121
Ahoj dzidowcy! Dokończenie części szóstej.

Link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4462648/dzida-o-statkach-cz-6-czarny-lad-1-2

Zapraszam!
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 2/2
RICHARDS BAY (RPA)

Między Durbanem a Richards Bay płynie się niecały jeden dzień. Wieczorem wyruszyliśmy z Durbanu, rano w Sobotę 07.08.2004 r. byliśmy na miejscu. Jest to mała mieścina, nie planowaliśmy wyjścia na miasto. Kapitan zaskoczył załogę informacją, że w niedziele jest opcja wyjazdu na Safari. Lokalna firma organizuje taką atrakcję za około 100 dolarów od osoby.

Ojciec nawet nie miał wyboru i prawa do jakiejkolwiek dyskusji. „Byłeś kiedyś na Safari?” zapytałem go, odpowiedział oczywiście, że nie. „No to będziesz, bo Kapitan organizuje wycieczkę dla chętnych, a my jesteśmy chętni.” odpowiedziałem stanowczo jak na gówniarza z gimbazy przystało.

Ruszyliśmy wcześnie rano, bo o 6:00, pod statkiem czekał BUS coś w stylu VW T4 (nie pamiętam dokładnie jaki, wtedy busy mało mnie interesowały). Biuro podróży należało do Pani, ale była z chłopakiem. Ona miała lekko metr osiemdziesiąt wzrostu, a on był jeszcze od niej wyższy. Oboje byli pochodzenia niemieckiego, w sensie ich dziadkowie. Przewodniczka z reguły jeździła sama, ale tydzień wcześniej miała ekipę z Rosji, która w połowie trasy dosłownie wysypywała się z busa pod wpływem alkoholu. Jak usłyszała, że ma ekipę Polaków, wzięła ze sobą chłopaka. Te informacje wyjawili nam pod koniec, bo byli bardzo zdziwieni, że po całym dniu nikt nie był pijany, wręcz przeciwnie pełna kulturka.

Dzikie afrykańskie zwierzęta ogląda się po prostu jeżdżąc samochodem po parkach krajobrazowych. U nas parkujesz, zostawiasz furę i idziesz na spacer, a w RPA podjeżdżasz pod bramę, kasujesz bilecik i jedziesz szlakiem zgodnie ze strzałkami. Nie wysiadasz poza miejscami do tego przeznaczonymi, nie uchylasz nadmiernie okien, siedzisz na dupie i oglądasz. Powód myślę, że jest oczywisty, aczkolwiek dla osób z ograniczoną wyobraźnią wyjaśniam, żebyś nie został zjedzony lub staranowany przez dziką zwierzynę.

W pierwszym parku były głównie antylopy, bawoły, guźce i wszelkie małpy co tam żyją w Afryce. Po ponad godzinnej objazdówce i oglądania ciągle tego samego nawet safari zaczyna denerwować. Pozostali marynarze trochę zaczęli się wkurzać, że za te pieniądze nie przyjechali oglądać sarenek i dzików. Przyszedł czas na postój. Dotarliśmy do jakiegoś ośrodka, gdzie był punkt widokowy na wodospad. U podnóża była rzeczka i taka mała zatoczka, gdzie wylegiwały się krokodyle. Szczerze nie chciałbym się spotkać sam na sam z taką jaszczurką. Jak tak stałem oparty o barierki to dotarło do mnie, że trzeba się zacząć oglądać, gdzie stawiam kroki, bo przecież pająki czy tutejsze węże mogą być wszędzie. Postój był głównie na siku i przekąski. W cenie wypadu była woda i chipsy w samochodzie, normalnie luksus przez wielkie L.

Pani przewodnik dostała twarde info od ekipy, że ma być bardziej egzotycznie. Ruszyliśmy dalej i dopiero zaczęło się to co każdy chce zobaczyć na safari. Spotkaliśmy żyrafy, słonia oraz ogromne stado zebr. Jedna z nich szła sobie obok samochodu i oczywiście Daniel D. musiał otworzyć okno i ją pogłaskać po zadku. Dostał z kopyta po rękach i o mały włos zebra nie skopała samochodu zanim z impetem ruszyła w krzaki. Zwierzęta były oswojone z samochodami, takich wycieczek na szlaku jak nasza było kilkadziesiąt, tyle że nikt ich nie głaskał. Wszyscy snuli się 10 – 15 km/h co chwile robiąc postoje do zdjęć. Był kategoryczny zakaz opuszczania samochodu, ale Danielowi nauczka z zebrą nie wystarczyła. Wpadł na genialny pomysł, że wyjdzie z busa i podejdzie do Żyrafy, która zajadała się świeżymi liśćmi z drzewa, a mój tata przez okno zrobi mu zdjęcie. Dłuższą chwilę zajęło wytłumaczenie mu, że jak to zrobi to będzie na pierwszych stronach afrykańskich gazet i nie ma takiej opcji. Finalnie odpuścił. Niestety nie spotkaliśmy lwów, bo do miejsca, gdzie z reguły przebywały dojechaliśmy w południe, a to czas drzemki dla kotów. Pochowane w legowiskach nie miały zamiaru się ruszać z miejsca.
Kolejnym przystankiem był obiad na stacji paliw. Tak drogi czytelniku. W cenie wycieczki był ciepły posiłek, marynarze już byli lekko oburzeni wyposażeniem busa, a teraz przyszedł czas na obiad na tamtejszym Orlenie. Robert aka. Wędkarz w ogóle się nie szczypał, po polsku na głos nawijał co mu się nie podoba i miał gdzieś czy go ktoś zrozumie czy nie. Rzucał rasistowskimi tekstami i licznymi przekleństwami wyrażał niezadowolenie z organizacji wypadu, de facto z inicjatywy kapitana. Standardowo wziąłem kalmary z frytkami i surówki. Niestety, były tak gumowate, że nie starczyło mi czasu, aby je przeżuć. Naprzeciwko mnie siedział Robert, który zamówił steka. Podano mu go na plastikowym talerzyku, dostał plastikowy nóż i widelec. Byłem zły na swoje kalmary, ale jak zobaczyłem, jak Robertowi pęka nóż za nożem, gdy próbuje pokroić swój obiadek, zrozumiałem, że u mnie nie jest tak źle.

Ostatnim punktem wypadu była wioska ZULU. Podjechaliśmy pod bramę ośrodka, gdzie stała delegacja powitalna składająca się z dwóch murzynów z bębnami. Czekaliśmy chwilę na jeszcze jakąś grupę turystów, w międzyczasie jeden z delegatów zostawił bębenek przy płocie, nie omieszkałem spróbować zagrać kilka nutek. Nagle patrzę a chłop biegnie do mnie i coś macha. Dotarł do mnie i mówi, że nie wolno, ja grzecznie odpowiadam, że z ciekawości chciałem zobaczyć, że nie popsuję. Pan murzyn twardo, że nie wolno i koniec, no to ja „a dlaczego?”, bo wywołam złe duchy i ściągnę klątwę na wioskę. Koniec dyskusji argument ostateczny.

Pani z ośrodka Zulu, murzynka biegle mówiąca po angielsku, rozpoczęła prezentację. Zostałem wybrany wodzem plemienia białych i ubrany w ich tradycyjne wdzianko. W akompaniamencie afrykańskich bębnów wprowadzono nas do wioski jako gości, ze mną jako wodzem na czele. Przywitali nas mieszkańcy w tradycyjnych strojach Zulu, Panie były topless a Panowie w kusych przepaskach ze słomy, spod których przebijały napisy na bokserkach. Niestety strój musiałem w tym momencie oddać. Młode dziewczyny bez staników wyglądały na bardzo zakłopotane, ponieważ było nas grubo ponad 10 chłopa, do tego druga wycieczka, gdzie była tylko jedna kobieta. Spojrzenia wygłodniałych marynarzy dawały jasno do zrozumienia, że nie interesuje już ich nic podczas tego pokazu poza cyckami. Dostaliśmy do posmakowania tradycyjne piwo drożdżowe, chętni mogli zapalić zioło z „szamanem”. Damian M. jak się dorwał do bongosa to nie mógł skończyć, jako naczelny palacz statkowy wyjarał im wszystko co mieli przeznaczone na pokaz. Skwitował to słowami, że na studiach palili lepsze i w ogóle nie ma kopa to ich zioło. Chwilę później śmiał się z byle czego jak głupi do sera. Dostaliśmy lekcję języka Zulu, pograliśmy na ichnych instrumentach – teraz można było, po czym dziewuchy topless zaprowadziły nas na pokaz tańców i walk najwspanialszych afrykańskich wojowników. Rosłe chłopy przepasane słomianymi gatkami, z tarczami ze skóry bawoła naciągniętymi na kijki oraz z dzidami przygotowywali się do walki. W tym momencie zaczynasz być trochę rasistą, chociaż nie chcesz, ale od razu rozumiesz, dlaczego tak łatwo było skolonizować Afrykę. Postukali się kijkami, zatańczyli ludowy taniec w grupie, załoga patrzyła tylko na podskakujące cycki murzynek i była smutna, że pod sukienkami miały majtki.

Ten dzień pamiętam dobrze, ponieważ na Safari byliśmy w moje 15ste urodziny. Po powrocie na statek ojciec powiedział do mnie, żebym przyszedł jeszcze na chwilę do jego kajuty. Cały dzień byliśmy zabiegani i nie maił okazji złożyć mi życzeń urodzinowych. Było to dla mnie bardzo ważne, bo często urodziny obchodziłem bez ojca, wiele razy nie miał też jak zadzwonić w ten dzień. Było mi bardzo miło, że pamiętał. Wypiliśmy sami we dwójkę po piwie, pogadaliśmy o Safari i kolejnym porcie. Tata przestrzegł mnie, że w Maputo muszę mieć oczy dookoła głowy.
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 2/2
MAPUTO (MOZAMBIK)

O ile RPA to takie afrykańskie Niemcy, o tyle Mozambik to taka afrykańska Rosja, dosłownie. Jak wpływaliśmy do portu z samego rana to była cholernie gęsta mgła, która zeszła dopiero po pierwszej przerwie na kawę. Wtedy to moim oczom ukazał się port oraz miasto. Smród, brud i zacofanie. Foki podpływały do burt statku w nadziei, że rzucisz im coś do jedzenia. Woda w porcie była tak brudna, że foka zlewała się z nią kolorystycznie. Przy kawie tata oznajmił mi, że po obiedzie jedziemy na miasto z agentem.

Byłem trochę wystraszony, nie to co mój ojciec zaprawiony w boju, po Nigerii Mozambik był dla niego rozwiniętą cywilizacją. Dzięki wizycie w Maputo nasza Polska urosła w moich oczach, dotarło do mnie co to znaczy kraj trzeciego świata. Naszym celem były tanie figurki z drzewa hebanowego, orzechy oraz przyprawy. Bez Agenta mającego wtyki u lokalnych władz nie było mowy o samodzielnym poruszaniu się po mieście. W przeciwieństwie do RPA gdzie biały człowiek był na porządku dziennym, w Maputo byłeś atrakcją i miałeś znaczek dolara na plecach.

Podjechaliśmy na pierwsze lokalne targowisko, po wyjściu z samochodu zostaliśmy momentalnie dostrzeżeni przez handlarzy. Pierwszy podszedł do nas jakiś młody chłopak z filmami na DVD, zaczął nawijać po rosyjsku. Ja do ojca „czy mam z nim gadać?”. Tata wytłumaczył mi, że te filmy na 90% i tak nie będą działać, albo będzie nagrane coś zupełnie innego, szkoda kasy. Co do języka, to oni nie mieli pojęcia gdzie jest Polska, miałem mówić że jesteśmy z Niemiec albo Rosji, zaraz czuli respekt. Trochę mnie to wkurzało, dlaczego nie mam mówić że jestem z Polski, ale szybko dotarło do mnie, że lepiej nic nie mówić, bo Pan Murzyn w pewnym momencie gwizdnął dając znać kolegom, że turyści białasy przyjechali na zakupy. Rozejrzałem się i widzę jak biegnie w naszym kierunku z różnych stron lekko dziesięć chłopa. Wpadli na nas niczym fala uderzeniowa. Wytłumaczyliśmy Agentowi, że filmy nas nie interesują. Krzyknął coś po ichniemu i wszyscy byli na baczność.

Wchodzimy na targ w obstawie kolegów z filmami, szli obok nas niczym ochrona jednocześnie szpanując do tubylców, że się niby znamy. Czekali aż wyciągniesz kasę, żeby cię skroić. Chodziliśmy wszyscy w kupie przy Agencie z wiadomych przyczyn. Ceny rosły na targu momentalnie, jak tylko zobaczyli żeś biały, witała cię inflacja. Był na to prosty sposób, wyciągałeś dwa dolary, mówiłeś, że masz tylko tyle i albo Pan sprzedaje figurkę albo jedziemy dalej. Bieda wygrywała, marynarze byli w tej kwestii bezlitośni. Wiedzieli, że ci ludzie klepią biedę i nikt poza turystami nie kupi wyrzeźbionego murzyna. Pani miała sprzedać nam worek 10 kg orzechów nerkowców. Chciała 15 dolarów, my że maks 13, ja się pytam czy randy z RPA też wchodzą w grę, honorowali bardzo chętnie tę walutę. Zaproponowałem 60 randów, czyli 10$. Pani była z miejsca gotowa sprzedać worek orzechów, matematyka tak bardzo.... Mój ojciec stwierdził, że i tak za drogo…

Pojechaliśmy na kolejne targowisko, o ile można je tak nazwać. Wyobraźcie sobie główną drogę w mieście, gdzie dwie jezdnie, każda po dwa pasy ruchu, są przedzielone pasem zieleni i na tym trawniku są stragany, dosłownie. Nasz agent zaparkował samochód na środku głównej drogi w centrum miasta. Wychodzimy, ten sam efekt co poprzednio. Wszyscy widzą w tobie dolary. Targowisko miało jakieś 200 m długości, asortyment wszelkiej maści, nas interesowało rękodzieło. Damian nie mógł jechać, bo miał wachtę w maszynie. Dostałem od niego 100$ i miałem przywieźć największą figurkę jaka tylko będzie, a najlepiej dwie. Chodzę po tych „stanowiskach” i jest nosorożec. Taki sam jak logo firmy na statku. Metr długi i pół metra wysoki. Bardzo ładnie wyrzeźbiony, aż mój ojciec był chętny go kupić. Obok był jeszcze bawół takiej samej wielkości, ale nosorożec miał to coś.
Podchodzę, pytam „How much?”, a ekipa mozambijskich negocjatorów mówi mi, że dwieście dolarów. Wtedy nauczyłem się handlować. Jako gzub bez doświadczenia po prostu bym odpuścił, oni chcą 200 ja mam 100 no trudno, Damian dał za mało. Tata wziął mnie na bok i tłumaczy, chodzimy od budy do budy i zobaczysz za każdym razem jak wrócisz to będzie niższa cena. Mów im 80 to ci jeszcze coś zostanie. Nie do końca w to wierzyłem, jednak potrzeba zapłacenia rachunków wygrała. Finalnie za piątym podejściem stanąłem ze 100$ w ręku i mówię twardo „deal or no deal”. Murzyn wstaje, bierze nosorożca i idziemy do samochodu. Ledwie zmieścił się do bagażnika, samochód usiadł, bo ważył on jakieś 50 kg.

Transakcja ta spowodowała euforię wśród handlarzy, komuś udało się sprzedać towar to mi też musi, zaczęło się handlowanie na całego. Padło hasło spierdalamy, bo byliśmy dosłownie otoczeni jakąś setką ludzi. Agent krzyknął coś po Afrykańsku, nagle cisza i spokój. Wsiadamy do fury, ale Heniek (AB) nie mógł odpuścić dwóch figurek, tyle że chciał je kupić bodajże za pięć dolarów. Handlował się do samego końca, transakcję sfinalizował przez uchyloną szybę samochodu. Agent ruszył dalej, pot po dupie mi się lał widząc jak ze sto ludzi biegnie za nami w nadziei, że jednak uda się im coś jeszcze sprzedać.

Po orzeszki pojechaliśmy do centrum miasta do lokalnego sklepu, gdzie ceny były wywieszone. Każdy kupił po kilka kilo ziemnych w ostrej papryce i zwykłych solonych. Pamiętam, że na nasze to wychodziło coś koło złotówki za kilo. Moją uwagę w Maputo przykuł fakt, że wszędzie na ulicy było wojsko, a każdy kto do nas zagadywał robił to po rosyjsku. Podobno ruski do dziś mają duże wpływy na tamtym terenie. Poszliśmy z ojcem popatrzeć co mają w normalnych sklepach, miałem nadzieję, że może kupi mi jakieś radio, ile można słuchać muzy marynarza z kajuty obok. Zagadał do nas na ulicy jakiś chłopak, miał kradziony aparat fotograficzny na sprzedaż. Był to Sony, zwykły cyfrowy. Chciał od nas 100$ a aparat był wart lekko z 200$. Kasy nie miałem więc powiedziałem mu, że „sorry” ale nie zainteresowani. Tata spojrzał na mnie i powiedział, że trzeba było 20 dolców zaproponować i też by sprzedał. Wtedy nie miałem jeszcze złamanego kręgosłupa moralnego i jakoś wydawało mi się to nieuczciwe.

Po powrocie na statek poczułem dosłownie ulgę, cały czas miałem w pamięci to jak bardzo byliśmy osaczeni i błagalne spojrzenia ludzi, żebyś kupił od nich rzeźbioną małpę, bo nie będzie miał co jeść. Ci ludzie nic innego nie potrafili. Teraz miałem inne zmartwienie, musiałem wtargać ponad pięćdziesięciokilowego nosorożca do kabiny Damiana, po najdłuższym trapie, bo statek był praktycznie pusty, a potem jeszcze po schodach na „deck E”. Damian później postawił za to flaszkę, a nosorożec okazał się podróbką, o tym w dalszej części.

Mozambikiem do teraz rządzi wojsko, tyle że po dwudziestu latach przy współpracy z Chinami trochę się tam poprawiło. Mimo wszystko, nie czuję potrzeby tam wracać nawet na wakacje. Był to nasz ostatni port rozładunkowy, braliśmy jeszcze jakąś drobnicę do RPA. Od tego momentu zaczyna się powolny powrót do Europy.

Ogłoszenia parafialne:
Pytacie mnie czy dociągnę do końca i gdzie kolejne części, odpowiadam - dociągnę, tylko musicie śledzić profil bo pierwsze 5 dzid weszło na główną, kolejne nie wiadomo... Planuję jeszcze trzy części

Dzięki za wsparcie, tymczasem Wypierdalam!
0.068598031997681