ustawiłem się przy wejściu do korytarza, gdzie miałem kajutę i czekałem na pierwsze błyskawice. Ciężko opisać ten widok, widzisz ścianę deszczu w którą zaraz wpłyniesz, delikatne gładkie fale, z gęstwiny chmur uderzają błyskawice o taflę wody. Zaczęło padać, musiałem wejść do środka i zamknąć drzwi. Pozostało mi oglądać resztę przez bulaj korytarza, potem w kabinie ojca. Mój niestety był zasłonięty ładunkiem.
Deszcz po prostu nawalał, ulewa konkretna, ale nie taka, żeby nasze polskie burze nie dorównywały. To co robiło niesamowity widok, to słońce z dala na horyzoncie. Anomalia pogodowa była lokalna, a my na jej obrzeżach. Oglądałem pioruny trochę ponad dwie godziny i było po wszystkim. Wyszedłem na rufę trochę zły, oczekiwałem, że porzuca nami minimum jak w Durbanie jak mieliśmy pusty statek. Kapitan zadowolony, z kursu nie zboczyliśmy, piorun w nas nie uderzył, tym razem bez szwanku. Byłem i tak spóźniony do szkoły, więc mi to lotto dzień w tę czy tę, ale nie dla armatora.
NUDY
Powrót spędzałem już jako pasażer, gdzie głównie siedziałem w maszynie u ojca. Miałem przed sobą kolejny raz dwa tygodnie samej wody. Tym razem nie cumowaliśmy w Walvis Bay i Vigo, rejs powrotny zaczynał się w Kapsztadzie a kończył w Rotterdamie, bite minimum 14 dni jednolitego widoku na horyzoncie.
Do teraz został mi tryb nietoperza, który wypracowałem przez ten czas. Nie musząc wstawać rano majtkować, chodziłem spać później. Powód – odwiedzałem motorzystów na wachtach. Z Damianem dużo dyskutowaliśmy o życiu, jaką szkołę powinienem dalej wybrać, co z życiem zrobić. Czasem po jego wachcie piliśmy piwo u niego w kabinie o północy. Raz nawet dał mi zapalić papierosa w sterowni jak miał wachtę od północy do 4 rano (wtedy Brzoza nie chodził na kontrole). Dusiłem się strasznie, obiecałem sobie wtedy, że nigdy nie zacznę palić. Taa…
Dziś wiem, że trochę przeszkadzałem ekipie ojca chodząc do nich po nocach. Wtedy nie mogłem skumać, dlaczego przysypiają, skoro mają całą listę zadań do wykonania od Chiefa. Każdy robił to jak najszybciej a potem w kimę na krześle. Jak się otwierało drzwi od sterowni to była chwila hałasu, a potem znowu cisza. Każdy podskakiwał jak słyszał dźwięk klamki, bali się, że Brzoza, a tu młody nie mógł spać… W zamian za nocne rozmowy o życiu wypisywałem za nich zeszyt ze sprawozdaniami z wachty.
Raz poszedłem w nocy na mostek jak Fasola miał wachtę. To była jedyna okazja, żeby móc na spokojnie obejrzeć centrum dowodzenia i popatrzeć na bezkres oceanu oczami kapitana. Zapukałem, wchodzę i rzucam „Dobry wieczór, mogę na chwilę?”. Oczywiście Fasolę obudziłem, odsypiał czas z portów, gdzie ogarniał załadunek z Supercargo. Mimo wszystko nie był zły, za co jestem mu wdzięczny do teraz, tylko pozwolił usiąść na drugim fotelu obok niego. Był zajebiście wygodny, miał wbudowane amortyzatory, mógłbym przespać w nim cały rejs, normalnie hamak… Fasola wytłumaczył mi do czego służą poszczególne przyrządy, który ekran pokazuje pozycje na mapie, co oznaczają małe kropki na radarze (duże fale) itd. Niebo było bezchmurne, idealna noc dla gwiazdojeba. Posiedziałem może 30 minut, efekt WOW minął, pomyślałem sobie niech się chłop wyśpi i poszedłem coś podebrać z mesy oficerskiej.
Po tygodniu wstawałem praktycznie na obiad, który był moim śniadaniem. Ojciec codziennie próbował mnie budzić na 7:00 żebym coś zjadł, szczególnie jak była jajecznica. Odbierałem telefon, mówiłem, że jeszcze chwilka i robiłem drzemkę do południa. Po powrocie do domu było bardzo ciężko przestawić ten tryb nocnej jazdy. Po kolacji systematycznie chodziłem ćwiczyć na statkowej siłowni, nawet wyhodowałem jakieś mięśnie przez cały rejs. Na koniec podróży zrobiłem życiówkę 67 pompek, niestety rekordu nie pobiłem do dziś. Może czas wziąć się za siebie.
Powrót spędzałem już jako pasażer, gdzie głównie siedziałem w maszynie u ojca. Miałem przed sobą kolejny raz dwa tygodnie samej wody. Tym razem nie cumowaliśmy w Walvis Bay i Vigo, rejs powrotny zaczynał się w Kapsztadzie a kończył w Rotterdamie, bite minimum 14 dni jednolitego widoku na horyzoncie.
Do teraz został mi tryb nietoperza, który wypracowałem przez ten czas. Nie musząc wstawać rano majtkować, chodziłem spać później. Powód – odwiedzałem motorzystów na wachtach. Z Damianem dużo dyskutowaliśmy o życiu, jaką szkołę powinienem dalej wybrać, co z życiem zrobić. Czasem po jego wachcie piliśmy piwo u niego w kabinie o północy. Raz nawet dał mi zapalić papierosa w sterowni jak miał wachtę od północy do 4 rano (wtedy Brzoza nie chodził na kontrole). Dusiłem się strasznie, obiecałem sobie wtedy, że nigdy nie zacznę palić. Taa…
Dziś wiem, że trochę przeszkadzałem ekipie ojca chodząc do nich po nocach. Wtedy nie mogłem skumać, dlaczego przysypiają, skoro mają całą listę zadań do wykonania od Chiefa. Każdy robił to jak najszybciej a potem w kimę na krześle. Jak się otwierało drzwi od sterowni to była chwila hałasu, a potem znowu cisza. Każdy podskakiwał jak słyszał dźwięk klamki, bali się, że Brzoza, a tu młody nie mógł spać… W zamian za nocne rozmowy o życiu wypisywałem za nich zeszyt ze sprawozdaniami z wachty.
Raz poszedłem w nocy na mostek jak Fasola miał wachtę. To była jedyna okazja, żeby móc na spokojnie obejrzeć centrum dowodzenia i popatrzeć na bezkres oceanu oczami kapitana. Zapukałem, wchodzę i rzucam „Dobry wieczór, mogę na chwilę?”. Oczywiście Fasolę obudziłem, odsypiał czas z portów, gdzie ogarniał załadunek z Supercargo. Mimo wszystko nie był zły, za co jestem mu wdzięczny do teraz, tylko pozwolił usiąść na drugim fotelu obok niego. Był zajebiście wygodny, miał wbudowane amortyzatory, mógłbym przespać w nim cały rejs, normalnie hamak… Fasola wytłumaczył mi do czego służą poszczególne przyrządy, który ekran pokazuje pozycje na mapie, co oznaczają małe kropki na radarze (duże fale) itd. Niebo było bezchmurne, idealna noc dla gwiazdojeba. Posiedziałem może 30 minut, efekt WOW minął, pomyślałem sobie niech się chłop wyśpi i poszedłem coś podebrać z mesy oficerskiej.
Po tygodniu wstawałem praktycznie na obiad, który był moim śniadaniem. Ojciec codziennie próbował mnie budzić na 7:00 żebym coś zjadł, szczególnie jak była jajecznica. Odbierałem telefon, mówiłem, że jeszcze chwilka i robiłem drzemkę do południa. Po powrocie do domu było bardzo ciężko przestawić ten tryb nocnej jazdy. Po kolacji systematycznie chodziłem ćwiczyć na statkowej siłowni, nawet wyhodowałem jakieś mięśnie przez cały rejs. Na koniec podróży zrobiłem życiówkę 67 pompek, niestety rekordu nie pobiłem do dziś. Może czas wziąć się za siebie.
AMBASADOR
Wspominałem Wam, że jak wracaliśmy z miasta w Kapsztadzie to przed statkiem mieliśmy wojsko. Powodem była przesyłka dyplomatyczna w postaci ambasadora RP, który wracał do kraju na emeryturę. Dziś coś tam wiem o pracownikach takich placówek i do teraz nie mogę zrozumieć, dlaczego nie wrócił samolotem. Chłop wracał sam, nie wiemy, ile miał bagażu, może nawet cały kontener był jego. Do dziś zastanawiam się jaki był powód, że akurat statkiem handlowym wysłano takiego człowieka do domu. Fakt cała nasza załoga była polska, dawało to poczucie bezpieczeństwa. Kajuta IV oficera z pokładu była wolna, oferowała komfort na całkiem przyzwoitym poziomie. Podróż trochę ponad dwa tygodnie, hmm… W każdym razie, od momentu, kiedy Pan ambasador został zaokrętowany do momentu wypłynięcia przed statkiem mieliśmy 4 komandosów 24h. Na podstawie dostępnych danych w Internecie oraz tego co pamiętam mogę potwierdzić z czystym sumieniem, że był to Krzysztof Śliwiński we własnej osobie.
Pierwszy raz mieliśmy okazję na żywo poznać Ambasadora podczas drugiego party na równiku. Pan Krzysztof nie stronił od dobrego jedzenia i szklaneczki whisky. Po kilku godzinach jak atmosfera już zluzowała usiadłem obok i twardo zagadałem w stylu ciekawskiego piętnastolatka „Pan naprawdę jest ambasadorem?”. Nie było to może zbyt górnolotne, ale po kilku głębszych na środku oceanu nie przeszkadzało to dyplomacie, żeby pogadać z młodym na luzie. Moim drugim pytaniem było, „Jak się zostaje ambasadorem?”. Pan Krzysztof odpowiedział mi wtedy, że miał iść na medycynę, ale finalnie odpuścił, coś tam studiował, a potem dał się wciągnąć w politykę przez znajomych i tak jakoś wyszło, że został pierwszy raz ambasadorem w Maroku mając 50 lat. Nie był zbyt wylewny w szczegółach, to co pamiętam różni się delikatnie od tego co można dziś poczytać w Wikipedii. Aczkolwiek puenta była taka, że kariera Nikodema Dyzmy wyszła sama z siebie, ale czy zrobiłby to drugi raz, raczej nie. Pan Krzysztof praktycznie cały grill siedział sam. Większość bała się zagadać, bo nie czuli się wystarczająco górnolotni. We mnie takich ograniczeń nie było.
Dostałem wtedy cały monolog o tym jak to życie pisze różne scenariusze, żebym mądrze pokierował karierą zawodową, poświęcił wystarczająco dużo czasu nauce, ale to wszystko i tak „chuj” jak nie ma zdrowia. Czyli taka standardowa gadka kogoś kto idzie na emeryturę, dziś mając 37 lat niczym stary dziad powtarzam to innej młodzieży. Dlaczego? Bo to niestety prawda, smutna, ale prawda. Kilku kumpli z lat szkolnych wącha już kwiatki od spodu, a mogli dalej cieszyć się życiem. Jednych zdrowie opuściło przez ich własną głupotę, inni znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.
Wspominałem Wam, że jak wracaliśmy z miasta w Kapsztadzie to przed statkiem mieliśmy wojsko. Powodem była przesyłka dyplomatyczna w postaci ambasadora RP, który wracał do kraju na emeryturę. Dziś coś tam wiem o pracownikach takich placówek i do teraz nie mogę zrozumieć, dlaczego nie wrócił samolotem. Chłop wracał sam, nie wiemy, ile miał bagażu, może nawet cały kontener był jego. Do dziś zastanawiam się jaki był powód, że akurat statkiem handlowym wysłano takiego człowieka do domu. Fakt cała nasza załoga była polska, dawało to poczucie bezpieczeństwa. Kajuta IV oficera z pokładu była wolna, oferowała komfort na całkiem przyzwoitym poziomie. Podróż trochę ponad dwa tygodnie, hmm… W każdym razie, od momentu, kiedy Pan ambasador został zaokrętowany do momentu wypłynięcia przed statkiem mieliśmy 4 komandosów 24h. Na podstawie dostępnych danych w Internecie oraz tego co pamiętam mogę potwierdzić z czystym sumieniem, że był to Krzysztof Śliwiński we własnej osobie.
Pierwszy raz mieliśmy okazję na żywo poznać Ambasadora podczas drugiego party na równiku. Pan Krzysztof nie stronił od dobrego jedzenia i szklaneczki whisky. Po kilku godzinach jak atmosfera już zluzowała usiadłem obok i twardo zagadałem w stylu ciekawskiego piętnastolatka „Pan naprawdę jest ambasadorem?”. Nie było to może zbyt górnolotne, ale po kilku głębszych na środku oceanu nie przeszkadzało to dyplomacie, żeby pogadać z młodym na luzie. Moim drugim pytaniem było, „Jak się zostaje ambasadorem?”. Pan Krzysztof odpowiedział mi wtedy, że miał iść na medycynę, ale finalnie odpuścił, coś tam studiował, a potem dał się wciągnąć w politykę przez znajomych i tak jakoś wyszło, że został pierwszy raz ambasadorem w Maroku mając 50 lat. Nie był zbyt wylewny w szczegółach, to co pamiętam różni się delikatnie od tego co można dziś poczytać w Wikipedii. Aczkolwiek puenta była taka, że kariera Nikodema Dyzmy wyszła sama z siebie, ale czy zrobiłby to drugi raz, raczej nie. Pan Krzysztof praktycznie cały grill siedział sam. Większość bała się zagadać, bo nie czuli się wystarczająco górnolotni. We mnie takich ograniczeń nie było.
Dostałem wtedy cały monolog o tym jak to życie pisze różne scenariusze, żebym mądrze pokierował karierą zawodową, poświęcił wystarczająco dużo czasu nauce, ale to wszystko i tak „chuj” jak nie ma zdrowia. Czyli taka standardowa gadka kogoś kto idzie na emeryturę, dziś mając 37 lat niczym stary dziad powtarzam to innej młodzieży. Dlaczego? Bo to niestety prawda, smutna, ale prawda. Kilku kumpli z lat szkolnych wącha już kwiatki od spodu, a mogli dalej cieszyć się życiem. Jednych zdrowie opuściło przez ich własną głupotę, inni znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.
KANARY
W RPA kupiliśmy kartę prepaid do telefonu komórkowego. Mój ojciec miał Samsunga V200 z obrotowym aparatem co go Neo z Matrixa reklamował. Kupił go jeszcze w Nigerii zanim zaczął pływać na stałe na Grey Fox. Jakim cudem zwykły Fitter miał taki telefon w tamtym czasie pomyślicie.
Ano w Nigerii mój ojciec był 14 miesięcy ciągiem i musieli handlować ropą z piratami na rzece, żeby przeżyć. Sytuacja wyglądała tak – statek był obstawiony marynarzami z jakiegoś afrykańskiego zadupia, oficerka była z Kuby od Fidela i jeden jedyny biały człowiek, może nawet w całej Nigerii w tamtym czasie – mój ojciec. Jak padły pompy podczas dawania haraczu piratom w postaci paliwa, kapitan zbudził w nocy mojego ojca, żeby coś zrobił, bo wszystkich zabiją. Kazik schodzi do maszyny a tam kilku Mokembe z kałachami. Zobaczyli białego, coś tam pod nosem sobie pogadali, śmiechy chichy, że biały człowiek będzie wiedział, jak naprawić. Mechanik Murzyn był spocony i blady, jak zobaczył, że mój ojciec naprawia pompę to wróciło mu trochę koloru. Próba generalna, wszystko działa, kapitan łzy w oczach ze szczęścia. Od tamtego momentu tata dostawał kasę ekstra od kapitana. Nazbierało się tego tyle w gotówce, że musiał większość wydać w Nigerii, więc kupił kamerę SONY i telefon Samsung V200. Musiało być mało gabarytowe i drogie (samolot). Jak wymienił dolary na nigeryjskie banknoty to miał dwie pełne torby podróżne pieniędzy. Agent nie wiedział, że jadą z taką ilością kasy do sklepu. Jedyne centrum handlowe co miało taki sprzęt było w samej stolicy przy lotnisku. Jak Kazik otworzył torby z pieniędzmi w sklepie, to agent prawie zawału dostał. W powrocie tata nakręcił trochę jak wyglądała Nigeria w 2002 roku. Do dziś wiele się nie zmieniła jakby co.
W każdym razie na wysokości Wysp Kanaryjskich była okazja wysłać smsa do domu, a czasami nawet zadzwonić. Zasięg łapał na dosłownie kilka godzin, tacie często nie udawało się do nas odezwać, bo był środek nocy jak mijali wyspy. Tym razem trafiło się ślepej kurze ziarnko – mieliśmy awarię. Znowu coś padło w maszynie i dryfowaliśmy. Kotwicy nie było sensu rzucać, głębokość lekko ponad 1000 m. Ciekawostka - sama kotwica statku ważyła ponad 8 ton, statek miał ich 3 – po jednej na stronę i jedna zapasowa. Łączna ilość łańcucha ok 630 metrów o wadze ok 115 ton. Każdy łańcuch od kotwicy miał swój niezależny „pojemnik” żeby się nie poplątały. Były one dodatkowo podzielone na sekcje, tak że w przypadku zakleszczenia przecinało się ją na łączeniu i kotwica lądowała na dnie. Jak będziecie kiedyś oglądać jakiś film katastroficzny i kapitan rzuci kotwicę, żeby wyhamować statek czy coś, to miejcie świadomość, że robi się to na płytkim morzu, zatoce itd. Łańcucha na stronę masz trochę ponad 300 m i żeby „trzymał statek” musi go jeszcze leżeć kilkadziesiąt metrów na dnie.
W RPA kupiliśmy kartę prepaid do telefonu komórkowego. Mój ojciec miał Samsunga V200 z obrotowym aparatem co go Neo z Matrixa reklamował. Kupił go jeszcze w Nigerii zanim zaczął pływać na stałe na Grey Fox. Jakim cudem zwykły Fitter miał taki telefon w tamtym czasie pomyślicie.
Ano w Nigerii mój ojciec był 14 miesięcy ciągiem i musieli handlować ropą z piratami na rzece, żeby przeżyć. Sytuacja wyglądała tak – statek był obstawiony marynarzami z jakiegoś afrykańskiego zadupia, oficerka była z Kuby od Fidela i jeden jedyny biały człowiek, może nawet w całej Nigerii w tamtym czasie – mój ojciec. Jak padły pompy podczas dawania haraczu piratom w postaci paliwa, kapitan zbudził w nocy mojego ojca, żeby coś zrobił, bo wszystkich zabiją. Kazik schodzi do maszyny a tam kilku Mokembe z kałachami. Zobaczyli białego, coś tam pod nosem sobie pogadali, śmiechy chichy, że biały człowiek będzie wiedział, jak naprawić. Mechanik Murzyn był spocony i blady, jak zobaczył, że mój ojciec naprawia pompę to wróciło mu trochę koloru. Próba generalna, wszystko działa, kapitan łzy w oczach ze szczęścia. Od tamtego momentu tata dostawał kasę ekstra od kapitana. Nazbierało się tego tyle w gotówce, że musiał większość wydać w Nigerii, więc kupił kamerę SONY i telefon Samsung V200. Musiało być mało gabarytowe i drogie (samolot). Jak wymienił dolary na nigeryjskie banknoty to miał dwie pełne torby podróżne pieniędzy. Agent nie wiedział, że jadą z taką ilością kasy do sklepu. Jedyne centrum handlowe co miało taki sprzęt było w samej stolicy przy lotnisku. Jak Kazik otworzył torby z pieniędzmi w sklepie, to agent prawie zawału dostał. W powrocie tata nakręcił trochę jak wyglądała Nigeria w 2002 roku. Do dziś wiele się nie zmieniła jakby co.
W każdym razie na wysokości Wysp Kanaryjskich była okazja wysłać smsa do domu, a czasami nawet zadzwonić. Zasięg łapał na dosłownie kilka godzin, tacie często nie udawało się do nas odezwać, bo był środek nocy jak mijali wyspy. Tym razem trafiło się ślepej kurze ziarnko – mieliśmy awarię. Znowu coś padło w maszynie i dryfowaliśmy. Kotwicy nie było sensu rzucać, głębokość lekko ponad 1000 m. Ciekawostka - sama kotwica statku ważyła ponad 8 ton, statek miał ich 3 – po jednej na stronę i jedna zapasowa. Łączna ilość łańcucha ok 630 metrów o wadze ok 115 ton. Każdy łańcuch od kotwicy miał swój niezależny „pojemnik” żeby się nie poplątały. Były one dodatkowo podzielone na sekcje, tak że w przypadku zakleszczenia przecinało się ją na łączeniu i kotwica lądowała na dnie. Jak będziecie kiedyś oglądać jakiś film katastroficzny i kapitan rzuci kotwicę, żeby wyhamować statek czy coś, to miejcie świadomość, że robi się to na płytkim morzu, zatoce itd. Łańcucha na stronę masz trochę ponad 300 m i żeby „trzymał statek” musi go jeszcze leżeć kilkadziesiąt metrów na dnie.
Poszedłem do maszyny, wszyscy zabiegani, Sraczka szukający powodu awarii – dzień jak co dzień pomyślałem. Tata powiedział mi, że mogę zadzwonić do domu z komóry, bo w Europie i tak kupi nową kartę. Afrykański numer na kanarach łapał sieć co pozwalała dzwonić za jakieś 2 zł minuta. Miałem lekko 30 minut na pogaduchy. Zadzwoniłem do mamy, dowiedziałem się aktualności, wstępnie umówiliśmy powrót. Pogadałem trochę z siostrą i musiałem zostawić coś minut na dzień przed portem, żeby dać znać, kiedy mają mnie odebrać z Gdyni. Mimo że była to nasza pierwsza rozmowa po ponad miesiącu, to nie masz zbyt czasu się rozczulać, przekazujesz informacje z grubsza i koniec. Potem popisałem jeszcze trochę smsów z siostrą.
Awaria trwała nadal, Damian miał wolne po obiedzie, bo czekała go wachta o 20stej. Postanowił się odwdzięczyć za nosorożca i zaproponował, że postawi coś do wypicia. Oczywiście jak na bezmózgiego nastolatka przystało – zgodziłem się. Mało tego zaproponowałem film u ojca w kabinie i przekąski. Mogło się skończyć na piwie, może dwóch. Ale oczywiście chciałem być twardziel i zażyczyłem sobie czystą wódkę bez popity. Pod koniec filmu byłem urobiony. Damian widząc, że beblotam, zabrał mnie do siebie do kajuty, a sam poszedł spać, żeby ogarnąć się trochę przed wachtą. Może i skończyłoby się na lekkim wymiotowaniu, gdyby nie fakt, że otworzyłem lodówkę i wyzerowałem z gwinta to co zostało we flaszce, niczym żul pod monopolowym. Położyłem się na kanapie w kajucie Damiana, godzinę później rzygałem pod siebie. Zapach wymiocin był tak mocny, że mój ojciec wracający z kolacji wszedł do Damiana zobaczyć co się dzieje. Pamiętam, że jak tata wszedł to przytulałem muszlę, nogi wystawały mi przez drzwi od łazienki. Nie miałem już czym rzygać, dosłownie. Wydusiłem z siebie „tata ja to wszystko wytłumaczę”. Damian musiał ogarniać się na wachtę, przepraszał Kazika, ale tata nie był zły. Kabina Damiana była tak obrobiona, że następnego dnia sprzątałem ją prawie trzy godziny – miałem za swoje. Zapach utrzymywał się jeszcze kilka dni – Damian też miał za swoje. Tę noc spędziłem w kajucie ojca na kanapie, rano jak wstałem, cokolwiek próbowałem zjeść to kończyło się wymiotowaniem. Piłem wodę i też zwracałem, ale musiałem jakoś wypłukać żołądek.
Pierwsze jedzenie przyjęło się dopiero następnego dnia, po dziś dzień mam wstręt do wódki i zbyt wiele nie potrafię jej wypić, nawet w drinkach. Od tego wydarzenia do samego końca rejsu byłem wzorowym synem.
Bonusy poniżej - zgodnie z obietnicą z poprzednich dzid ;)
Awaria trwała nadal, Damian miał wolne po obiedzie, bo czekała go wachta o 20stej. Postanowił się odwdzięczyć za nosorożca i zaproponował, że postawi coś do wypicia. Oczywiście jak na bezmózgiego nastolatka przystało – zgodziłem się. Mało tego zaproponowałem film u ojca w kabinie i przekąski. Mogło się skończyć na piwie, może dwóch. Ale oczywiście chciałem być twardziel i zażyczyłem sobie czystą wódkę bez popity. Pod koniec filmu byłem urobiony. Damian widząc, że beblotam, zabrał mnie do siebie do kajuty, a sam poszedł spać, żeby ogarnąć się trochę przed wachtą. Może i skończyłoby się na lekkim wymiotowaniu, gdyby nie fakt, że otworzyłem lodówkę i wyzerowałem z gwinta to co zostało we flaszce, niczym żul pod monopolowym. Położyłem się na kanapie w kajucie Damiana, godzinę później rzygałem pod siebie. Zapach wymiocin był tak mocny, że mój ojciec wracający z kolacji wszedł do Damiana zobaczyć co się dzieje. Pamiętam, że jak tata wszedł to przytulałem muszlę, nogi wystawały mi przez drzwi od łazienki. Nie miałem już czym rzygać, dosłownie. Wydusiłem z siebie „tata ja to wszystko wytłumaczę”. Damian musiał ogarniać się na wachtę, przepraszał Kazika, ale tata nie był zły. Kabina Damiana była tak obrobiona, że następnego dnia sprzątałem ją prawie trzy godziny – miałem za swoje. Zapach utrzymywał się jeszcze kilka dni – Damian też miał za swoje. Tę noc spędziłem w kajucie ojca na kanapie, rano jak wstałem, cokolwiek próbowałem zjeść to kończyło się wymiotowaniem. Piłem wodę i też zwracałem, ale musiałem jakoś wypłukać żołądek.
Pierwsze jedzenie przyjęło się dopiero następnego dnia, po dziś dzień mam wstręt do wódki i zbyt wiele nie potrafię jej wypić, nawet w drinkach. Od tego wydarzenia do samego końca rejsu byłem wzorowym synem.
Bonusy poniżej - zgodnie z obietnicą z poprzednich dzid ;)
Jeśli dotarłeś do tego miejsca to znaczy, że dzida weszła na raz i czeka Cię jeszcze jedna, niestety już ostatnia część. Przepraszam, że musieliście tyle czekać, siła wyższa...
Tymczasem Wypierdalam!
Tymczasem Wypierdalam!