159
Dzida o statkach cz. 3 – pożegnanie z Europą
Ahoj Dzidowcy! Przygody ciąg dalszy, kto nie załapał się na poprzednie części, poniżej linki:

https://jbzd.com.pl/obr/4450825/dzida-o-statkach-cz-1
https://jbzd.com.pl/obr/4451286/dzida-o-statkach-cz-2-czarna-belgia

Po wypłynięciu z Antwerpii znaleźliśmy się na wodach kanału La Manche łączącego Morze Północne z Celtyckim. Na szczęście dla mnie, statek został konkretnie załadowany i mniej reagował na fale. Dało to taki efekt, że z uporczywego bólu głowy i wiecznego uczucia nadchodzących wymiotów, czułem się jakby na lekkim kacu, chociaż wtedy mając niespełna 15 lat nie wiedziałem jeszcze, że tak właśnie czuje się człowiek na drugi dzień po imprezie. Mniej umordowany skupiłem się na poznawaniu statku, załogi, planowaniu co będę robił przez cały ten czas, bo jakby nie patrzeć w ciągu około 10 – 11 tygodni rejsu 2 z nich to porty, gdzie nie zawsze dostaniesz przepustkę od kapitana, reszta to bezkres mórz i oceanu.

Muszę was przeprosić za nieprawdziwą informację na temat ilości załogi. Jak rozpisałem sobie, kto płynął i jakie stanowisko piastował, to wyszło 23 osoby, a te 28 z pierwszej dzidy wziąłem, bo tak to pamiętam, że to była maksymalna ilość załogi jaką statek był w stanie pomieścić, ale ręki uciąć nie dam, bo ojciec twierdzi, że 26.

Kapitan po zaokrętowaniu całości załogi zawsze wywieszał aktualną listę osób w mesie i kto jaki ma numer telefonu. Nie, to nie był telefon komórkowy. Mamy 2004 rok i każdy w kajucie miał zwykły telefon stacjonarny. Cały statek miał wewnętrzną sieć telefoniczną na potrzeby bezpieczeństwa / organizacyjne. Lista była drukowana nawet jak w danej kajucie ktoś nie mieszkał i z tego co pamiętam były na niej wszystkie pozycje telefonów jakie są tylko na statku łącznie z mostkiem. Tyle że było ich więcej niż 28, nawet warsztat ojca w maszynie też miał telefon. Do teraz kminie skąd mam w pamięci tę liczbę. To trochę tak jak każdy Polak patrzy na zegarek o 21:37 i ma to dziwne przeczucie, że skądś zna tę godzinę i ona jest ważna.
Statek taki jak Grey Fox (IMO 9151905) będący średniej wielkości kontenerowcem podczas naszego rejsu był obsadzony następującą ilością załogi:

POKŁAD:
- Captain / Master - Kapitan – Marek C.
- Chief Officer – I oficer – Zbyszek aka. Fasola
- 2nd Officer – II oficer – za hugo nie pamiętam, rozmawiałem dziś z ojcem i wujkiem co też pływał na tym statku, i za cholerę nie możemy sobie przypomnieć, człowiek widmo.
- 3rd Officer – III oficer – Marek G.
- Bosun – Bossman – Kalafior, tutaj też przypał, bo chłop miał łeb jak kalafior i do tego krótkie loczki, nikt nie mówił mu po imieniu i za cholerę nie możemy sobie w całej rodzinie przypomnieć, jak on miał na imię. Najlepsze jest to, że wujas (brat ojca) pływał jako OS od 2005 roku na Grey Fox i Kalafior był jego przełożonym, i też nie pamięta, jak miał na imię 😉
- Able Seaman (AB) – Starszy Marynarz – Heniek
- AB – Robert aka. Baryła – ten co mi kazał tosty jeść i pić miętę
- AB – Zdzichu – potem gadali na niego golonka, bo jak raz na obiad była golonka to wjebał pół świni i nawet skóry nie ściągał, bo jak sam mówił, golonka z włosem łaskocze, jak srasz
- AB – Zbyszek aka. Trener
- Ordinary Seaman (OS) – Młodszy marynarz – Robert S. aka. Wędkarz
- OS – Daniel Demps – tego gościa podaje po pełnych danych, bo już nie żyje, a że trochę mi uprzykrzał pobyt to poświęcę mu nawet cały akapit, bo karma wraca…
- Cook – kucharz – Krzysztof aka. Kitek
- Steward – Zbyszek aka. Batory – bo ciągle chodził w krótkich pedalskich spodenkach, które kucharz twierdził, że ma jeszcze z praktyk na Batorym
- Deckhand / Cadet – Majtek / Kadet – Jonathan Murphy – biały człowiek z RPA, kręcił 9 mcy w ramach praktyki studenckiej wydziału nawigacji, jedyny obcokrajowiec na statku.

MASZYNA:
- Chief Engineer – I mechanik – Heniek B. aka. Brzoza
- 2nd Engineer – II mechanik - Lechu aka. Sraczka
- 3rd Engineer – III mechanik – Witek aka. Korniszon
- Motorman (MM) – Motorzysta / Marynarz Maszynowy – Damian M.
- MM – Jasiu K. aka Czereśniak
- MM – Tadeusz aka. Puchacz
- Fitter/Welder – Ślusarz/Spawacz/Monter okrętowy – mój ojciec
- Electrical Officer (ETO) - Elektryk – Marek, kolejny człowiek widmo…

Także razem ze mną fizycznie na statku było nas 23 osoby. W kolejnych dzidach opowiem wam trochę o każdej z tych osób. 

Tymczasem kapitan przestawił pozycję statku na mapie w świetlicy zwanej telewizornią (robił to codziennie), gdzie była pokaźna biblioteka filmów nagranych na kasetach VHS. Biblioteka ta była regularnie wymieniana i aktualizowana przez jedną z osób z firmy pośredniczącej w zatrudnianiu załogi. Nagrywała ona filmy bez reklam z HBO głównie i takie kasety trafiały na statek co wymianę załogi. The Piratebay wydanie analogowe. Dzięki temu szło jakoś zabić czas wieczorami. Poza tym był jeszcze basen 2x4 m na pokładzie, który był pusty (bo przeciekał), atlas do ćwiczeń YORK ze stosem całe 50 kg oraz stół do tenisa przyspawany do podłogi. Te dwie ostatnie atrakcje znajdowały się po drodze do głównej maszynowni obok takich pomieszczeń jak lodówka, chłodnia, szatnia ekipy z maszyny, maszynownia, gdzie były odsalarki wody oraz najważniejsze – kantyna.
Dzida o statkach cz. 3 – pożegnanie z Europą
Zbliżaliśmy się do VIGO, większość załogi nadal traktowała mnie jak powietrze. Uważali mnie za zbędny balast. Duża część pod nosem mówiła, że nie wzięłaby nikogo z rodziny na statek, bo to żadna przyjemność, nudy i niebezpieczeństwo. Te osoby też nie mówiły, że cenią sobie pracę na morzu przede wszystkim za to, że rodzina zostaje w domu. Coś na zasadzie, po cholerę mój ojciec zawlókł drewno do lasu. Dziś wiem, że głównym celem podróży było to, abym zrozumiał jak najszybciej jak działa świat i jakie są konsekwencje braku samodyscypliny. Rodzice mieli też nadzieję, że wrócę z innym spojrzeniem na pracę ojca i przestanę gadać, że jak dorosnę to zostanę kapitanem…

Do Vigo wpływaliśmy coś koło 7-8 rano. W tamtym czasie był to średniej wielkości port, przynajmniej terminal kontenerowy, samo miasto niecałe 300 tyś mieszkańców, czyli trochę mniejsza Bydgoszcz. Pierwsze wrażenie jak wyszedłem na dziób – o kurwa jak tu pięknie. To był bardzo słoneczny, ale nie upalny dzień. Miałem nadzieję, że będziemy tak płynąć w nieskończoność. Mijaliśmy jachty, żaglówki. Ludzie do nas machali, a kapitan robił tuuu tuuu. Normalnie jak w Galileo, nic tylko wyjść na ląd, wyciągnąć gary jak Makłowicz i nagrać odcinek o lokalnej kuchni. Manewry na szczęście nie trwały długo. Około 10tej spuszczaliśmy trap.
Dzida o statkach cz. 3 – pożegnanie z Europą
Brzoza załatwił u kapitana przepustki: mojemu ojcu, Damianowi i Czereśniakowi. Wyszliśmy na miasto chwilę po 12stej, bo o 12 na statku był obiad. Jak prawdziwi Polacy, najpierw tanio zjeść w domu i na spacerek z pełnym żołądkiem, żeby nie kusiło. Po Antwerpii w Vigo to ja się zakochałem z miejsca. Czysto, zero kolorowych w tamtym czasie, ludzie uprzejmi. Przemieszczaliśmy się pieszo, bo statek opuściliśmy jeszcze w trakcie trwania sjesty, a że miasto nieduże i z portu wszędzie było blisko, taksówka była zbędna. Naszym głównym celem było znalezienie sklepu z kartami telefonicznymi i budki. To była ostatnia szansa, żeby zadzwonić do domu przed wypłynięciem do Afryki, z telefonu satelitarnego na statku nikt nie chciał korzystać, bo w tamtym czasie minuta kosztowała około 6 dolarów. Ekipa ojca stwierdziła, że najpierw idziemy na piwo, to się będzie potem łatwiej szukało. Pierwszy lepszy napotkany bar, wchodzimy 13:05 w środku ani żywej duszy. Barman od razu poznał, że my nie tutejsi, więc sam zagadał „Beer?”. Wszyscy zgodnie odpowiedzieli „Yes, yes!” po czym patrzą na mnie, ja na nich, na ojca, ojciec na mnie „tylko ani słowa matce…” Barman do piwka dał gratis orzeszki ziemne i oliwki zielone z pestkami. Pogadali, wypili, zapalili papierosa (oczywiście poza mną), w tamtym czasie można było jeszcze w barze puścić dyma, i poszliśmy szukać sklepu z kartami telefonicznymi.
Damian stwierdził, że ogarnie temat. Idzie jakiś Hiszpan a on podbija do niego niczym kibol:
- „English? English?” – twardo pyta Hiszpana.
- No, no ingles – odpowiada nasz przechodzień.
- Where phone cards? – wali twardo Damian.
Chłop poszedł, bo myślał, że chcemy mu zajebać telefon. Tłumaczę Damianowi, że musimy zapytać kogoś młodszego, to będzie większa szansa na znajomość angielskiego powiedzmy na „naszym” poziomie. Przechodził w tym czasie ktoś obok nas, a ten znowu twardo swoją gadkę. Bezskutecznie. Mój ojciec oaza spokoju w takich sytuacjach, tłumaczy mu: „daj Piotrowi, uczy się intensywnie angielskiego, niech spróbuje”. Miało to sens, bo w czterech chłopa wyglądaliśmy jak agresywna ekipa rusków próbująca ukraść komuś telefon.
Tutaj małe wtrącenie a propo Damiana. Chłop był magistrem inżynierem wydziału mechanicznego wtedy jeszcze Akademii Morskiej w Gdyni i docelowo miał zostać I oficerem w maszynie, co na samą myśl przerażało starszych członków załogi. Mnie osobiście martwił jego poziom angielskiego i to, że zachowywał się jak mój starszy przygłupi kuzyn. Damian pochodził z Darłowa i pływał głownie po to, żeby zarobić na kolejnego busa, bo równolegle miał firmę z przewozem osób w sezonie letnim, co wg niego było żyłą złota. Był wtedy przed 30stką.

Ludzi na mieście jak na lekarstwo, jak na (wtedy) białą, lecz opaloną Hiszpanię jeszcze przed lewicowymi rządami, większość była w pracy. Szczęśliwie idzie człowiek płci męskiej, lat około 25, którego grzecznie zagaduję:
- Excuse me, do you speak English?
- A little bit – odpowiada.
- Do You know, where can I buy phone cards? – zapytałem.
-  Around this corner, shop – I pokazał palcem, że za rogiem ulicy, na której staliśmy jest sklep i poszedł dość szybciutko w swoim kierunku.
No dobra, idziemy, jesteśmy coraz bliżej wykonania naszego głównego questa. Jest sklep, wchodzimy, za ladą Pani około 60 lat wyglądająca jak moja babcia. Usmiechnięta, jeszcze nie miała pojęcia co ją czeka. Damian wyrywa do przodu, mój ojciec go przytrzymuje, Czereśniak puszcza mnie przodem. Uprzejmie staram się wytłumaczyć o co nam chodzi. Ku mojemu zdziwieniu starsza Pani za ladą kumała z miejsca, bo nie byliśmy pierwszymi marynarzami, których dziś obsługiwała. Karta do budki telefonicznej, dokładnie taka jak za starych dobrych czasów na impulsy, kosztowała 5 euro i oferowała 3h połączeń do Polski. Wystarczyło dla wszystkich.
Po drugiej stronie ulicy na rogu obok bankomatu, takiego do którego się wchodzi do środka, żeby wypłacić kasę, stała budka telefoniczna. Ktoś pomyślał i obok budki była ławka. Czereśniak dzwonił pierwszy, bo jak twierdził, długo to nie potrwa. Nie kłamał. Kolejny był Damian, którego trzeba było namawiać, typowy marynarz „niech stara tęskni to się będzie lepiej ruchać, jak wrócę”. Ojciec wytłumaczył mu, że na powrocie do Europy do Vigo nie wpływamy, więc szkoda karty. Zadzwonił na moje szczęście, bo w tym czasie z wnęki bankomatowej wyszła zakochana para. On wyglądał jak typowy latino raper, niczym Dady Yankee, ona niska, szczupła z cycem miseczki B, pofarbowane pasemka na blond, idealna dupka, z buzi niczym Doda jak miała 16 lat. Obdarzyła mnie spojrzeniem takiego zainteresowania, mniemam, że z faktu innego języka i definitywnie wyglądu słowiańskiego, że poczułem się jebany wzrokiem. Jej chłopak chciał, żeby szli dalej, pierdolił coś tam „Vamonos” a ona do niego „Tranquilo”. Kręcili się przy nas może z 5 minut, ale dla mnie to było najważniejsze 5 minut, bo przez resztę podróży wspomnienie o niej trzymało mnie w trudnych chwilach. Przytulała się do swojego chłopaka, żeby móc patrzeć mi w oczy przez jego ramię. Ja niczym opóźniony w rozwoju uśmiechałem się, ale tylko na tyle było mnie stać. Damian skończył gadać, mówię do ojca „dzwoń pierwszy”. Oczywiście Damian musiał jebnąć na cały głos „ale dupa” wychodząc z założenia, że hiszpanka nie zna polskiego. W tym momencie para poszła w swoją stronę. Odwróciła się do mnie po raz ostatni, pomachaliśmy sobie, nogi miałem miękkie, bo cała krew popłynęła w innym kierunku. Ojciec puknął mnie w ramię „Twoja kolej, pogadaj z mamą” i czar prysł. Zadzwoniłem jeszcze do mojego przyjaciela z tamtych lat, impulsów mieliśmy w pytę, numery znało się kiedyś na pamięć. Fuksa miałem, że był w domu.
Wróciliśmy na statek, nie mogłem się doczekać wieczoru, kiedy będę sam w swojej kajucie i wezmę prysznic, dopóki statek nie buja i kutasa idzie utrzymać w ręku. To był pierwszy raz, kiedy udało mi się zwalić konia, bo nareszcie miałem kim robić pamięciówkę. To była wyczerpująca noc. Następnego dnia manewry, kolejny przystanek Walvis Bay (Namibia). W Vigo zostawiłem kawałek siebie i wiem, że muszę tam jeszcze pojechać, żeby go odzyskać.
0.073426008224487