3
„ W ciemnym lochu Łęczyckiego zamku, przy rozpalonéj drzazdze smolnéj, siedział jakiś wąsaty szlachcic i pił z beczki. Miał na sobie karmazynowy żupan, pas złotolity, na rzemyku szabla, czapka rogatywka z siwym barankiem, nie przylegała mu należycie, jakby coś jéj zawadzało; jakoż kiedy chciał się poskrobać po głowie, ujrzałeś przy ręku pięć ogromnych pazurów, a za uchyleniem czapki, małe czarne rogi. Był to sławny djabeł pan Boruta, co pilnował skarbów zamkowych, pozostałych w ukryciu od udzielnych jeszcze książąt Mazowieckich. ”


- Kazimierz Władysław Wójcicki, „Boruta”, Klechdy, starożytne podania i powieści ludowe, Warszawa 1876
Boruta jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich diabłów regionalnych, jednak jego mroczna natura nie sprowadza się wyłącznie do rogów, pazurów i szlacheckiego kontusza. W starszej warstwie podań nie był jeszcze salonowym czartem zamieszkującym zamek, lecz istotą znacznie bardziej nieuchwytną. Początkowo był kojarzony z duchem boru, błotnikiem, zwodzicielem z mokradeł i demonem miejsc granicznych. Dopiero z czasem przybrał postać „pana Boruty”, rubasznego szlachcica, pijaka, strażnika ukrytych skarbów i mieszkańca podziemi łęczyckiego zamku. Słownik polskiej bajki ludowej określa Borutę jako lokalną nazwę diabła oraz postać charakterystyczną dla folkloru regionu łęczycko-sieradzkiego. Zaznacza przy tym, że imię Boruty było znane co najmniej od drugiej połowy XVIII wieku, natomiast jego najbardziej rozpoznawalny wizerunek utrwaliły dopiero w XIX wieku Klechdy Kazimierza Władysława Wójcickiego.
Kompendium strachu: „Od ducha boru do czarta z Łęczycy”, Boruta, vol. 86
W najbardziej znanym, utrwalonym przez literaturę wariancie jest diabłem-szlachcicem. Nosi kontusz lub żupan, szablę, pas i rogatywkę. Czasem występuje jako rubaszny pan łęczycki, który pije, przechwala się, tańczy, pojedynkuje i strzeże ukrytych skarbów. Wójcicki opisywał go jako wąsatego szlachcica w karmazynowym żupanie, z czarnymi rogami skrytymi pod czapką, ogromnymi pazurami i iskrzącymi oczami. W tej wersji Boruta pilnuje złota ukrytego w lochach zamku łęczyckiego.
Ludowy Boruta jest jednak znacznie bardziej zmienny, a przez to również bardziej niepokojący. W przekazach z regionu łęczyckiego przybierał postać sowy, czarnego psa, konia, ryby z rogami, ptaka o ogromnych skrzydłach, topielca, a nawet zwyczajnego człowieka. Muzeum w Łęczycy wymienia między innymi Borutę-szlachcica, Borutę-sowę pilnującą lochów, Borutę-błotnego ptaka z łąk, Borutę-topielca zamieszkującego wody Bzury, Borutę-wietrznego pojawiającego się na polnych drogach, a także Borutę-bartnika, młynarza i konia.
Kompendium strachu: „Od ducha boru do czarta z Łęczycy”, Boruta, vol. 86
Najważniejsze w postaci Boruty jest jego podwójne pochodzenie. Z jednej strony znamy go jako „diabła łęczyckiego”, czarta wywodzącego się z chrześcijańskiej demonologii ludowej. Z drugiej badacze wskazywali, że pod tą diabelską maską może kryć się znacznie starszy typ istoty. W ujęciu Adama Fischera Boruta, podobnie jak Rokita, miał należeć do grupy dawnych duchów leśnych, które z czasem, pod wpływem chrześcijańskiej demonologii, przeobraziły się w ludowej wyobraźni w diabły.
Taka interpretacja pozwala również lepiej zrozumieć, dlaczego imię Boruty tak silnie wiąże się z przestrzenią. „Boruta” brzmi jak ktoś należący do boru, istota związana z miejscami dzikimi, wilgotnymi i nieoswojonymi. Słownik polskiej bajki ludowej podaje, że Zygmunt Gloger wskazywał na wtórność szlacheckiego wizerunku Boruty wobec starszego ludowego demona leśnego, określanego mianem borowego, Rokity, rokickiego, wierzbickiego czy łozińskiego. Wszystkie te nazwy odsyłają do świata lasów, zarośli, łóz, rokit i starych wierzb.
Kompendium strachu: „Od ducha boru do czarta z Łęczycy”, Boruta, vol. 86
Jednym z najważniejszych podań o Borucie jest historia Siwego Boruty. W wersji zapisanej przez Wójcickiego w pobliżu zamku łęczyckiego mieszkał niezwykle silny szlachcic. Nikt nie potrafił mu dorównać, dlatego sąsiedzi zaczęli podejrzewać, że jego nadludzka siła musi pochodzić od samego diabła Boruty. Gdy szlachcic roztrwonił swój majątek, postanowił zejść do zamkowych lochów i zabrać skarby strzeżone przez czarta.
W podziemiach odnalazł złoto, a w jednym z kątów zobaczył samego Borutę „w postaci sowy, z iskrzącemi oczyma”. Chciwy szlachcic zaczął napełniać złotem i srebrem kieszenie, mieszki, a nawet usta. Kiedy próbował wydostać się z lochu, drzwi nagle zatrzasnęły się za nim i odcięły mu piętę. Wrócił wprawdzie bogaty, lecz okaleczony. Wraz z odniesioną raną utracił także dawną siłę, zdrowie i niezwykłą moc. Po jego śmierci dom opustoszał, a Boruta miał przesiadywać w starej wierzbie i stopniowo przenosić pozostałe skarby z powrotem do zamkowych podziemi.
Kompendium strachu: „Od ducha boru do czarta z Łęczycy”, Boruta, vol. 86
Z Borutą wiąże się również kolegiata w Tumie. Według podań czart brał udział w budowie świątyni albo próbował ją zniszczyć, gdy zorientował się, że nie powstaje tam karczma ani budowla świecka, lecz kościół. W lokalnych wariantach ślady jego obecności miały pozostać w kamieniu: odciski pazurów na wieży, charakterystyczne kamienie w murze czy nawet przechylenie jednej z wież. Słownik polskiej bajki ludowej wskazuje, że dziewiętnastowieczny rodowód ma zwłaszcza podanie o śladach łap Boruty odciśniętych na wieży kościoła podczas nieudanej próby jej przewrócenia.
Najważniejszy dla popularnego wizerunku Boruty był Kazimierz Władysław Wójcicki i jego Klechdy, starożytne podania i powieści ludu polskiego i Rusi z 1837 roku. To właśnie za pośrednictwem Wójcickiego utrwalił się obraz Boruty-szlachcica, strażnika skarbów w podziemiach zamku łęczyckiego. Jednocześnie trzeba pamiętać, że Wójcicki nie był nowoczesnym etnografem zapisującym opowieści w surowym kształcie. Słownik polskiej bajki ludowej podkreśla, że jego Klechdy były literacko opracowane, wygładzone i dostosowane do gustu odbiorcy literatury wysokiej, a informacje źródłowe nie spełniają dzisiejszych kryteriów naukowej dokumentacji folkloru.
Kompendium strachu: „Od ducha boru do czarta z Łęczycy”, Boruta, vol. 86
Współczesne zainteresowanie Borutą nie jest jedynie turystyczną dekoracją. Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego opublikowało tom Diabeł Boruta w dawnej kulturze polskiej, poświęcony obecności Boruty w literaturze i kulturze. Książka omawia m.in. Wójcickiego, Kazimierza Glińskiego, Artura Oppmana, Lucjana Rydla i zakorzenienie legendy w ziemi łęczyckiej. Muzeum w Łęczycy posiada z kolei dużą kolekcję rzeźb demonicznych i stałą ekspozycję Diabeł Boruta we współczesnych rzeźbach i legendach, co pokazuje, że czart łęczycki nadal działa w lokalnej wyobraźni.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0
„Żona powiedziała mi, że omal nie włamano się do mojego domu i że nocą wszyscy bardzo się przestraszyli, sądząc, iż pojawili się złodzieje. Razem z nią cieszyłem się, że nic im się nie stało. Kiedy jednak spędziłem w domu trzy noce, zjawisko powróciło. Wstałem więc, wziąłem do rąk pistolety i zacząłem obchodzić dom. Słyszałem dziwny hałas i głuche dudnienie, lecz niczego nie zdołałem zobaczyć. Potem zaczęło powracać częściej: przez pięć kolejnych nocy, po czym znikało na trzy”.

- John Mompesson, fragment listu do Williama Creeda, 6 grudnia 1662 r.
Drummer of Tedworth (pol. Dobosz z Tedworth) to jedna z najstarszych i najsłynniejszych angielskich opowieści o poltergeiście. Zjawisko opisywano jako niewidzialną siłę, która nocami uderzała w dach, bębniła w ściany, szarpała dzieci za włosy, unosiła łóżka, przesuwała meble i odpowiadała na pytania za pomocą stuknięć.

Historia rozegrała się w Tedworth, dzisiejszym Tidworth w hrabstwie Wiltshire, w domu Johna Mompessona, miejscowego urzędnika i sędziego pokoju. W zależności od sposobu datowania źródła wskazują rok 1661 lub 1662. Początek legendy wydaje się jednak zupełnie banalny. Mompesson usłyszał w Ludgershall bęben wędrownego dobosza Williama Drury’ego. Mężczyzna zbierał pieniądze, powołując się na dokumenty, które sędzia uznał za sfałszowane. Drury miał przyznać się do oszustwa i błagać o zwrot instrumentu, lecz bęben został skonfiskowany. Niedługo później trafił do domu Mompessona. Właśnie wtedy budynek miał zacząć rozbrzmiewać nocami własnym, złowrogim rytmem.
Kompendium strachu: „Dobosz, który bębnił po śmierci”, Drummer of Tedworth , vol. 84
Początkowo domownicy sądzili, że mają do czynienia z włamywaczami. Nocami rozlegały się potężne uderzenia w drzwi i zewnętrzne ściany. Mompesson miał przemierzać dom z parą pistoletów, otwierać kolejne drzwi, wychodzić na zewnątrz i szukać sprawcy, nigdy jednak nikogo nie znajdował. Hałas przemieszczał się z miejsca na miejsce: gdy otwierał jedne drzwi, stukanie zaczynało dobiegać od innych. Z czasem odgłosy przechodziły w głuche dudnienie i bębnienie na dachu, które stopniowo cichło, jakby oddalało się w powietrzu. Zjawisko szybko nabrało regularności. Według relacji zebranej przez Josepha Glanvilla hałasy pojawiały się zazwyczaj wtedy, gdy domownicy kładli się spać. Potrafiły trwać niemal dwie godziny i powracały przez kilka nocy z rzędu, po czym na krótko ustępowały.
Kompendium strachu: „Dobosz, który bębnił po śmierci”, Drummer of Tedworth , vol. 84
Wkrótce niewidzialny intruz przestał ograniczać się do hałasowania i zaczął zachowywać się jak typowy poltergeist. W pokoju dzieci słyszano drapanie, jakby pod łóżkiem poruszało się stworzenie wyposażone w żelazne pazury. Łóżka miały trząść się tak gwałtownie, że świadkowie spodziewali się, iż rozpadną się na części. Dzieci były rzekomo unoszone wraz z posłaniami, śledzone z pokoju do pokoju, ciągnięte za włosy i szarpane za nocne ubrania. Kiedy przenoszono je w inne miejsce, zjawisko miało podążać za nimi. Zaczęto więc twierdzić, że duch dobosza nawiedzał nie tyle sam dom, ile przede wszystkim mieszkające w nim dzieci. Motyw ten powraca także w wielu późniejszych opowieściach o poltergeistach, w których to właśnie młodzi domownicy stają się centrum niewytłumaczalnych zdarzeń.
Kompendium strachu: „Dobosz, który bębnił po śmierci”, Drummer of Tedworth , vol. 84
Mompesson próbował walczyć ze zjawiskiem tak, jak mógł to czynić człowiek XVII wieku: za pomocą broni, modlitwy, obserwacji i własnego urzędowego autorytetu. Chodził po domu z pistoletami, a do posiadłości sprowadzano duchownych, sąsiadów i kolejnych świadków. Podczas modlitw hałasy miały czasem przenosić się na strych, by powrócić natychmiast po zakończeniu nabożeństwa. Według jednej z relacji meble samoczynnie przesuwały się po pokoju, dziecięce buty przelatywały nad głowami obecnych, a drewniany element konstrukcji łóżka, określony w źródle jako bed-staff, został rzucony w duchownego. Uderzył go jednak zaskakująco lekko, jakby niewidzialna siła celowo powstrzymała impet ciosu.
Kompendium strachu: „Dobosz, który bębnił po śmierci”, Drummer of Tedworth , vol. 84
Szczególnie interesujący jest motyw żelaza i broni. Jeden ze służących miał doświadczać nocnych napaści. Coś zdzierało z niego pościel, ciskało butami w jego głowę i unieruchamiało go tak, jakby miał związane ręce i nogi. Według przekazu, gdy tylko udawało mu się sięgnąć po miecz i wykonać nim zamach, niewidzialny napastnik natychmiast go puszczał. W innym miejscu zapisano, że zjawa „zawsze unikała miecza”.
Z czasem zjawiska przybierały coraz bardziej widowiskową postać. W całym domu słyszano brzęk rozsypywanych monet, jakby niewidzialna istota szyderczo odpowiadała na uwagę matki Mompessona o wróżkach pozostawiających ludziom pieniądze. Pojawiały się niebieskawe, migotliwe światła. Drzwi otwierały się i zamykały na oczach służących, po korytarzach rozlegały się kroki i szelest jedwabiu, a jednemu z domowników miała ukazać się wysoka postać o dwojgu czerwonych, świecących oczu. Legenda zawiera także wyraźny motyw kontaktu z duchem. Gdy proszono o określoną liczbę uderzeń, zjawisko miało odpowiadać dokładnie. Podczas jednej z prób obecny w domu mężczyzna zwrócił się do niewidzialnej istoty mniej więcej tak: „Jeśli to dobosz cię tu posłał, uderz trzy razy”. Według relacji natychmiast usłyszano trzy wyraźne stuknięcia.
Kompendium strachu: „Dobosz, który bębnił po śmierci”, Drummer of Tedworth , vol. 84
Najważniejszym autorem, który utrwalił sprawę Dobosza z Tedworth, był Joseph Glanvill, duchowny, intelektualista i członek nowo powstałego Royal Society. Nie opisywał jednak tych wydarzeń jako neutralny badacz folkloru. Traktował je jako argument przeciw sceptykom podważającym istnienie duchów, czarów i innych zjawisk nadnaturalnych. W jego dziele Saducismus Triumphatus historia z Tedworth stała się jedną z głównych „relacji dowodowych”.  Sprawa szybko wykroczyła poza granice lokalnego folkloru. Do domu przybywali duchowni, sąsiedzi, ciekawscy oraz przedstawiciele wyższych sfer. Wysłannicy króla Karola II, wśród nich lordowie Chesterfield i Falmouth, również mieli badać wydarzenia, chociaż nie wszyscy byli świadkami czegoś niezwykłego.
Kompendium strachu: „Dobosz, który bębnił po śmierci”, Drummer of Tedworth , vol. 84
To właśnie niejednoznaczność sprawiła, że historia Dobosza z Tedworth stała się tak fascynująca. Od początku funkcjonowały bowiem dwie konkurencyjne narracje. Pierwsza mówiła o autentycznym duchu, demonie lub czarach rzuconych przez skrzywdzonego dobosza. Druga wskazywała na oszustwo, dziecięce psoty, działania służby, naturalne odgłosy drewnianego domu oraz wyobraźnię podsycaną strachem i religijnymi przekonaniami epoki.

Po opublikowaniu relacji Glanvilla zaczęły krążyć pogłoski, jakoby Mompesson przyznał się do mistyfikacji. Zarówno wydawcy dzieła, jak i sam zainteresowany stanowczo temu zaprzeczali. W późniejszym liście Mompesson miał stwierdzić, że nie mógłby przyznać się do oszustwa, ponieważ oznaczałoby to kłamstwo i krzywoprzysięstwo w sprawie, w której jak utrzymywał żadnej mistyfikacji nie było.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Legenda Bell Witch zaczyna się jak zapis spokojnego życia na amerykańskim pograniczu, a kończy jak kronika nawiedzenia. Między tymi dwoma punktami mieszczą się lata hałasów, przemocy i głosu, który miał mówić z ciemności do rodziny Bellów. To ujęcie odpowiada sposobowi, w jaki historię przedstawiają archiwa Tennessee i późniejsze opracowania.”

- cytat oparty na Tennessee State Library and Archives, “Tennessee Myths and Legends”
Wiedźma z Bellów należy do najsłynniejszych amerykańskich legend o nawiedzeniu. Jej siła wynikała z tego, że sytuuje się na pograniczu folkloru, pamięci rodzinnej i późniejszej literatury grozy. Główny nurt tej opowieści umieszcza wydarzenia w latach 1817–1821 na farmie Johna i Lucy Bellów nad Red River, w hrabstwie Robertson w stanie Tennessee. Według Tennessee Encyclopedia przez kilka lat rodzinę miała nękać niewidzialna istota, objawiająca się hałasami, głosami, aktami przemocy fizycznej oraz złośliwą inteligencją. Zjawa szczególnie prześladowała Johna Bella i jego córkę Betsy.
Kompendium strachu: „Amerykańska legenda, która nie umilkła”, Bell Witch, vol. 68
W ujęciu folklorystycznym Bell Witch nie jest klasyczną wiedźmą w europejskim rozumieniu, czyli starą czarownicą z lasu. To raczej personifikacja nawiedzenia: duch, poltergeist, demoniczna obecność albo byt, który przyjął rolę wiedźmy. Jak podaje Tennessee Encyclopedia, zjawisko zaczęło się od dziwnych objawień i gwałtownych odgłosów, a następnie przybrało bardziej namacalną, cielesną formę. Członkowie rodziny byli szczypani, bici, szarpani i wyśmiewani. Sama istota zyskała imię „Kate” i zachowując łagodność wobec Lucy Bell, okazywała zarazem szczególną wrogość wobec Johna Bella i Betsy.
Kompendium strachu: „Amerykańska legenda, która nie umilkła”, Bell Witch, vol. 68
Pochodzenie tej legendy jest złożone i właśnie to czyni ją tak interesującą. W warstwie ustnej była ona początkowo lokalną opowieścią, sytuującą się na pograniczu plotki, lęku i religijnego niepokoju. Tennessee State Library and Archives zaznacza, że dwa najważniejsze źródła utrwalające tę historię pojawiły się dopiero znacznie później. Przede wszystkim w An Authenticated History of the Famous Bell Witch Martina V oraz The Bell Witch: A Mysterious Spirit Charlesa Bailey Bella. Oznacza to, że legenda przez długi czas funkcjonowała przede wszystkim w obiegu ustnym. Dopiero pod koniec XIX i na początku XX wieku została scalona, uporządkowana i uszczegółowiona przez pisarzy.
Kompendium strachu: „Amerykańska legenda, która nie umilkła”, Bell Witch, vol. 68
W tej legendzie najciekawsze jest to, że ów byt nie pozostaje niemy. Kiedy zaczyna mówić, nie ogranicza się do jęków czy szeptów, lecz recytuje modlitwy, wdaje się w spory o Pismo Święte i śpiewa podczas nabożeństw. Tennessee Encyclopedia podkreśla właśnie tę osobliwą inteligencję nawiedzenia. Bell Witch nie jest jedynie hałasem rozbrzmiewającym w ścianach, lecz czymś, co słucha, odpowiada, drwi i wchodzi z ludźmi w relacje. Wydawało się, że dom Bellów nie został nawiedzony przez bezmyślną siłę, lecz przez obecność zdolną do gry z ludzkim lękiem.
Kompendium strachu: „Amerykańska legenda, która nie umilkła”, Bell Witch, vol. 68
Jednym z najbardziej rozpowszechnionych epizodów jest także wizyta Andrew Jacksona, późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Tennessee Encyclopedia podaje, że do domu Bellów przybywali liczni goście, w tym Jackson, aby samemu zbadać zjawisko. Ten szczegół jest ważny nie tyle jako „dowód”, ile jako mechanizm folkloru.

Jednak najbardziej znana część legendy dotyczy śmierci Johna Bella. Po długim okresie cierpień zmarł on 20 grudnia 1820 roku, a sama istota miała twierdzić, że podała mu toksyczny płyn. To właśnie ten motyw nadał całej historii szczególnie mroczną aurę. Od nawiedzenia domowego legenda przechodzi w opowieść o zabójczej, złośliwej sile, która nie tylko hałasuje i dręczy, ale potrafi doprowadzić do śmierci.
Kompendium strachu: „Amerykańska legenda, która nie umilkła”, Bell Witch, vol. 68
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
9
„W tej opowieści najstraszniejsze jest to, że nie trzeba zobaczyć potwora, żeby w niego uwierzyć. Wystarczy pętla wśród drzew, noc, która nie kończy się rano, i głos w głowie, który mówi, że masz być posłuszny. A kiedy w końcu ucichnie, nie umiesz już rozpoznać, czy to ulga, czy wyrok.”

- o psychologicznym wymiarze legendy Wiedźmy z Blair.
Legenda Wiedźmy z Blair nie wiąże się wyłącznie z postacią czarownicy. To raczej mroczna opowieść o chorobie, która toczy konkretne miejsce. Jest splotem leśnych ścieżek, znaków i dawnych oskarżeń, wracających jak echo wśród drzew. W pewnym momencie człowiek przestaje rozumieć, czy idzie naprzód, czy wciąż krąży po tej samej pętli. Jej obecność bywa opisywana jako coś, co nie musi się w pełni ukazać, bo potrafi działać z ukrycia. Czyha w półmroku między pniami: pojawia się sylwetka kobiety w długim, ciemnym kapturze, nieodgadniona, jakby pozbawiona twarzy. Potem zostaje już tylko to, co robi z ludźmi. Głos w głowie, obłęd, nagła potrzeba posłuszeństwa i poczucie, że las słucha.
Kompendium strachu: „Ślady w patykach”, Wiedźma z Blair- współczesna legenda, vol. 55
W legendzie, od której wszystko ma się zaczynać, kluczowe jest imię Elly Kedward, kobiety oskarżonej o uprawianie czarów. Mówiono, że wabiła dzieci do swojej chaty, gdzie upuszczała im krew. Została skazana na wygnanie podczas srogiej zimy. Przywiązano ją do drzewa i pozostawiono na śmierć z wychłodzenia. A potem następuje moment, który zawsze cementuje prawdziwą klątwę. Wkrótce znikają oskarżyciele i część dzieci z osady, jakby las odebrał zapłatę za ludzką niegodziwość.
Kompendium strachu: „Ślady w patykach”, Wiedźma z Blair- współczesna legenda, vol. 55
Opowieść była dalej karmiona drukiem. Istniał rzekomy stary tom pod tytułem The Blair Witch Cult, wydany na początku XIX wieku i uznawany przez wielu za literacką fantazję. Opisywał przeklęte miasteczko i jego wyklętą czarownicę, jakby ktoś próbował zamknąć szeptane historie w okładce i w ten sposób uczynić je trwalszymi od ludzkiej pamięci. Sama wzmianka o książce działa tu jak pieczęć autentyczności: skoro zapisano, to „musiało być coś na rzeczy”.
Kompendium strachu: „Ślady w patykach”, Wiedźma z Blair- współczesna legenda, vol. 55
Jednym z najbardziej ponurych epizodów jest sprawa Tappy East Creek. Świadkowie mieli zeznawać, że widzieli bladą, kobiecą dłoń, która wynurzyła się z wody i wciągnęła pod powierzchnię dziesięcioletnią Eileen Treacle. Potem przez tygodnie w strumieniu pojawiały się tłuste, splecione wiązki patyków, czyniąc wodę niezdatną do picia, jakby rzeka została zatruta. To szczególny rodzaj grozy. Nie ma tu bestii z kłami i pazurami, jest tylko gest oraz dowód, że natura potrafi stać się narzędziem.
Kompendium strachu: „Ślady w patykach”, Wiedźma z Blair- współczesna legenda, vol. 55
Jeśli ktoś szuka fizycznych konsekwencji klątwy, wątek Coffin Rock bywa przywoływany jako przykład najbardziej bezpośredniej przemocy. To miejsce rzekomego morderstwa rytualnego z 1886 roku. Pięciu mężczyzn, którzy szukali zaginionej Robin Weaver, odnaleziono związanych ze sobą za ręce i nogi, wypatroszonych, w stanie daleko posuniętego rozkładu, z dziwnymi nacięciami wyżłobionymi w twarzach i dłoniach. W tej legendzie Coffin Rock jest jak ołtarz w lesie, a ciało człowieka staje się makabryczną wiadomością, której nikt nie chce umieć odczytać.
Kompendium strachu: „Ślady w patykach”, Wiedźma z Blair- współczesna legenda, vol. 55
W XX wieku klątwa na chwilę przybiera ludzką twarz, ale tylko na moment, bo historia Rustina Parra opowiadana jest tak, jakby był narzędziem, nie sprawcą. Samotnik ma najpierw widywać w lesie postać kobiety w kapturze, potem słyszeć w głowie głos starej kobiety mówiącej dziwnymi językami, aż w końcu rozkazy zaczynają dotyczyć porwań i zabijania dzieci. Morduje siedmioro dzieci. Jednego chłopca oszczędza, każąc mu stać w kącie, jakby sam rytuał wymagał świadka odwróconego twarzą do ściany. Po wszystkim idzie do miasteczka i powtarza: „I’m finally finished”. Jak człowiek, którego wypuszczono z uwięzi, ale który nie pamięta już, kim był, zanim ją nałożono.
Kompendium strachu: „Ślady w patykach”, Wiedźma z Blair- współczesna legenda, vol. 55
To, co czyni Wiedźmę z Blair szczególnie interesującą , to fakt, że jej legenda została skonstruowana tak, by imitować prawdziwy folklor. Wielowarstwowe „źródła”, dokumenty i relacje, pozorne materiały archiwalne oraz mockumenty emitowane w telewizji. Do tego kampania, która udawała realną sprawę zaginięcia. W praktyce powstała nowoczesna opowieść o duchu, rozchodząca się jak przekaz ustny.Pytanie pozostaje tylko jedno: czyż nie w każdej opowieści kiełkuje ziarenko prawdy?
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.083643913269043