Dokończenie części siódmej!
Link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4469461/dzida-o-statkach-cz-7-wiezien-1-2
MASZYNA
Od czasu pożegnania funkcji majtka maszyna stała się moim drugim domem. Czułem się tam o dziwo lepiej niż na pokładzie, chociaż jeśli kazano by mi wybrać ścieżkę kariery morskiej to wybrałbym pokład, ze względu na możliwość awansu do stopnia kapitana. Ludzie z maszyny mówili na oficerów z pokładu „gwiazdojeby”. Pokładałem się ze śmiechu za każdym razem jak słyszałem to określenie. Dlaczego „gwiazdojeby?” zapytałem raz w sterowni. Wytłumaczono mi, że kiedyś nawigowano statkami w oparciu o konstelacje gwiazd na niebie, są nawet specjalne mapy nieba, czy tam mapy gwiazd na podstawie których można całkowicie analogowo jedynie za pomocą kompasu nawigować na morzu, dokładnie tak samo jak wieki temu. Na statku z GPSem nie jest to za bardzo potrzebne, ale nie znasz dnia ani godziny i wszystko może się popsuć, wtedy do akcji wchodzi gwiazdojeb naczelny, czyli kapitan.
Główne wejście do maszyny z korytarza (poziom niżej niż mesa) znajdowały się naprzeciwko drzwi od kantyny, w tej części korytarza był przedsionek a nad nim nie było sufitu, tylko otwierane wrota. Miało to na celu dostarczanie zaopatrzenia na paletach bezpośrednio do części technicznej statku. Wchodząc do maszynowni zaraz za drzwiami był duży podest, na lewo i prawo były jakieś urządzenia o których pojęcia nie mam do dziś, poza kotłem La Monta. Dalej schodami w dół, na właściwy poziom podłogi maszynowni, mijałeś agregaty prądotwórcze. Na samym środku w tyle był silnik wielkości małego domu, a wkoło niego podesty robocze. Mogłeś pójść na tył silnika i zobaczyć wał od śruby, miał on około 60 cm średnicy. Na lewo od silnika była sterownia, tam urzędowali oficerowie z maszyny. Na prawo od silnika był warsztat motorzystów i fittera maszynowego.
Idąc do maszyny zakładałeś słuchawki jeszcze przed głównymi drzwiami, hałas był na poziomie 100 decybeli. Drzwi do warsztatu i sterowni były specjalnie wygłuszone. Szło tam spokojnie rozmawiać i pracować bez słuchawek. Jak ojciec miał do zrobienia coś lżejszego to często pomagałem. Uczyłem się trochę toczyć na tokarce. Dorabialiśmy raz zawiasy do drzwi. Zaliczyłem takie prace jak gwintowanie, szlifowanie, obsługę palnika acetylenowego oraz dużo przykręcania i odkręcania. Było to dla mnie o wiele ciekawsze niż latanie z pędzlem po pokładzie i ciągłe malowanie. Pomagać mogłem, kiedy chciałem, nie było presji, taki elastyczny czas pracy. Dzięki temu czułem się bardziej jak na wakacjach połączonych z warsztatami z majsterkowania.
Ekipa z maszyny uwielbiała naprawiać coś na pokładzie, mogli rozciągnąć robotę na cały dzień. Na początku tego nie kumałem, ale szybko dotarło do mnie, że jeśli nie ma co robić, wszystko działa, bieżące konserwacje zostały wykonane to i tak Chief Brzoza ci coś znajdzie. Pośpiech był bezcelowy. Największy luz był w maszynie jak był sam Kitek (III mechanik), nie wymyślał on z kapelusza niepotrzebnych prac. Przypominam, że statek miał 7 lat (licząc od daty produkcji), a mając 21 lat poszedł na żyletki. Armator nie oczekiwał od maszyny tak samo jak od pokładu, że ma on wyglądać jak nówka cały czas. Miał pływać, zarabiać i nie straszyć. Ogólnie awarie były częste, tyle że przede wszystkim w portach i pomiędzy, sam przelot z Afryki do Europy mógłby być luźniejszym okresem, mógłby... Niestety w maszynie była ta sama zasada co na pokładzie, żeby pokazać, jak Polacy dbają. Luźniejszy dzień trzeba było sobie samemu zorganizować, najlepiej jak padło coś na dziobie pod pokładem. Broza zawsze chodził ubrany na galowo, więc w takie miejsca nie zaglądał.
Link do poprzedniej:
https://jbzd.com.pl/obr/4469461/dzida-o-statkach-cz-7-wiezien-1-2
MASZYNA
Od czasu pożegnania funkcji majtka maszyna stała się moim drugim domem. Czułem się tam o dziwo lepiej niż na pokładzie, chociaż jeśli kazano by mi wybrać ścieżkę kariery morskiej to wybrałbym pokład, ze względu na możliwość awansu do stopnia kapitana. Ludzie z maszyny mówili na oficerów z pokładu „gwiazdojeby”. Pokładałem się ze śmiechu za każdym razem jak słyszałem to określenie. Dlaczego „gwiazdojeby?” zapytałem raz w sterowni. Wytłumaczono mi, że kiedyś nawigowano statkami w oparciu o konstelacje gwiazd na niebie, są nawet specjalne mapy nieba, czy tam mapy gwiazd na podstawie których można całkowicie analogowo jedynie za pomocą kompasu nawigować na morzu, dokładnie tak samo jak wieki temu. Na statku z GPSem nie jest to za bardzo potrzebne, ale nie znasz dnia ani godziny i wszystko może się popsuć, wtedy do akcji wchodzi gwiazdojeb naczelny, czyli kapitan.
Główne wejście do maszyny z korytarza (poziom niżej niż mesa) znajdowały się naprzeciwko drzwi od kantyny, w tej części korytarza był przedsionek a nad nim nie było sufitu, tylko otwierane wrota. Miało to na celu dostarczanie zaopatrzenia na paletach bezpośrednio do części technicznej statku. Wchodząc do maszynowni zaraz za drzwiami był duży podest, na lewo i prawo były jakieś urządzenia o których pojęcia nie mam do dziś, poza kotłem La Monta. Dalej schodami w dół, na właściwy poziom podłogi maszynowni, mijałeś agregaty prądotwórcze. Na samym środku w tyle był silnik wielkości małego domu, a wkoło niego podesty robocze. Mogłeś pójść na tył silnika i zobaczyć wał od śruby, miał on około 60 cm średnicy. Na lewo od silnika była sterownia, tam urzędowali oficerowie z maszyny. Na prawo od silnika był warsztat motorzystów i fittera maszynowego.
Idąc do maszyny zakładałeś słuchawki jeszcze przed głównymi drzwiami, hałas był na poziomie 100 decybeli. Drzwi do warsztatu i sterowni były specjalnie wygłuszone. Szło tam spokojnie rozmawiać i pracować bez słuchawek. Jak ojciec miał do zrobienia coś lżejszego to często pomagałem. Uczyłem się trochę toczyć na tokarce. Dorabialiśmy raz zawiasy do drzwi. Zaliczyłem takie prace jak gwintowanie, szlifowanie, obsługę palnika acetylenowego oraz dużo przykręcania i odkręcania. Było to dla mnie o wiele ciekawsze niż latanie z pędzlem po pokładzie i ciągłe malowanie. Pomagać mogłem, kiedy chciałem, nie było presji, taki elastyczny czas pracy. Dzięki temu czułem się bardziej jak na wakacjach połączonych z warsztatami z majsterkowania.
Ekipa z maszyny uwielbiała naprawiać coś na pokładzie, mogli rozciągnąć robotę na cały dzień. Na początku tego nie kumałem, ale szybko dotarło do mnie, że jeśli nie ma co robić, wszystko działa, bieżące konserwacje zostały wykonane to i tak Chief Brzoza ci coś znajdzie. Pośpiech był bezcelowy. Największy luz był w maszynie jak był sam Kitek (III mechanik), nie wymyślał on z kapelusza niepotrzebnych prac. Przypominam, że statek miał 7 lat (licząc od daty produkcji), a mając 21 lat poszedł na żyletki. Armator nie oczekiwał od maszyny tak samo jak od pokładu, że ma on wyglądać jak nówka cały czas. Miał pływać, zarabiać i nie straszyć. Ogólnie awarie były częste, tyle że przede wszystkim w portach i pomiędzy, sam przelot z Afryki do Europy mógłby być luźniejszym okresem, mógłby... Niestety w maszynie była ta sama zasada co na pokładzie, żeby pokazać, jak Polacy dbają. Luźniejszy dzień trzeba było sobie samemu zorganizować, najlepiej jak padło coś na dziobie pod pokładem. Broza zawsze chodził ubrany na galowo, więc w takie miejsca nie zaglądał.
W Dubranie staliśmy na tyle długo, że keję obok nas zacumował statek Yellowstone od tego samego armatora. Praktycznie cała załoga była birmańska poza fitterem z pokładu. Kumpel ojca Leszek był na tym statku. Poszliśmy tam razem po kolacji, dzięki czemu miałem okazję porównać zarządzanie statkiem w wersji polskiej i azjatyckiej. Lechu nie narzekał na jedzenie czy przepracowanie. Jak się dowiedział, jak wygląda standardowy dzień w maszynie u ojca, to odpuścił zmianę statku (myślał nad tym) i stwierdził, że woli do końca życia pływać z żółtymi i komunikować się na migi, niż malować podłogę w maszynie za agregatem jak nie ma nic innego do roboty. Kilka lat później mój ojciec zmienił statek właśnie na Yellowstone i został zmiennikiem Leszka, tyle że statek ten pływał wtedy na trasie USA – RPA i przelot między kontynentami trwał 29-31 dni samego oceanu.
BIAŁY MURZYN
Przez protesty w porcie pobyt w Afryce wydłużył się nam o ponad tydzień. Nie było potrzeb ani powodu, żeby wychodzić codziennie na miasto. Durban w przeciwieństwie do Kapsztadu nie należał do zbyt bezpiecznych. W przelocie do Afryki pracowałem trochę z Jonathanem i z nudów zaczął szkolić mnie z angielskiego. Sporą część wolnego czasu spędzałem z nim jak miał wachty, dzięki temu się nie nudził a ja ze słownikiem na kolanach się dokształcałem.
Od niego nasłuchałem się rasistowskich żartów, typu co zrobić jak spotkasz murzyna z połową głowy – przeładować strzelbę i strzelić jeszcze raz. Co zrobić, żeby mieć pewność, że murzyn utonie, jak wrzucisz go do wody? Musisz prędzej przekłuć mu wargi. Chyba najbardziej dosadny był kawał a propo koloru skóry. Jonathan twierdził, że murzyni są przezroczyści, standardowo pytasz się, że niby jak skoro są czekoladowi na zewnątrz i wtedy on twardo odpowiadał – bo są gównem wypełnieni. Po powrocie do szkoły mama była kilka razy ze mną na dywaniku u dyrektora za niestosowne żarciki.
Czasami siedzieliśmy u Johnego w kabinie. Miał radio z CD i była to okazja posłuchać innej muzyki niż disco kucharza albo Vaya Con Dios. Nasz biały murzyn, bo tak na niego wszyscy mówili, w końcu mieszkaniec RPA tyle że biały, zakochał się w polskim rapie. Nie kumał kompletnie o czym śpiewają, ale bit Ascetoholix i Owal/Emcedwa wchodził mu gładko. Nawet zaczał pisać jakieś teksty pod te melodie. Miałem jeszcze płytę Eminema nagraną z kompa z ulubionymi kawałkami i coś tam 50 Centa, ale zostałem szybko sprowadzony do parteru, że oni śpiewają ciągle o tym samym. Jonathan uświadomił mnie, że Eminem rapuje ciągle o swojej córce a 50 cent o byle chuju i jakoś mniej zaczęła mi się ta muza podobać.
Jonathan znowu przez to, że nie znał polskiego to śpiewał sobie hej suczki pod nosem jakby to była najlepsza muza na świecie. W tamtym czasie był to hit, nie da się tego ukryć. Muzyka ode mnie zachęciła go do nauki polskiego. Nie wiedzieć czemu, ale najbardziej śmieszyły go wyrazy mucha i kurczak. Jak na obiad były grillowane piersi z kurczaka (jedyne co jedli wszyscy i ratowało nas to od głodówki) to Jonathan jadł i śmiał się cały czas powtarzając pod nosem „kurczak”. Język południowoafrykański był tak naprawdę zmodyfikowanym holenderskim. Mieliśmy mleko z Holandii i Johny czytał etykiety bez problemu. On sam specjalnie nie rozmawiał o apartheidzie, jedyne co to narzekał, że od czasu, kiedy rządzą czarni to kraj się zapada. Jego ojciec był kierowcą autobusu miejskiego i był w stanie wyżywić pięcioosobową rodzinę.
BIAŁY MURZYN
Przez protesty w porcie pobyt w Afryce wydłużył się nam o ponad tydzień. Nie było potrzeb ani powodu, żeby wychodzić codziennie na miasto. Durban w przeciwieństwie do Kapsztadu nie należał do zbyt bezpiecznych. W przelocie do Afryki pracowałem trochę z Jonathanem i z nudów zaczął szkolić mnie z angielskiego. Sporą część wolnego czasu spędzałem z nim jak miał wachty, dzięki temu się nie nudził a ja ze słownikiem na kolanach się dokształcałem.
Od niego nasłuchałem się rasistowskich żartów, typu co zrobić jak spotkasz murzyna z połową głowy – przeładować strzelbę i strzelić jeszcze raz. Co zrobić, żeby mieć pewność, że murzyn utonie, jak wrzucisz go do wody? Musisz prędzej przekłuć mu wargi. Chyba najbardziej dosadny był kawał a propo koloru skóry. Jonathan twierdził, że murzyni są przezroczyści, standardowo pytasz się, że niby jak skoro są czekoladowi na zewnątrz i wtedy on twardo odpowiadał – bo są gównem wypełnieni. Po powrocie do szkoły mama była kilka razy ze mną na dywaniku u dyrektora za niestosowne żarciki.
Czasami siedzieliśmy u Johnego w kabinie. Miał radio z CD i była to okazja posłuchać innej muzyki niż disco kucharza albo Vaya Con Dios. Nasz biały murzyn, bo tak na niego wszyscy mówili, w końcu mieszkaniec RPA tyle że biały, zakochał się w polskim rapie. Nie kumał kompletnie o czym śpiewają, ale bit Ascetoholix i Owal/Emcedwa wchodził mu gładko. Nawet zaczał pisać jakieś teksty pod te melodie. Miałem jeszcze płytę Eminema nagraną z kompa z ulubionymi kawałkami i coś tam 50 Centa, ale zostałem szybko sprowadzony do parteru, że oni śpiewają ciągle o tym samym. Jonathan uświadomił mnie, że Eminem rapuje ciągle o swojej córce a 50 cent o byle chuju i jakoś mniej zaczęła mi się ta muza podobać.
Jonathan znowu przez to, że nie znał polskiego to śpiewał sobie hej suczki pod nosem jakby to była najlepsza muza na świecie. W tamtym czasie był to hit, nie da się tego ukryć. Muzyka ode mnie zachęciła go do nauki polskiego. Nie wiedzieć czemu, ale najbardziej śmieszyły go wyrazy mucha i kurczak. Jak na obiad były grillowane piersi z kurczaka (jedyne co jedli wszyscy i ratowało nas to od głodówki) to Jonathan jadł i śmiał się cały czas powtarzając pod nosem „kurczak”. Język południowoafrykański był tak naprawdę zmodyfikowanym holenderskim. Mieliśmy mleko z Holandii i Johny czytał etykiety bez problemu. On sam specjalnie nie rozmawiał o apartheidzie, jedyne co to narzekał, że od czasu, kiedy rządzą czarni to kraj się zapada. Jego ojciec był kierowcą autobusu miejskiego i był w stanie wyżywić pięcioosobową rodzinę.
Johny był rudy a mimo wszystko miał dziewczynę. Jako że kręcił rejs dziewięć miesięcy to kapitan zezwolił, aby w Kapsztadzie weszła ona na statek i w Richards Bay go opuściła. Miał chłopak okazję spuścić z krzyża. Załoga była średnio zadowolona, a konkretniej młodzi marynarze, bo też by sobie pobzykali. Sam kadet był z Port Elizabeth, w którym cumowaliśmy po ładunek na powrocie i wtedy dostał on przepustkę na dwa dni, żeby zobaczyć się z rodziną. Kilka lat później ojciec przypadkowo spotkał się z nim w porcie jego rodzinnej miejscowości. Okazało się, że jego dupa w tym czasie jak był kadetem zdradzała go z jego przyjacielem. Dowiedział się o tym dopiero jak został oficerem i mieli się hajtać. No kto by pomyślał.
Jak powstał Facebook to udało mi się go poszukać. Zaakceptował mnie do znajomych, pogadaliśmy trochę na Messenger. Miał nową dziewuchę, z którą wziął ślub, bodajże trójka dzieci. Niestety to nie był ten sam Jonathan co na statku, widać było brak humoru i tej radości z tamtego rejsu, kiedy miał 23 lata. Dla mnie smutnym było to, że wywalił mnie ze znajomych ot tak kilka miesięcy później. Nie zdążyłem mu opowiedzieć co tam u mnie przez te wszystkie lata od ostatniej naszej rozmowy na pokładzie Grey Fox. Teraz wiem, że nawet nie był tym zainteresowany. Przez niego utrwaliło się we mnie przekonanie, że rude to fałszywe – jak mawia moja mama.
Jak powstał Facebook to udało mi się go poszukać. Zaakceptował mnie do znajomych, pogadaliśmy trochę na Messenger. Miał nową dziewuchę, z którą wziął ślub, bodajże trójka dzieci. Niestety to nie był ten sam Jonathan co na statku, widać było brak humoru i tej radości z tamtego rejsu, kiedy miał 23 lata. Dla mnie smutnym było to, że wywalił mnie ze znajomych ot tak kilka miesięcy później. Nie zdążyłem mu opowiedzieć co tam u mnie przez te wszystkie lata od ostatniej naszej rozmowy na pokładzie Grey Fox. Teraz wiem, że nawet nie był tym zainteresowany. Przez niego utrwaliło się we mnie przekonanie, że rude to fałszywe – jak mawia moja mama.
To tyle na dziś, wypatrujcie na horyzoncie kolejnej części, tymczasem wypierdalam!