Wiedza
3 m
0
„Żona powiedziała mi, że omal nie włamano się do mojego domu i że nocą wszyscy bardzo się przestraszyli, sądząc, iż pojawili się złodzieje. Razem z nią cieszyłem się, że nic im się nie stało. Kiedy jednak spędziłem w domu trzy noce, zjawisko powróciło. Wstałem więc, wziąłem do rąk pistolety i zacząłem obchodzić dom. Słyszałem dziwny hałas i głuche dudnienie, lecz niczego nie zdołałem zobaczyć. Potem zaczęło powracać częściej: przez pięć kolejnych nocy, po czym znikało na trzy”.
- John Mompesson, fragment listu do Williama Creeda, 6 grudnia 1662 r.
- John Mompesson, fragment listu do Williama Creeda, 6 grudnia 1662 r.
Drummer of Tedworth (pol. Dobosz z Tedworth) to jedna z najstarszych i najsłynniejszych angielskich opowieści o poltergeiście. Zjawisko opisywano jako niewidzialną siłę, która nocami uderzała w dach, bębniła w ściany, szarpała dzieci za włosy, unosiła łóżka, przesuwała meble i odpowiadała na pytania za pomocą stuknięć.
Historia rozegrała się w Tedworth, dzisiejszym Tidworth w hrabstwie Wiltshire, w domu Johna Mompessona, miejscowego urzędnika i sędziego pokoju. W zależności od sposobu datowania źródła wskazują rok 1661 lub 1662. Początek legendy wydaje się jednak zupełnie banalny. Mompesson usłyszał w Ludgershall bęben wędrownego dobosza Williama Drury’ego. Mężczyzna zbierał pieniądze, powołując się na dokumenty, które sędzia uznał za sfałszowane. Drury miał przyznać się do oszustwa i błagać o zwrot instrumentu, lecz bęben został skonfiskowany. Niedługo później trafił do domu Mompessona. Właśnie wtedy budynek miał zacząć rozbrzmiewać nocami własnym, złowrogim rytmem.
Historia rozegrała się w Tedworth, dzisiejszym Tidworth w hrabstwie Wiltshire, w domu Johna Mompessona, miejscowego urzędnika i sędziego pokoju. W zależności od sposobu datowania źródła wskazują rok 1661 lub 1662. Początek legendy wydaje się jednak zupełnie banalny. Mompesson usłyszał w Ludgershall bęben wędrownego dobosza Williama Drury’ego. Mężczyzna zbierał pieniądze, powołując się na dokumenty, które sędzia uznał za sfałszowane. Drury miał przyznać się do oszustwa i błagać o zwrot instrumentu, lecz bęben został skonfiskowany. Niedługo później trafił do domu Mompessona. Właśnie wtedy budynek miał zacząć rozbrzmiewać nocami własnym, złowrogim rytmem.
Początkowo domownicy sądzili, że mają do czynienia z włamywaczami. Nocami rozlegały się potężne uderzenia w drzwi i zewnętrzne ściany. Mompesson miał przemierzać dom z parą pistoletów, otwierać kolejne drzwi, wychodzić na zewnątrz i szukać sprawcy, nigdy jednak nikogo nie znajdował. Hałas przemieszczał się z miejsca na miejsce: gdy otwierał jedne drzwi, stukanie zaczynało dobiegać od innych. Z czasem odgłosy przechodziły w głuche dudnienie i bębnienie na dachu, które stopniowo cichło, jakby oddalało się w powietrzu. Zjawisko szybko nabrało regularności. Według relacji zebranej przez Josepha Glanvilla hałasy pojawiały się zazwyczaj wtedy, gdy domownicy kładli się spać. Potrafiły trwać niemal dwie godziny i powracały przez kilka nocy z rzędu, po czym na krótko ustępowały.
Wkrótce niewidzialny intruz przestał ograniczać się do hałasowania i zaczął zachowywać się jak typowy poltergeist. W pokoju dzieci słyszano drapanie, jakby pod łóżkiem poruszało się stworzenie wyposażone w żelazne pazury. Łóżka miały trząść się tak gwałtownie, że świadkowie spodziewali się, iż rozpadną się na części. Dzieci były rzekomo unoszone wraz z posłaniami, śledzone z pokoju do pokoju, ciągnięte za włosy i szarpane za nocne ubrania. Kiedy przenoszono je w inne miejsce, zjawisko miało podążać za nimi. Zaczęto więc twierdzić, że duch dobosza nawiedzał nie tyle sam dom, ile przede wszystkim mieszkające w nim dzieci. Motyw ten powraca także w wielu późniejszych opowieściach o poltergeistach, w których to właśnie młodzi domownicy stają się centrum niewytłumaczalnych zdarzeń.
Mompesson próbował walczyć ze zjawiskiem tak, jak mógł to czynić człowiek XVII wieku: za pomocą broni, modlitwy, obserwacji i własnego urzędowego autorytetu. Chodził po domu z pistoletami, a do posiadłości sprowadzano duchownych, sąsiadów i kolejnych świadków. Podczas modlitw hałasy miały czasem przenosić się na strych, by powrócić natychmiast po zakończeniu nabożeństwa. Według jednej z relacji meble samoczynnie przesuwały się po pokoju, dziecięce buty przelatywały nad głowami obecnych, a drewniany element konstrukcji łóżka, określony w źródle jako bed-staff, został rzucony w duchownego. Uderzył go jednak zaskakująco lekko, jakby niewidzialna siła celowo powstrzymała impet ciosu.
Szczególnie interesujący jest motyw żelaza i broni. Jeden ze służących miał doświadczać nocnych napaści. Coś zdzierało z niego pościel, ciskało butami w jego głowę i unieruchamiało go tak, jakby miał związane ręce i nogi. Według przekazu, gdy tylko udawało mu się sięgnąć po miecz i wykonać nim zamach, niewidzialny napastnik natychmiast go puszczał. W innym miejscu zapisano, że zjawa „zawsze unikała miecza”.
Z czasem zjawiska przybierały coraz bardziej widowiskową postać. W całym domu słyszano brzęk rozsypywanych monet, jakby niewidzialna istota szyderczo odpowiadała na uwagę matki Mompessona o wróżkach pozostawiających ludziom pieniądze. Pojawiały się niebieskawe, migotliwe światła. Drzwi otwierały się i zamykały na oczach służących, po korytarzach rozlegały się kroki i szelest jedwabiu, a jednemu z domowników miała ukazać się wysoka postać o dwojgu czerwonych, świecących oczu. Legenda zawiera także wyraźny motyw kontaktu z duchem. Gdy proszono o określoną liczbę uderzeń, zjawisko miało odpowiadać dokładnie. Podczas jednej z prób obecny w domu mężczyzna zwrócił się do niewidzialnej istoty mniej więcej tak: „Jeśli to dobosz cię tu posłał, uderz trzy razy”. Według relacji natychmiast usłyszano trzy wyraźne stuknięcia.
Najważniejszym autorem, który utrwalił sprawę Dobosza z Tedworth, był Joseph Glanvill, duchowny, intelektualista i członek nowo powstałego Royal Society. Nie opisywał jednak tych wydarzeń jako neutralny badacz folkloru. Traktował je jako argument przeciw sceptykom podważającym istnienie duchów, czarów i innych zjawisk nadnaturalnych. W jego dziele Saducismus Triumphatus historia z Tedworth stała się jedną z głównych „relacji dowodowych”. Sprawa szybko wykroczyła poza granice lokalnego folkloru. Do domu przybywali duchowni, sąsiedzi, ciekawscy oraz przedstawiciele wyższych sfer. Wysłannicy króla Karola II, wśród nich lordowie Chesterfield i Falmouth, również mieli badać wydarzenia, chociaż nie wszyscy byli świadkami czegoś niezwykłego.
To właśnie niejednoznaczność sprawiła, że historia Dobosza z Tedworth stała się tak fascynująca. Od początku funkcjonowały bowiem dwie konkurencyjne narracje. Pierwsza mówiła o autentycznym duchu, demonie lub czarach rzuconych przez skrzywdzonego dobosza. Druga wskazywała na oszustwo, dziecięce psoty, działania służby, naturalne odgłosy drewnianego domu oraz wyobraźnię podsycaną strachem i religijnymi przekonaniami epoki.
Po opublikowaniu relacji Glanvilla zaczęły krążyć pogłoski, jakoby Mompesson przyznał się do mistyfikacji. Zarówno wydawcy dzieła, jak i sam zainteresowany stanowczo temu zaprzeczali. W późniejszym liście Mompesson miał stwierdzić, że nie mógłby przyznać się do oszustwa, ponieważ oznaczałoby to kłamstwo i krzywoprzysięstwo w sprawie, w której jak utrzymywał żadnej mistyfikacji nie było.
Po opublikowaniu relacji Glanvilla zaczęły krążyć pogłoski, jakoby Mompesson przyznał się do mistyfikacji. Zarówno wydawcy dzieła, jak i sam zainteresowany stanowczo temu zaprzeczali. W późniejszym liście Mompesson miał stwierdzić, że nie mógłby przyznać się do oszustwa, ponieważ oznaczałoby to kłamstwo i krzywoprzysięstwo w sprawie, w której jak utrzymywał żadnej mistyfikacji nie było.