"Drugiej randki i tak by nie było, ale przynajmniej teraz wie, dlaczego w Polsce nie lubimy ruskich."
Siema, dzidki!
To przedostatnia część podróży dzidowca po Azji Środkowej. Poprzednia była o szybkiej wizycie w Tadżykistanie. Nie weszła na główną, dlatego zdecydowałem się streszczać i dokończyć.
Na zdjęciu powyżej - Samarkanda, jedna z trzech medres stojących przy Placu Registan. Czym są medresy napisałem dwie dzidy temu.
Miasto jest starsze od Maryli Rodowicz, bo wiadomo, że 2300 lat temu zdobył je Aleksander Wielki. Większość zabytków, które można w nim zobaczyć to rzeczy z czasów Tamerlana albo jego następców.
Tak, Tamerlan, czy jak kto woli, Timur Kulawy, o którym mogliście słyszeć jako o największym zbrodniarzu wojennym i psychopacie średniowiecza - w Samarkandzie ma swój pomnik. I grób.
Siema, dzidki!
To przedostatnia część podróży dzidowca po Azji Środkowej. Poprzednia była o szybkiej wizycie w Tadżykistanie. Nie weszła na główną, dlatego zdecydowałem się streszczać i dokończyć.
Na zdjęciu powyżej - Samarkanda, jedna z trzech medres stojących przy Placu Registan. Czym są medresy napisałem dwie dzidy temu.
Miasto jest starsze od Maryli Rodowicz, bo wiadomo, że 2300 lat temu zdobył je Aleksander Wielki. Większość zabytków, które można w nim zobaczyć to rzeczy z czasów Tamerlana albo jego następców.
Tak, Tamerlan, czy jak kto woli, Timur Kulawy, o którym mogliście słyszeć jako o największym zbrodniarzu wojennym i psychopacie średniowiecza - w Samarkandzie ma swój pomnik. I grób.
Raczej nie miał takiej korony, jak na pomniku. Panował w latach 1370 - 1405. Z jego rozkazu zbudowano na przykład Mauzoleum Ruhabad, w którym pochowano jakiegoś islamskiego mistyka żyjącego w czasach Timura. W budynku nie byłoby nic ciekawego, gdyby nie to, że to najstarsza budowla w Samarkandzie, która dotrwała do naszych czasów w niezmienionym kształcie.
Samego Tamerlana pochowano kilkaset metrów dalej, w innym mauzoleum, bardziej okazałym. Tylko, że tamto na przestrzeni lat popadło w ruinę i odbudowano je w latach 70-tych.
Dla tych, którzy pytają o miejscową kuchnię, poniżej pokazuję plov. Czyli danie z ryżu i wołowiny, bardzo podobne do tego, co w Turcji i na Bałkanach funkcjonuje pod nazwą pilaw.
Dla tych, którzy pytają o miejscową kuchnię, poniżej pokazuję plov. Czyli danie z ryżu i wołowiny, bardzo podobne do tego, co w Turcji i na Bałkanach funkcjonuje pod nazwą pilaw.
Parę dni później, przy innej okazji, dowiedziałem się, że zachowałem się jak kompletny burak, nalewając sobie herbaty do pełna. W Uzbekistanie sobie (i ewentualnym gościom) powinno się nalewać mniej niż połowę filiżanki. Aby jak najczęściej dolewać, aby nie dało się wypić za wiele na raz i spędzić przy herbacie jak najwięcej czasu. I w ten sposób okazać gościnność.
Przez cały ten czas, to jest, od dnia, w którym wjechałem do Uzbekistanu, pisałem na Tinderze z pewną Uzbeczką z Taszkentu. Nelya, lat 26, pracuje w jakiejś agencji marketingowej. Podobno zajmuje się głównie prowadzeniem mediów społecznościowych różnych marek, ale oprócz tego robi różne inne "projekty".
Jeszcze przed odjazdem z Buchary, napisałem do niej, że za parę dni znowu będę w Taszkencie. To może się spotkamy i porozmawiamy przy herbacie. Zgodziła się.
Dlatego z Samarkandy do Taszkentu odjeżdżałem nastawiony, że zobaczę nie tylko miasto. Podróż koleją dużych prędkości, o której wspominałem w poprzednich dzidach. Tak wygląda w środku wagon klasy biznes.
Przez cały ten czas, to jest, od dnia, w którym wjechałem do Uzbekistanu, pisałem na Tinderze z pewną Uzbeczką z Taszkentu. Nelya, lat 26, pracuje w jakiejś agencji marketingowej. Podobno zajmuje się głównie prowadzeniem mediów społecznościowych różnych marek, ale oprócz tego robi różne inne "projekty".
Jeszcze przed odjazdem z Buchary, napisałem do niej, że za parę dni znowu będę w Taszkencie. To może się spotkamy i porozmawiamy przy herbacie. Zgodziła się.
Dlatego z Samarkandy do Taszkentu odjeżdżałem nastawiony, że zobaczę nie tylko miasto. Podróż koleją dużych prędkości, o której wspominałem w poprzednich dzidach. Tak wygląda w środku wagon klasy biznes.
Wyraźnie lepiej niż w zwykłych pociągach. Rezerwując bilet przez internet możesz sobie od razu kupić posiłek, który ci przyniosą, ale do wyboru są tylko fast foody. Za to raz po wagonach przechodził ktoś z obsługi i sprzedawał lody gałkowe po 30.000 somów za małą porcję (około 9,60 zł).
Drugim razem za darmo rozdawali pakowane w folię drożdżówki, które powstały raczej w fabryce niż w piekarni.
Nocleg w Taszkencie wykupiłem sobie w mieszkaniu na najem krótkoterminowy. Ciekawe, czy u nich to gówno zatruwa rynek nieruchomości w takim stopniu jak u nas. Nie miałem kogo zapytać, kto byłby zorientowany w temacie.
W każdym razie, za 3 noce zapłaciłem, w przeliczeniu, około 270 złotych. Taniej niż niektóre hotele. Normalnie kosztowałoby drożej, ale podobno ktoś w ostatniej chwili odwołal rezerwację i właściciel wystawił z dużym rabatem, żeby nie stało puste. Co wpasowuje się w moją tezę, że w podróżach mam więcej farta niż rozumu.
Właściciel, jak się dowiedział, że jestem z Polski, powiedział mi, że jego córka studiowała we Wrocławiu, a teraz pracuje w Warszawie.
Mieszkanie 20-kilka metrów kwadratowych - jeden spory pokój, maleńka kuchnia i maleńka łazienka. Pierwsze piętro. Jakieś 10 km od głównego dworca. Dzielnica Yunusobod, która najprawdopodobniej jest przeciętną dzielnicą, to znaczy - bez patologii, ale i bez bananów. Na parkingach nie stało nic drogiego.
Z dworca do mieszkania dojechałem metrem.
Drugim razem za darmo rozdawali pakowane w folię drożdżówki, które powstały raczej w fabryce niż w piekarni.
Nocleg w Taszkencie wykupiłem sobie w mieszkaniu na najem krótkoterminowy. Ciekawe, czy u nich to gówno zatruwa rynek nieruchomości w takim stopniu jak u nas. Nie miałem kogo zapytać, kto byłby zorientowany w temacie.
W każdym razie, za 3 noce zapłaciłem, w przeliczeniu, około 270 złotych. Taniej niż niektóre hotele. Normalnie kosztowałoby drożej, ale podobno ktoś w ostatniej chwili odwołal rezerwację i właściciel wystawił z dużym rabatem, żeby nie stało puste. Co wpasowuje się w moją tezę, że w podróżach mam więcej farta niż rozumu.
Właściciel, jak się dowiedział, że jestem z Polski, powiedział mi, że jego córka studiowała we Wrocławiu, a teraz pracuje w Warszawie.
Mieszkanie 20-kilka metrów kwadratowych - jeden spory pokój, maleńka kuchnia i maleńka łazienka. Pierwsze piętro. Jakieś 10 km od głównego dworca. Dzielnica Yunusobod, która najprawdopodobniej jest przeciętną dzielnicą, to znaczy - bez patologii, ale i bez bananów. Na parkingach nie stało nic drogiego.
Z dworca do mieszkania dojechałem metrem.
Zdjęcie zrobione następnego dnia. Gdy dojechałem, była niedziela wieczór i humor... to znaczy metro, było wtedy puste. Na wejściu do stacji, jak w przypadku kolei - bramka i skaner. Oraz dwóch strażników.
Sporo jeździłem metrem i ze dwa razy zdarzyło się, że strażnik poprosił, abym otworzył plecak i pokazał zawartość. Po minięciu kontroli bezpieczeństwa, podchodzi się do bramek i płaci za wstęp zbliżając kartę do terminala.
Sporo jeździłem metrem i ze dwa razy zdarzyło się, że strażnik poprosił, abym otworzył plecak i pokazał zawartość. Po minięciu kontroli bezpieczeństwa, podchodzi się do bramek i płaci za wstęp zbliżając kartę do terminala.
1700 somów (około 55 groszy) za wstęp. Niezależnie czy wyjdziesz na następnej stacji, czy na drugim końcu miasta. Są cztery linie, a przejść z jednej na drugą da się bez wychodzenia za bramki (czyli bez dodatkowej opłaty).
Schemat linii i przystanków jest na każdej stacji i w każdym wagonie. Zawsze z zaznaczeniem, gdzie się znajdujesz. Więc nawet będąc kompletnie obcym, w każdej chwili wiesz, gdzie jesteś.
W wagonach wyświetla się nazwa następnej stacji, a z głośnika lecą komunikaty po uzbecku, rosyjsku i angielsku. Napisy też w trzech językach. Dzięki temu zaczynałem już łapać niektóre uzbeckie słowa.
Schemat linii i przystanków jest na każdej stacji i w każdym wagonie. Zawsze z zaznaczeniem, gdzie się znajdujesz. Więc nawet będąc kompletnie obcym, w każdej chwili wiesz, gdzie jesteś.
W wagonach wyświetla się nazwa następnej stacji, a z głośnika lecą komunikaty po uzbecku, rosyjsku i angielsku. Napisy też w trzech językach. Dzięki temu zaczynałem już łapać niektóre uzbeckie słowa.
(widok z wieży telewizyjnej)
A co do tej randki z Tindera - spotkałem się z Nelyą o umówionej godzinie na Placu Przyjaźni Narodów. Zaopatrzywszy się wcześniej w bukiet kwiatów (w krajach poradzieckich kwiaty mają większe znaczenie niż u nas. Nie wiem dlaczego, ale tak jest). Najpierw poszliśmy na herbatę, potem do "Magicznego Miasteczka" (taki park rozrywki, z atrakcjami dla rodzin z dziećmi, oceanarium itp.). Wszystko trwało łącznie około 4 godziny.
Pewnie ktoś chciałby zapytać, czy zabrałem ją do tego 20-metrowego apartamentu na Yunusobodzie i czy rano zrobiłem jej śniadanie. Otóż nie. W Uzbeckich warunkach (konserwatywny, muzułmański kraj) coś takiego na pierwszej randce prawdopodobnie się nie zdarza. A już na pewno nie zdarza się ludziom z moim ryjem, zakolami i nadwagą. I dziewczynom mieszkającym z rodzicami, którzy zapytają dlaczego wróciła z randki następnego dnia.
Przed spotkaniem najbardziej stresowałem się tym, jak wypadnę rozmawiając po rosyjsku. Mówię z błędami (uczyłem się z muzyki i filmów, a nie szkoły). Nelya jeszcze podczas pisania na Tinderze proponowała, że możemy rozmawiać po angielsku, ale przejście na ten język traktowałbym jak poddanie się. To tak jak gdy idziesz po chodniku i starasz się nie nadepnąć tam, gdzie płyty się stykają. Niby wiesz, że nic się nie stanie, jeśli to zrobisz, ale czasami wolisz tego unikać...
W każdym razie, jakoś podołałem. Tylko kilka razy wstawiałem angielskie słowo, gdy nie mogłem sobie przypomnieć ruskiego odpowiednika.
Podsumowując - drugiej randki i tak by nie było, ale przynajmniej teraz wie, dlaczego w Polsce nie lubimy ruskich.
A co do tej randki z Tindera - spotkałem się z Nelyą o umówionej godzinie na Placu Przyjaźni Narodów. Zaopatrzywszy się wcześniej w bukiet kwiatów (w krajach poradzieckich kwiaty mają większe znaczenie niż u nas. Nie wiem dlaczego, ale tak jest). Najpierw poszliśmy na herbatę, potem do "Magicznego Miasteczka" (taki park rozrywki, z atrakcjami dla rodzin z dziećmi, oceanarium itp.). Wszystko trwało łącznie około 4 godziny.
Pewnie ktoś chciałby zapytać, czy zabrałem ją do tego 20-metrowego apartamentu na Yunusobodzie i czy rano zrobiłem jej śniadanie. Otóż nie. W Uzbeckich warunkach (konserwatywny, muzułmański kraj) coś takiego na pierwszej randce prawdopodobnie się nie zdarza. A już na pewno nie zdarza się ludziom z moim ryjem, zakolami i nadwagą. I dziewczynom mieszkającym z rodzicami, którzy zapytają dlaczego wróciła z randki następnego dnia.
Przed spotkaniem najbardziej stresowałem się tym, jak wypadnę rozmawiając po rosyjsku. Mówię z błędami (uczyłem się z muzyki i filmów, a nie szkoły). Nelya jeszcze podczas pisania na Tinderze proponowała, że możemy rozmawiać po angielsku, ale przejście na ten język traktowałbym jak poddanie się. To tak jak gdy idziesz po chodniku i starasz się nie nadepnąć tam, gdzie płyty się stykają. Niby wiesz, że nic się nie stanie, jeśli to zrobisz, ale czasami wolisz tego unikać...
W każdym razie, jakoś podołałem. Tylko kilka razy wstawiałem angielskie słowo, gdy nie mogłem sobie przypomnieć ruskiego odpowiednika.
Podsumowując - drugiej randki i tak by nie było, ale przynajmniej teraz wie, dlaczego w Polsce nie lubimy ruskich.
(ulica Islama Karimova, a za nią Plac Przyjaźni Narodów. Z wielkim masztem i flagą).
Zupa z ciecierzycy. Taka sobie. Da się zjeść, ale mają ciekawsze rzeczy.
Kutab - duży, płaski pieróg, smażony na patelni. W środku wołowina. A to białe, to jogurt.
Czeburek - daleki krewny samsy, burka i kutaba. Ciasto z mięsem w środku. smażone w taki sposób, że w środku gromadzi się powietrze. Dlatego na początku wygląda na wielkie bydle, ale tak na prawdę jest wielkości kutaba. Czeburka da się zjeść też w innych krajach poradzieckich, zwłaszcza tam, gdzie mieszkają Tatarzy.
Muszę ostrzec, że w niektórych lokalach (w jednym przypadku na dziesięć) doliczają do rachunku "opłatę za obsługę". Tutaj wyniosła 15%. Ogólnie było tanio w porównaniu z gastronomią w Polsce i już miałem zamiar zostawić chłopakom okrągłe 200.000 somów. Ale jak zobaczyłem na paragonie, że sami sobie doliczyli napiwek, to dokładnie przejrzałem portfel i kiesznie, aby wyłożyć wyliczoną sumę i ani soma więcej.
Muszę ostrzec, że w niektórych lokalach (w jednym przypadku na dziesięć) doliczają do rachunku "opłatę za obsługę". Tutaj wyniosła 15%. Ogólnie było tanio w porównaniu z gastronomią w Polsce i już miałem zamiar zostawić chłopakom okrągłe 200.000 somów. Ale jak zobaczyłem na paragonie, że sami sobie doliczyli napiwek, to dokładnie przejrzałem portfel i kiesznie, aby wyłożyć wyliczoną sumę i ani soma więcej.
Gdy następnym razem spotkam się z czymś takim, koniecznie zapytam, czy gdybym sam sobie poprzynosił wszystko z kuchni do stolika, to miałbym rachunek bez tej opłaty.
W tym miejscu kończę przedostatnią część. Wrzucę jeszcze jedną, o dalszej podróży przez zachodni Kazachstan. Nawet, jeśli ta część nie wejdzie na główną.
W komentarzu dam linki do poprzednich części. Dziękuję za doczytanie do końca. Pozdrawiam i wypierdalam,
obywatelpiwnicy
W tym miejscu kończę przedostatnią część. Wrzucę jeszcze jedną, o dalszej podróży przez zachodni Kazachstan. Nawet, jeśli ta część nie wejdzie na główną.
W komentarzu dam linki do poprzednich części. Dziękuję za doczytanie do końca. Pozdrawiam i wypierdalam,
obywatelpiwnicy