7
Harold McCluskey pracował przy odzyskiwaniu ameryku-241 - jednego z silnie promieniotwórczych produktów ubocznych powstających podczas uzyskiwania plutonu.Do eksplozji doszło zaledwie 1.5 metra od niego. W jciało wbiły się pozostałości żywicy jonowymiennej wraz z pierwiastkami promieniotwórczymi, guma z kawałkami ołowiu oraz sporo drobnych fragmentów metalowych. Początkowo wszystkie działania wobec pacjenta prowadzono wyłącznie za pomocą zdalnych manipulatorów, bo przyjęta przez niego dawka promieniowania ponad 500 razy przekraczała normę. Jak Harold sam wspominał po latach, czterech z grupy dziewięciu lekarzy uznało, że jego szansa na przeżycie wynosi 50 proc., pozostali tylko kiwali głowami. Oto jego historia:


Ośrodek Hanford to bardzo ważny element w atomowej historii USA. W czasie II wojny światowej był to całkowicie zamknięty dla osób postronnych, utajniony kompleks badawczo-produkcyjny. Tam wyprodukowano pluton, który wykorzystano w trakcie testu pierwszej bomby jądrowej w Nowym Meksyku oraz do stworzenia bomby zrzuconej w 1945 r. na Nagasaki.

Jednym z laboratoriów na terenie kompleksu jest Hanford's Plutonium Finishing Plant, w czasie wojny ukrywające się pod kodową nazwą Fabryka Z.

Koniec sierpnia 1976 r. był dla Harolda McCluskeya szczególny. 29. dnia tego miesiąca 64-letni technik operacji chemicznych obchodził 40-lecie ślubu z żoną Ellą. Impreza była krótka, ponieważ tej nocy Haroldowi przypadła nocna zmiana. Zaczął ją dokładnie o północy. Pracownicy zakładu wracali właśnie do pracy po pięciomiesięcznym strajku, co w tym przypadku miało kluczowe znaczenie.

McCluskey pracował przy odzyskiwaniu ameryku-241 - jednego z silnie promieniotwórczych produktów ubocznych powstających podczas uzyskiwania plutonu Nadzorowany przez niego proces przebiegał w stalowych komorach rękawicowych, których jedną ze ścian stanowiło grube szkło ołowiowe. Pierwszym etapem procesu było zalanie stężonym kwasem azotowym żywicy jonowymiennej zawierającej pierwiastki radioaktywne. Niestety, żywica, którą tej nocy miał obrabiać technik, czekała na swoją kolej jeszcze od czasu rozpoczęcia strajku.

McCluskey wiedział o tym i pamiętał, że instrukcje bezpieczeństwa mówiły, iż żywicę należy obrabiać jak najszybciej od wytworzenia, ponieważ w przeciwnym wypadku mogą zajść nieprzewidziane reakcje. Zgłosił to swojemu szefowi, ale ten po konsultacji z jeszcze wyższym przełożonym nakazał jednak kontynuację procesu. Jak wspominał potem sam technik: jeśli ktoś ma tylko 12 klas, 30 lat pracy i jest tuż przed emeryturą, to raczej nie będzie hazardzistą i wykona polecenie.
McCluskey zabrał się więc do pracy. Tuż przed godziną 3 rano usłyszał złowieszczy syk, a komora rękawicowa wypełniła się brązowym dymem (dwutlenkiem azotu powstającym z rozkładu kwasu azotowego). Mężczyzna zdążył tylko krzyknąć: "To wybuchnie!", chwilę później nastąpiła eksplozja. Technik był w tym momencie około 1,5 metra od komory. Eksplozja spowodowała całkowite zniszczenie szyby ze szkła ołowiowego. Jego odłamki wbiły się w ciało McCluskeya. Oprócz tego w skórze znalazły się pozostałości żywicy wraz z pierwiastkami promieniotwórczymi, guma z kawałkami ołowiu oraz sporo drobnych fragmentów metalowych. Pary stężonego kwasu, które buchnęły mężczyźnie w twarz, spowodowały u niego przejściową ślepotę.

Natychmiast zaczęła się skomplikowana akcja ratunkowa. Poszkodowany sam stanowił w tym momencie źródło promieniowania, więc pomoc trzeba było prowadzić zdalnie. Przewieziono go do szpitala w Richland i umieszczono w specjalnym żelbetowym pomieszczeniu przewidzianym dla osób silnie napromieniowanych. Początkowo wszystkie działania wobec pacjenta prowadzono wyłącznie za pomocą zdalnych manipulatorów, bo przyjęta przez niego dawka promieniowania ponad 500 razy przekraczała normę. Jak wspominał po latach, czterech z grupy dziewięciu lekarzy uznało, że jego szansa na przeżycie wynosi 50 proc., pozostali tylko kiwali głowami.

A jednak McCluskey żył. Codziennie sam się obmywał i wycierał co było niesamowicie bolesne, ponieważ całą jego skórę poparzył stężony kwas azotowy. Wodę i ręczniki po myciu traktowano jako odpad silnie radioaktywny. Aby jak najszybciej usunąć metale promieniotwórcze z jego organizmu, poddano go eksperymentalnej wówczas terapii chelatowej. Otrzymał prawie 600 zastrzyków dożylnych. Lekarze i pielęgniarki zajmujący się pacjentem, ubrani w kombinezony chroniące przed promieniowaniem, cierpliwie przez wiele tygodni usuwali wbite fragmenty z jego twarzy, rąk i reszty ciała. W szpitalu spędził kilka trudnych miesięcy. Po dwóch miesiącach w wydychanym powietrzu nadal można było wykryć ameryk.

Po mniej więcej pół roku wypuszczono go ze szpitala. Ponieważ jego ciało nadal promieniowało (choć była to już tylko jedna piąta pierwotnego poziomu), przez znajomych i sąsiadów był nazywany "Atomowym Człowiekiem".

Ludzie w większości odsunęli się od niego, obawiając się napromieniowania. Dopiero miejscowy pastor baptystów zachęcił innych członków zgromadzenia do zmiany nastawienia.

Laboratorium, w którym zdarzył się wybuch, zostało oczywiście od razu zamknięte. Poziom promieniowania wewnątrz był taki, że nikt przez lata nawet nie myślał o wejściu na jego teren. Odbyły się tylko bardzo krótkie inspekcje, które miały na celu zinwentaryzowanie zawartości pomieszczenia.



Dopiero w 2014, po prawie 40 latach od eksplozji, uznano, że poziom promieniowania obniżył się na tyle, że można zacząć sprzątać laboratorium. Przygotowania do realizacja tego trudnego zadania zaczęły się już w 2008 r
Jedną najtrudniejszych operacji był demontaż olbrzymich komór rękawicowych oraz innego sprzętu. Pracownicy mieli na sobie specjalne, szczelne stroje do takiej pracy, a powietrze do oddychania było im podane z zewnątrz. Wewnątrz kombinezonów utrzymywano nadciśnienie, aby nic z pomieszczenia nie przedostało się do środka. Przed wejściem pracowników całe pomieszczenie zostało spryskane specjalnym aerozolem, aby trwale związać obecny tam pył, który nadal promieniował. Laboratorium 242-Z, zwane pokojem McCluskeya, miało zostać oczyszczone do 2016 r., po czym ta część Fabryki Z miało być zrównane z ziemią. Prace w pokoju McCluskeya trwały do roku 2017.

Jest to tylko fragment procesu oczyszczania i dekontaminacji związanych z projektem całkowitego zamknięcia Hanford. Koszty przedsięwzięcia szacuje się na 50-60 miliardów dolarów, a zakończenie prac zaplanowano na rok 2035. Tutaj należy wspomnieć że zatrudnieni do oczyszczania ośrodka pracownicy mimo zabezpieczeń zaczęli wykazywać objawy choroby popromiennej ale o tym opowiem Wam innym razem.

A Harold McCluskey? Zmarł 11 lat po wypadku. Przyczyną śmierci była choroba serca, z którą zmagał się już od dawna. Co ciekawe, nigdy nie zachorował na raka. Miał natomiast inne problemy zdrowotne, szczególnie związane z oczami. Były one jednak wynikiem nie napromieniowania, ale tego, że jego twarz została poddana działaniu silnie żrącego i utleniającego kwasu azotowego.

"Atomowy Człowiek" nie lubił mediów, a wręcz ich unikał. Rozczarują się jednak ci, którzy chcieliby zrobić z niego symbol walki z energią atomową. W swoich (niewielu) wypowiedziach popierał prace nad materiałami promieniotwórczymi, a swój wypadek uważał za "czysto przemysłowy". W 1984 roku udzielił wywiadu magazynowi People
https://people.com/archive/blasted-in-a-radiation-accident-eight-years-ago-harold-mccluskey-is-still-the-hottest-human-alive-vol-22-no-23/

Źródła: https://inis.iaea.org/search/searchsinglerecord.aspx?recordsFor=SingleRecord&RN=20008040
https://en.wikipedia.org/wiki/Harold_McCluskey
https://www.youtube.com/watch?v=K-6bTvzBVA4
https://www.youtube.com/watch?v=d0_vVczQxr0
http://wyborcza.pl/0,0.html
https://www.nbcnews.com/news/us-news/welcome-most-toxic-place-america-n689141
Medyczny fenomen-Harold McCluskey, atomowy człowiek.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
8
Zazwyczaj wypadki jądrowe są powodowane przez ludzkie błędy i zaniedbania. Tak też stało się 30 września 1999 roku w zakładzie przetwórstwa jądrowego JCO w Tokai w Japonii trwały prace nad zrealizowaniem nietypowego zamówienia na paliwo do eksperymentalnego prędkiego reaktora powielającego (Fast Breeder Reactor).JCO 3 lata wcześniej, realizowało identyczne zlecenie. Tym razem jednak technicy nie byli najprawdopodobniej odpowiednio przeszkoleni ignorując jednocześnie procedury bezpieczeństwa. Nie skorzystali też z dostępnych urządzeń posiłkując się jedynie wiadrem i lejkiem. Feralnego dnia Hisashi Ouchi (35), Masato Shinohara (39) i Yutaka Yokokawa (54). Ouchi i Shinohara mieszali partię roztworu zawierającego uran, a Yokokawa siedział przy biurku, 4 metry dalej. Mieszanina była w stanie osiągnąć krytyczną masę przez niefrasobliwość Ouchiego i Shinohary. Maksymalna dozwolona ilość uranu w mieszaninie to 2,4 kilograma. W momencie reakcji w pojemniku znajdowało się około 16 kilogramów uranu.
Nagle pojawił się niebieski błysk (promieniowanie Czerenkowa)
Wypadek ten miał miejsce o godzinie 10:35 ale reakcja trwała jeszcze długo. Po 5 godzinach ewakuowano ludzi z budynków znajdujących się w promieniu 350 metrów. 12 godzin później nakazano mieszkańcom w promieniu 10 kilometrów pozostać w domach.
Skutki promieniowania były natychmiastowe. Ochi odczuwał silne bóle i miał kłopoty z oddychaniem. Chwilę później zwymiotował do zbiornika i stracił przytomność w komorze dekontaminacyjnej. Shinohara próbował uciec, udało mu się zrobić zaledwie trzy kroki zanim upadł.
Ouchi, który znajdował się najbliżej, otrzymał dawkę 17 siwertów, Shinohara 10, a siedzący nieco dalej Yokokawa otrzymał 3 siwerty. Ówczesne standardy w Japonii ograniczała ekspozycję pracowników na promieniowanie do 50 milisiwertów rocznie podczas gdy 8 siwertów uważane jest za dawkę śmiertelną (Zapewne niewiele Wam to mówi, dlatego wyjaśnię, że siwert jest dużą jednostką, dlatego zazwyczaj mówimy o milisiwertach. 1 Sv promieniowania gamma wystarczy, żeby u człowieka wystąpił ostry zespół popromienny, a otrzymanie 8 Sv zwykle prowadzi do natychmiastowej śmierci)
. Ouchi. Odebrał on największą dawkę promieniowania, szacowaną na 17 siwertów a więc taką jak w epicentrum wybuchu bomby w Hiroszimie. Całe ciało Japończyka uległo poparzeniu, narządy wewnętrzne zostały poważnie uszkodzone, a liczba leukocytów we krwi zmalała niemal do zera. Jednak lekarze stwierdzili, że jeszcze nie wszystko stracone i potraktowali go jak królika doświadczalnego. Hisaschi Ouchi był przetrzymywany na skraju śmierci przez trzy miesiące, wbrew swojej własnej woli. Ouchi mimo otrzymania tak poważnych obrażeń zachował świadomość i zdolność do komunikacji z otoczeniem. Analiza chromosomów wykazała, że dosłownie rozpadły się. Jego DNA przestało istnieć, nie udało się go zidentyfikować ani zorganizować. Pozbawiona zdolności regeneracji skóra zaczęła się zsuwać. W wyniku prowadzonej terapii 18dnia od ekspozycji krwinki Ouchiego wydawały się powracać do normy, było to skutkiem przeszczepu komórek obwodowych. Po 7 dniach okazało się, że skutki promieniowania atakują także przeszczepione komórki.
27 dnia jelita Ouchiego zaczęły się rozpuszczać. Pacjent poddawany transfuzjom otrzymywał 10 jednostek krwi w ciągu 12 godzin. By zapobiec znacznej utracie płynów został owinięty gazą. Z jego oczu leciała krew.

Pomimo lekarstw, cierpienie Ouchiego było niewyobrażalne. Miał problemy z oddychaniem, więc podłączono go do respiratora i utrzymywano w śpiączce farmakologicznej. Wcześniej podobno powiedział lekarzom „Nie zniosę tego dłużej, nie jestem królikiem doświadczalnym”. Lekarze przeprowadzali wiele eksperymentalnych terapii na Ouchim, w tym codzienne przeszczepy sztucznej skóry, która jednak nie była w stanie się utrzymać. Mięśnie zaczęły odpadać z kości, a 59 dnia jego serce zatrzymało się 3 razy w ciągu 49 minut, co poważnie uszkodziło mózg i nerki.
Lekarze kontynuowali próby utrzymania Ouchiego przy życiu, jednak 83 dnia w szpitalu (21 grudnia 1999 roku) mężczyzna zmarł z powodu niewydolności wielonarządowej. Rok później z tych samych przyczyn zmarł Shinohara. Przyczyną tej tragedii było ignorowanie procedur bezpieczeństwa i niewłaściwe procedury szkolenia. Ponadto JCO było kontrolowane tylko dwa razy w roku, a nigdy nie sprawdzono go podczas pracy.
Rok po fatalnym wypadku aresztowano 6 osób, które oskarżono o zaniedbania, jedną z nich był Yokokawa.
Raport http://www-ns.iaea.org/downloads/iec/tokaimura-report.pdf
Źródła: https://www.facebook.com/Napromieniowani/posts/2664291063582437
https://en.wikipedia.org/wiki/Tokaimura_nuclear_accident
http://news.bbc.co.uk/2/hi/asia-pacific/574311.stm
https://www.unbelievable-facts.com/2016/12/hisashi-ouchi.html
https://archive.4plebs.org/pol/thread/93965754/
Przyjął dawkę promieniowania równą tej z epicentrum wybuchu bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę. Przeżył 83 dni.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
43
Kiedy w 2011 roku Naczelny Lekarz Federacji Rosyjskiej uznał pietruszkę za roślinę psychoaktywną, otrzymaliśmy jak na dłoni wyjaśnienie szaleństwa rosyjskich naukowców. Wiadomo że zawarty w niej opiol stosowany był jako środek do wywoływania poronień. Nie można zatem wykluczyć prawdziwości opowieści osób zaklinających się na róg tęczowego jednorożca o tym jak to pietruszka nie raz wysłała ich w halucynogenną podróż po bezkresach kosmicznego uniwersum. Należy przypuszczać że także naukowcy amerykańscy gnani narkotycznymi wizjami szatańskiej pietruszki dopuszczali się nie mniej karygodnych eksperymentów nie licząc się zbytnio z ofiarami w ludziach. Dziś przybliżę Wam pomysł który niemal uznano za sukces i stosunkowo niewiele brakowało aby zagościł na stałe w naszym życiu.
Gwoli ścisłości należy dodać że przyjrzymy się okresowi gdy energię atomową zaczęto uznawać za zbawienie ludzkości rozwiązujące wszystkie niemal problemy. Biorąc pod uwagę naszą obecną wiedzę może Was to dziwić, ale pamiętajcie-jeszcze w latach 1950-55 sprzedawano w okresie Bożego Narodzenia proszek azbestowy jako sztuczny śnieg zachwycając się jego puszystością I niepalnością. Ale wróćmy do naszego dzisiejszego tematu, samolotów o napędzie atomowym.
Poniższy tekst jest skróconym opisem filmu dokumentalnego który możecie obejrzeć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=jCOw20BAjZI
Po obu stronach Żelaznej Kurtyny, wkrótce po zakończeniu 2 Wojny Światowej rozpoczęto prace nad taki samolotami. Plany były ambitne, ale żadnej ze stron nie udało się stworzyć w pełni funkcjonalnej maszyny. Projekty okazały się zbyt skomplikowane.

Pierwsi zaczęli Amerykanie, którzy program budowy atomowego samolotu zapoczątkowali już w roku 1946. Komisja Energii Atomowej zleciła opracowanie reaktora atomowego firmie General Electric na początku lat 50.Firmy lotnicze, Convair i Lockheed miały zająć się przygotowaniem odpowiedniego samolotu. Sukces odniósł Convair, który do celów projektu przystosował największy wówczas bombowiec na świecie - B-36 Peacemaker. Prototypowa maszyna otrzymała oznaczenie X-6. Od początku napotykano na poważne problemy techniczne. Trudności dotyczyły budowy odpowiedniego reaktora i jego ekranowania, czyli zabezpieczenia załogi samolotu przed zabójczymi skutkami promieniowania. Rozważano dwa warianty.Otoczenie reaktora betonową powłoką o grubości do 3 m i wadze 200 ton. Takiego ciężaru nie był jednak w stanie unieść żaden z ówczesnych bombowców. Druga opcja przewidywała ekranowanie przy pomocy ściany o grubości 1 metra i masie 50 ton. Innym problemem było nagrzewanie się reaktora do ponad 1000 stopni Celsjusza.
W końcu zdecydowano się na budowę reaktora chłodzonego wodą oraz i powietrzem wtłaczonym przez 4 silniki odrzutowe. Całość ważyła prawie 60 ton, z czego 27 przypadało na osłonę. Właściwe silniki - te, dla których źródłem napędu była energia dostarczana przez reaktor – umieszczone zostały z kolei w luku bombowym. 10 centymetrowa płyta ze stali i ołowiu miała dodatkowe zabezpieczać kabinę załogi przed promieniowaniem.
X-6 odbył 47 lotów testowych. Okazało się, że zainstalowane na pokładzie osłony wcale nie zatrzymują promieniowania i szkodzi ono nie tylko lotnikom, lecz również niektórym mechanizmom samolotu. Projekt generował też ogromne koszty, a nie było żadnej gwarancji, że zakończy się sukcesem. Ostattecznie atomowy X-6 trafił na złom.
W ZSRR budowę samolotu zaczęto dopiero na początku lat 60 na polecenie Nikity Chruszczowa. Użyto bombowca Tu-95 i przemianowano go na Tu-119. Zainstalowano dwa silniki turbośmigłowe oraz dwa silniki przepływu bezpośredniego napędzane przez reaktor atomowy. Rosjanie nie trudzili się jednak zbytnio z budową osłon i ten ostatni pozbawiony został właściwie wszelkiej ochrony antyradiacyjnej. Sowiecka maszyna odbyła ok. 40 lotów, podczas których napromieniowaniu ulegała nie tylko załoga samolotu, lecz również jego otoczenie. Wszystko przez radioaktywne powietrze, które wydostawało się na zewnątrz przez dysze silników. Program został zarzucony, lecz jego cenę zapłacili uczestniczący w nim lotnicy. Po upadku ZSRR wyszło na jaw, że z dwóch załóg testowych Tu-119 przeżyły tylko 3 osoby. Pozostali zmarli na skutek napromieniowania. Źródła: Wikipedia
http://promieniowanie.blogspot.com/2017/04/samolot-atomowy.html
https://www.dreamstime.com/stock-photography-tu-119-nuclear-aircraft-image17183262
Piekło na ziemi-samoloty napędzane energią jądrową
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
55
Gruzja, ówczesne ZSRR. Podczas budowy elektrowni wodnych - Enguri ukończonej w 1980 r. i budowanej następnie w latach 80. Chudoni, konieczne było zapewnienie łączności radiowej ze względu na odludne położenie. Zdecydowano się na zasilanie z generatorów termoelektrycznych (RTG) czyli w uproszczeniu, baterii atomowych. Generator taki wytwarza prąd na skutek różnicy temperatur na termoparze, której jeden koniec rozgrzewany jest przez wysoko aktywny izotop promieniotwórczy, a drugi chłodzony w otoczeniu. Generatorów było łącznie 8. Budowa elektrowni Chudoni została zarzucona w 1989 r. na skutek protestów organizacji ekologicznych i późniejszego rozpadu ZSRR. Z tego powodu system stracił rację bytu i generatory rozebrano, usuwając z nich źródła. Do momentu wypadku zlokalizowano tylko 4 spośród nich (jedną parę w 1998, drugą w 1999 r.). Nie były to zresztą jedyne generatory utracone na terenie ZSRR. W grudniu 2001 r. trzej mieszkańcy wioski Lia wybrali się ciężarówką na poszukiwanie opału ok. 50 km od swojej miejscowości. W lesie znaleźli metalowe walce o wymiarach 10x15 cm, wokół których śnieg uległ stopieniu, a woda intensywnie parowała. Walce były tak gorące, że nie dało się ich podnieść. Mężczyźni rozbili tymczasowy obóz, gdzie rozpalili ognisko i przynieśli tam walce, aby użyć ich jako ogrzewaczy. Po zjedzeniu posiłku i wypiciu "setki" wódki po upływie 0,5-1,5 h zaczęły się wymioty i ogólne osłabienie. Po nieprzespanej nocy, załadowawszy ledwie połowę opału, pechowi drwale wrócili do swojej wioski.
W ośrodku zdrowia początkowo leczono ich na zatrucia, lecz żona jednego z nich uzyskała od policji informację, że przyczyną zachorowania może być promieniowanie. Wówczas ruszyła cała machina z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej, która zorganizowała leczenie ofiar napromieniowania oraz ekspedycję mającą zabezpieczyć źródła. Teren był odludny, więc nie było bezpośredniego zagrożenia dla dużej grupy ludzi, jednak zawsze mogły zostać napromieniowane przypadkowe osoby, jak choćby mieszkańcy zbierający opał. Zdecydowano się na szybką akcję zabezpieczającą pomimo nieprzejezdnych dróg i złych warunków pogodowych. Moc dawki przy źródłach wynosiła 1 Sv/h w odległości 1 m, zatem przy pracach obowiązywały standardy jak z Czarnobyla - 40 sekund i zmiennik stojący w pogotowiu przejmuje wykonywanie danej czynności. Pytanie, skąd tak duża moc dawki przy stroncie-90, który jest emiterem promieniowania beta, łatwego do wytłumienia nawet przez cienką warstwę metalu? Otóż promieniowanie beta przy przechodzeniu przez przeszkody złożone z pierwiastków ciężkich powoduje powstawanie tzw. promieniowania hamowania. Są to kwanty promieniowania rentgenowskiego, co prawda dość "miękkiego" (o niskiej energii), jednak przy dużych aktywnościach - a tu mamy 1295 TBq! - intensywność tego promieniowania jest znaczna, szczególnie gdy źródło pozbawione jest osłon. W tym przypadku znaleziono same walce o wymiarach 10x15 cm, choć cały generator ma znacznie większe wymiary, wliczając w to radiatory, termoelementy i osłony. Podczas akcji ratowniczej źródła zostały umieszczone w specjalnie w tym celu zbudowanym ołowianym pojemniku o grubości ścianek 27 cm, wysokości 90 cm i łącznej wadze 5,5 tony. Cały konwój składał się z 50 ludzi i 12 pojazdów, w tym 3 ciężarówek, autobusu i buldożera. Przed akcją wykonano specjalne narzędzia i manipulatory, umożliwiające manewrowanie źródłem z bezpiecznej odległości.
Źródła były pozostawione za dużym kamieniem, zatem od strony osłoniętej przez kamień moc dawki wynosiła "zaledwie" 80-90 µSv/h w odległości 10 m, natomiast 50 m od nieosłoniętej strony moc dawki sięgała 50 µSv/h, ale... z 50 m. Zaraz za kamieniem można było zmierzyć 430 µSv/h, a 5 m od "gołych" źródeł, osłoniętych jedynie wałem ziemi i kamieni przy drodze 1,3 mSv/h! Po umieszczeniu źródeł w pojemniku moc dawki wynosiła aż 4,6 Sv/h, lecz po zamknięciu wszystkich czterech pokryw spadła do 14 µSv/h na szczycie pojemnika, czyli limitu dopuszczalnego do transportu. Na bocznych powierzchniach spadła poniżej 1 µSv/h czyli do poziomu nieznacznie przekraczającego tło.
Jeżeli chodzi o ofiary napromieniowania, doznały one popromiennych oparzeń części pleców i rąk, czyli miejsc, które dotykały źródeł przy ich przenoszeniu oraz używaniu jako "ogrzewaczy". Oparzenia pojawiły się dwa tygodnie po napromieniowaniu. Leki przeciwalergiczne dały chwilową poprawę, lecz wkrótce okazała się konieczna wizyta w szpitalu. Dalsze leczenie prowadzono w Klinice Hematologii i Transfuzjologii w Tbilisi. Terapia zakładała działania antyhistaminowe, przeciwbólowe, uspokajające, wzmacniające odporność oraz mikrokrążenie, a także podawanie preparatów krwi. Pacjent, który otrzymał najniższą dawkę, gdyż najkrócej przebywał przy źródle, został w styczniu wypisany ze szpitala. Drugi porażony został przewieziony do Moskwy z powodu postępującej martwicy skóry pleców, wymagającej interwencji chirurgicznej - usunięcia martwych tkanek i przeszczepów skóry. Operacja nie przyniosła skutku, dochodziło do martwicy żeber, leczenie kontynuowano ze zmiennym powodzeniem. Niestety ostatecznie pacjent zmarł w maju 2004 r. na skutek sepsy. Wpływ na niepowodzenie leczenia na pewno miała gruźlica i narkomania pacjenta, wyniszczającej jego organizm.
Trzeci pacjent przeszedł 5 przeszczepów skóry w specjalistycznej klinice we Francji i po 490 dniach od napromieniowania powrócił do zdrowia, choć terapia była długa i bolesna. Zdjęć nie będę umieszczał, gdyż są dość drastyczne, chętni mogą je znaleźć w raporcie IAEA.

***
Generatory RTG były stosowane powszechnie na rozległych, odludnych obszarach ZSRR. Zasilały boje nawigacyjne i inne urządzenia, które musiały pracować niezawodnie przez dłuższy czas w rejonach pozbawionych sieci energetycznej. Wiele spośród nich pozostawiono pomimo zakończenia eksploatacji i padły łupem złomiarzy. Kompletny generator nie jest niebezpieczny dla zdrowia pod warunkiem krótkiego przebywania w bezpośredniej bliskości. Natomiast "gołe" źródła mogą dostarczyć nam w ciągu godziny dopuszczalną dawkę roczną z odległości 5 m. Jeżeli posiadamy średnio czuły sprzęt dozymetryczny ("Biełła", "Master"), wykryjemy takie źródło nawet z 50 metrów i dalej. Wówczas pamiętajmy o oddaleniu się i powiadomieniu



Teraz zaczyna się właściwa historia. W grudniu 2001 r. trzej mieszkańcy wioski Lia wybrali się ciężarówką na poszukiwanie opału ok. 50 km od swojej miejscowości. W lesie znaleźli metalowe walce o wymiarach 10x15 cm, wokół których śnieg uległ stopieniu, a woda intensywnie parowała. Walce były tak gorące, że nie dało się ich podnieść. Mężczyźni rozbili tymczasowy obóz, gdzie rozpalili ognisko i przynieśli tam walce, aby użyć ich jako ogrzewaczy. Po zjedzeniu posiłku i wypiciu "setki" wódki po upływie 0,5-1,5 h zaczęły się wymioty i ogólne osłabienie. Po nieprzespanej nocy, załadowawszy ledwie połowę opału, pechowi drwale wrócili do swojej wioski.
W ośrodku zdrowia początkowo leczono ich na zatrucia, lecz żona jednego z nich uzyskała od policji informację, że przyczyną zachorowania może być promieniowanie. Wówczas ruszyła cała machina z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej, która zorganizowała leczenie ofiar napromieniowania oraz ekspedycję mającą zabezpieczyć źródła. Teren był odludny, więc nie było bezpośredniego zagrożenia dla dużej grupy ludzi, jednak zawsze mogły zostać napromieniowane przypadkowe osoby, jak choćby mieszkańcy zbierający opał. Zdecydowano się na szybką akcję zabezpieczającą pomimo nieprzejezdnych dróg i złych warunków pogodowych. Moc dawki przy źródłach wynosiła 1 Sv/h w odległości 1 m, zatem przy pracach obowiązywały standardy jak z Czarnobyla - 40 sekund i zmiennik stojący w pogotowiu przejmuje wykonywanie danej czynności. Pytanie, skąd tak duża moc dawki przy stroncie-90, który jest emiterem promieniowania beta, łatwego do wytłumienia nawet przez cienką warstwę metalu? Otóż promieniowanie beta przy przechodzeniu przez przeszkody złożone z pierwiastków ciężkich powoduje powstawanie tzw. promieniowania hamowania. Są to kwanty promieniowania rentgenowskiego, co prawda dość "miękkiego" (o niskiej energii), jednak przy dużych aktywnościach - a tu mamy 1295 TBq! - intensywność tego promieniowania jest znaczna, szczególnie gdy źródło pozbawione jest osłon. W tym przypadku znaleziono same walce o wymiarach 10x15 cm, choć cały generator ma znacznie większe wymiary, wliczając w to radiatory, termoelementy i osłony


Porzucone baterie atomowe
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
8

28 marca 1979 r. a więc niemal dokładnie 7 lat przed katastrofą w Czarnobylu, doszło do częściowego stopienia rdzenia reaktora TMI-2. Elektrownia była wyposażona w dwa bloki energetyczne z reaktorami typu PWR (Pressurized Water Reactor - reaktor wodny ciśnieniowy) - lekkowodnymi, ciśnieniowymi, posiadającymi dwa obiegi robocze (pierwotny i wtórny) i pełną obudowę bezpieczeństwa. Co ciekawe, do awarii doszło 12 dni po premierze słynnego filmu "Chiński syndrom", opowiadającym o możliwości awarii w elektrowni jądrowej, zniszczenia reaktora i jego wtopienia w grunt, łącznie z przeniknięciem całej kuli ziemskiej na wylot (sic!). Wypadek, odpowiednio podgrzewany przez media, budził więc zrozumiałe emocje i powszechny strach. Przyczyną awarii, którą sklasyfikowano jako 5 stopień w skali INES, były wady konstrukcyjne układów elektrowni i błędy operatorów.

Pierwszym wydarzeniem, które zapoczatkowało awarię ok. 4.00 rano, było przypadkowe zalanie wodą układu pneumatycznego, kontrolującego pracę pomp wtórnego obiegu wody w drugim bloku energetycznym. W wyniku zatrzymania pracy pomp gwałtownie zmalało przekazywanie ciepła z obiegu pierwotnego do wtórnego, co pociagnęło za sobą spowolnienie wytwarzania pary i zatrzymanie turbogeneratora. Nastąpił gwałtowny wzrost temperatury i ciśnienia w obiegu pierwotnym. Uruchomiona została procedura SCRAM (awaryjnego wygaszenia reaktora), w wyniku której została zatrzymana reakcja łańcuchowa, ale rdzeń nadal produkował tzw. ciepło powyłączeniowe, które nie mogło być odprowadzone z powodu zatrzymania cyrkulacji w obiegu wtórnym. Automatycznie uruchomione zostały pompy awaryjnego systemu chłodzenia (UACR) i pompy pomocniczego układu zasilania w wodę wytwornicy pary w obiegu wtórnym. Zawory na rurociagach tych ostatnich nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności były zamknięte tydzień wcześniej, podczas prac konserwacyjnych. Natomiast wskaźnik, który miał informować o tym operatorów był na pulpicie... zakryty samoprzylepną karteczką i nikt nie zwrócił uwagi na to co pokazuje. Operatorzy byli przekonani, że zawory są otwarte tak jak to było zawsze, ale tak jednak nie było i pracujące pompy nie dostarczały wody do wytwornicy pary, przez co nie mozna było odprowadzić ciepła z obiegu pierwotnego.

W wyniku wzrostu temperatury i ciśnienia w obiegu pierwotnym otworzył się automatyczny zawór zrzutowy na szczycie stabilizatora ciśnienia, którego zadaniem było upuszczenie nadmiaru pary, aby zapobiec rozerwaniu rurociągów. Z powodu jego wady konstrukcyjnej nie zatrzasnął się on jednak z powrotem, choć do sterowni został przekazany sygnał, że zawór został zamknięty. Operatorzy byli nieświadomi, że przez wciąż otwarty zawór zrzutowy cały czas ucieka z obiegu pierwotnego chłodziwo. Zaczęło się ono skraplać i wypełniać zbiornik chłodzący skropliny. Operatorzy odbierali sygnały z czujników w stabilizatorze ciśnienia, że jest on coraz bardziej wypełniony wodą. Starając się nie dopuścić do tego by przepełnić obieg pierwotny i by nie zanikła wymagana do pracy stabilizatora objętość pary (stanowiąca niejako buforową przestrzeń w obiegu pierwotnym), postanowili zmniejszyć napływ wody do reaktora. Zatrzymali więc pompy awaryjnego układu chłodzenia. Wskaźnik poziomu wody w stabilizatorze ciśnienia "zwariował", gdyż w wyniku otwartego zaworu zrzutowego woda (w postaci pary) uciekała w szybkim tempie, a operatorzy widzieli, że poziom wody w obiegu nadal wzrasta. Operatorzy włączyli więc system... usuwający nadmiar wody z obiegu, tym samym przyspieszając jego osuszanie. Wreszcie zorientowali się, że zawory pomp pomocniczego układu zasilania w wodę wytwornicy pary są zamknięte i po ich otwarciu i przywróceniu cyrkulacji w obiegu wtórnym, z obiegu pierwotnego można było odbierać ciepło, a poziom wody w stabilizatorze ciśnienia zaczął opadać. Niestety, nadal nikt nie zorientował się, że otwarty jest zawór zrzutowy, co doprowadziło do dalszego spadku ciśnienia i wrzenia chłodziwa w obiegu pierwotnym. Powstanie pęcherzyków pary spowodowało wpadnięcie pomp cyrkulacyjnych w wibracje grożące ich zniszczeniam, wobec czego operatorzy wyłączyli je, pozostawiając obieg chłodziwa na zasadzie konwekcyjnej. Pęcherz pary wypełnił zbiornik chłodzący skropliny, w wyniku czego uległ on uszkodzeniu i radioaktywna woda zaczęła się wylewać w budynku hali reaktora. Wywołało to alarm radiacyjny. Woda w reaktorze zaczęła odparowywać jeszcze szybciej, para nadal uciekała przez otwarty zawór zrzutowy, w wyniku czego odsłonięta została górna część rdzenia. Para wypełniająca przestrzenie pomiedzy prętami paliwowymi wzmagała intensywność reakcji łańcuchowej, wytwarzało się coraz więcej ciepła, którego nie można było odprowadzić. W wyniku reakcji pary wodnej z cyrkonowymi koszulkami prętów paliwowych, a także wysokiej temperatury doszło do rozłożenia jej na tlen i wodór. Odsłonięte pręty paliwowe zaczęły się topić, zniszczeniu uległy cyrkonowe koszulki, woda zetknęła się bezpośrednio z paliwem, przez co została jeszcze silniej skażona.

O 6.00 rano pracę podjęła nowa zmiana, która zauważyła, że temperatura w reaktorze jest zbyt wysoka. Otwarto zawór bezpieczeństwa i zamknięto dodatkowy zawór odcinający, co spowodowało obejście uszkodzonego zaworu zrzutowego i uszczelnienie obiegu pierwotnego, ale do tego czasu do budynku reaktora wyciekły już duże ilości silnie radioaktywnej wody. Doszło również do eksplozji nagromadzonego wewnątrz budynku wodoru, co wywołało obawy, ze obudowa bezpieczeństwa może ulec zniszczeniu. O 7.00 ogłoszono alarm w elektrowni, o 7.24 stan zagrożenia. W niedalekim Harrisburgu, stolicy Pensylwanii, o 9:00 poinformowano o kryzysie przez radio. Doszło do publikacji szeregu zniekształconych informacji i powstania atmosfery paniki. Ludzie zaczęli masowo opuszczać okolicę elektrowni.

Ok. 20.00 pracę podjęły główne pompy obiegu wtórnego, temperatura reaktora zaczęła się obniżać. Ok. 1/3 rdzenia uległo stopieniu, a reszta powaznemu uszkodzeniu, zniszczone fragmenty prętów paliwowych opadły na dno zbiornika reaktora. Do środowiska wydostała się niewielka ilość promieniotwórczych pierwiastków, w tym jodu-131, kryptonu i ksenonu. W ciągu kilku dni usunięto wodór z wnętrza zbiornika reaktora. Pocieszające było to, że obudowa bezpieczeństwa reaktora spełniła swoje zadanie i uszkodzony rdzeń pozostał w całości w jej wnętrzu. Nikt również nie zginął, ani nie został poważniej napromieniowany. Wypadek jednak zahamował budowę nowych elektrowni jądrowych w USA.

4

Już w 1957 roku w ZSRR doszło do poważnej awarii nuklearnej. Oficjalnie, w wyniku katastrofy zmarło ponad 200 osób, a blisko pół miliona zostało narażonych na działanie promieniowania. Podobnie jak w wypadku katastrofy w Czarnobylu, sowieckie władze chciały ukryć prawdę o wydarzeniach z regionu Czelabińska. Rosjanie przyznali się do katastrofy kysztymskiej dopiero w 1992 roku.
1 maja 1960 roku amerykański samolot rozpoznania U-2 wystartował z Peszawaru w Pakistanie i skierował się w przestrzeń powietrzną ZSRR. Znajdujący się za jego sterami Francis Gary Powers miał za zadanie sfotografować sowiecki kompleks chemiczny Majak, a po wykonaniu misji wylądować w Finlandii.
Pilot znalazł się jednak w śmiertelnej pułapce. W okolicach Swierdłowska dosięgły go rakiety ziemia-powietrze D-75 Dźwina. Jego maszyna została zestrzelona, a on sam dostał się do niewoli. Komuniści oskarżyli go o szpiegostwo, a następnie skazali na trzy lata więzienia i siedem lat ciężkich robót. Po dwóch latach Powers zdołał wrócić do wolnego świata – w Poczdamie wymieniono go za agenta KGB pułkownika Williama Fishera.
Jakie sekrety skrywał Majak, na zdjęciach którego tak zależało Amerykanom?

Tajemnica Uralu
Majak (mаяк ros. latarnia morska) do 1992 roku pozostawał tajnym obiektem badawczym oznaczanym jako: Czelabińsk-40, Czelabińsk-65 oraz Oziorsk-817. Próżno było szukać tego miejsca na mapach. Sam kompleks znajduje się 15 km na wschód od Kysztymy, 70 km na północ od Czelabińska, a najbliżej położone miasto to Oziorsk. W czasach ZSRR stanowił największy kombinat chemiczny produkujący materiały rozszczepialne do sowieckiej broni nuklearnej.
Na jego terenie do dzisiaj znajdują się reaktory atomowe, zakłady przetwórcze oraz miejsca składowania odpadów radioaktywnych. W przeszłości doszło tam do wielkich katastrof ekologicznych związanych z niekontrolowanymi uwolnieniami radiacji.
Początek budowy kompleksu chemicznego datuje się na rok 1945. Do pracy wykorzystano tysiące więźniów z różnych obozów i gułagów, których w tamtych czasach w ZSRR nie brakowało. Prace posuwały się jednak bardzo powoli ze względu na koszmarne warunki tam panujące. Zakłady rozmieszczone są na powierzchni około 90 tyś. km2. W czasie swej świetności zatrudniały około 17 tys. osób. Wszyscy pracownicy zamieszkiwali zamknięte miasto.
W Majaku wybudowano pierwszy reaktor jądrowy w ZSRR. Został on uruchomiony 19 czerwca 1948 roku. Niedługo później z całego dostępnego komunistom uranu wyprodukowano w nim pierwszą sowiecką bombę atomową, którą zdetonowano 29 sierpnia 1949 roku na poligonie w Semipałatyńsku. Reaktor został ostatecznie wyłączony w 1987 roku.
Oprócz reaktorów w kompleksie znajdują się jeszcze zakłady przetwórcze. Zajmują się one przetwarzaniem i wzbogacaniem izotopów na cele militarne, a od 1976 roku również na cele cywilne, czyli na przykład jako paliwo do lodołamaczy. W wyniku prowadzonych procesów technologicznych w Majaku uzyskuje się średnio z 1 tony paliwa: 50 m3 odpadów wysokoaktywnych, 150 m3 odpadów średnioaktywnych oraz 2 tys. m3 odpadów niskoaktywnych.
Na terenie kompleksu istniało również pięć zakładów do produkcji zestawów paliwowych dla reaktorów z paliwa typu MOX (wytworzone z dwutlenku plutonu i dwutlenku uranu). Dwa z nich zostały zamknięte, dwa działają do dzisiaj, a piąty nigdy nie został dokończony.
Składowisko odpadów
Procesy technologiczne – szczególnie wykorzystywane przy zastosowaniach wojskowych i przetwórczych – skutkowały powstaniem ogromnej ilości odpadów radioaktywnych. Odpady te dzielimy na ciekłe oraz stałe, natomiast w poszczególnych stanach skupienia na: niskoaktywne, średnioaktywne i wysokoaktywne.
Odpady ciekłe – w latach od 1949 do 1951 wszystkie płynne odpady były wlewane bezpośrednio do pobliskiej rzeki o nazwie Tecza. Jej woda poprzez Iset, Toboł, Irtysz i Ob wpada do Morza Karskiego. System rzeczny ma łącznie długość około 1000 km.
W momencie, w którym stwierdzono, że wylewanie odpadów do rzeki spowodowało skażenie tak olbrzymiego obszaru, zaczęto pompować odpady do pobliskiego jeziora Karaczaj. Aby uniknąć dalszego zanieczyszczania wód, postanowiono o budowie systemu specjalnych zbiorników i tam. W 1953 roku wybudowano tymczasowe składowisko odpadów. Są one do dzisiaj magazynowane w kontenerach różnych konstrukcji, zarówno metalowych, jak i betonowych. Systematycznie podlegają one procesowi zeszkliwienia.
Pierwszy zbiornik został utworzony w 1951 roku poprzez zbudowanie tamy poniżej jeziora Kyzyłtasz. Dalsze zbiorniki rezerwowe powstały na podobnej zasadzie w latach 1956, 1963 i 1964. Napawa grozą fakt, że od kilku lat poziom wody w Teczy ciągle się podnosi, bowiem w przypadku powodzi możemy mieć do czynienia z katastrofą ekologiczną na niespotykaną dotąd skalę.
Widok z
Pod koniec roku 1951 zaczęto pompować wszystkie odpady (łącznie z wysokoaktywnymi) do zbiornika nr 9 – czyli do jeziora Karaczaj. Praktyka ta trwała do końca 1953 roku, od kiedy to odpady o wysokiej aktywności zaczęto magazynować w tymczasowym składowisku na terenie kombinatu. Od tego czasu do jeziora wylewane był już tylko odpady średnioaktywne.
Przez wieloletnie wlewanie odpadów radioaktywnych do zbiornika doszło do zanieczyszczenia wód gruntowych. Znajdują się ona na obszarze około 10 km2 o kształcie przypominającym soczewkę i głębokości do 100 m. Jednocześnie wraz z wodami gruntowymi zanieczyszczenie radioaktywne przeniosło się na północ i północny wschód – w kierunku zbiorników nr 2 i nr 3 oraz rzeki Mishelyak.
Jezioro Stare Błoto, które leży w odległości 5 km na północ od jeziora Karaczaj, powstało poprzez usypanie tamy ziemnej. Ma pojemność 35 tys. m3 i powierzchnię 0,17 km2. Do niego były wylewane odpady radioaktywne o średniej aktywności. Jego skażenie w roku 1990 wynosiło 4000 TBq (terabekereli).
Odpady stałe – w Majaku wyprodukowano około 500 tys. ton stałych odpadów radioaktywnych. Składa się na to ok. 25 tys. ton odpadów wysokoaktywnych, 300 tys. ton odpadów średnioaktywnych i 150 tys. ton odpadów niskoaktywnych. Obecnie ich produkcja zmniejszyła się i wynosi około 2,5 tony na rok. Odpady składowane są w 24 różnych podziemnych sedymentach, a ich radioaktywność wynosi 481 000 terabekereli. Oprócz tego odpady radioaktywne stałe są spalane w 203 specjalnych rowach, a pozostałości pokrywane warstwą gliny. Rowy znajdują się w 30 miejscach specjalnego przeznaczenia.
Niekontrolowane uwolnienia radiacji
Na terenie kompleksu Majak przez lata działalności dochodziło do szeregu niekontrolowanych uwolnień radiacji. Przyczynami były: niewiedza, głupota ludzka, niedbalstwo, zaniechania, a także usterki techniczne.
W latach od 1948 do 1951 odpady radioaktywne były wlewane bezpośrednio do Teczy. Wprawdzie rzeka zasilana jest nimi w dalszym ciągu, lecz w tamtym okresie pompowano do niej również odpady wysokoaktywne. Ze względu na utajnienie projektu ludność cywilna nie była informowana o skażeniach. Nie prowadzono działań zapobiegawczych. Mieszkańcy osad znajdujących się poniżej kompleksu wykorzystywali więc wodę rzek w celach spożywczych i sanitarnych. Następstwa były katastrofalne. Znać o sobie dawał przewlekły syndrom popromienny: wzrastała zachorowalność na nowotwory, skracała się średnia długość życia, spadała jego jakość – pojawiły się mutacje genetyczne, rodziły się dzieci zniekształcone, dysfunkcyjne, oligofreniczne.

Katastrofa kysztymska
Największe uwolnienie odpadów to tak zwana katastrofa kysztymska z 1957 roku. Samo miasto Kysztym ma z nią niewiele wspólnego, znajduje się jednak najbliżej kompleksu Majak – i z tego powodu trafiło ono do mediów (przypomnijmy, że w ówczesnych realiach zakłady były ściśle tajnym obiektem, który nie figurował na mapach). Bliżej jest jeszcze Oziorsk – wówczas miasto zamknięte, zamieszkane w większości przez pracowników kombinatu.
Rosja oficjalnie przyznała się do katastrofy dopiero w 1992 roku, już po rozpadzie ZSRR. Wiedzę o katastrofie (oprócz osób uprawnionych) posiadali chociażby pracownicy służby zdrowia i biolodzy. Zauważali oni wprawdzie wzrost zachorowań na nowotwory i inne syndromy świadczącego napromieniowaniu, lecz bali się mówić o tym głośno, lub byli zobowiązywani do milczenia.
Jak doszło do tragedii? Od kiedy odpady wysokoaktywne przestały być wlewane do Teczy, zaczęto składować je w różnorakich pojemnikach o konstrukcji stalowej. Umieszczano je pod ziemią, na głębokości około 8 metrów w specjalnie przygotowanych bunkrach, które miały pojemność 300 m3. Mogło się ich tam pomieścić nawet do 20. Bunkier miał betonowe ściany grubości 1,5 metra i takiej samej grubości pokrywę.

29 września 1957 roku o godzinie 16:20 doszło do eksplozji z siłą 75 ton trotylu - betonowa pokrywa zbiornika została odrzucona na odległość ponad 25 metrów.
Bezpośrednią przyczyną wybuchu okazała się awaria systemu chłodzenia. Urządzenia pomiarowe po czterech latach pracy w takim środowisku nadawały się do wymiany. Ich odczyty były błędne. Poza tym doszło do wyparowania czynnika chłodzącego: w jednym z sedymentów pękła rura systemu chłodzenia, co spowodowało wyparowanie chłodziwa. Od tej pory chłodzenie sedymentów przeszło na reżim periodyczny, który okazał się nieefektywny. Temperatura w bunkrze – w wyniku samonagrzewania się odpadów – wzrastała stopniowo do wartości 350 stopni Celsjusza, co ostatecznie doprowadziło do katastrofy. Eksplozja nie miała bynajmniej charakteru nuklearnej. Przypominała raczej detonację tzw. „brudnej bomby atomowej”.
Tragiczne konsekwencje
Następstwa należy rozpatrywać na kilku płaszczyznach:
Obszar – w wyniku eksplozji doszło do uwolnienia nukleoidów do atmosfery. Większość (prawie 90% opadu) wylądowała w okolicy zbiorników. Skażone zostały regiony: Czelabiński, Swierdłowski i Tiumeński. To łącznie obszar o powierzchni około 23 tys. km2. Skażony region zwany jest w nomenklaturze fachowej jako Wschodnio-Uralski Szlak Radioaktywny.

Ludność – skażony obszar zamieszkiwała w tym czasie populacja około 270 tys. osób. Po eksplozji szpitale w Czelabińsku zapełniły się chorymi na zespół pop

36

Diabelski rdzeń – kryptonim nadany 6,2 kg podkrytycznej masie plutonu Pu-239 o kształcie kuli, która była używana do eksperymentów w Los Alamos National Laboratory w latach 1945–1946. Nazwa została nadana przez pracowników laboratorium po dwóch niezależnych incydentach związanych z doprowadzaniem rdzenia do masy bliskiej krytycznej, w wyniku których zmarło dwóch naukowców: Harry Daghlian (incydent z 21 sierpnia 1945) oraz Louis Slotin (incydent z 21 maja 1946).

Harry Daghlian

21 sierpnia 1945 roku postanowiono zbadać, czy faktycznie rdzeń ma masę bliską krytycznej. W tym celu potrzebny był reflektor neutronów, czyli materiał, który odbije do wnętrza rdzenia neutrony wyrzucane na zewnątrz kuli. Takie właściwości ma m.in. węglik wolframu. W laboratorium pracował tego dnia fizyk Harry Daghlian, któremu towarzyszył tylko jeden strażnik. Daghlian układał wokół plutonowego rdzenia węglikowe bloczki, ustawiając je tak, by jak najskuteczniej odbijały neutrony.

Cała procedura kontrolowana była przy pomocy licznika neutronów – im lepsze ułożenie bloczków, tym skuteczniejszy reflektor i tym bliższy reakcji łańcuchowej pluton, a więc tym silniejsze promieniowanie. Daghlian kończył już swoją układankę i ustawiał ostatni z bloczków, gdy licznik zaalarmował go, że spowoduje to inicjację reakcji. Fizyk zatrzymał gwałtownie rękę, ale ostatni bloczek wypadł mu z dłoni i spadł na rdzeń.

Daghlian zareagował błyskawicznie, próbując zrzucić na podłogę upuszczony węglik wolframu, ale nie zdołał tego zrobić. Rozrzucił więc ułożoną konstrukcję, powodując przerwanie rozpoczynającej się reakcji.
Te kilka sekund wystarczyły jednak, by otrzymał ogromną dawkę promieniowania ocenianą na 300-500 remów. Nie znamy bezpośredniej reakcji jego organizmu tuż po napromieniowaniu, ale wkrótce po umieszczeniu w szpitalu zapadł w śpiączkę i zmarł 25 dni po wypadku na skutek choroby popromiennej.

Louis Slotin

W Los Alamos, Louis Slotin odpowiadał za prowadzenie szacunków mas krytycznych, najpierw w ramach projektów Otto Frischa, gdzie stosowany był izotop uranu, a później na rdzeniach Pu-239. Większość z przeprowadzanych badań opierała się na eksperymentalnym doprowadzaniu stopniowo coraz większych mas materiałów rozszczepialnych do poziomów bliskich krytyczności.
21 maja 1946 roku Slotin oraz kilku innych badaczy brało udział w kolejnym eksperymencie na rdzeniu pierwotnie przeznaczonym do wykorzystania w trzeciej bombie atomowej do zrzucenia nad Japonią, który zaledwie dziewięć miesięcy wcześniej uległ niekontrolowanej reakcji łańcuchowej i przyczynił do śmierci innego fizyka, Harry'ego Daghliana. Podczas prac Slotin używał śrubokrętu do podważania dwóch połówek berylowej pokrywy, służącej jako reflektor neutronów. W pewnym momencie śrubokręt wysunął się, a pokrywa się zamknęła. Doszło do gwałtownej reakcji łańcuchowej i emisji dużej dawki promieniowania jonizującego gamma i neutronowego, czemu, według świadków, towarzyszyła błękitna poświata zjonizowanego powietrza oraz fala ciepła. Slotin natychmiast złapał lewą ręką jedną z półkul pokrywy i odrzucił ją na bok, zapobiegając znacznie tragiczniejszemu rozwojowi wydarzeń i ratując życie kolegów w laboratorium. Sam, jako znajdujący się najbliżej, otrzymał śmiertelną dawkę szacowaną na 21 Sv promieniowania gamma i neutronowego. Slotin chwilę po zdarzeniu odczuwał kwaśny smak w ustach oraz piekący ból w lewej ręce, spowodowany olbrzymią dawką promieniowania przyjętą w krótkim czasie.
Zaraz po opuszczeniu laboratorium zaczął gwałtownie wymiotować; został niezwłocznie przewieziony do szpitala, ale według świadków, od samego początku zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, i od razu pożegnał się z kolegami. Zmarł w szpitalu 9 dni później.
Pozostali uczestnicy eksperymentu, prawdopodobnie dzięki szybkiej reakcji Slotina, nie odnieśli poważnego uszczerbku na zdrowiu.
Po wypadku wstrzymano wszelkie ręczne eksperymenty przeprowadzane bezpośrednio na materiałach rozszczepialnych w Los Alamos.

0.10151219367981