80
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 1/2
Ahoj Dzidowcy!
Trochę clickbaitu żebyście nie przegapili kolejnej części...

Poniżej link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4459011/dzida-o-statkach-cz-5-daleko-jeszcze-vol-2

Niestety ostatnia dzidka nie trafiła na główną - chyba podpadłem, a tak dobrze szło... Dajcie znać znajomym dzidowcom co wyczekują kolejnego odcinka, niech się niesie ;)

Życzę miłego czytania, trochę się uzbierało, zapraszam!
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 1/2
WALVIS BAY (NAMIBIA)

Kapitan codziennie aktualizował nasze położenie na mapie, co dawało chociaż odrobinę nadziei, że w końcu dotrzemy do jakiegoś portu. Już prawie dwa tygodnie oglądałem tylko ocean. Jedyną atrakcją były stare filmy. Dzień przed dopłynięciem do Walvis Bay Bosman oznajmił mi, że od momentu, kiedy rozpoczną się manewry koniec z majtkowaniem. Była to kwestia procedur i bezpieczeństwa. Oficjalnie byłem pasażerem, który poza dyplomem morskim, nie posiada żadnych uprawnień do wykonywania jakichkolwiek czynności zawodowych na statku. Z tego względu od momentu pierwszego do ostatniego portu w Afryce byłem znowu pasażerem. Osobiście mając niespełna 15 lat po 2 tygodniach robienia ciągle tego samego nawet się trochę ucieszyłem. W końcu Afryka, nareszcie prawdziwe wakacje.

Znając już trochę lepiej statek, podczas manewrów poszedłem na balkon nadbudówki w poziomie mostku. Nikomu tam nie przeszkadzałem. Nadbudówka statku posiadała zewnętrzną oraz wewnętrzną klatkę schodową. Każde drzwi zewnętrzne, pozwalające na wejście do korytarza danej kondygnacji z klatki zewnętrznej, posiadały klamkę z wbudowanym szyfrem mechanicznym co chroniło przed nieproszonymi gośćmi. Widok z balkonu na mostku był najlepszy, można było z daleka podziwiać panoramę nie tylko portu, ale i każdego miasta.

Pierwsze wrażenie jak zobaczyłem Namibię – o matko bosko, ile piachu. Walvis Bay znajduje się bezpośrednio przy pustyni Namib, która rozciąga się po całym nabrzeżu tego kraju. Dostaliśmy przepustki oraz możliwość pojechania do pobliskiego miasta Swakopmund, gdzie znajdowało się oceanarium. W tamtym czasie było ono średniej wielkości (z czasem podobno je rozbudowano), ale nadal większe niż to w Gdyni. Niewiele pamiętam z tego miejsca, bo oglądanie pływającego jedzenia za szybą nie należy do moich ulubionych zajęć, zresztą po dziś dzień. Fajniejszą rzeczą jak na tamten czas był tunel, gdzie mogłeś popatrzeć na rybki pływające nad tobą. To było takie chwilowe łał.

To co dobrze zapamiętałem z tego kraju to pustynia, gdzie się nie jechało to piach. Myślałem sobie w duchu, jak ludzie mogą tak mieszkać i do tego jeszcze mieć 40-50 stopni latem. W tamtym czasie na południu Afryki była zima, tak drogi czytelniku, jak w Polsce jest lato, to na dolnej części globu jest zimno, pytanie dla kogo… Było około 21 stopni, po upałach okołorównikowych też nie uważałem, że jest super ciepło, ale szybko moja Polska natura dała się we znaki i śmigałem w koszulce z krótkim rękawem z bluzą przewiązaną rękawami w pasie na wszelki wypadek – mama kazała. Naszym Agentem była Pani, imienia nie pamiętam, tylko kolor skóry – biały. Niskopienna szerokodupna, nic specjalnego. W przeciwieństwie do Belgii wolny czas na mieście spędzali ludzie biali, może byli na wakacjach. Aczkolwiek w kluczowych miejscach wymagających wyższego wykształcenia pracowało bardzo dużo białych ludzi, trochę mnie to dziwiło. Pierwszy port w Afryce, pierwsze miasto, a murzynów mniej niż w Antwerpii na ulicy. Co się dzieje z tym światem.
Na powrocie z oceanarium wjechaliśmy na pizzę. Była to knajpa nad samą plażą, o ile mnie pamięć nie myli nadal w Swakopmund. Takie momenty pamięta się najlepiej, szczególnie jak głód narastał z każdym dniem po grillu na równiku. Usiadłem mając przed sobą widok plaży, mimo zimy było bardzo dużo ludzi. Kulturowa mieszanka, ale to biali szastali kasą. Jakieś 200 m naprzeciwko nas był bar na plaży i mała scena. Muzyka leciała stamtąd na tyle głośno, że i moje uszy dostały w końcu coś innego niż Vaya Con Dios. Trwały przygotowania do wyścigów motorówek. Ekipy testowały sprzęt. Głodny czekając na pizzę meksykańską, pytam się jakim cudem w Namibii jest tyle białych? Wytłumaczono mi, że kraj ten był objęty apartheidem tak samo jak RPA, tyle że do 1990 roku. Po 14 latach od uzyskania niepodległości różnice nadal dało się dostrzec. Wjechała moja pizza, była tak nafaszerowana chili, że do teraz pamiętam, jak paliło w język i nie tylko... Nie było mowy o odpuszczeniu sobie, farszu było mnóstwo, ciasto cienkie. Nie poddam się choćby nie wiem co, na statku czeka mnie wędlina z kilkuletnią datą przydatności do spożycia.

Wracając na statek – jechaliśmy około 40 minut – uwagę moją przykuły slumsy, które wyglądały na całkiem przyzwoite, bo murowane. Rząd po uzyskaniu niepodległości budował to w ramach polityki mieszkaniowej jako rozwiązanie przejściowe dla biednej ludności. Slumsy były budowane wzdłuż głównej drogi przy plaży pod miastem. Nasza agentka jako potomkini holenderskich kolonistów mówiła, że już od dłuższego czasu nie czuje się dobrze w „swoim” kraju, że było o wiele lepiej jak rządzili „oni”. W drodze powrotnej pierwszy raz w życiu widziałem na żywo QUADA. Tak, jako dziecko z wioski mającej niecałe 3 tys. mieszkańców, po raz pierwszy w życiu quada widziałem na pustyni w Namibii, jakaś ekipa bawiła się w off-road po wydmach. My niestety musieliśmy wracać. W Walvis Bay byliśmy tylko w trasie do Afryki, zostawialiśmy ładunek, na powrocie nic nie braliśmy. Osobiście czułem, że nic nie tracę, ten kraj był jak jedna wielka kuweta. Fragment bardzo dobrego filmu ZULU z 2013 roku rozgrywa się na namibijskiej pustyni, sam film polecam, bo dobrze oddaje klimat tamtego regionu.
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 1/2
KAPSZTAD (RPA)

Z Walvis Bay płynęliśmy do Kapsztadu blisko lądu, dzięki czemu mogłem przez dwa dni podziwiać piękne górzyste widoki południa Afryki. W tamtych okolicach delfiny wyskakujące z wody przy statku były już czymś normalnym. Pogoda trafiła mi się super, samo słońce, momentami lekkie chmury. Warto było czekać prawie dwa tygodnie, czułem się jak w filmie „Piraci z Karaibów”. Nie musiałem pomagać na pokładzie, więc pół dnia spędzałem oparty o burtę i po prostu patrzyłem się w dal. Wtedy nie wiedziałem, że jest to prawdopodobnie ostatni czas w moim życiu, kiedy nie mam żadnych zmartwień.

Na horyzoncie pojawiły się góry stołowe. Kapsztad jest miastem położonym dookoła nich. Wpływając do portu przypomniało mi się Vigo i tamta dziewczyna. Zastanawiałem się, czy może tutaj uda mi się kogoś poznać. Angielski był drugim językiem urzędowym w RPA, a dzięki Jonathanowi trochę się podszkoliłem, szanse były. Będąc coraz bliżej portu nie mogłem uwierzyć, że takie piękne miejsca istnieją na ziemi. Do tej pory oglądałem takie widoki jedynie w filmach. Nabrzeża portowe znałem jedynie z perspektywy zatoki gdańskiej, a tu nagle taka dawka. Nie mogłem się doczekać, kiedy wyjdziemy na miasto, przede wszystkim, żeby coś zjeść.

Pierwszego dnia miałem szczęście, dostaliśmy przepustki i agent był dostępny na tyle, żeby zrobić nam małą wycieczkę objazdową. Pojechaliśmy samochodem do punktu widokowego, a dokładniej na parking pod przystankiem kolejki linowej u podnóża Góry Stołowej. Z parkingu było widać cały Kapsztad zabudowany niczym Hollywood, czułem wewnętrzną zazdrość. W oddali mogliśmy dostrzec nasz statek. Siedziałem na murku biegnącym wzdłuż drogi i gapiłem się tak po prostu przed siebie, zastanawiając się czy jeszcze kiedyś tam wrócę.

Czas uciekał, a naszym najważniejszym punktem tego dnia był Przylądek Dobrej Nadziei. Samochodem jechało się tam trochę ponad godzinę. Mimo, że parking był praktycznie przy samym punkcie widokowym, Agent polecił nam spacer ścieżką. Do starej latarni morskiej szło się niecałą godzinę, deptak prowadzący do niej był zarządzany przez pawiany. Tak, krajem tym miejscami dosłownie rządzą małpy, całe ich gangi. Agent uprzedził nas, żeby przypadkiem nic nie dawać, a broń boże nie atakować jakiegokolwiek naczelnego, bo inaczej zbierze się zaraz cała grupa i cię pogryzie. Czułem się dziwnie, nieswojo, idąc do jednego z najpiękniejszych i najbardziej wysuniętych na południe punktów widokowych, bacznie obserwowany przez małpy z wyciągniętymi rączkami. Na miejscu poza latarnią niedaleko niej był wielki zegar słoneczny. Otoczony był murkiem około metra wysokości, na którym było pełno wyrytych podpisów. W tym momencie żałowałem, że nie mam ze sobą nic, czym mógłbym wyryć na pamiątkę ślad swojej obecności, coś w stylu „Pjoter z Polska”. Szukałem oznak rodaków, niestety nie znalazłem. Sam widok z przylądka, no fajnie fajnie, ze statku lepszy. Czas wracać do samochodu a na nas czeka gang małp…
Kolejny dzień spędziliśmy z ekipą ojca łażąc z buta. Terminal kontenerowy był bardzo blisko tzw. Waterfrontu. Cała załoga tak mówiła, idziemy na „łoterfront”, wtedy myślałem, że jest to jakieś specjalne miejsce, na szczęście słownik polsko-angielski wytłumaczył mi, że jest to termin urbanistyczny określający zabudowane nabrzeże. Po naszemu – promenada. Wystarczyło 15 minut piechotą ze statku i byliśmy na miejscu Victoria & Alfred Waterfront. Pełno sklepów typowo dla turystów, ceny jak w Zakopanem. Ojciec się zlitował i kupiłem pocztówki oraz laminowane duże zdjęcie formatu A3 Przylądka Dobrej Nadziei – mam do dziś w anty-ramie. Samo chodzenie dookoła było atrakcją. Ta część miasta jak i sam Kapsztad są bardzo bezpieczne, w mieście przeważali ludzie biali. Nic nie sugeruję. Czysto, dookoła same jachty i żaglówki. Niestety lokalne dziewuchy były w tamtym czasie w szkole, ferii zimowych nie mieli, a szkoda.

Nagle wszyscy z ekipy zaczęli do siebie gadać, że idziemy do czwartej kei. Po co mamy iść do jakiejś kei, myślałem, może jest tam jakiś inny firmowy statek ze znajomą załogą. Keja 4 to restauracja, która działa po dziś dzień. Oferowała najlepszy stosunek cena/jakość, dlatego była ulubionym miejscem mojego ojca i jego ekipy. Stołowali się tam regularnie już od kilku lat. Samo miejsce było urokliwe, bezpośrednio w okolicy były keje dla jachtów. W tamtym czasie kilka było zacumowanych. Specjalnością tego miejsca są owoce morza, a ulubionym daniem – również moim – kalmary smażone w panierce na głębokim tłuszczu. Piszę to tak jakbym jeszcze miał tam wrócić, afirmuję i wizualizuję to sobie, podobno kiedyś komuś zadziałało. Będąc na diecie już prawie miesiąc, tego żarcia nie zapomnę do dziś. Niestety jedliśmy na zewnątrz i konsumowałem najlepsze żarło swojego życia w towarzystwie mewy patrzącej prosto w me oczy. Porcja kalmarów ok 200g + frytki + surówki w tamtym czasie kosztowała około 50 randów, do tego coś do picia i razem z ojcem płaciliśmy niecałe 150 randów. Za jednego dolara w kantorze dawali wtedy 6 randów. Matematykę zostawiam czytelnikowi.

Po Waterfroncie można było chodzić tak po prostu, bez końca. Dla mnie chłopaka ze wsi był to przeskok jak z szamba do jacuzzi. Ojciec oswojony z widokiem myślał już o drinku w kabinie. Ja mogłem tam zostać tylko po to żeby posiedzieć. Jachty, drogie fury, ekskluzywne sklepy. My tu w Polsce wiążemy koniec z końcem a w murzynowie żyją lepiej niż polska szlachta. Gdzie jest haczyk?
Dzida o statkach cz. 6 - Czarny Ląd 1/2
DURBAN (RPA)

Z Kapsztadu do Durbanu płynęliśmy niecałe 3 dni. Wchodząc do portu nie było już tego efektu łał, Durban ni jak miał się do widoków jakie oferował Kapsztad. Nie zmienia to faktu, że nadal z daleka ładne miasto, rozciągnięta linia brzegowa, kilometry plaż, hotele. Takie małe Miami. Ojciec pokazywał mi palcem plaże, gdzie pływał jak był pierwszy raz w 1997 roku w RPA. Byliśmy w sumie 7 lat później, tyle że krajem od 5 lat rządził komunistyczny prezydent, na co narzekali powoli już wszyscy mieszkańcy niezależnie od pochodzenia.

Pierwszego dnia udało wyrwać mi się na miasto z Brzozą, jechał do dentysty. Agent załatwił nam transport. Prywatny gabinet dentystyczny wyglądał jak z amerykańskich filmów. Recepcja, luksusowe kanapy w poczekalni, telewizor. Na parkingu najnowsze BMW 645 w wersji cabrio. Kurde, gdzie ja jestem. 30 minut i Heniek zostawił 650 randów, znaczy się firma płaciła. Na czas rejsów marynarze byli ubezpieczeni zdrowotnie w takim zakresie, że armator po prostu płacił. Musiałeś mieć zrobiony zabieg gdzieś w Afryce, to armator płacił. Sytuacje takie nie zdarzały się często, poza dentystą. W Polsce drogi, w Afryce jeszcze droższy ale, armator płacił. Nadużycia ze strony załogi spowodowały, że kilka lat później w firmie ojca, bez zaświadczenia od dentysty, że masz wszystko zdrowe, w rejs nie wypływałeś, chyba że podpisałeś kwit, że dentysta z twojej kieszeni.

Kolejnym punktem na mapie tego dnia było wielkie centrum handlowe. Ojciec dał mi jakieś randy jakbym potrzebował coś zjeść itp. Tyle, że ja miałem nadzieję, że może kupie sobie jeszcze jakąś pamiątkę, np. koszulkę. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć, które centrum handlowe dokładnie to było, ale miało ponad 5 pięter i na środku w lobby wodospad od samego sufitu. Do tej pory największym sklepem jaki widziałem był kompleks Matarnia pod Gdańskiem, więc to centrum robiło spore wrażenie. Łaziliśmy bez celu, Brzoza ciągle coś gadał z kierowcą. Snułem się jak smród za dupą. Na szczęście Chief z maszyny zaproponował, że postawi ciacho. „Jadłeś kiedyś Tiramisu młody?”, oczywiście, że nie odpowiedziałem. U nas na wiosce znasz tylko 3 placki: drożdżówkę, babkę i sernik. Tiramisu, co to jest w ogóle… Ciasto to było ręcznie robione przez lokalną cukiernię w galerii, smakowało jak aniołki w buźce, nie to co te pseudo podróbki w plastikowych pudełkach z marketu, którymi później w kraju próbowałem odtworzyć smak wakacji. Jedno dobre tego długiego nudnego dnia.

Na powrocie przykuło moją uwagę, że w Durbanie praktycznie każdy bezdomny lub żebrak był biały. W tym mieście kolonialsi stanowili mniejszość i przy zmianie władzy bardzo mocno to odczuli. Mimo lepszych kwalifikacji preferowani byli rdzenni mieszkańcy. Był to dość szokujący widok dla młodego Piotra z Polski.
Następnego dnia ojciec dostał przepustkę i czekała mnie prawdziwa atrakcja, perła Durbanu, park wodny i oceanarium Ushaka! Niestety nie miałem kąpielówek i do tego to nie był sezon letni, więc część atrakcji była wyłączona z użytku. Nie ma co płakać, może będzie lepiej niż w Namibii. Wielkość samego ośrodka robiła spore wrażenie, po przejściu przez bramki do akwarium prowadziły strzałki na podłodze niczym w Ikei. Ku mojemu zdziwieniu rybki oglądało się w piwnicy, było to bardzo dobrze pomyślane. W poziomie terenu w całym ośrodku były ogrodzone baseny z rybami, a w „podziemiach” wielkie pancerne przeszklenia, gdzie oglądało się okazy. Takie rozwiązanie pozwalało na większe „akwaria” i prawie że naturalny ekosystem dla stworzeń morskich. Tylko gatunki typowo egzotyczne z raf koralowych miały pojedyncze małe akwaria. Podejście projektantów ośrodka zaowocowało tym, że mogłem sobie popatrzeć z bliska na karmienie rekinów żarłaczy, niestety rybami. Wielkie płaszczki, delfiny, foki i wiele innych gatunków, których w europejskich oceanariach nie uraczysz. Na pewno nie w takiej skali. Szyba do podglądania basenu z rekinami miała wymiar jakieś 3 x 3 m. Stałem jak osłupiony patrząc na dwumetrowego rekina. Uwierz mi, nie chcesz się spotkać z takim zwierzęciem sam na sam…

Po zwiedzeniu oceanarium czekała mnie jeszcze jedna atrakcja, ale najpierw pauza na obiad. Zakochany w kalmarach z Kapsztadu postanowiłem, że jak będzie okazja to będę jadł tylko to. Zawiodłem się sromotnie, zrozumiałem, dlaczego tylko Keja 4 była dobrze wspominana przez ojca. Żarcie nadal lepsze niż na statku, jakoś weszło. Kolejny punkt na trasie w centrum Ushaka to pokaz akrobacji delfinów. Dokładnie taki sam jak z filmów, duży basen, scena, rybki we wiadrze. Zgrabna Pani w piance surferskiej. Pomiziała delfiny, coś tam z nimi pogadała, dostały po rybie na zachętę i się zaczęło. Pływała na nich jak na skuterach wodnych. Z jednej strony myślisz biedne zwierzęta, chciałyby być na wolności, a z drugiej „ja chce tak samo, tata weźmy delfina do domu”. Kluczowym momentem show były salta i wynoszenie do góry prowadzącej stojącej na nosach ssaków morskich w akompaniamencie Daft Punk „One more time”. Było to iście zacne show, najbardziej zaskoczyło mnie to, że delfiny są rzeczywiście bardzo radosne z natury i szybko się zaprzyjaźniają z ludźmi. Takie wodne śmieszki heheszki.

Po wszystkim pokręciliśmy się trochę po deptaku wzdłuż plaży czekając na nasz transport na statek. Garstka ludzi była nad brzegiem morza, ktoś próbował surfować, bo był lekki wiatr i fale w okolicach metra. Siedząc na ławce zastanawiałem się, czy doceniłbym to wszystko, gdybym mieszkał tu na stałe. Jakbym postrzegał świat jako rdzenny mieszkaniec RPA. Czy właśnie dlatego powstało powiedzenie „podróże kształcą”?
---------------------------
Całość nie weszła na raz, zaraz wrzucam dokończenie!
Tymczasem Wypierdalam!
0.064578056335449