273
Ahoj dzidowcy!
Uprzejmie sugeruję zająć wygodną pozycję do czytania, zapewnić sobie odpowiednią ilość prowiantu, bo w tej części rzucam moim skarbem udowadniającym autentyczność całej historii.

Klasycznie, poprzednia część:
https://jbzd.com.pl/obr/4452472/dzida-o-statkach-cz-3-pozegnanie-z-europa

Zapraszam!
Dzida o statkach cz. 4 - Majtek
MAJTEK

Następnego dnia manewry odbyły się przed południem. Były to już piąte z kolei, więc tradycyjnie nie wchodziłem nikomu w drogę aż do momentu odcumowania statku od keji. Za każdym razem, niezależnie, ile manewrów marynarz przeżyje, stres związany z nimi jest ogromny. Dopiero po zacumowaniu/odcumowaniu i ustabilizowaniu się lin lub wyprowadzeniu statku z najciaśniejszych zakątków terminalu kontenerowego, następuje rozluźnienie wśród załogi, które da się zauważyć gołym okiem nawet przez laika. Jedynymi osobami, które specjalnie się tym nie przejmują są kucharz i steward. Pozostała część załogi uczestniczy w manewrach bezpośrednio (obsługa lin cumowniczych na dziobie i rufie, koordynowanie i synchronizowanie działań) lub pośrednio (obserwacja maszyn i urządzeń, gotowość w przypadku awarii np. mój ojciec).

Po wyluzowaniu atmosfery poszedłem na rufę, żeby móc ostatni raz popatrzeć na VIGO i dobrze je zapamiętać. Pogoda była cudna, Hiszpania nie zwiodła. Ląd z każdą minutą oddalał się coraz bardziej, a w mojej głowie rodziły się pytania, co dalej ze sobą zrobić? Przespać trasę z Europy do Afryki?
Na rufie Kalafior wyrwał mnie z zadumy i zagadał do mnie:
- Jakie plany młody? Może chcesz zobaczyć, jak wygląda praca marynarza? – zapytał zachęcająco.
- Jeśli jest taka możliwość i nie sprawi to kłopotu, to bardzo chętnie – odpowiedziałem grzecznie.
- Przyjdź jutro do mnie po śniadaniu i znajdziemy ci coś do roboty – odpowiedział spokojnie z uśmiechem.
W ten oto sposób z pasażera stałem się majtkiem. Okazało się, że mój ojciec za kulisami rozmawiał już z oficerką, czy jest taka możliwość, ale decydujący głos miał Bosman. Relacje mieli poprawne służbowo, więc nie było problemu, ale wg mnie zadecydował fakt, że podczas rejsu planowali odmalować cały statek i każda ręka machająca wałkiem malarskim była na wagę złota, żeby zdążyć przed Kapsztadem, który często odwiedzał właściciel firmy i przy okazji doglądał statki.

Pewnie zastanawia was, po co odmalowywać cały statek, jaki sens ma wydawanie lekko 100 tys. Euro na farbę, gdzie wystarczyła bieżąca konserwacja, żeby to ustrojstwo pływało i zarabiało na siebie. Polska załoga wymyśliła sobie, że raz w roku w okresie letnim będzie to robić, żeby statek wyglądał jak nowy. Że my Polacy dbamy i nie warto nas zastępować pracownikami z Birmy (w tamtym czasie firma ojca coraz częściej kontraktowała pracowników z Azji, głównie Birma i Filipiny). Biorąc pod uwagę wynagrodzenia na morzu dla Azjatów i koszt farby raz w roku, arkusz kalkulacyjny kilka lat później pokazał, że statek ma się zużyć i zostać zezłomowany, a nie ładnie wyglądać. W pełni Polska załoga na Grey Fox pływała jeszcze tylko kilka lat.

Następnego dnia po śniadaniu, na które budził mnie rano ojciec telefonem (nie miałem w kajucie nic poza szafą, łóżkiem, kanapą, stołem i jednym krzesłem, a w domu nie pomyślałem, żeby wziąć budzik więc kukułką był tata), poszedłem do Kalafiora zwarty i gotowy oznajmić chęć do pracy na najniższym szczeblu. Razem złożyliśmy wizytę Fasoli, który wydał mi kombinezon z wielkim logiem firmy MACS na plechach oraz obuwie robocze. Rozmiar M był za mały, L za ciasny w tyłku, XL dobry. Niczym wścibska złotowłosa w końcu znalazłem odpowiedni egzemplarz, ale wyglądałem trochę jak raper. Za długa i szeroka część od spodni, idealnie spasowana góra. Para rękawic jedna na tydzień…
Kalafior zapytał mnie jak mój angielski, odpowiadam, że komunikatywnie, intensywnie się uczę itd. Dzięki temu dał mnie do pomocy Jonathanowi. Praktycznie wszyscy pozostali marynarze, poza Baryłą, potrafili się co najwyżej przedstawić w tym języku. Po części to mnie uratowało. Baryła ze względu na język pracował głównie w parze z Jonathanem. Teraz miał nas dwóch. Robert był bardzo miłym i wyluzowanym człowiekiem. Odpalał jednego papierosa od drugiego, nie mogłem wyjść z podziwu jak z taką masą, paleniem i podobno skłonnościami do alkoholu, on jeszcze w ogóle żył i do tego miał tyle energii. Bosman przedstawił sytuację Robertowi, że cokolwiek da do roboty Jonathanowi, to ja pomagam. Zostałem z nimi a Kalafior poszedł załatwiać swoje bosmańskie sprawy.
- Młody co ty odpierdalasz? – zapytał mnie Robert ze zdziwieniem.
- No chcę poznać, jak to wygląda, potrenować angielski przy Jonathanie, marzy mi się praca na morzu. – odpowiedziałem niepewnie.
- Kurwa masz wakacje, zamiast się delektować wolnym to ty chcesz jebać jak Beduin, czy ty masz świadomość co to będzie w okolicach równika? – ciągnął dalej.
- Nie mam zielonego pojęcia, ale filmy się mi już kończą, ojciec musi robić swoje i czas ma dopiero po robocie, myślę że dam radę… - odrzekłem.
- No nic, jeszcze się w życiu napracujesz, ale jak sam chcesz, dziś myjemy pokład po wszystkich załadunkach, na pełnym oceanie nikt nie widzi jak różne resztki wpadają do wody i nikt kary nie da, dlatego robimy to teraz.
- Ok to do dzieła! – i ruszyłem ochoczo do pomocy.

Standardowy dzień statkowy wyglądał następująco:
- 7:00 – 7:45 – śniadanie
- 7:45 – 8:00 – odprawa (ja miałem z Kalafiorem)
- 10:00 – Kawa 15 minut
- 12:00 – 13:00 – Obiad i przerwa (większość załogi piła szybkie piwo i drzemka, w tym czasie siedziałem u ojca żebym nie zaspał do roboty po obiedzie)
- 15:00 – Kawa 15 minut
- 17:30 – 18:00 – kolacja
W teorii po kolacji każdy miał jeszcze pracować do 19:30, ale ze względu na ostry zapierdziel w portach i możliwe nieprzewidziane sytuacje na morzu (sztorm, awarie itd.) wszyscy mieli po kolacji wolne poza stanowiskami mającymi wachty (dyżury): w maszynie - motorzyści, na mostku – oficerowie poza kapitanem, w porcie na trapie - marynarze.

Majtkiem zostałem z założenia dla zabicia czasu oraz zdobycia doświadczenia życiowego. Nie zaoferowano mi żadnego wynagrodzenia z faktu, że oficjalnie byłem pasażerem. Jako młody chłopak po cichu liczyłem, że może coś mimo wszystko wpadnie, ale ojciec kategorycznie zabronił mi poruszania tego tematu poza jego kajutą.

Pierwszy dzień minął mi przede wszystkim na zwijaniu i rozwijaniu węży od myjki ciśnieniowej. Myliśmy pokład i przygotowywaliśmy Grey Fox’a do odmalowania. Na statku była centralna instalacja wody pod ciśnieniem, które regulowało się w warsztacie Fittera pokładowego, na tym rejsie nieobecnego. Miejsca trudnodostępne były myte w sposób tradycyjny, mopem.  Była też centralna instalacja sprężonego powietrza do zasilania urządzeń pneumatycznych takich jak szlifierki, młotki do obstukiwania rdzy, agregaty malarskie i wszystko co mogło mieć potencjalny kontakt z wodą / wilgocią, przez co ze względów bezpieczeństwa nośnikiem energii było powietrze, a nie prąd.

Utrudnieniem tak prostej z pozoru pracy była wszechobecna sól. Zasolenie oceanu atlantyckiego jest około 5 krotnie wyższe niż Bałtyku, stąd możliwości osadzania się soli i korozji adekwatne. W dzień woda morska nagromadzona na statku nocą odparowuje od słońca, sól zostaje, która de facto jest higroskopijna i masz śliską, słoną warstwę białego syfu dzień w dzień na pokładzie. Kolejna z zasad obok trzymania się poręczy, nie biegamy po pokładzie. Statkiem buja, jest ślisko, masz zrobić swoje i nie zginąć. Buja lekko, można podejść do burty, buja mocno chodzisz jak najbliżej szota, woda wdziera się na pokład, bo ocean pokazuje kto tu rządzi, chodzisz jedynie po podestach roboczych i robisz aktualnie to na co pozwala pogoda.
Dzida o statkach cz. 4 - Majtek
RUTYNA

Każdy dzień między portami wyglądał praktycznie tak samo, niedziele kalendarzowe były wolne, chociaż wg mnie było to bez sensu, bo ocean nie miał kalendarza, tak samo jak statek. Czemu nie robimy co trzeba zrobić i leżymy aż dopłyniemy do portu? Armator był niemiecki, więc niemiecki kodeks pracy obowiązywał na międzynarodowych wodach terytorialnych, dla mnie debilizm. Rozumiem, że trzeba naładować baterie, odpocząć itp. Dziś nadal uważam, że można było zorganizować to inaczej a oficerka w prawdziwie polskim stylu wymyślała często robotę na siłę, byle przypadkiem nie trafił się dzień wolny. Żeby jeszcze ktoś to widział poza nimi. Do tego Niemiec sponsorował wypłaty, zero patriotyzmu gospodarczego. W soboty standardowo załoga pracowała do obiadu. Wachty były jak służba, obowiązywały w każdy dzień.

Po kilku dniach robienia ciągle tego samego i oglądania cały czas tego samego widoku zlewającego się nieba z oceanem na horyzoncie, zacząłem dosłownie czuć wewnętrzną potrzebę, żeby coś się zmieniło, cokolwiek. Zacząłem rozumieć, jak ktoś czuje się na bezludnej wyspie lub w więzieniu. Nie ma ucieczki, z prawej woda, z lewej woda, dzień w dzień brak lądu na horyzoncie. A to dopiero kilka dni, jak Kolumb dał radę, nie wiem, ale musiał być twardym skurwysynem. Z nudów raz poszedłem w nocy na dziób bez latarki, to był bardzo głupi pomysł. Na dziobie chmury zasłoniły księżyc. W ułamku sekundy zapierający dech w piersiach widok zafundował zawał. Było ciemno jak w dupie, wracałem niczym Stevie Wonder do kabiny z pełnymi porami przyklejony do szota. Ze względu na oszczędności w nocy włączone było podstawowe oświetlenie. Nie ma poboru prądu, agregat ma lżej, mniej oleju zużywa. Proste prawda.

Introwertycy po pracy zamykali się w kajutach - pili. Ci bardziej towarzyscy chodzili zobaczyć wspólnie jakiś film w telewizornii – też pili. Jak mieli w planach obejrzeć coś „dla dorosłych” to dawali cynk mojemu ojcu, żebym dziś wieczorem nie szedł na film, bo się będą czuć skrępowani. Jak to usłyszałem to wyobrażałem sobie, że będą zbiorowo się masturbować i sama ta myśl powodowała u mnie salwę śmiechu. Nie protestowałem, u mojego ojca w kabinie (mój tata używał naprzemiennie kajuta/kabina) zawsze wieczorem ktoś siedział na piwie lub drinku. Jego kajuta była nazywana pokojem narad, jak trzeba było się spotkać, wyjaśnić jakiś problem, to on był mediatorem lub gospodarzem spotkania. Pilnował, żeby każdy skończył pić przed potencjalnym zgonem i kulturalnie towarzystwo się rozchodziło. Statkowy consigliere.

Po tygodniu pracy z Baryłą i Jonathanem, dzięki któremu mój angielski zaczynał być bardziej użyteczny niż teoretyczny, zostałem przydzielony do pomocy Heńkowi i Danielowi Dempsowi. Zadania w teorii te same, stukać rdzę, malować, czyścić, sprzątać. Tyle, że Daniel i Heniek mieli odmalować wieże żurawi statkowych będąc w koszu (po jakimś towarze) podwieszonym na haku tegoż żurawia, w trakcie statek płynął po wzburzonym oceanie. Byliśmy trochę za równikiem, temperatura 30-35 stopni. Kalafior był genialnym bosmanem. Daniel i Heniek byli zajęci, Piotr robił za nich na pokładzie. Na sam ich widok dyndających kilkanaście metrów nad pokładem i malujących wałkami na kijach wieżę żurawia, każde inne zajęcie było lepsze. Nie mam lęku wysokości, ale mam wewnętrzny strach, że ktoś mógłby zafundować mi zgon przez głupi pomysł, jak ten.
DANIEL DEMPS

Na tym etapie historii pozwolę sobie przybliżyć osobę Daniela. W 2004 roku miał on 28 lat, miał już wtedy dzieci. Niby chłop w porządku, często przychodził też do mojego ojca do kajuty na piwo. Tyle, że dla mnie był dwulicowy. Nie akceptuję przymilania się z jednej strony, a z drugiej ciągłego niezadowolenia z wykonywanych zdań coś na zasadzie posyłania młodego po nieistniejące narzędzia, a potem pretensje.

Tyle że nie to mnie aż tak bolało. Najbardziej w pamięci zapadło mi to, że był to facet wysportowany i jak tylko miał okazje to publicznie wyskakiwał w wyzwaniami, ale tylko takimi w których był dobry. Ile młody podciągniesz się na drążku? I zaraz wyzwanie na poręczy od podestu roboczego, zrobiłem 8, to on musiał 11 chociaż prawie się zesrał ale załoga patrzyła, super pokonał dzieciaka. Grał zajebiście w tenisa stołowego, za każdym razem jak wygrał to zaraz szedł do telewizornii i w drzwiach rzucał: „młody nie miał szans”. Jadłem obok niego obiad, to przy wszystkich że jakoś dziwnie jem zupę, że głowę pochylam jak koń do koryta (btw. Koryto ma świnia a koń żłób – przypis autora xD). Takich docinek z dupy było pełno, mój ojciec nie wiedział jak reagować, nie chciał rozkręcić afery bo miał o wiele więcej do stracenia niż młody OS jakim był Daniel.

Daniel często zaczynał: „Kazik, spójrz co ten Twój syn”, nie mam pojęcia czy myślał, że w ten sposób mnie wzmocni psychicznie na zasadzie co cię nie zabije to wzmocni. Czy może za jego czasów taka była młodzieżowa gadka. Może chciał wyrobić sobie taką pozycję jak mój ojciec (zwykły Fitter a potrafił załatwić wszystko). Wybraliśmy z ojcem drogę akceptacji poprzez ignorancję. Byłem w tej komfortowej sytuacji, że wiedziałem, że to sie kiedyś skończy i żaden chuj nie popsuje mi wycieczki życia.

W 2017 roku ojciec był na urlopie i dostał telefon po majówce od kumpla ze statku, że Daniel zaginął, jest podejrzenie zabójstwa, trwa śledztwo. Chłop po prostu zniknął na statku z dnia na dzień. Zeznania były zbierane od świadków dopiero w pierwszym porcie w Europie. Na 99% wypadł za burtę, w jego kajucie były rano 2 szklanki. Z kimś pił, nikt się nie przyznał. Nie było żadnych hałasów, żadnych odgłosów bójki – tak zeznała cała załoga. Daniel Demps przepadł w rejonie Wysp Kanaryjskich. Miał wtedy 41 lat.

Gdy to usłyszałem na początku poczułem coś w rodzaju smutku i żalu. Miał on dzieci, żonę. Na statku mimo jego zachowania spędziliśmy dużo czasu grając w tenisa, bo dzięki niemu wskoczyłem kilka poziomów wyżej. Jednocześnie poczułem, za co mi trochę wstyd, satysfakcję, że życie jednak weryfikuje ludzi i pycha zawsze kroczy przed upadkiem. Podobno z roku na rok Daniel był coraz bardziej pewny siebie, możliwe że to go finalnie zgubiło.
- Piotr, Daniel Demps nie żyje. – powiedział mi ojciec w kuchni jak byłem u rodziców na kawie.
- Ten Daniel z Grey Fox'a? - dopytałem.
- Tak ten. - potwierdził ojciec.
- No szkoda. – odpowiedziałem sucho.

https://i.pl/daniel-zygmunt-demps-zaginal-w-rejonie-wyspie-las-palmas-de-granie-canaria-rozpoznajesz-go-koniecznie-daj-znac-fundacji-itaka/ar/c1p1-22144457
CHRZEST

O tym, że będę miał chrzest na marynarza wywnioskowałem podczas obiadu, czystym przypadkiem, bo się wszyscy pytali, gdzie będę jak zjem. Mogłem być u siebie, mogłem u ojca. Tata odpowiadał za mnie: „Będzie u siebie”. Jak pytałem o co chodzi, to padło hasło „siedź w kabinie i czekaj, nic strasznego”.

Po przekroczeniu równika z inicjatywy Brzozy (CE) odbył się obrzęd, nie mam zielonego pojęcia czy jest tak na innych statkach, czy zorganizowali to tylko dla mnie. Cierpliwie czekałem w kabinie po obiedzie, aż ktoś łaskawie po mnie przyjdzie. Minęło trochę czasu i zaczęło mi się nudzić. Chodzę w kółko po kabinie, słyszę kroki. Miałem przez chwilę myśl czy nie zakluczyć drzwi, ale szybko odpuściłem, debilny pomysł skoro jest okazja zintegrować się z załogą i przestać definitywnie być powietrzem. Dla żartu schowałem się za szafą. Drzwi się otworzyły i słyszę: „ty Kazik nie ma go, co on odjebał” i w tym momencie ja cały na biało wyskakuje zza szafy z tekstem „haha, tu jestem”. Po minach marynarzy zrozumiałem, żem debil. 

Daniel Demps razem z Robertem S. zostali przebrani za diabły morskie, dlatego to wszystko tak długo trwało. Byli umazani sadzą z kotła lamonta (opiszę co to takiego, bo z tym kotłem jest historia). Oficjalnie porwali mnie z kajuty i prowadzili przed oblicze Neptuna dźgając trójzębami (papierowymi). W poziomie decku D, tam gdzie moja kajuta, był basen, o którym wspominałem (w przelocie go ogarnęliśmy z inicjatywy kapitana – lubił pływać hehe), a przy nim stał Brzoza (CE) oraz Marek C. czyli kapitan oraz reszta załogi. Brzoza niczym konferansjer na najlepszej gali prowadził obrzęd, pierwszym zadaniem było wskoczyć do basenu. Zdjąłem buty i w rzeczach chlup do wody popychany trójzębami diabłów morskich.
- Spójrz Kapitanie, nie utonął, może przystąpić do kolejnej próby! – wykrzyknął Heniek.
- Ze względu na trudy przed jakimi stawia nas ocean, musisz pokazać, że jesteś godzien swego tytułu, człowiekiem jesteś, pić i jeść musisz. Oto chleb twój powszedni a z nim surowa morska ryba doprawiona goryczą życia. – Kapitan wręczył mi kanapkę z surową sardynką i ostrym sosem chili z czosnkiem.
- Oto woda morska, jeśli chcesz nazywać się prawdziwym marynarzem musisz ją wypić do posiłku twego. – i dostałem do ręki szklankę prawdziwej wody z Atlantyku.
Kanapka śmierdziała jak najtańsza portowa kurtyzana a wodę sprawdziłem na początek czubkiem języka, była słona przepotężnie, Bałtyk przy tym to jezioro na Kaszubach.
- Im dłużej się będziesz zastanawiał tym gorzej dla ciebie. – usłyszałem mojego ojca.

Zjadłem, a raczej połknąłem tę kanapkę. Kilka razy przeżułem czując, że znowu będę wymiotował, a miałem już ponad tydzień dobrej passy. Szybko popchnąłem to dwoma konkretnymi łykami atlantyckiej wody. Język szczypał od niej jakbym miał żywego kraba w buzi. Zrobiłem się zielony, ktoś z załogi w oddali krzyknął: „będzie rzygał!”, na szczęście dali mi zwykłej wody butelkowanej i przepchnąłem do żołądka marynarski dowód męskości.

Przy ceremonii była obecna cała załoga, trwało to może 30-40 minut. Łaskawie nie włączył się żaden alarm w tym czasie. Na koniec otrzymałem dyplom morski, którego treść na głos przy wszystkich odczytał kapitan. Od tego momentu jestem DRACO.
Dzida o statkach cz. 4 - Majtek
Trochę przez te 22 lata wyblakł, jedyne co to przymazałem moje imie i nazwisko bo było lepszym pisakiem. Nad wyrazem "prez ten" widać resztki DRACO ;)

Zauważyłem, że z każdą kolejną dzidą zainteresowanie maleje, jeśli macie uwagi / sugestie co może być przyczyną, bo samemu ciężko znaleźć w sobie problem, dlaczego pierwsza dzida była takim fenomenem a kolejne są jej marnym cieniem, to chętnie przyjmę konstruktywną krytykę.

Kończąc na dziś odniosę się do pewnych informacji z poprzednich dzid, w sieci możecie znaleźć teorię odbiegającą od tego jak przedstawiam to co się działo na statku, wśród nas są też osoby co pływają, nie twierdzę że nie macie racji jak poprawiacie mnie w komentarzach, piszę z pamięci jak to wyglądało w praktyce na tym konkretnym statku. Każdy rejs, załoga, wewnętrzne wytyczne firmy, przyzwyczajenia, to wszystko trochę się różni. Coś na zasadzie, prawojazdy zdane i teraz jedziemy po swojemu. Tak wyglądało to na Grey Fox ;)
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
159
Dzida o statkach cz. 3 – pożegnanie z Europą
Ahoj Dzidowcy! Przygody ciąg dalszy, kto nie załapał się na poprzednie części, poniżej linki:

https://jbzd.com.pl/obr/4450825/dzida-o-statkach-cz-1
https://jbzd.com.pl/obr/4451286/dzida-o-statkach-cz-2-czarna-belgia

Po wypłynięciu z Antwerpii znaleźliśmy się na wodach kanału La Manche łączącego Morze Północne z Celtyckim. Na szczęście dla mnie, statek został konkretnie załadowany i mniej reagował na fale. Dało to taki efekt, że z uporczywego bólu głowy i wiecznego uczucia nadchodzących wymiotów, czułem się jakby na lekkim kacu, chociaż wtedy mając niespełna 15 lat nie wiedziałem jeszcze, że tak właśnie czuje się człowiek na drugi dzień po imprezie. Mniej umordowany skupiłem się na poznawaniu statku, załogi, planowaniu co będę robił przez cały ten czas, bo jakby nie patrzeć w ciągu około 10 – 11 tygodni rejsu 2 z nich to porty, gdzie nie zawsze dostaniesz przepustkę od kapitana, reszta to bezkres mórz i oceanu.

Muszę was przeprosić za nieprawdziwą informację na temat ilości załogi. Jak rozpisałem sobie, kto płynął i jakie stanowisko piastował, to wyszło 23 osoby, a te 28 z pierwszej dzidy wziąłem, bo tak to pamiętam, że to była maksymalna ilość załogi jaką statek był w stanie pomieścić, ale ręki uciąć nie dam, bo ojciec twierdzi, że 26.

Kapitan po zaokrętowaniu całości załogi zawsze wywieszał aktualną listę osób w mesie i kto jaki ma numer telefonu. Nie, to nie był telefon komórkowy. Mamy 2004 rok i każdy w kajucie miał zwykły telefon stacjonarny. Cały statek miał wewnętrzną sieć telefoniczną na potrzeby bezpieczeństwa / organizacyjne. Lista była drukowana nawet jak w danej kajucie ktoś nie mieszkał i z tego co pamiętam były na niej wszystkie pozycje telefonów jakie są tylko na statku łącznie z mostkiem. Tyle że było ich więcej niż 28, nawet warsztat ojca w maszynie też miał telefon. Do teraz kminie skąd mam w pamięci tę liczbę. To trochę tak jak każdy Polak patrzy na zegarek o 21:37 i ma to dziwne przeczucie, że skądś zna tę godzinę i ona jest ważna.
Statek taki jak Grey Fox (IMO 9151905) będący średniej wielkości kontenerowcem podczas naszego rejsu był obsadzony następującą ilością załogi:

POKŁAD:
- Captain / Master - Kapitan – Marek C.
- Chief Officer – I oficer – Zbyszek aka. Fasola
- 2nd Officer – II oficer – za hugo nie pamiętam, rozmawiałem dziś z ojcem i wujkiem co też pływał na tym statku, i za cholerę nie możemy sobie przypomnieć, człowiek widmo.
- 3rd Officer – III oficer – Marek G.
- Bosun – Bossman – Kalafior, tutaj też przypał, bo chłop miał łeb jak kalafior i do tego krótkie loczki, nikt nie mówił mu po imieniu i za cholerę nie możemy sobie w całej rodzinie przypomnieć, jak on miał na imię. Najlepsze jest to, że wujas (brat ojca) pływał jako OS od 2005 roku na Grey Fox i Kalafior był jego przełożonym, i też nie pamięta, jak miał na imię 😉
- Able Seaman (AB) – Starszy Marynarz – Heniek
- AB – Robert aka. Baryła – ten co mi kazał tosty jeść i pić miętę
- AB – Zdzichu – potem gadali na niego golonka, bo jak raz na obiad była golonka to wjebał pół świni i nawet skóry nie ściągał, bo jak sam mówił, golonka z włosem łaskocze, jak srasz
- AB – Zbyszek aka. Trener
- Ordinary Seaman (OS) – Młodszy marynarz – Robert S. aka. Wędkarz
- OS – Daniel Demps – tego gościa podaje po pełnych danych, bo już nie żyje, a że trochę mi uprzykrzał pobyt to poświęcę mu nawet cały akapit, bo karma wraca…
- Cook – kucharz – Krzysztof aka. Kitek
- Steward – Zbyszek aka. Batory – bo ciągle chodził w krótkich pedalskich spodenkach, które kucharz twierdził, że ma jeszcze z praktyk na Batorym
- Deckhand / Cadet – Majtek / Kadet – Jonathan Murphy – biały człowiek z RPA, kręcił 9 mcy w ramach praktyki studenckiej wydziału nawigacji, jedyny obcokrajowiec na statku.

MASZYNA:
- Chief Engineer – I mechanik – Heniek B. aka. Brzoza
- 2nd Engineer – II mechanik - Lechu aka. Sraczka
- 3rd Engineer – III mechanik – Witek aka. Korniszon
- Motorman (MM) – Motorzysta / Marynarz Maszynowy – Damian M.
- MM – Jasiu K. aka Czereśniak
- MM – Tadeusz aka. Puchacz
- Fitter/Welder – Ślusarz/Spawacz/Monter okrętowy – mój ojciec
- Electrical Officer (ETO) - Elektryk – Marek, kolejny człowiek widmo…

Także razem ze mną fizycznie na statku było nas 23 osoby. W kolejnych dzidach opowiem wam trochę o każdej z tych osób. 

Tymczasem kapitan przestawił pozycję statku na mapie w świetlicy zwanej telewizornią (robił to codziennie), gdzie była pokaźna biblioteka filmów nagranych na kasetach VHS. Biblioteka ta była regularnie wymieniana i aktualizowana przez jedną z osób z firmy pośredniczącej w zatrudnianiu załogi. Nagrywała ona filmy bez reklam z HBO głównie i takie kasety trafiały na statek co wymianę załogi. The Piratebay wydanie analogowe. Dzięki temu szło jakoś zabić czas wieczorami. Poza tym był jeszcze basen 2x4 m na pokładzie, który był pusty (bo przeciekał), atlas do ćwiczeń YORK ze stosem całe 50 kg oraz stół do tenisa przyspawany do podłogi. Te dwie ostatnie atrakcje znajdowały się po drodze do głównej maszynowni obok takich pomieszczeń jak lodówka, chłodnia, szatnia ekipy z maszyny, maszynownia, gdzie były odsalarki wody oraz najważniejsze – kantyna.
Dzida o statkach cz. 3 – pożegnanie z Europą
Zbliżaliśmy się do VIGO, większość załogi nadal traktowała mnie jak powietrze. Uważali mnie za zbędny balast. Duża część pod nosem mówiła, że nie wzięłaby nikogo z rodziny na statek, bo to żadna przyjemność, nudy i niebezpieczeństwo. Te osoby też nie mówiły, że cenią sobie pracę na morzu przede wszystkim za to, że rodzina zostaje w domu. Coś na zasadzie, po cholerę mój ojciec zawlókł drewno do lasu. Dziś wiem, że głównym celem podróży było to, abym zrozumiał jak najszybciej jak działa świat i jakie są konsekwencje braku samodyscypliny. Rodzice mieli też nadzieję, że wrócę z innym spojrzeniem na pracę ojca i przestanę gadać, że jak dorosnę to zostanę kapitanem…

Do Vigo wpływaliśmy coś koło 7-8 rano. W tamtym czasie był to średniej wielkości port, przynajmniej terminal kontenerowy, samo miasto niecałe 300 tyś mieszkańców, czyli trochę mniejsza Bydgoszcz. Pierwsze wrażenie jak wyszedłem na dziób – o kurwa jak tu pięknie. To był bardzo słoneczny, ale nie upalny dzień. Miałem nadzieję, że będziemy tak płynąć w nieskończoność. Mijaliśmy jachty, żaglówki. Ludzie do nas machali, a kapitan robił tuuu tuuu. Normalnie jak w Galileo, nic tylko wyjść na ląd, wyciągnąć gary jak Makłowicz i nagrać odcinek o lokalnej kuchni. Manewry na szczęście nie trwały długo. Około 10tej spuszczaliśmy trap.
Dzida o statkach cz. 3 – pożegnanie z Europą
Brzoza załatwił u kapitana przepustki: mojemu ojcu, Damianowi i Czereśniakowi. Wyszliśmy na miasto chwilę po 12stej, bo o 12 na statku był obiad. Jak prawdziwi Polacy, najpierw tanio zjeść w domu i na spacerek z pełnym żołądkiem, żeby nie kusiło. Po Antwerpii w Vigo to ja się zakochałem z miejsca. Czysto, zero kolorowych w tamtym czasie, ludzie uprzejmi. Przemieszczaliśmy się pieszo, bo statek opuściliśmy jeszcze w trakcie trwania sjesty, a że miasto nieduże i z portu wszędzie było blisko, taksówka była zbędna. Naszym głównym celem było znalezienie sklepu z kartami telefonicznymi i budki. To była ostatnia szansa, żeby zadzwonić do domu przed wypłynięciem do Afryki, z telefonu satelitarnego na statku nikt nie chciał korzystać, bo w tamtym czasie minuta kosztowała około 6 dolarów. Ekipa ojca stwierdziła, że najpierw idziemy na piwo, to się będzie potem łatwiej szukało. Pierwszy lepszy napotkany bar, wchodzimy 13:05 w środku ani żywej duszy. Barman od razu poznał, że my nie tutejsi, więc sam zagadał „Beer?”. Wszyscy zgodnie odpowiedzieli „Yes, yes!” po czym patrzą na mnie, ja na nich, na ojca, ojciec na mnie „tylko ani słowa matce…” Barman do piwka dał gratis orzeszki ziemne i oliwki zielone z pestkami. Pogadali, wypili, zapalili papierosa (oczywiście poza mną), w tamtym czasie można było jeszcze w barze puścić dyma, i poszliśmy szukać sklepu z kartami telefonicznymi.
Damian stwierdził, że ogarnie temat. Idzie jakiś Hiszpan a on podbija do niego niczym kibol:
- „English? English?” – twardo pyta Hiszpana.
- No, no ingles – odpowiada nasz przechodzień.
- Where phone cards? – wali twardo Damian.
Chłop poszedł, bo myślał, że chcemy mu zajebać telefon. Tłumaczę Damianowi, że musimy zapytać kogoś młodszego, to będzie większa szansa na znajomość angielskiego powiedzmy na „naszym” poziomie. Przechodził w tym czasie ktoś obok nas, a ten znowu twardo swoją gadkę. Bezskutecznie. Mój ojciec oaza spokoju w takich sytuacjach, tłumaczy mu: „daj Piotrowi, uczy się intensywnie angielskiego, niech spróbuje”. Miało to sens, bo w czterech chłopa wyglądaliśmy jak agresywna ekipa rusków próbująca ukraść komuś telefon.
Tutaj małe wtrącenie a propo Damiana. Chłop był magistrem inżynierem wydziału mechanicznego wtedy jeszcze Akademii Morskiej w Gdyni i docelowo miał zostać I oficerem w maszynie, co na samą myśl przerażało starszych członków załogi. Mnie osobiście martwił jego poziom angielskiego i to, że zachowywał się jak mój starszy przygłupi kuzyn. Damian pochodził z Darłowa i pływał głownie po to, żeby zarobić na kolejnego busa, bo równolegle miał firmę z przewozem osób w sezonie letnim, co wg niego było żyłą złota. Był wtedy przed 30stką.

Ludzi na mieście jak na lekarstwo, jak na (wtedy) białą, lecz opaloną Hiszpanię jeszcze przed lewicowymi rządami, większość była w pracy. Szczęśliwie idzie człowiek płci męskiej, lat około 25, którego grzecznie zagaduję:
- Excuse me, do you speak English?
- A little bit – odpowiada.
- Do You know, where can I buy phone cards? – zapytałem.
-  Around this corner, shop – I pokazał palcem, że za rogiem ulicy, na której staliśmy jest sklep i poszedł dość szybciutko w swoim kierunku.
No dobra, idziemy, jesteśmy coraz bliżej wykonania naszego głównego questa. Jest sklep, wchodzimy, za ladą Pani około 60 lat wyglądająca jak moja babcia. Usmiechnięta, jeszcze nie miała pojęcia co ją czeka. Damian wyrywa do przodu, mój ojciec go przytrzymuje, Czereśniak puszcza mnie przodem. Uprzejmie staram się wytłumaczyć o co nam chodzi. Ku mojemu zdziwieniu starsza Pani za ladą kumała z miejsca, bo nie byliśmy pierwszymi marynarzami, których dziś obsługiwała. Karta do budki telefonicznej, dokładnie taka jak za starych dobrych czasów na impulsy, kosztowała 5 euro i oferowała 3h połączeń do Polski. Wystarczyło dla wszystkich.
Po drugiej stronie ulicy na rogu obok bankomatu, takiego do którego się wchodzi do środka, żeby wypłacić kasę, stała budka telefoniczna. Ktoś pomyślał i obok budki była ławka. Czereśniak dzwonił pierwszy, bo jak twierdził, długo to nie potrwa. Nie kłamał. Kolejny był Damian, którego trzeba było namawiać, typowy marynarz „niech stara tęskni to się będzie lepiej ruchać, jak wrócę”. Ojciec wytłumaczył mu, że na powrocie do Europy do Vigo nie wpływamy, więc szkoda karty. Zadzwonił na moje szczęście, bo w tym czasie z wnęki bankomatowej wyszła zakochana para. On wyglądał jak typowy latino raper, niczym Dady Yankee, ona niska, szczupła z cycem miseczki B, pofarbowane pasemka na blond, idealna dupka, z buzi niczym Doda jak miała 16 lat. Obdarzyła mnie spojrzeniem takiego zainteresowania, mniemam, że z faktu innego języka i definitywnie wyglądu słowiańskiego, że poczułem się jebany wzrokiem. Jej chłopak chciał, żeby szli dalej, pierdolił coś tam „Vamonos” a ona do niego „Tranquilo”. Kręcili się przy nas może z 5 minut, ale dla mnie to było najważniejsze 5 minut, bo przez resztę podróży wspomnienie o niej trzymało mnie w trudnych chwilach. Przytulała się do swojego chłopaka, żeby móc patrzeć mi w oczy przez jego ramię. Ja niczym opóźniony w rozwoju uśmiechałem się, ale tylko na tyle było mnie stać. Damian skończył gadać, mówię do ojca „dzwoń pierwszy”. Oczywiście Damian musiał jebnąć na cały głos „ale dupa” wychodząc z założenia, że hiszpanka nie zna polskiego. W tym momencie para poszła w swoją stronę. Odwróciła się do mnie po raz ostatni, pomachaliśmy sobie, nogi miałem miękkie, bo cała krew popłynęła w innym kierunku. Ojciec puknął mnie w ramię „Twoja kolej, pogadaj z mamą” i czar prysł. Zadzwoniłem jeszcze do mojego przyjaciela z tamtych lat, impulsów mieliśmy w pytę, numery znało się kiedyś na pamięć. Fuksa miałem, że był w domu.
Wróciliśmy na statek, nie mogłem się doczekać wieczoru, kiedy będę sam w swojej kajucie i wezmę prysznic, dopóki statek nie buja i kutasa idzie utrzymać w ręku. To był pierwszy raz, kiedy udało mi się zwalić konia, bo nareszcie miałem kim robić pamięciówkę. To była wyczerpująca noc. Następnego dnia manewry, kolejny przystanek Walvis Bay (Namibia). W Vigo zostawiłem kawałek siebie i wiem, że muszę tam jeszcze pojechać, żeby go odzyskać.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.085052967071533